Podniebna załoga
Parę godzin po trafieniu na statek, kiedy akurat
układałam swoje suknie w skrzyni, usłyszałam na korytarzu lekkie kroki i
pogwizdywanie, a po chwili ktoś zapukał do drzwi mojej kajuty. Zaprosiłam
gościa do środka, drzwi się otworzyły i stanął przede mną ów blond włosy elf we
wściekle niebieskiej koszuli. Poczułam niesamowicie przyjemny zapach, którego
nutkę wyczułam u Ventusa i jego brata, ten jednak był czysty, niczym
niezmącony, a przez to niesamowicie intensywny. Próbowałam poczuć jakąś woń
typową dla któregokolwiek z elfów, ale czułam zapach każdego po trochu, ten elf
pachniał absolutnie wszystkim, co tylko przychodziło mi na myśl, a co było
związane w jakiś sposób z naturą… pachniał światem.
– Witam na pokładzie – wyciągnął ku mnie rękę, z
przeróżnymi rzemykami na przegubie i kilkoma niesamowicie zdobionymi
pierścieniami – jestem kapitanem statku, nazywam się Bel’salan.
– Francesca van der Vicanis – przedstawiłam się i
podałam mu dłoń, a on posłał mi pewny i silny ucisk – miło mi cię poznać.
– Mi również. Proszono mnie, żebym przez jakiś czas
cię tutaj gościł, tak więc, czuj się gościem na moim statku. Proszę jednak,
żebyś, ze względu na własne bezpieczeństwo, nie pałętała się po nim sama, ale
jeśli tylko będziesz czegoś potrzebowała czy chciała spędzić z kimś czas,
zawsze możesz pójść do załogi. Powiedzieli ci już, jak wygląda życie na
Alat’Argent? – spytał, a po chwili, widząc moją lekką dezorientację, dodał z
westchnieniem, jakby ubolewał nad moją nieznajomością języka. – Uskrzydlone
srebro, nazwa statku.
– Ah… tak, z grubsza opowiedział mi ten elf, który
mnie tutaj przyprowadził – odparłam, a kapitan skinął głową.
– Dobrze, zatem nie będę ci już zabierał więcej czasu.
Miłego rejsu, Francesco – życzył z uśmiechem.
– Dziękuję – powiedziałam, a kapitan skłonił na chwilę
głowę i wyszedł, a gdy tylko zamknął drzwi, z powrotem usłyszałam jego
pogwizdywanie.
Bel’salan
był naprawdę interesującą osobą. Zaglądał do mnie raz w tygodniu, pytając, jak
się czuję i jak mi mija podróż. Zawsze widywałam go ubranego w jaskrawą koszulę,
krótkie hajdawery i sandały, z szerokim uśmiechem na twarzy. Chadzał wręcz
tanecznym krokiem i wesoło pogwizdywał, jakby jego życie było zupełnie beztroskie.
Wśród załogi cieszył się autentyczną sympatią i szacunkiem, czemu w sumie się nie
dziwiłam, biorąc pod uwagę jego swobodny sposób bycia. Za każdym razem, kiedy
go widziałam, starałam się zidentyfikować jego zapach, jednak na nic były moje
starania, więc w końcu nie wytrzymałam i zapytałam:
– Kapitanie, jakim ty w ogóle jesteś elfem?
– Eee… chyba podniebnym, nie? – odparł ze śmiechem – a
tak serio to żywym i wiecznie pijanym.
– Ale… są na przykład elfy krwawe, leśne, słoneczne…
każdy ma inny zapach, a ty… ty nie pachniesz żadnym… i każdym – powiedziałam zdezorientowana.
– To alkohol i te no… zioła takie – powiedział i
obdarzył mnie szerokim, przekornym uśmiechem.
– Zioła? Zaiste, musi to być niezwykle intensywna
mieszanka, skoro aż tak bardzo nią przesiąknąłeś – nie dawałam za wygraną.
– Dałbym ci powąchać, ale nie wiem, czy w twoim stanie
takie używki to dobry pomysł – zbył mnie, a ja przeklęłam w myślach, widząc, że
chyba nic z niego nie wycisnę.
Dni
na statku mijały mi szybko. Początkowo wolałam zostawać sama w pokoju, prosiłam
tylko o coś do czytania, żeby nie zostawać cały czas sam na sam z myślami. Po
tygodniu przynieśli mi mewę, upolowaną z łuku – może i nie pachniała zbyt
zachęcająco, ale dawno nie piłam krwi, więc nie pogardziłam nawet ptasią;
wkrótce jednak przywykłam do smaku ptactwa – jedynie taką krew dostawałam przez
całą podróż. W zasadzie brak innego rodzaju krwi zdawało się być jedyną
niedogodnością, bo tak naprawdę miałam wszystko, czego potrzebowałam, a nawet
trochę więcej. Często wylegiwałam się w wannie, ciesząc się, że miałam ją
dostępną tylko i wyłącznie dla siebie; jeśli można by mnie posądzić o
uzależnienie, z pewnością byłyby nim długie kąpiele. Przywykłam do samotności,
więc z załogą spędzałam czas tylko po posiłkach, pewnego dnia jednak, jeden z
elfów zawołał za mną, gdy już wychodziłam z kantyny.
– Może pograsz z nami w kości?
Odwróciłam
się i spojrzałam na niego zdziwiona. Uśmiechał się do mnie szeroko, również
jego towarzysze wydawali się być do mnie przyjaźnie nastawieni. Widząc, że się
waham, śnieżny elf, ten, który za mną zawołał, przesunął się na ławie i
poklepał miejsce obok siebie.
– Zapraszamy.
Posłałam
im nieśmiały uśmiech i usiadłam. Od razu dali mi kości i zaczęliśmy grać.
Oczywiście, jak zwykle szło mi wręcz tragicznie, ale miałam wrażenie, że tak
naprawdę żadnemu z nich nie zależy na wynikach. Granie uważali chyba tylko jako
akompaniament do rozmów, a tematy, jakie poruszali, były zaprawdę niesamowicie
zajmujące. Początkowo tylko ich słuchałam i obserwowałam, jednak po paru
godzinach zaczęłam też opowiadać moje niektóre przygody. Zdawali się być
szczerze zainteresowani wyprawą do Puszczy Felmaria… pominęłam jednak to, co
działo się, gdy już znaleźliśmy wszystkie meteoryty… urwałam nagle opowieść,
nie wiedząc, co dalej powiedzieć. Żaden z nich jednak nie zadawał pytań, a Uruviel,
śnieżny elf, który zaprosił mnie do nich, bardzo płynnie zmienił temat na inny.
Od
tamtego dnia często spędzałam czas z załogą. Niekiedy kazali mi wracać do siebie,
kiedy mieli jakieś zadania do wykonania, jeśli jednak nie mieli nic ważnego do
robienia, z ochotą spędzali ze mną czas. Na statku było trzydziestu członków
załogi, większość z nich to były przeróżnego rodzaju elfy, ale było też siedmiu
krasnoludów i dwa gnomy. Co mnie zaskoczyło, w skład załogi wchodziło nawet
parę elfek i dwie krasnoludzice, w ich zachowaniu jednak nie pozostało już
wiele kobiecości – chyba za wiele czasu spędziły wśród marynarzy. Poruszaliśmy
wiele tematów, nigdy jednak nie rozmawiali przy mnie o tym, co robią tutaj na
statku, jakie mają misje, zadania, czy gdzie obecnie jesteśmy, nie zadawali też
żadnych pytań co do mojej obecności i roli na statku – być może doskonale to
wiedzieli, albo po prostu ich to nie interesowało. Nie byłam dla nich Francescą
van der Vicanis, baronessą prześladowaną przez brata, wampirzycą z aurą smoka…
byłam po prostu kobieta, z którą spędzali czas, grając w kości i karty, gadając
i żartując. Z czasem zaczęłam czuć się z nimi coraz swobodniej, naprawdę świetnie
spędzało mi się z nimi czas, mogłam być… sobą. I wbrew temu, że poniekąd byłam
zamknięta na tym statku, to czułam się wolna, mogłam cieszyć się błahostkami,
wiedziałam, że następnego ranka się obudzę… po paru tygodniach Uruviel nazwał
mnie Vivienne, a kiedy spytałam, co to znaczy, zaśmiał się i wyjaśnił, że po
elficku to żywa. Widząc moje zdziwione spojrzenie, wyjaśnił, że skojarzyło mu
się to słowo z moim uśmiechem, według niego, ponoć kiedy się uśmiechałam,
wyglądałam na pełną życia. Z czasem tak to się przyjęło wśród załogi, że mało
kto nazywał mnie już moim prawdziwym imieniem.
Dni
szybko zmieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące… a ja tylko siedziałam na
statku nic nie robiąc. Zastanawiałam się, jaka jest moja rola tutaj, ale
oczywiście nikt z załogi nie chciał mi odpowiadać na żadne pytania dotyczące
ich misji. Kapitan, kiedy go o to zapytałam, odpowiedział jedynie, że obecnie
jestem jego gościem i że zostanę tutaj tak długo, aż nie uznają, że jestem
bezpieczna. Kiedy chciałam się czegoś więcej dowiedzieć, zbył mnie, mówiąc, że
ma ważne sprawy na głowie. Szukałam go jeszcze później tego samego dnia, ale
nigdzie nie mogłam go znaleźć, w przeciągu kilku dni też nie udało mi się na
niego wpaść nawet na korytarzach, co było dość dziwne – w końcu statek nie ma
nieograniczonej liczny przejść, niby nie było ciężko się spotkać. Może i by się
tak zdarzyło na normalnym statku, na przykład takim jakim płynęłam na kontynent
elfów, tego okrętu jednak w najmniejszym stopniu normalnym nie można było
nazwać, i to już pomijając fakt, że latał. Okręt był naprawdę ogromny i nawet
wolałam się nie zastanawiać, ile warte było same drewno najwyższej jakości, z
którego był zbudowany, że już nie wspomnę o mithrillowych wykończeniach. Od
załogi dowiedziałam się, że został zrobiony przez elfy i że nie ma mnie zwieźć
jego wygląd, bo nie tylko pięknie się prezentuje, ale też potrafi rewelacyjnie
się bronić. I faktycznie, pewnego dnia podczas spaceru po pokładzie zauważyłam
zgrabnie ukryte w zdobieniach liczne armatki i przeróżne działa; niekiedy
słyszałam huki wystrzałów, jednak nigdy nie dowiedziałam się, w kogo celowały
kule.
Poród
Z
czasem przesiadywanie z załogą w kantynie i spacery po statku zaczęły sprawiać
mi coraz więcej trudności, ze względu na wciąż rosnący brzuch. Wyczerpywały
mnie czynności, które wcześniej w ogóle mnie nie męczyły, a ruchy dziecka, poza
radością, sprawiały mi już też niekiedy ból, zwłaszcza po ciepłej kąpieli
zdawało się mieć najwięcej sił, tak więc zaczęłam je ograniczać. Musiałam też
poprosić w końcu o jakieś nowe suknie, gdyż brzuch przestał się w moich
mieścić. Kiedy rozpoczął się ósmy miesiąc, coraz rzadziej schodziłam do załogi,
żeby grać z nimi w karty, ale paru elfów i jeden krasnolud, z którymi złapałam
najlepszy kontakt, kilkakrotnie mnie odwiedzali. Siadali wtedy na podłodze
wokół mojego łóżka i grali w kości, a ja albo się do nich przyłączałam, albo po
prostu ich obserwowałam i słuchałam ich rozmów. Nikt z nich nigdy nie zapytał,
kto jest ojcem i dlaczego nie ma go ze mną, za co byłam im niesamowicie
wdzięczna, no bo co miałam im odpowiedzieć? Że przespałam się z mieczem? Że
wpadłam, jak pierwsza lepsza naiwna służka, która pozwala zabawić się ze sobą
bogatemu szlachcicowi za błyskotkę? Że nie sądziłam, że ja, jako wampirzyca, i
Brandr’rivor, który w zasadzie był przecież martwy… że my będziemy w stanie dać
życie? Przecież wielu na samą wieść o tym, kim jest ojciec, posłałaby mnie na
leczenie do psionika…
Nie
żałowałam jednak tego, że tak się zdarzyło. Uczucie, jakie mi towarzyszyło
każdego dnia, gdy czułam ruchy dziecka, było nieporównywalne do niczego innego.
Zdawało mi się, że lubi mój głos, zwłaszcza śmiech, wtedy najsilniej kopało. Z
każdym dniem czułam, jak nieubłagalnie zbliża się dla mnie czas rozwiązania.
Krótko po rozpoczęciu ósmego miesiąca, kapitan przedstawił mi księżycową elfkę,
medyczkę na ich okręcie; widywałam ją wcześniej w kantynie, ale nigdy nie udało
mi się z nią wymienić ani jednego słowa, gdyż zaraz po posiłku wychodziła. Na
imię miała Tristria i przez większość czasu, jaki ze mną spędziła, zdawała się
być smutna. Miała kajutę tuż obok mojej i często do mnie zaglądała,
sprawdzając, czy czegoś nie potrzebuję, zawsze miła, uprzejma… ale nigdy nie
widziałam na jej twarzy uśmiechu. Kiedy zapytałam, dlaczego jest taka smutna,
wzruszyła ramionami, spojrzała na mnie jasnymi, pięknymi oczami i powiedziała:
– Widzisz, moja droga… istnieje na świecie cierpienie,
którego łzy nie są w stanie znieść, byłyby zbyt słone, zbyt gorzkie. Nikt nie
potrafiłby przełknąć takich łez, tak jak nikt nie dałby rady zrozumieć tego
smutku. On jest jak mgła, obłok dymu bez formy, całun popiołu, ciasno otulający
serce i biorący je w swoje ramiona. A serce, raz tak utulone, już nigdy nie
zechce opuścić tych objęć.
Kiedy
skończyła, z zaskoczeniem zauważyłam, że po policzkach płyną mi łzy… mówiła to
wszystko w taki sposób, z takim niesamowitym smutkiem, że nie byłam w stanie
inaczej zareagować. Widząc moją reakcję, delikatnie otarła mój policzek, w
milczeniu podała mi kielich z krwią i wyszła z kajuty, zostawiając mnie samą z
myślami. Nawet nie chciałam już pytać, co sprawiło, że tak się czuła, i to nie
tylko dlatego, że nie chciałam jej urazić, ja po prostu bałam się usłyszeć
odpowiedzi. Cóż się musiało zdarzyć, żeby jakakolwiek istota tak bardzo
pogrążyła się w smutku i cierpieniu? Zwłaszcza, że Tristria niosła tyle dobra,
ratowała mnóstwo żyć, a jednak tak bardzo nie potrafiła się cieszyć z własnego…
smutne… przeraźliwie smutne.
Kilka
dni później poprosiłam Tristrię o spacer do kantyny, żebym mogła spędzić trochę
czasu z załogą. Od czasu, gdy zaczęła ze mną spędzać więcej czasu, przestali do
mnie przychodzić, jakby odstraszała ich roztaczana przez nią aura cierpienia, a
mi zaczynało brakować ich ciepła i radości. Z oporem się zgodziła, choć według
niej ryzykowałam tak wywołaniem porodu. Jej pesymistyczne proroctwa okazały się
jednak nie mieć odbicia w rzeczywistości i przez następne dwa tygodnie jeszcze
kilkakrotnie zjawiłam się w kantynie, żeby grać z załogą. Tristria wtedy zwykle
siadywała na uboczu i sączyła elfickie wino, przysłuchując się rozmowom,
tamtego dnia jednak wolała zostać u siebie…
Graliśmy
kolejną partię kościanego pokera, kiedy rozległ się głośny dźwięk alarmu.
Wszyscy zerwali się z miejsc i zaczęli gdzieś biegać i się krzątać, ja też
wstałam i zamierzałam wrócić do siebie, jednak zdążyłam ledwie wstać od stołu,
gdy statkiem wstrząsnął głośny huk, a podłoga zakołysała się i zadrżała.
Straciłam równowagę i upadłam, boleśnie uderzając brzuchem o ławę. Z moich ust
wyrwał się głośny krzyk bólu, próbowałam wstać, ale ból się nasilał i nie byłam
w stanie się podnieść. W kantynie nie było już nikogo, jedynie słyszałam
bieganie na korytarzu tuż obok, więc wołałam o pomoc. W końcu, za którymś
wołaniem, jeden z elfów mnie usłyszał. Widząc, że leżę na ziemi, włożył
sejmitar za pas i podszedł do mnie, a kiedy powiedziałam, co się stało, bez
zbędnych słów chwycił mnie na ręce i zaniósł do mojej kajuty, obiecując, że za
chwilę sprowadzi pomoc. Nie musiałam długo czekać, aż w drzwiach zjawiła się
Tristria.
Bez zbędnych słów od razu
przeszła do działań, jedynie wypytała, co się stało i co mnie konkretnie boli.
Podawała mi jakąś miksturkę, kiedy poczułam silny skurcz w dole brzucha,
jeszcze potęgujący już i tak silny ból. Wrzasnęłam i zwinęłam się na łóżku, a Tristria
spojrzała na mnie zaniepokojona.
– Zaczyna się – powiedziała, a w tym samym momencie,
jakby na potwierdzenie jej słów, cały statek zadrżał od odgłosu potężnego
wybuchu – uraz przyspieszył poród, nie mamy wiele czasu – dodała, kiedy
zauważyła cieknącą po moich udach krew.
Nic
nie odpowiedziałam, nie byłam w stanie – kolejny potężny skurcz pozwolił mi
wyłącznie na głośny krzyk, a to był dopiero początek długiej nocy. Zaczynało
już zmierzchać, więc w kajucie panował przyjemny półmrok, rozświetlany jedynie
co jakiś czas wybuchami i promienistymi rozbłyskami zaklęć. Statek drżał i
kołysał się, wstrząsały nim liczne eksplozje, zagłuszające niekiedy moje
krzyki. Słyszałam ponad nami odgłosy ciężkich kroków, bieg wielu osób, głuche
uderzenia, jakby na podłogę opadały martwe ciała...
Ból
narastał z każdą chwilą, stawał się nie do zniesienia, i, choć otrzymałam w
życiu już wiele ciężkich ran, jedynie ból regenerowanego ciała mógł się z tym
równać. Czułam się rozrywana od środka, a coraz częstsze i silniejsze skurcze
jeszcze wszystko wzmacniały. Po godzinie byłam już zupełnie wyczerpana, miałam wrażenie, że życie ucieka
ze mnie z każdą kolejną chwilą, odgłosy bitwy, toczącej się wokół, przestawały
do mnie docierać, ból zaczynał ustępować, wszystko zaczynałam widzieć jakby
przez gęstą mgłę…
– Proszę cię, nie umieraj –
powiedziała Tristria, uniosła mi głowę i próbowała nalać mi miksturę do ust –
trzymaj się, jesteś silna, jeszcze tylko chwila i będzie po wszystkim.
Ledwo
słyszałam jej ostatnie słowa, wszystko się rozmyło, na chwilę straciłam
przytomność... jedynie jakimś cudem udało mi się odzyskać świadomość. Ból
uderzył we mnie ze zdwojoną siłą, spojrzałam na elfkę, która mieszała kilka
mikstur, wlewając po parę kropel z małych fiolek trzęsącymi się rękoma. Nagle
rozległ się ogłuszający huk, a okręt zatrząsł się i zajęczał, jakby za chwilę
miał się rozpaść na drobne drzazgi. Ledwo utrzymałam się, żeby nie spaść z
łóżka, ale Tristria nie miała tyle szczęścia. Upadła na ziemię, a część płynów
z fiolek rozlała się wokół, starała się je ratować, ale statek cały czas
kołysał się i przechylał, jakby pikował, a jej ręce tak się trzęsły, że jedynie
pozbijała jeszcze więcej fiolek. Zaczęła wyjmować inne i gorączkowo je mieszać,
po czym podała mi płyn o bardzo dziwnym zapachu, ostrym wręcz zapachu, byłam
jednak wyczerpana, a ona obiecała, że to mi pomoże, więc wypiłam całą fiolkę do
dna.
Od
razu poczułam, że coś poszło nie tak. Ból jeszcze się wzmógł, wręcz mnie sparaliżował,
do tego krew w moich żyłach zdawała się palić żywym ogniem. Wygięłam się w łuk,
a z ust wydarł mi się rozdzierający okrzyk bólu… nie sądziłam, że kiedykolwiek
przyjdzie mi aż tak cierpieć... elfka szybko zorientowała się, że coś poszło
nie tak. Długo się nie zastanawiając, podsunęła mi do ust swój nadgarstek.
Czułam pulsującą pod jej cienką skórą krew, która tak kusząco pachniała... nie
potrzebowałam jej nakazu "pij!", żeby wbić zęby w jej ciało. Już po
kilku łykach gorącej, pełnej życia krwi poczułam, jak wracają mi siły. Ból
przestał być tak paraliżujący... z trudem oderwałam się od picia i spojrzałam
na elfkę.
– Do roboty – powiedziała, owinęła nadgarstek
kawałkiem materiału i zaczęła znów krzątać się koło mnie – najgorsze już za
nami, dasz radę.
Jej
krew dała mi nowych sił, więc wzięłam się w garść. Za oknem zrobiło się już zupełnie
ciemno, huki i rozbłyski zaklęć pojawiały się coraz rzadziej, aż w końcu
zupełnie ucichły. Statek też przestał się tak bardzo kołysać, jedynie co jakiś
czas ktoś przebiegał piętro nad nami czy tuż pod drzwiami. Mijały minuty bólu i
wysiłku… minuty zmieniły się w godziny… kiedy zaczynałam mieć już dość,
poczułam, że to już koniec, że udało mi się… opadłam bez sił na łóżko i dopiero
po chwili spojrzałam na Tristrię.
Miała
na rękach niemowlę, jednak coś było nie tak, dziecko nie poruszało się, nie
wydawało z siebie żadnego dźwięku, do tego jego skóra była lekko sinawa, i, choć
słyszałam ciche, szybkie bicie serduszka, moje serce skamieniało. Elfka
pochyliła się nad nim i wyszeptała coś po elficku; nie minęła minuta, a ciszę w
kajucie rozdarł głośny płacz nowonarodzonego dziecka.
– Taritahn – powiedziała cicho Tristria i położyła mi
zawiniątko z niemowlęciem na piersiach, a na jej ustach po raz pierwszy, odkąd
ją zobaczyłam, zagościł delikatny, trwający ledwie ułamki sekund, ale szczery
uśmiech.
– Bairre Shanley – wyszeptałam cicho i pogładziłam jej
mokre, czerwone nie tylko od krwi włoski – moja mała Bairre…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz