środa, 28 stycznia 2015

Alat’Argent

Podniebna załoga

                Parę godzin po trafieniu na statek, kiedy akurat układałam swoje suknie w skrzyni, usłyszałam na korytarzu lekkie kroki i pogwizdywanie, a po chwili ktoś zapukał do drzwi mojej kajuty. Zaprosiłam gościa do środka, drzwi się otworzyły i stanął przede mną ów blond włosy elf we wściekle niebieskiej koszuli. Poczułam niesamowicie przyjemny zapach, którego nutkę wyczułam u Ventusa i jego brata, ten jednak był czysty, niczym niezmącony, a przez to niesamowicie intensywny. Próbowałam poczuć jakąś woń typową dla któregokolwiek z elfów, ale czułam zapach każdego po trochu, ten elf pachniał absolutnie wszystkim, co tylko przychodziło mi na myśl, a co było związane w jakiś sposób z naturą… pachniał światem.
– Witam na pokładzie – wyciągnął ku mnie rękę, z przeróżnymi rzemykami na przegubie i kilkoma niesamowicie zdobionymi pierścieniami – jestem kapitanem statku, nazywam się Bel’salan.
– Francesca van der Vicanis – przedstawiłam się i podałam mu dłoń, a on posłał mi pewny i silny ucisk – miło mi cię poznać.
– Mi również. Proszono mnie, żebym przez jakiś czas cię tutaj gościł, tak więc, czuj się gościem na moim statku. Proszę jednak, żebyś, ze względu na własne bezpieczeństwo, nie pałętała się po nim sama, ale jeśli tylko będziesz czegoś potrzebowała czy chciała spędzić z kimś czas, zawsze możesz pójść do załogi. Powiedzieli ci już, jak wygląda życie na Alat’Argent? – spytał, a po chwili, widząc moją lekką dezorientację, dodał z westchnieniem, jakby ubolewał nad moją nieznajomością języka. – Uskrzydlone srebro, nazwa statku.
– Ah… tak, z grubsza opowiedział mi ten elf, który mnie tutaj przyprowadził – odparłam, a kapitan skinął głową.
– Dobrze, zatem nie będę ci już zabierał więcej czasu. Miłego rejsu, Francesco – życzył z uśmiechem.
– Dziękuję – powiedziałam, a kapitan skłonił na chwilę głowę i wyszedł, a gdy tylko zamknął drzwi, z powrotem usłyszałam jego pogwizdywanie.
                Bel’salan był naprawdę interesującą osobą. Zaglądał do mnie raz w tygodniu, pytając, jak się czuję i jak mi mija podróż. Zawsze widywałam go ubranego w jaskrawą koszulę, krótkie hajdawery i sandały, z szerokim uśmiechem na twarzy. Chadzał wręcz tanecznym krokiem i wesoło pogwizdywał, jakby jego życie było zupełnie beztroskie. Wśród załogi cieszył się autentyczną sympatią i szacunkiem, czemu w sumie się nie dziwiłam, biorąc pod uwagę jego swobodny sposób bycia. Za każdym razem, kiedy go widziałam, starałam się zidentyfikować jego zapach, jednak na nic były moje starania, więc w końcu nie wytrzymałam i zapytałam:
– Kapitanie, jakim ty w ogóle jesteś elfem?
– Eee… chyba podniebnym, nie? – odparł ze śmiechem – a tak serio to żywym i wiecznie pijanym.
– Ale… są na przykład elfy krwawe, leśne, słoneczne… każdy ma inny zapach, a ty… ty nie pachniesz żadnym… i każdym – powiedziałam zdezorientowana.
– To alkohol i te no… zioła takie – powiedział i obdarzył mnie szerokim, przekornym uśmiechem.
– Zioła? Zaiste, musi to być niezwykle intensywna mieszanka, skoro aż tak bardzo nią przesiąknąłeś – nie dawałam za wygraną.
– Dałbym ci powąchać, ale nie wiem, czy w twoim stanie takie używki to dobry pomysł – zbył mnie, a ja przeklęłam w myślach, widząc, że chyba nic z niego nie wycisnę.
                Dni na statku mijały mi szybko. Początkowo wolałam zostawać sama w pokoju, prosiłam tylko o coś do czytania, żeby nie zostawać cały czas sam na sam z myślami. Po tygodniu przynieśli mi mewę, upolowaną z łuku – może i nie pachniała zbyt zachęcająco, ale dawno nie piłam krwi, więc nie pogardziłam nawet ptasią; wkrótce jednak przywykłam do smaku ptactwa – jedynie taką krew dostawałam przez całą podróż. W zasadzie brak innego rodzaju krwi zdawało się być jedyną niedogodnością, bo tak naprawdę miałam wszystko, czego potrzebowałam, a nawet trochę więcej. Często wylegiwałam się w wannie, ciesząc się, że miałam ją dostępną tylko i wyłącznie dla siebie; jeśli można by mnie posądzić o uzależnienie, z pewnością byłyby nim długie kąpiele. Przywykłam do samotności, więc z załogą spędzałam czas tylko po posiłkach, pewnego dnia jednak, jeden z elfów zawołał za mną, gdy już wychodziłam z kantyny.
– Może pograsz z nami w kości?
                Odwróciłam się i spojrzałam na niego zdziwiona. Uśmiechał się do mnie szeroko, również jego towarzysze wydawali się być do mnie przyjaźnie nastawieni. Widząc, że się waham, śnieżny elf, ten, który za mną zawołał, przesunął się na ławie i poklepał miejsce obok siebie.
– Zapraszamy.
                Posłałam im nieśmiały uśmiech i usiadłam. Od razu dali mi kości i zaczęliśmy grać. Oczywiście, jak zwykle szło mi wręcz tragicznie, ale miałam wrażenie, że tak naprawdę żadnemu z nich nie zależy na wynikach. Granie uważali chyba tylko jako akompaniament do rozmów, a tematy, jakie poruszali, były zaprawdę niesamowicie zajmujące. Początkowo tylko ich słuchałam i obserwowałam, jednak po paru godzinach zaczęłam też opowiadać moje niektóre przygody. Zdawali się być szczerze zainteresowani wyprawą do Puszczy Felmaria… pominęłam jednak to, co działo się, gdy już znaleźliśmy wszystkie meteoryty… urwałam nagle opowieść, nie wiedząc, co dalej powiedzieć. Żaden z nich jednak nie zadawał pytań, a Uruviel, śnieżny elf, który zaprosił mnie do nich, bardzo płynnie zmienił temat na inny.
                Od tamtego dnia często spędzałam czas z załogą. Niekiedy kazali mi wracać do siebie, kiedy mieli jakieś zadania do wykonania, jeśli jednak nie mieli nic ważnego do robienia, z ochotą spędzali ze mną czas. Na statku było trzydziestu członków załogi, większość z nich to były przeróżnego rodzaju elfy, ale było też siedmiu krasnoludów i dwa gnomy. Co mnie zaskoczyło, w skład załogi wchodziło nawet parę elfek i dwie krasnoludzice, w ich zachowaniu jednak nie pozostało już wiele kobiecości – chyba za wiele czasu spędziły wśród marynarzy. Poruszaliśmy wiele tematów, nigdy jednak nie rozmawiali przy mnie o tym, co robią tutaj na statku, jakie mają misje, zadania, czy gdzie obecnie jesteśmy, nie zadawali też żadnych pytań co do mojej obecności i roli na statku – być może doskonale to wiedzieli, albo po prostu ich to nie interesowało. Nie byłam dla nich Francescą van der Vicanis, baronessą prześladowaną przez brata, wampirzycą z aurą smoka… byłam po prostu kobieta, z którą spędzali czas, grając w kości i karty, gadając i żartując. Z czasem zaczęłam czuć się z nimi coraz swobodniej, naprawdę świetnie spędzało mi się z nimi czas, mogłam być… sobą. I wbrew temu, że poniekąd byłam zamknięta na tym statku, to czułam się wolna, mogłam cieszyć się błahostkami, wiedziałam, że następnego ranka się obudzę… po paru tygodniach Uruviel nazwał mnie Vivienne, a kiedy spytałam, co to znaczy, zaśmiał się i wyjaśnił, że po elficku to żywa. Widząc moje zdziwione spojrzenie, wyjaśnił, że skojarzyło mu się to słowo z moim uśmiechem, według niego, ponoć kiedy się uśmiechałam, wyglądałam na pełną życia. Z czasem tak to się przyjęło wśród załogi, że mało kto nazywał mnie już moim prawdziwym imieniem.
                Dni szybko zmieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące… a ja tylko siedziałam na statku nic nie robiąc. Zastanawiałam się, jaka jest moja rola tutaj, ale oczywiście nikt z załogi nie chciał mi odpowiadać na żadne pytania dotyczące ich misji. Kapitan, kiedy go o to zapytałam, odpowiedział jedynie, że obecnie jestem jego gościem i że zostanę tutaj tak długo, aż nie uznają, że jestem bezpieczna. Kiedy chciałam się czegoś więcej dowiedzieć, zbył mnie, mówiąc, że ma ważne sprawy na głowie. Szukałam go jeszcze później tego samego dnia, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć, w przeciągu kilku dni też nie udało mi się na niego wpaść nawet na korytarzach, co było dość dziwne – w końcu statek nie ma nieograniczonej liczny przejść, niby nie było ciężko się spotkać. Może i by się tak zdarzyło na normalnym statku, na przykład takim jakim płynęłam na kontynent elfów, tego okrętu jednak w najmniejszym stopniu normalnym nie można było nazwać, i to już pomijając fakt, że latał. Okręt był naprawdę ogromny i nawet wolałam się nie zastanawiać, ile warte było same drewno najwyższej jakości, z którego był zbudowany, że już nie wspomnę o mithrillowych wykończeniach. Od załogi dowiedziałam się, że został zrobiony przez elfy i że nie ma mnie zwieźć jego wygląd, bo nie tylko pięknie się prezentuje, ale też potrafi rewelacyjnie się bronić. I faktycznie, pewnego dnia podczas spaceru po pokładzie zauważyłam zgrabnie ukryte w zdobieniach liczne armatki i przeróżne działa; niekiedy słyszałam huki wystrzałów, jednak nigdy nie dowiedziałam się, w kogo celowały kule.

Poród

               Z czasem przesiadywanie z załogą w kantynie i spacery po statku zaczęły sprawiać mi coraz więcej trudności, ze względu na wciąż rosnący brzuch. Wyczerpywały mnie czynności, które wcześniej w ogóle mnie nie męczyły, a ruchy dziecka, poza radością, sprawiały mi już też niekiedy ból, zwłaszcza po ciepłej kąpieli zdawało się mieć najwięcej sił, tak więc zaczęłam je ograniczać. Musiałam też poprosić w końcu o jakieś nowe suknie, gdyż brzuch przestał się w moich mieścić. Kiedy rozpoczął się ósmy miesiąc, coraz rzadziej schodziłam do załogi, żeby grać z nimi w karty, ale paru elfów i jeden krasnolud, z którymi złapałam najlepszy kontakt, kilkakrotnie mnie odwiedzali. Siadali wtedy na podłodze wokół mojego łóżka i grali w kości, a ja albo się do nich przyłączałam, albo po prostu ich obserwowałam i słuchałam ich rozmów. Nikt z nich nigdy nie zapytał, kto jest ojcem i dlaczego nie ma go ze mną, za co byłam im niesamowicie wdzięczna, no bo co miałam im odpowiedzieć? Że przespałam się z mieczem? Że wpadłam, jak pierwsza lepsza naiwna służka, która pozwala zabawić się ze sobą bogatemu szlachcicowi za błyskotkę? Że nie sądziłam, że ja, jako wampirzyca, i Brandr’rivor, który w zasadzie był przecież martwy… że my będziemy w stanie dać życie? Przecież wielu na samą wieść o tym, kim jest ojciec, posłałaby mnie na leczenie do psionika…
                Nie żałowałam jednak tego, że tak się zdarzyło. Uczucie, jakie mi towarzyszyło każdego dnia, gdy czułam ruchy dziecka, było nieporównywalne do niczego innego. Zdawało mi się, że lubi mój głos, zwłaszcza śmiech, wtedy najsilniej kopało. Z każdym dniem czułam, jak nieubłagalnie zbliża się dla mnie czas rozwiązania. Krótko po rozpoczęciu ósmego miesiąca, kapitan przedstawił mi księżycową elfkę, medyczkę na ich okręcie; widywałam ją wcześniej w kantynie, ale nigdy nie udało mi się z nią wymienić ani jednego słowa, gdyż zaraz po posiłku wychodziła. Na imię miała Tristria i przez większość czasu, jaki ze mną spędziła, zdawała się być smutna. Miała kajutę tuż obok mojej i często do mnie zaglądała, sprawdzając, czy czegoś nie potrzebuję, zawsze miła, uprzejma… ale nigdy nie widziałam na jej twarzy uśmiechu. Kiedy zapytałam, dlaczego jest taka smutna, wzruszyła ramionami, spojrzała na mnie jasnymi, pięknymi oczami i powiedziała:
– Widzisz, moja droga… istnieje na świecie cierpienie, którego łzy nie są w stanie znieść, byłyby zbyt słone, zbyt gorzkie. Nikt nie potrafiłby przełknąć takich łez, tak jak nikt nie dałby rady zrozumieć tego smutku. On jest jak mgła, obłok dymu bez formy, całun popiołu, ciasno otulający serce i biorący je w swoje ramiona. A serce, raz tak utulone, już nigdy nie zechce opuścić tych objęć.
                Kiedy skończyła, z zaskoczeniem zauważyłam, że po policzkach płyną mi łzy… mówiła to wszystko w taki sposób, z takim niesamowitym smutkiem, że nie byłam w stanie inaczej zareagować. Widząc moją reakcję, delikatnie otarła mój policzek, w milczeniu podała mi kielich z krwią i wyszła z kajuty, zostawiając mnie samą z myślami. Nawet nie chciałam już pytać, co sprawiło, że tak się czuła, i to nie tylko dlatego, że nie chciałam jej urazić, ja po prostu bałam się usłyszeć odpowiedzi. Cóż się musiało zdarzyć, żeby jakakolwiek istota tak bardzo pogrążyła się w smutku i cierpieniu? Zwłaszcza, że Tristria niosła tyle dobra, ratowała mnóstwo żyć, a jednak tak bardzo nie potrafiła się cieszyć z własnego… smutne… przeraźliwie smutne.
                Kilka dni później poprosiłam Tristrię o spacer do kantyny, żebym mogła spędzić trochę czasu z załogą. Od czasu, gdy zaczęła ze mną spędzać więcej czasu, przestali do mnie przychodzić, jakby odstraszała ich roztaczana przez nią aura cierpienia, a mi zaczynało brakować ich ciepła i radości. Z oporem się zgodziła, choć według niej ryzykowałam tak wywołaniem porodu. Jej pesymistyczne proroctwa okazały się jednak nie mieć odbicia w rzeczywistości i przez następne dwa tygodnie jeszcze kilkakrotnie zjawiłam się w kantynie, żeby grać z załogą. Tristria wtedy zwykle siadywała na uboczu i sączyła elfickie wino, przysłuchując się rozmowom, tamtego dnia jednak wolała zostać u siebie…
                Graliśmy kolejną partię kościanego pokera, kiedy rozległ się głośny dźwięk alarmu. Wszyscy zerwali się z miejsc i zaczęli gdzieś biegać i się krzątać, ja też wstałam i zamierzałam wrócić do siebie, jednak zdążyłam ledwie wstać od stołu, gdy statkiem wstrząsnął głośny huk, a podłoga zakołysała się i zadrżała. Straciłam równowagę i upadłam, boleśnie uderzając brzuchem o ławę. Z moich ust wyrwał się głośny krzyk bólu, próbowałam wstać, ale ból się nasilał i nie byłam w stanie się podnieść. W kantynie nie było już nikogo, jedynie słyszałam bieganie na korytarzu tuż obok, więc wołałam o pomoc. W końcu, za którymś wołaniem, jeden z elfów mnie usłyszał. Widząc, że leżę na ziemi, włożył sejmitar za pas i podszedł do mnie, a kiedy powiedziałam, co się stało, bez zbędnych słów chwycił mnie na ręce i zaniósł do mojej kajuty, obiecując, że za chwilę sprowadzi pomoc. Nie musiałam długo czekać, aż w drzwiach zjawiła się Tristria.
Bez zbędnych słów od razu przeszła do działań, jedynie wypytała, co się stało i co mnie konkretnie boli. Podawała mi jakąś miksturkę, kiedy poczułam silny skurcz w dole brzucha, jeszcze potęgujący już i tak silny ból. Wrzasnęłam i zwinęłam się na łóżku, a Tristria spojrzała na mnie zaniepokojona.
– Zaczyna się – powiedziała, a w tym samym momencie, jakby na potwierdzenie jej słów, cały statek zadrżał od odgłosu potężnego wybuchu – uraz przyspieszył poród, nie mamy wiele czasu – dodała, kiedy zauważyła cieknącą po moich udach krew.
                Nic nie odpowiedziałam, nie byłam w stanie – kolejny potężny skurcz pozwolił mi wyłącznie na głośny krzyk, a to był dopiero początek długiej nocy. Zaczynało już zmierzchać, więc w kajucie panował przyjemny półmrok, rozświetlany jedynie co jakiś czas wybuchami i promienistymi rozbłyskami zaklęć. Statek drżał i kołysał się, wstrząsały nim liczne eksplozje, zagłuszające niekiedy moje krzyki. Słyszałam ponad nami odgłosy ciężkich kroków, bieg wielu osób, głuche uderzenia, jakby na podłogę opadały martwe ciała...
                Ból narastał z każdą chwilą, stawał się nie do zniesienia, i, choć otrzymałam w życiu już wiele ciężkich ran, jedynie ból regenerowanego ciała mógł się z tym równać. Czułam się rozrywana od środka, a coraz częstsze i silniejsze skurcze jeszcze wszystko wzmacniały. Po godzinie byłam już zupełnie  wyczerpana, miałam wrażenie, że życie ucieka ze mnie z każdą kolejną chwilą, odgłosy bitwy, toczącej się wokół, przestawały do mnie docierać, ból zaczynał ustępować, wszystko zaczynałam widzieć jakby przez gęstą mgłę…
– Proszę cię, nie umieraj – powiedziała Tristria, uniosła mi głowę i próbowała nalać mi miksturę do ust – trzymaj się, jesteś silna, jeszcze tylko chwila i będzie po wszystkim.
                Ledwo słyszałam jej ostatnie słowa, wszystko się rozmyło, na chwilę straciłam przytomność... jedynie jakimś cudem udało mi się odzyskać świadomość. Ból uderzył we mnie ze zdwojoną siłą, spojrzałam na elfkę, która mieszała kilka mikstur, wlewając po parę kropel z małych fiolek trzęsącymi się rękoma. Nagle rozległ się ogłuszający huk, a okręt zatrząsł się i zajęczał, jakby za chwilę miał się rozpaść na drobne drzazgi. Ledwo utrzymałam się, żeby nie spaść z łóżka, ale Tristria nie miała tyle szczęścia. Upadła na ziemię, a część płynów z fiolek rozlała się wokół, starała się je ratować, ale statek cały czas kołysał się i przechylał, jakby pikował, a jej ręce tak się trzęsły, że jedynie pozbijała jeszcze więcej fiolek. Zaczęła wyjmować inne i gorączkowo je mieszać, po czym podała mi płyn o bardzo dziwnym zapachu, ostrym wręcz zapachu, byłam jednak wyczerpana, a ona obiecała, że to mi pomoże, więc wypiłam całą fiolkę do dna.
                Od razu poczułam, że coś poszło nie tak. Ból jeszcze się wzmógł, wręcz mnie sparaliżował, do tego krew w moich żyłach zdawała się palić żywym ogniem. Wygięłam się w łuk, a z ust wydarł mi się rozdzierający okrzyk bólu… nie sądziłam, że kiedykolwiek przyjdzie mi aż tak cierpieć... elfka szybko zorientowała się, że coś poszło nie tak. Długo się nie zastanawiając, podsunęła mi do ust swój nadgarstek. Czułam pulsującą pod jej cienką skórą krew, która tak kusząco pachniała... nie potrzebowałam jej nakazu "pij!", żeby wbić zęby w jej ciało. Już po kilku łykach gorącej, pełnej życia krwi poczułam, jak wracają mi siły. Ból przestał być tak paraliżujący... z trudem oderwałam się od picia i spojrzałam na elfkę.
– Do roboty – powiedziała, owinęła nadgarstek kawałkiem materiału i zaczęła znów krzątać się koło mnie – najgorsze już za nami, dasz radę.
                Jej krew dała mi nowych sił, więc wzięłam się w garść. Za oknem zrobiło się już zupełnie ciemno, huki i rozbłyski zaklęć pojawiały się coraz rzadziej, aż w końcu zupełnie ucichły. Statek też przestał się tak bardzo kołysać, jedynie co jakiś czas ktoś przebiegał piętro nad nami czy tuż pod drzwiami. Mijały minuty bólu i wysiłku… minuty zmieniły się w godziny… kiedy zaczynałam mieć już dość, poczułam, że to już koniec, że udało mi się… opadłam bez sił na łóżko i dopiero po chwili spojrzałam na Tristrię.
                Miała na rękach niemowlę, jednak coś było nie tak, dziecko nie poruszało się, nie wydawało z siebie żadnego dźwięku, do tego jego skóra była lekko sinawa, i, choć słyszałam ciche, szybkie bicie serduszka, moje serce skamieniało. Elfka pochyliła się nad nim i wyszeptała coś po elficku; nie minęła minuta, a ciszę w kajucie rozdarł głośny płacz nowonarodzonego dziecka.
– Taritahn – powiedziała cicho Tristria i położyła mi zawiniątko z niemowlęciem na piersiach, a na jej ustach po raz pierwszy, odkąd ją zobaczyłam, zagościł delikatny, trwający ledwie ułamki sekund, ale szczery uśmiech.
– Bairre Shanley – wyszeptałam cicho i pogładziłam jej mokre, czerwone nie tylko od krwi włoski – moja mała Bairre…      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz