sobota, 31 stycznia 2015

Smutek

Przywołane myśli

                Kiedy się obudziłem, byłem w celi. Zaiste, chyba musiałem tu zawędrować po pijaku. Jednak idealnie mi tu pasowało, więc urządziłem w tej celi swój pokój. Cela… to przypomina stare czasy… Czułem się wtedy tak samo beznadziejnie, w każdej chwili gotowy na śmierć. To było jeszcze zanim poznałem jakiekolwiek sztuki nekromanckie, czy zanim posiadłem pewne ciekawe moce… To zabawne- kiedy bardzo pragniemy śmierci, ta zdaje się nas omijać szerokim łukiem. Jakby w zaświaty mogli trafić tylko Ci, którzy lękają się utraty życia i trzymają się kurczowo każdego ochłapu marnej wegetacji. A może jednak samobójstwo wcale nie jest takim złym wyjściem? Może jednak mamy prawo decydować o tym kiedy nasze serca mają przestać pompować krew? Bo jaki jest sens wegetować? Jaki sens jest w tym, by usilnie trwać w bólu, kiedy możemy się go pozbyć? Czy cierpiąc odpowiednio długo mamy odkupić winy? A może to jacy się urodziliśmy? Francesca Vivienne przypomniała mi dziś samobójcze pragnienie. Powód, dla którego chciała je popełnić… Zaczynam jej współczuć…
Luctus… Nawet po śmierci jego nienawiść będzie tłoczyć we mnie pustkę i nicość… Nie potrafiłem uratować najbliższej mi osoby… Nie potrafiłem dać mu tego, na co zasługiwał… Może, gdyby Insania wtedy nie wpadła w obłęd… Nie, to nie jej wina. To moja wina. Nie powinienem się narodzić. I tak mam puste serce i duszę. Jestem niczym… Marność przynosiłem od dziecka i marność niosę nadal… Tylko dlaczego? Jaki jest w tym sens? Na co w tym świecie zda się taki robak jak ja, który tylko drąży ziemie bez celu, jakby liczył, że gdzieś tam zakopana jest skrzyneczka ze schowanym listem zaadresowanym do niego, z napisanym celem bezsensownej egzystencji? A nawet jeżeli istnieje taka skrzyneczka… zanim robak przekopie się do niej, pożre go kret, który zastawia pułapki na idiotów szukających tej chorej skrzyneczki.
Czy jest sens iść dalej… może samobójstwo nie jest złym wyjściem… Skoro Nelmnar sprawiedliwie przychodzi po każdego, to jaka jest jego sprawiedliwość? Na czym się opiera jego sprawiedliwy osąd… Ech… bredzę i bluźnię… Może Nelmnar właśnie tak każe mi odpokutować to co uczyniłem, a raczej czego nie uczyniłem… każąc mi wegetować…
Zamknąłem cele i powędrowałem korytarzem. Instynktownie szukałem schodów do góry. W tej części sterowiec był jakby bardziej skryty w półmroku niż jego pozostała część, którą do tej pory widziałem. A może tylko tak mi się wydawało… Nie pałętam się zbytnio po nim, nie widzę w tym żadnego sensu. Powoli wydostając się z półmroku w bardziej oświetlone części machiny dobiegały mnie głosy z kantyny. Po cichu wszedłem i usiadłem w kącie przysłuchując się rozmową ignorując podejrzany uśmiech Blargha.
Obudził mnie mocny szturchaniec Troya poprzedzony wesołym krzykiem:
-Wstawaj pesymisto! Bo prześpisz jakieś dobre mordobicie!
-Co jest? Gdzie jesteśmy?- odezwałem się nieco zdezorientowany.
-Wyłazimy wreszcie z tej puszki! Idziemy szukać lochów, czy tam ruin- jeden pies! Ruszaj się!

Szukamy? Czego?

Przed nami rozpościerał się całkiem różnogatunkowy i różnowiekowy las. Pierwsza myśl, jaka mnie naszła to „dajcie mi góra miesiąc i będzie trzeba zmienić mapy, bo lasu nie będzie”. Jednak nie wypowiedziałem tego na głos- i tak by nie zrozumieli.
-Nooo… to mamy sporą połać do przeszukania- Lancello spojrzał na obraz rozpościerający się przed nami jakby próbował ocenić ile nam to zajmie.
-To właściwie… czego szukamy?- Spytał się Mikur- Jakiegoś wejścia? Zejścia do lochów? Czy co? No bo łażenie po tym lesie zajmie duuużo czasu. Dobrze byłoby wiedzieć, czego szukamy.
-Valarad chyba zachlał z piratami i nie ma szans żeby wyszedł dzisiaj. A on czytał o tym i wie jak to powinno wyglądać- dodała Wampirzyca.
-No to chodźmy! Rozejrzymy się i jakoś znajdziemy te lochy!- jak zawsze energicznie ponaglał nas Troy.
Blargh się nie odezwał. Pewnie obawiał się odezwać wbrew woli swego Pana.
                Kiedy oni tak rozmawiali, ja nachyliłem się nad ściółką. Wyciszyłem swój umysł i skupiłem się.
-Mam nadzieję, że dzisiaj też uniknę tych głupich ptaszysk. Dobrze, że trawa podrosła, może mnie nie zauważą. Jestem taaaaki głodny- usłyszałem cienki, zdenerwowany głosik. Przyjrzałem się trawie i natychmiast dostrzegłem w niej żuka. Chwyciłem go w palce i położyłem na ręce.
-Nie, nie, nie, nie! Nie chce skończyć jako zabawka jakiegoś ciekawskiego dwunoga!- wręcz krzyczał kiedy go podnosiłem.
-Uspokój się. Chce tylko pogadać- zapewniłem go spokojnym głosem- Nic ci nie grozi.
-Druid?
-Słuchaj wiesz może czy gdzieś w tym lesie są lochy?- zignorowałem jego pytanie.
-Wiem…- przeciągle powiedział żuk.
-Co byś chciał w zamian za informacje?- spytałem, chociaż podejrzewałem czego chce, w końcu był  „taaaaki głodny”.
-Jedzonko! Trochę zgniłego drewna na pewno pomoże i zaoszczędzi mi szukania.
-Jasne, nie ma problemu.
-Eee? A Ty się dobrze czujesz? Z kim rozmawiasz?- Spytała się Vivienne, patrząc na mnie jak na dziwaka.
-Tak. Czuję się doskonale, a rozmawiam z żuczkiem.
-Rozmawiasz z żuczkiem? Tak? Na pewno wszystko z nim dobrze? Chyba trochę mu odbiło- dodała zwracając się do reszty.
Lancello wzdrygnął ramionami, gdyż wiedział o moich zdolnościach druistycznych, Blargh zdawał się nie zwracać na to uwagi, Stein zaś patrzył się z pomieszanym zdziwieniem i zaciekawieniem, a Troy z szerokim uśmiechem powiedział:
-On tak ma. Haha, a gdyby tak teraz przybić ci piątkę Mścibor?- dodał z uśmiechem.
-Albo wziąć tak pstryknąć w tego żuczka, hyhy- dołączył się do żartów Stein.
Żuki nie posiadają zdolności rozszerzania swoich oczu, ale gdyby ten posiadał, miałby teraz oczy pięć razy większe ze strachu.
-Oni mnie stresują- rozglądał się gorączkowo.
-Spokojnie, już odchodzimy od nich.
Odszedłem trochę dalej od reszty i obejrzałem się, czy nie człapią za nami.
-No dobra. Teraz możesz mówić.
-Ale dostane jedzonko?
-Tak, oczywiście. W końcu jestem druidem- skłamałem, żeby dodać mu otuchy.
-Tak więc lochy są wszędzie! Pod waszymi stopami!
-Dobrze, a czy wiesz może jak mamy się tam dostać. Wiesz, chodzi mi o wejście, którym będzie mógł przejść nawet tamten duży kamień. Spokojnie, on ci nie zrobi krzywdy- dodałem widząc jak zaczyna nerwowo dreptać po mojej dłoni.
-Musicie znaleźć pień.
-Gdzie jest ten pień?
-To w tą stronę gdzie nie ma słońc.
Spojrzałem na resztę. Oddali się jakimś rozmowom czekając aż wrócę, a Wampirzyca spoglądała od czasu do czasu w moja stronę jakby patrzyła się na jakiegoś obłąkanego człowieka.
-Zaiste, bardzo się przydałeś.
Podszedłem do najbliższego drzewa. Dotknąłem go i wyzwoliłem z siebie moc. W jednej chwili z drzewa spadły wszystkie liście, które nagle jesiennie się zabarwiły, a drzewo umarło, stało się zgniłe i spróchniałe. Tak, jedną z mocy, które posiadam to właśnie Śmierć- pamiętam jak ten, który mi ją dawał śmiał się, że idealnie będzie do mnie pasowała…
-Tyle starczy?- spytałem żuczka
-Dużo jedzonka- odpowiedział wesoły i zaczął się bardziej wiercić na mojej ręce, więc odłożyłem go na drzewo. Oddalając się słyszałem jeszcze jak mówił coś o przyprowadzeniu tu innych, ale już nie zwracałem na to uwagi. Dlaczego nie zabiłem żuczka? W końcu jestem naturobójcą, więc wydawałoby się to oczywiste, że powinienem go zabić. Przydał mi się, a w dodatku mam sentyment do tych istot. Gdy objawił się mój dar, a raczej przekleństwo druistyczne, byłem akurat bawić się w lesie i zwierzęta, które usłyszałem jako pierwsze to właśnie żuki, które lubiłem łapać i oglądać ich mieniące się pancerzyki w świetle słońca. Jakie było wtedy moje zdziwienie i przerażenie, gdy usłyszałem coś w stylu „puszczaj mnie ty głupi człowieku. Niech no ja ci pokaże. Ugryzę cię tak, że nawet ty gruboskórny palancie to poczujesz. Zabaw się zachciało. To już trzeci raz w tym tygodniu…” i tak dalej. Całkiem zabawne kiedy teraz o tym myślę.
                Wracając zauważyłem spojrzenia reszty, która czekała na mnie. Widząc jak wyzwoliłem z siebie moc i zabiłem drzewo mieli ciekawe wyrazy twarzy. Blargh lekko rozszerzył oczy, Mikur znowu spojrzał ze zdziwieniem jakby uznał to za jakieś nekromantyczne zaklęcie. Lancello lekko uśmiechnął się wiedząc co się stało, tak samo jak Troy, który stał jak zawsze z szerokim uśmiechem. Wampirzyca natomiast, patrzyła ze zdumieniem pomieszanym z tamtym wzrokiem- patrzyła jak na obłąkanego, jak na prawdziwego dziwoląga. Jej wzrok przeszywał mnie na wskroś. To spojrzenie… zupełnie jak mojej matki…

Wspomnienia…

Kiedy dowiedziałem się, że mogę rozmawiać ze zwierzętami na początku byłem przerażony, ale szybko zaczęło mnie to cieszyć. Mogłem pogadać z naszym kocurem, który mówił, że nie podoba mu się imię Mruczek, więc wymyśliliśmy mu inne. Mogłem pogadać z myszami, by nie nękały naszej spiżarni, tylko tego grubego Fabiusa, bucowatego sklepikarza, który skarżył mamie, gdy podkradałem słodycze z lady. Nawet konie przyjezdnych opowiadały mi prawdziwe historie swoich panów, a nie te, które ci wymyślali by zaimponować dziewkom z naszej wioski. Nie raz oberwałem na tyłek od jednego z nich za „kłamstwa”, które ich ośmieszały. Raz nawet dogadałem się z pewnym słowikiem. Była w wiosce pewna dziewczyna, która bardzo mi się podobała. Miała na imię Insania. Bardzo lubiła śpiew słowika, jak mówiła- poprawiał jej zawsze humor i wypełniał jej serce radością. Dogadałem się więc ze słowikiem, że ten będzie mieszkał u mnie na poddaszu i mój kot go nie zje, a ja będę go karmił codziennie, ale w zamian on będzie zawsze leciał ze mną do Insanii kiedy go o to poproszę i śpiewał dla niej. Jaka ona była szczęśliwa kiedy przychodziłem do niej ze słowikiem na ramieniu, a ten siadał na jej drobnej rączce i śpiewał dla niej piękne piosenki. Wciąż pamiętam nasz pierwszy pocałunek, kiedy tłumaczyłem jej słowa piosenki słowika… Nawet mi na chwile serce zaczyna bić i lekko się uśmiecham na to wspomnienie… jednak szybko ustaje by znów wypełnić się pustką…
Ludzie w wiosce jednak nie byli tak zachwyceni jak Insania. Przychodzili do mojej matki coraz częściej. A i ja słyszałem wiele pomruków, gdy przechodziłem między budynkami.
-Toć ten dzieciak oszalał.
-Demon go opętał. Dzieci łatwiej opętać.
-Słyszałam, że ojciec, gdy dowiedział się o dziecku odszedł w popłochu! Pewnie zesłał nieszczęście na to dziecko.
-Udaje, że może gadać ze zwierzętami. A ten słowik? Widzieliście? Pewnie sam opętał to zwierze.
-Nasienie zła! Ześle na nas nieszczęście. Wszyscy będziemy pokutować za grzechy tego dzieciaka!
-Lepiej by było dla nas, gdyby się nie narodził. Opęta każdego z nas. Będzie się nami żywił. Zobaczycie…
Zwłaszcza rodzice Insanii byli bardzo negatywnie do mnie nastawieni. Spotykaliśmy się po kryjomu. Insania spytała mi się kiedyś, gdy siedzieliśmy nad rzeką:
-Czy opętał cię demon? Rodzice mówią, że jak będziemy się nadal spotykali, to mnie też opętasz, tak jak słowika…
-Nie wiem szczerze mówiąc…- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, matka uczyła mnie by kobietom nie kłamać nigdy- Ale nie robie przecież nic złego… Nikogo nie krzywdzę. No może poza tym tłuściochem, ale myszy same mówiły, że mają tam co jeść i też go nie lubią…
-Skrzywdziłbyś mnie?- jej duże błękitno-piwne oczy wyrażały nadzieję i przerażenie w jednym.
-Oczywiście, że nie. Nikogo nie chce krzywdzić.- Insania jakby uspokojona oparła swoją drobną główkę na moim ramieniu.
-Moich rodziców też, prawda?
-Nikogo- podkreśliłem stanowczo powtarzając.
Wkrótce po tym do wioski przyszła jakaś zaraza. Co prawda nikomu nie stało się nic poważniejszego, ale ludzie i tak gadali, że to moja wina, że najpierw chce ich osłabić, a potem żywić się ich duszami… Nawet ja zacząłem w to powątpiewać, czy czasem nie jestem opętany. Moją matkę i mnie choroba ominęła. Może dlatego, że mieszkamy na uboczu, a matka wychodzi do innych kiedy trzeba dostarczyć ubrań które szyła, albo sery, które wyrabiała, albo też posyła mnie. Ale może to sprawka mojego opętania… Chociaż myszy i inne zwierzęta często zapewniały mnie, że niektórzy tak mają. Ale jeżeli naprawdę mnie coś opętało? Jeżeli nieświadomie będę zabijał ludzi z wioski? Ale przecież już nie raz zdarzały się masowe choroby w wiosce, czasem ktoś umierał, a czasem było jak ostatnio- lżej. I wtedy nas często z matką omijały choroby, gdy były słabsze. To nie możliwe by mnie coś opętało!
Kiedy pewnego wieczoru wróciłem do domu matka gorączkowo biegała po moim pokoju wrzucając jakieś rzeczy do lnianej torby, którą niedawno widziałem jak szyła.
-Wiedziałam, że to kiedyś nadejdzie… To nie mogło się dobrze skończyć… O! Jesteś- dodała spoglądając w moją stronę. Była cała potargana na głowie, a jej rzeczy były w wielkim nieładzie- Siadaj i nigdzie nie wyłaź! Rozumiesz?
-Mamo? Czemu chowasz do torby moje rzeczy?
-Wiedziałam, że w nim było coś nie tak, czułam to po prostu…- mówiła do siebie jakby zupełnie mnie tu nie było.
-W kim?
-Twój ojciec!- spojrzała na mnie z wyrzutem- Pewnie wiedział, że też oszalejesz! To przez ciebie nas opuścił!- Jej wzrok był przeszywający. Patrzyła na mnie jak na obłąkanego, jak na dziwaka,  a mi łzy powoli napływały do oczu, chociaż starałem się powstrzymać- Byłam taka głupia… Pociągała mnie ta nutka szaleństwa w nim… Ludzie mają racje. W końcu zaczniesz się żywić nami! Zabijesz!
-Ale… Ja nikogo nie skrzywdzę…
-Kobietom się nie kłamie!- to mówiąc, podeszła i uderzyła mnie z otwartej ręki. Złapała się za nią i rozpłakała- Musisz odejść! Ja już tak nie mogę! Czy tego chcesz dla swojej matki? Tak się odwdzięczasz za wszystko co ci dałam?! Te dziwodziady- tak matka nazywała druidów- mieszkają w lesie. Też są obłąkani… ponoć opętał ich jakiś demon… tak ludzie gadają. Tam jest twoje miejsce! Nie tutaj! Rozumiesz?!
-Ale… Ja nie chcę…- rozpłakałem się i chciałem wybiec, ale matka podbiegła z torbą i chwyciła mnie za nadgarstek.
-Wychodzimy! Nawet nie próbuj mi nic zrobić!
Próbowałem się wyrwać, ale trzymała tak mocno, że po pewnym czasie ręka, którą trzymała zdrętwiała zupełnie. Nie odzywała się do mnie. Mówiła tylko pod nosem, że gdyby go nie poznała nic by się nie stało, że już nie wytrzymuje, że nie zasłużyła na to…
                Doczłapaliśmy do lasu. Wchodząc trochę w głąb, zatrzymaliśmy się, a matka zakrzyczała
-No dalej dziwodziady! Wiem, że gdzieś tu jesteście! Wyjdźcie! Nie boje się was!
Nagle zza drzewa wyszedł starzec z długą siwą brodą, która łączyła się z rzadkimi, ale długimi siwymi włosami. Miał wysokie czoło i zmęczone oczy, bardzo zmęczone. Było jednak w nich coś poczciwego. Podpierał się na kosturze, a w jego włosy oraz brudno-białe szaty były wszędzie zaplątane jakieś gałązki i liście, czy rzepy. Poczułem jak matka mnie puszcza i robi delikatny krok w tył
-To wasze… On nie należy do nas…- mówiła coraz bardziej obca mi kobieta…
-Dlaczego tak twierdzisz- głos niczym skrzypienie starych dębów sprawił, że matka zaniemówiła. W tym samym momencie na jego ramieniu przysiadł słowik i coś powiedział do mężczyzny- Rozumiem przyjacielu- pod jego zmęczonymi oczami pojawił się uśmiech. Zaczął powoli zbliżać się w moją stronę. Nie miałem sił zrobić cokolwiek… padłem na kolana i znów się rozpłakałem, a mężczyźnie uśmiech zniknął z twarzy. Słyszałem za sobą kroki… coraz szybsze i coraz bardziej oddalające się. Dziwodziad usiadł parę kroków przede mną i nic nie mówił. Jakby czekał, aż się wypłaczę…
-Dlaczego mnie opętał? Nie chce tego!- nagle wybuchnąłem- Boję się- dodałem spoglądając na mężczyznę.
-Nic cię nie opętało. Ten słowik, to twój przyjaciel. Przyleciał tu za tobą, bo się martwił, opowiedział mi co się stało. Zaufaj mi. To co odkryłeś w sobie i czego tak bali się ci ludzie to dar.
-Jakoś ciężko mi w to uwierzyć… W wiosce była zaraza…
-Pewnie nie pierwszy raz- nie dał mi dokończyć starzec- A reszta uznała, że to twoja wina?
-Tak- odpowiedziałem pociągając nosem.
-Słuchaj. Nie chcę cię do niczego zmuszać. Jesteś jak każdy, wolnym człowiekiem, ale może chociaż na dzisiejszą noc pójdziesz do mojego obozowiska? Robi się coraz zimniej i mógłbyś się przeziębić- wstał i wyciągnął do mnie dłoń.
Byłem wystraszony, a dłoń raczej nie kojarzyła mi się dobrze. Poczułem się bezsilny… Nagle nie miałem swojego miejsca na ziemi. Nie mogłem wrócić do domu- zresztą i tak już go nie miałem. Matka nagle stała mi się zupełnie obcą kobietą. Zostałem zupełnie sam… W tamtym momencie nie miałem ani sił, ani ochoty na nic. Było mi obojętne czy się przeziębię, czy nie. Wszystko było mi obojętne. Jedyne czego pragnąłem to skulić się w kłębek i zasnąć… zasnąć na bardzo długo.
-Nie chcę. Boję się- skuliłem się na trawie.
-Pozwolisz, że będę czuwał przy tobie?
-Wszystko mi jedno…
Starzec zniknął na chwilę zza drzewem, ale zaraz się pojawił ponownie z jakimiś gałęziami i usiadł przede mną wyciągając dwa kamyczki. Rozpalił ognisko, a mi z czasem zrobiło się ciepło i usnąłem wykończony płaczem.
                Następnego ranka wstałem z trudem. Wszystko co właśnie się wydarzyło przytłoczyło mnie tak mocno, że czułem się jakby jakaś niewidzialna siła przyciskała mnie do ziemi i kazała tu zostać, aż nie porosnę mchem i już się nie obudzę… Starzec siedział w tym samym miejscu co wieczorem i mieszał w misce jakieś owoce. Pachniały bardzo apetycznie, ale mimo to nie miałem apetytu. Przynajmniej tak sądziłem, mój żołądek zdecydował inaczej i głośno zaburczał. Starzec się uśmiechnął i położył miskę przede mną.
-Jak chcesz to zjedz wszystko. Ja jadłem jak spałeś.
-Nie mam ochoty…
-Gdybyś jednak poszedł za głosem żołądka- znów serdecznie uśmiechnął się w moja stronę- to miska nie dostanie nóg i sobie tu poczeka na ciebie- na chwilę się nawet uśmiechnąłem wyobrażając sobie miskę z nóżkami biegnącą przez las. Usiadłem i z ociąganiem spróbowałem papki.
-I jak? Moi bracia mówią, że jestem kiepskim kucharzem, więc nie krępuj się przed oceną. To porzeczkowa papka. Tak ją nazwałem- serdeczny uśmiech nie znikał z jego twarzy.
-Ale tu nie czuć porzeczek- skromnie spojrzałem w ziemie.
-No popatrz!- podrapał się po swoim wysokim czole i zrobił zakłopotana minę- musisz wybaczyć starcowi. Zapomniałem o głównym składniku, haha.
-Porzeczkach?
-No tak. Musze trzymać się nazwy, haha. Jakie lubisz porzeczki? Czarne? Czerwone? A może białe?
-Nie wiedziałem, że są białe porzeczki.
-No to czekaj.
Myślałem, że wstanie i pójdzie ich szukać, ale Dziwodziad strzelił palcami, zrobił kilka gestów a obok niego wyrósł krzak obwieszony owocami.
-Mogę?- wskazał na miskę, więc mu ją podałem. No nie tak od razu, na początku siedziałem i szeroko rozdziawiłem usta i oczy w zdumieniu. Potem podałem mu miskę, jednak moja twarz nie wiele się zmieniła. Byłem dzieciakiem z niewykształconej wioski. Takie „czary” robiły na mnie wrażenie i były czymś rzadko spotykanym.
-Też byś tak mógł- spojrzał na krzak, a potem na mnie z uśmiechem. Ja i moi bracia byśmy cie tego nauczyli. A to tylko mały skrawek tego co potrafimy oraz co potrafisz ty.
-Ja?- zapytałem z niedowierzaniem- Ja tylko przynoszę nieszczęście… Mamie przyniosłem tylko zmartwienia i kłopoty, a w wiosce…
-No co za bzdury- znów mi przerwał, ale tym razem na jego twarzy nie było uśmiechu, był gniew, a mimo to w oczach nadal była serdeczność- Ta kobieta była twoją matką? Szkoda, że nie wiedziałem. Dostałaby lanie i poważny wykład na temat traktowania dzieci- przypomniało mi się, jak czasem dostawałem lanie od mamy, gdy byłem niegrzeczny i może nie powinienem… ale uśmiechnąłem się widząc w wyobraźni jak to ona dostaje lanie- Przynosisz nieszczęście? Moje gotowanie to nieszczęście. Ale ty kochane dziecko nie jesteś niczemu winien. To nie twoja wina, że objawił się w tobie dar druistyczny, a reszta wioski nie wiedziała, że to normalne u niektórych, a nie jakieś zabobony. Pff! Głupi ludzie. Gdyby istniał lek na głupotę, dawałbym go każdemu durniowi. Ech. Wybacz moje zdenerwowanie, nie lubię kiedy ludzie z braku wiedzy czynią komuś krzywdę.
-Dar jaki?- spytałem pierwszy raz słysząc tamto słowo.
-Druistyczny- uśmiechnął się na nowo staruszek- Ja i moi bracia jesteśmy Druidami. Czcimy naturę i się nią opiekujemy, a natura odwdzięcza się opiekując się nami- znów pokazał na krzaczek- Nigdy nie jesteśmy samotni, ani smutni, bo dokąd nie pójdziemy, tam wszystko tętni życiem i radością. Rozmawiamy ze zwierzętami, przez co często jesteśmy uznawani za szaleńców, ale tak naprawdę to piękny dar. Twój słowik przyleciał dziś rano i powiedział mi, że twoja przyjaciółka bardzo się zamartwiała, więc zaśpiewał jej ulubioną piosenkę i rzucił jej polny kwiatek. Ponoć bardzo się rozpogodziła i kazała przekazać, że ma nadzieje, że wszystko z tobą dobrze i nic ci nie jest. Myślę, że możemy potem wysłać słowika z małym liścikiem. Czy ta dziewczynka potrafi czytać?
-Nie. A ja nie potrafię pisać, więc nic z tego- posmutniałem na nowo, chociaż już na chwile się rozpogodziłem. Jednak nie byłem sam. Insania martwiła się o mnie. Ale nawet nie miałem jej jak przekazać, że żyje. Nie mogłem tam wrócić… Ludzie zarzucali by mnie kamieniami…
-Hmm…- staruszek podrapał się ponownie po czole, po czym rzekł- Mój przyjaciel bardzo ładnie rysuje, a tak akurat się składa, że mamy kilka pustych kartek. Ale jest poważny problem- musiałbyś się uśmiechać przez dłuższy czas, żeby twoja przyjaciółka nie pomyślała, że coś ci się stało, a chyba nie masz ku temu sił- mówił to z serdecznym uśmiechem, a na mojej twarzy coraz bardziej pokazywał się szczery uśmiech. A więc mogłem przekazać Insanii, że wszystko u mnie dobrze, żeby się nie martwiła.
-No! Jakby tak ci się udało utrzymać minę jeszcze z pół dnia. Myślę, że byłoby dobrze, haha. To jak? Wybierzesz się do naszego kręgu? Słowik wie, gdzie ma nas szukać jakby nas tu nie znalazł.
Zgodziłem się i nagle świat na chwile znów się uśmiechnął. Nie byłem sam.
                Doszliśmy do kręgu druidów, gdzie mieli swoje szałasy i schronienia. Było tam bardzo wesoło, jedni dyskutowali na jakieś tematy, inni grali na instrumentach, a jeszcze inni mieszali jakieś rośliny. Staruszek podszedł na środek i głośno zaklaskał w dłonie. Kiedy wszyscy skupili swoją uwagę na nim, przedstawił mnie wszystkim i zawołał swojego przyjaciela. Kiedy ten mnie rysował przyleciał słowik i mówił, że dobrze mnie widzieć oraz, że Insania bardzo się martwi. Nie mówił nic o matce, ani o innych. I ja nie pytałem, byłem mu wdzięczny, że o nich nie wspominał. Kiedy już zostałem namalowany słowik odleciał i w ciągu najbliższych miesięcy wysyłaliśmy sobie obrazki. Tak, w ciągu najbliższych miesięcy. Ponieważ Staruszek i reszta druidów spytali się czy chce się uczyć i u nich zostać. Nie miałem miejsca, gdzie mógłbym wrócić, więc się zgodziłem. Ostrzegali mnie, że nauka pochłonie moje życie, a ja nie będę mógł kontaktować się z innymi ludźmi, chyba, że za pozwoleniem kręgu, albo gdy będzie moja kolej wybrać się do miasta by wymienić maści i inne na dobra, których i oni potrzebowali. Staruszek szepnął mi na ucho, że on tu rządzi i widziałem, że ma kiepską pamięć, więc pewnie nie raz zapomni ukarać mnie za wywinięcie się do Insanii. Mrugnął do mnie porozumiewawczo, a ja uśmiechnąłem się do niego. I tak najbliższy czas mijał mi na nauce i małych ucieczkach nocami do wioski, a potem nad rzekę, gdzie spotykaliśmy się z Insanią. Wszystko wydawało się układać dobrze- kiedy nachodził mnie smutek odganiałem go żartując ze staruszkiem, który uczył mnie pisania, czytania i posługiwania się mocami, jak i zielarstwem. Niestety po jakimś czasie staruszek umarł, a obowiązki przywódcy kręgu przyjął teraz najstarszy i najmądrzejszy druid. Może i był najstarszy i najmądrzejszy, ale na pewno nie był wyrozumiały i tak sympatyczny jak staruszek. On już pamiętał o karaniu mnie za ucieczki oraz kontakty z Insanią. Nie potrafił też żartować. Był po prostu bardzo surowy, aż za… Coraz rzadziej udawało mi się wymykać. W sumie głównie udawało mi się to jak przychodziła moja kolej wyjścia do miasta, a i wtedy było to ciężkie. Wkrótce powrócił też smutek i frustracja. W sumie? Za co miałem być wdzięczny tym druidom? Trzymali mnie pod kluczem, jak swoją własność, nie pozwalali na kontakty z Insanią. A ta cała natura? Czemu mam ją wielbić? To przecież przez nią, przez głupi dar, którego nie wybierałem sam przecież, straciłem matkę, ludzie w wiosce odwrócili się ode mnie i traktowali jak jakiegoś wyrzutka, obłąkańca. Miałem ochotę się wyżyć. Odkryłem już jakiś czas temu, że posiadam nie tylko druistyczną moc roślin, ale także ognia i gazu. Poszedłem na polane i podpaliłem kilka drzew.
-No i co?! Zemścisz się na mnie?! Co mi zrobisz?! No co?!- wykrzykiwałem, jakby ta cała „natura” miała mi odpowiedzieć. W zamian za to pojawił się ten buc i mocą wody zagasił ogień.
-Co ty najlepszego wyprawiasz młodziaku?!- powiedział mocno rozgniewany- Jesteś Druidem, a nie naturobójcą! Nie po to cię szkolimy, żebyś wykorzystywał wiedze do złych celów! Uspokój się albo będziesz mocno ukarany za to!!
-Och! Nie wątpię! Uwielbiasz karać! To chyba twoja profesja, a nie druid! Bo znacznie lepiej ci to idzie!! Gdyby był tu Staruszek, wiedziałby co zrobić!! Ty nie nadajesz się do niczego!! Nie dorastasz mu nawet do stóp!! Jak będę chciał to będę naturobójcą! I Co mi zrobisz?! Zabronisz mi?!
-Nie. Sprzeciwiaj. Się. Mojej. Woli. Ty żółtodziobie!- poczułem jak z ziemi wyrastają pnącza i w mgnieniu oka oplatają mnie. Może i był bucem, ale na pewno bardzo potężnym. Co dziwne- bardzo podobało mi się kiedy te drzewa płonęły. Podobał mi się widok i rozkład umierającej natury.  Czułem, że to napawa mnie swojego rodzaju radością. Wymykałem się nieraz i wręcz dręczyłem naturę, żeby się wyładować. Postanowiłem powiedzieć o tych odczuciach Insanii, kiedy pewnej nocy wyrwałem się do niej i leżeliśmy patrząc w gwiazdy.
-I tak to właśnie wygląda. Napawa mnie radością widok umierającej natury. Tylko tak mogę wyżyć się kiedy jestem zły i wraca smutek. Tak od paru lat… Wybacz, że nie powiedziałem ci wcześniej, ale bałem się, że cie to przerazi. Boisz się mnie?
-Czy się boję?- spytała unosząc jedna brew- kręci mnie kiedy jesteś taki groźny. Bałam się już, że zawsze będziesz zachwycał się bardziej nad kwiatami niż nade mną- kokieteryjnie udała obrażoną minę by zaraz pokazać mi język i znów spojrzeć w gwiazdy.
-Kręci cię to?- zapytałem pochylając się nad nią.
-Tak, ale teraz zasłaniasz mi gwiazdy- uśmiechnęła się kocio tak jak tylko ona potrafiła.
-Naprawdę? To dziwne, bo ja cały czas widzę gwiazdy. Jak odbijają się w twoich źrenicach.
-Głuptas- zaśmiała się ponownie i zapadła cisza między nami.
Nachyliłem się bardziej nad nią i zacząłem ją całować. Najpierw w usta, szyję i schodząc coraz niżej i niżej… Nasze ciała splotły się jak warkocze. Wszystko wokół ucichło i tylko urywany oddech i krzyk wydawały się rozdzierać przestrzeń. Zbudził nas poranek, który jakby skromnie próbował ogrzać nasze ciała delikatnie budząc nasze uśmiechy.
                Kolejne miesiące mijały dosyć wyjątkowo- Insania zaszła w ciążę. Na przemian radowałem się i martwiłem. Staruszek powiedział mi kiedyś, że taka sama szansa jest na to by dziecko odziedziczyło dar, czy też klątwę, jak ją teraz zwałem, ale taka sama szansa jest na to by tej klątwy nie odziedziczyło. Szczerze miałem nadzieję, że nie odziedziczy tego po mnie… Ludzie by go zlinczowali tak jak mi to uczynili… Dobrze, że Insania była gotowa na to, że malec może odziedziczyć po mnie to cholerstwo… Gdy buc dowiedział się o ciąży Insanii, zaproponował mi pewne zioła… Ale zagroziłem mu, że jeżeli jeszcze raz coś takiego usłyszę, to go zamorduje a szczątki nie oddam naturze i robakom w ziemi, ale nakarmię nimi psy… Przeprosił mnie za to, ale ostrzegał, że nie mogę odejść z kręgu. Że nadal muszę się szkolić, bym nie uczynił kiedyś przez przypadek komuś krzywdy. Poza tym wiązała mnie przysięga którą składałem lata temu… A co do daru dziecka, obiecywał, że sprawdzi to, gdy te się narodzi. Pierwszy raz poczułem od niego ludzki odruch… Może czuł, że zbliża się jego koniec. Kto wie?
                Nie było mnie przy porodzie. Dopiero po miesiącu zobaczyłem swojego pięknego synka. Luctus miał oczy Insanii, jak i jej blond włosy. Insania śmiała się, że  za to ma mój garbaty nos i uśmiech. Takie maleństwo, a tyle radości. Gdyby nie przysięga, odszedłbym z kręgu. Jednak zbyt obawiałem się, nie tyle co złamania przysięgi, ile ludzi w wiosce… Tak- Insania nie przeniosła się do innego miasta i nic nie dawały jej tłumaczenia czym są dziwodziady. Unikaliśmy spotykania się w wiosce i jakoś przez te lata namówiłem ją by odpuściła tłumaczenie, bo ci idioci nie zrozumieją tego… Teraz obawiałem się, że gdybym wrócił, ludzie tam nie dość, że mnie przepędzą, to będą wytykać Luctusa. Nie chciałem dla niego tego co mi ofiarowało dzieciństwo… Stawiałem na szali rzadkie widywanie się z nim i jego bezpieczeństwo wśród ludzi z porzuceniem kręgu i narażeniem go na lincz ludzi… Wolałem pierwszą opcje… Poszliśmy z Insanią na skraj lasu, gdzie czekał na nas stary buc. Pochylił się nad dzieckiem, położył dłoń na jego główce i skupiając się zamarł w bezruchu.
-Ma dar- oznajmił z uśmiechem.
-Co?- odezwała się zawiedzionym głosem Insania.
-Czy z tym nie da się nic zrobić? Odebrać daru?- dopytywałem się z nadzieją w głosie
-Jedynie wraz ze śmiercią odejdzie dar. Wybacz- dodał widząc moje spojrzenie- niestety dar jest związany z człowiekiem. Nie da się go pozbyć. Ale teraz wiesz, że musisz ciężko się szkolić, by móc potem przekazywać nauki swojemu synowi. Kiedyś i on zawita do naszego kręgu.
-Oby nie…- Wymruczałem pod nosem i chodziło mi tu o to, że nie chciałbym dla niego takiego życia jak ja… z tymi dziwakami. Chciałbym by żył normalnie, marzył jak każdy chłopiec o zostaniu rycerzem i mógł dążyć do tych marzeń… ech… Insania chyba usłyszała mój pomruk i smutno spojrzała w moja stronę.
-Będzie dobrze- uśmiechnąłem się do niej by dodać jej otuchy.
-Musi być od małego świadom, co go czeka. I, że musi się z tym kryć. Jeżeli ludzie się dowiedzą to wiesz…- mówiła Insania kiedy odprowadzałem ją do miejsca, w którym zawsze się żegnaliśmy. A w jej głosie była ogromna troska i zmartwienie.
-Wiem- przerwałem jej nie chcąc słyszeć dalszej części- Doskonale to wiem. Ale niech trochę pobędzie dzieckiem… nie musi przecież od razu być męczony jakimiś obowiązkami, czy trudami związanymi z tą klątwą…
-Nie mów tak przy dziecku- gniewnie na mnie spojrzała- to dar. A nie klątwa. Nie ma żadnej klątwy.
-Wybacz kochanie. Masz racje. Ciekawe na jakie zwierzę Luctus poderwie swoją ukochaną, haha- zaśmiałem się chcąc rozładować sytuację, a Insania zawtórowała mi śmiechem.
-Córka Fabiusa jest w ciąży z Franciszkiem, synem piekarza. Może urodzą ładną córeczkę i Luctus będzie się o nią starał, haha.
-O nie! Tylko nie potomek tego grubego prostaka- uśmiechnąłem się do Insanii- Będę musiał ostrzec Luctusa, haha.
Doszliśmy do rozdroża. Insania dała mi potrzymać Luctusa, a ja śmiejąc się mówiłem mu żeby pamiętał- tylko nie potomkowie Fabiusa. Insania śmiała się, że o kobietach to od razu z nim rozmawiam. Pożegnaliśmy się, a ja wróciłem do kręgu.
                Kiedy Luctus dorastał starałem się wymykać jak najczęściej do niego, co jednak bardzo utrudniał mi Falsidicus, ten stary buc… który teraz, zdawało się, miał na mnie jeszcze baczniejsze oko. Ludziom w wiosce nie podobało się, że nie wiedzą kim jest ojciec dziecka, a Insania uśmiechała się tylko. Tłumaczyła malcowi, że tata jest bardzo ważnym kupcem i dla tego pojawia się tylko co jakiś czas. Luctusowi niezbyt podobało się, że ma ojca podróżnika, ale z czasem stwierdził, że on tez kiedyś wyruszy i będzie lepszym kupcem niż ojciec. Bawiło nas to. Insania jednak nie rozmawiała z malcem o „darze”, stwierdziliśmy, że ja powinienem mu powiedzieć o tym, w odpowiednim czasie. Z wiekiem starałem się uświadamiać powoli Luctusa co go czeka w przyszłości.
-Chodź, coś ci pokarzę- powiedziałem pewnego dnia, gdy malec miał 10 lat. Poszedłem z nim na skraj lasu i zawołałem- Możesz wyjść, chodź tu na chwilę- Malec schował się za mną, kiedy z lasu wyszedł wilk. Ostatniej nocy upolowałem w sidła dwie sarny i wymieniłem się z wilkiem w zamian, za to, że pobawi się z moim synkiem i będzie bardzo miłym pieskiem. Samcowi alfa nie spodobało się słowo „piesek”, ale spotulniał, kiedy z moich dłoni zaczął wydobywać się ogień, a wzrok skierowałem na jego stado. Toteż teraz niechętnie, ale wyszedł do nas. Był naprawdę duży.
-Nie bój się Luctus- powiedziałem- ten miły wilk nic Ci nie zrobi.
-Ale tato! W wiosce wszyscy mówią, że wilki to niebezpieczne zwierzęta.
-Ale tata jest wyjątkowy, wiesz?- uśmiechnąłem się do niego, po czym dodałem zwracając się do wilka- mógłbyś dla mnie zrobić dwa kroki w moją stronę, a potem jeden w tył?- Wilk postąpił jak go poprosiłem, a Luctus oniemiał z zachwytu.
-Tato! On cię słucha!
-Tylko dlatego, że mi grozi- zawarczał wilk.
-A teraz powiedział, że nie mógł się doczekać, jak cię zobaczy. I jest bardzo szczęśliwy- dodałem kierując wzrok na wilka. Ten odczytał moje spojrzenie i zaczął merdać ogonem i podszedł do Luctusa kładąc się przy nim i kładąc mu pysk na kolanach. Malec śmiał się głaszcząc wilka.
-Skąd wiesz co powiedział?
-Słyszę go.
-Ale on warczał przecież, a nie mówił.
-No proszę, jakie inteligentne dziecko- przekomarzał się wilk, przewracając się na plecy i dając głaskać się pod szyją.
-Bardzo mu się to podoba- uśmiechnąłem się do Luctusa- Jak już mówiłem synku, tata jest dosyć wyjątkowy… Potrafię rozmawiać ze zwierzętami.
-Ojej- z szerokimi oczami i ekscytacją wydusił z siebie malec- Ja też tak chce!
-Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać… Widzisz ta klą… to znaczy ten dar przechodzi z ojca na syna. Ty też kiedyś usłyszysz zwierzęta. Na początku może cię to przerażać. Nigdy nie zapomnę jak mnie to przeraziło- uśmiechnąłem się do niego widząc, że słucha w skupieniu- Na początku będziesz słyszał każde zwierzę w twoim pobliżu. Wierz mi- omijaj mrowiska kochany, te to dopiero biadolą i to wszystkie naraz. Ale z czasem nauczysz się to kontrolować. Pomogę ci w tym. Nauczę cię też wielu innych rzeczy. Ale musisz mi coś obiecać. Nie mów nikomu, o tym, że masz takie zdolności- surowo pogroziłem mu palcem- Ludzie… jakby ci to powiedzieć… Oni…- szukałem słów- Oni nie lubią takich ludzi.
-No dobra- z ociąganiem i lekkim niezadowoleniem powiedział Luctus.
Zauważyłem, że Insania się zbliża, więc powiedziałem do wilka żeby zmykał, po czym odwróciłem się do malca i z uśmiechem powiedziałem:
-Tylko nie mów mamie, że bawiłeś się z wilkiem. Mogłaby uznać to za niebezpieczne i nie pochwalić, ale chłopcy muszą czasem niebezpiecznie się bawić- uśmiechnąłem się do niego i chwyciłem z ziemi patyk udając, że walczę z nim na miecze. Luctus roześmiał się i chwytając inny patyk. Uderzył tak mocno, że mój się złamał, więc rzuciłem go i udałem gest, że się poddaje- Ach! Nigdy nie dam rady cię pokonać waleczny Sir Luctusie.
-Może jak poćwiczysz- mały pokazał zawadiacko język i poleciał do matki śmiejąc się, że znowu pokonał tatę.
Insania podeszła z uśmiechem i pocałowała mnie.
-I jak?- spytała cichutko, kiedy mały zaczął biegać niedaleko nas.
-Chyba dobrze. Cieszy się, że też kiedyś będzie rozmawiał ze zwierzętami. I obiecał, że nie będzie o tym gadał w wiosce.
-To dobrze- uśmiechnęła się.
-Wyglądasz na zmęczoną- spojrzałem w jej oczy.
-Ostatnio przybył jakiś kupiec i zamówił dużo ubrań. Ponoć gdzieś na północ zakładają osadę dla drwali. Mało śpię, a i mały ostatnio coraz bardziej dopytuje się czemu nie mieszkasz z nami, że inni chłopcy ponoć śmieją się z niego, że nie ma taty, tylko go wymyśla…
-Tak bardzo chciałbym pojawić się w wiosce i mieszkać z wami, ale…
-Wiem- przerwała mi z uśmiechem gładząc mnie po policzku- Wiem, ale to dla dobra Luctusa. Nie bój się, kiedyś zrozumie.
Pożegnaliśmy się, przytuliłem synka i zniknąłem w stronę miasta, gdzie miałem dokonać wymiany za maści na oparzenia i inne.
                Falsidicus bardzo utrudniał mi kontakty z synem. Rzadziej mnie posyłał w stronę wioski, a u mego boku w granicach lasu kręcił się jego niedźwiedzi chowaniec. Na moje prośby, że muszę być przy Luctusie, kiedy objawi się jego klątwa, zawsze powtarzał tylko żebym stworzył źdźbło trawy. Nie potrafiłem… Wiedziałem, że mam tę moc… ale po prostu nie potrafiłem nic wykrzesać z siebie… Nienawidziłem przez to tej całej natury jeszcze bardziej… gdyby nie gniew tego buca, spaliłbym jego niedźwiedzia i po prostu zobaczył się z synem. Jednak musiałem nadal szkolić się by pomóc Luctusowi zrozumieć to kim się stanie… uchronić go przed ludzką głupotą…
                Tak mijały długie miesiące… W końcu udało mi się wymknąć po 5 miesiącach, dzięki szerszeniom, które zajęły niedźwiedzia. Też za nim nie przepadały, więc były wdzięczne za przyprowadzenie go w miejsce, które chciały. Pobiegłem na rozdroże wcześniej wysyłając jakiegoś ptaka z dwoma gałązkami. To był nasz znak, że udało mi się wymknąć i możemy się spotkać. Czekałem dosyć długo… aż za długo. Ale może tylko tak mi się wydawało, przez długą rozłąkę. W końcu przybiegł Luctus, lecz nie rzucił mi się na szyję, jak to sobie wyobrażałem. Pewnie był zły, że tak dawno się nie widzieliśmy- tak myślałem.
-Jak tam te kupieckie interesy?- spytał patrząc w ziemię.
-No wiesz… Ostatnio byłem w dalekiej podróży…
-Oczywiście…
-Hej?! Brzdącu? Co się dzieje? I gdzie jest mama?- spytałem się widząc jego reakcje.
-Mama siedzi w domu. Nie miała ochoty przyjść…- to dziwne, pomyślałem, bardzo… zaczynałem się coraz bardziej martwić…
Z zamyślenia wyrwał mnie Luctus.
 -Dzieci śmieją się ze mnie, że jestem synem dziwodziada… I, że mnie opęta demon. Że mojego tatę opętał… Czy ten dar, który mówiłeś… pochodzi od demona?
-Co za bzdury!- uniosłem się gniewem słysząc jakże znane myśli…- Kto naopowiadał Ci takich bredni?! Nie ma żadnego demona, nie było i nie będzie w tym cholernym przekleństwie- zapominałem się w złości…
-Przekleństwie? Ale mówiłeś, że to dar- spojrzały na mnie smutne oczy- Kupcem też nie jesteś, prawda?
-Słuchaj… Przepraszam… Ja… Chciałem cię chronić… Przed głupotą tamtych ludzi- próbowałem tłumaczyć się synowi, chociaż dobieranie pozornie prostych słów, sprawiało mi trud większy niż cokolwiek w całym moim dotychczasowym życiu- Przepraszam, że Ci nie powiedziałem… Chciałem to uczynić w odpowiednim czasie…
-W odpowiednim czasie?!- Luctus patrzył na mnie gniewnymi i zapłakanymi oczami. A i ja czułem, że z moich policzków spływają łzy- Czyli kiedy?! Jak już demon mnie opęta?! Jak już zostanę sam?! Jak matka oszaleje do końca?! Jak ja oszaleje?! Jak już pożresz dusze wszystkich z wioski?! Dlaczego mi to robisz?!- pytania spadały na mnie niczym gradobicie, przed którym nie mogłem się schować.
-Nie ma żadnego demona!- krzyknąłem i uderzyłem Luctusa w policzek. Od razu wróciły do mnie obrazy z dzieciństwa… Co ja czynię? Nie mogę przecież zatoczyć kręgu… Upadłem na kolana i przytuliłem syna- Wybacz mi… proszę… Nie chciałem cie uderzyć… Tak bardzo cie przepraszam…- mówiłem zapłakany tuląc go do siebie, ale Luctus odepchnął mnie od siebie.
-Kłamca… Kłamca!- powtórzył ze złością- Nienawidzę cię! Słyszysz?! Nienawidzę cię! Zostaw w końcu tą wioskę ty kłamco!- odbiegł w stronę domu krzycząc za sobą w kółko, że mnie nienawidzi…
Nagle znów poczułem się małym dzieckiem… Jak mogłem do tego doprowadzić? Jak to się stało, że się dowiedział? Dlaczego wszystko znowu wraca?  Dlaczego to się stało? Jak mogłem tak głupio postąpić? To nie tak powinien dowiedzieć się kim jestem… Nienawidzi mnie? Ale… ja chciałem jego dobra… Tak bardzo go kocham…
                Myśli dręczyły mnie nie ustając… Nawet nie zauważyłem jak minął dzień i wstał nowy… Insania! Jak grom z jasnego nieba trafiła mnie myśl i przerażenie. Mały mówił, że matka może oszaleć… że nie ma humoru przyjść… Szybko pobiegłem do wioski. Nie zastanawiałem się, jak zareagują mieszkańcy. Przekroczyłem progi wioski pierwszy raz od dwudziestu paru lat… A budynki nadal stały tak samo… jakby czas tu się zatrzymał. Wbiegłem do domu Insanii i zobaczyłem ją skuloną w kącie.
-To się znowu dzieje…- mówiła jakby nieobecna kołysząc się do przodu i do tyłu- To się znowu dzieje… Miał nie mówić dzieciom o klątwie…- pierwszy raz usłyszałem jak tak mówi, zawsze podkreślała, że to dar…- Teraz już wszyscy wiedzą… To się musiało skończyć… Już nie mogę… ja już tak nie mogę...
-Kochanie…?- niepewnie powiedziałem ze łzami w oczach i uklęknąłem by ja przytulić.
-Odejdź! To twoja wina! Nie! To moja wina!- jakby sprzeczała się z samą sobą- To Ty go zabiłeś! To ja go zabiłam! Zabiłam… Ja już tak nie mogę… To nie będzie miało końca… Musiałam to przerwać… To się musi skończyć… Demon już zabił zbyt wiele…
-Insania… o czym ty… Kochanie? Gdzie Luctus…?
-Nasz synek nikomu nie zrobi krzywdy… on… nikomu… nigdy… Ty też mi obiecywałeś…- dopiero teraz zauważyłem krew na jej rękach i nóż tuż przy jej nogach… Ale to nie była jej krew…
-Coś ty uczyniła…? Insania! Nie! To nie może być prawda! Błagam… powiedz… że to nie prawda…- żal rozdzierał moje serce na samą myśl, że ona… Myśli niczym kolce od cierni wbijały się głęboko, przeszywały na wylot… Insania spojrzała tylko w stronę małej szopki na narzędzia jej ojca za domem i skryła twarz w dłoniach płacząc… Płakała jak jeszcze nigdy nie słyszałem… Wybiegłem i zobaczyłem jak w szopce, na stole leżał Luctus… Sina twarz dziecka miała podcięte gardło... z którego jeszcze spływała krew. Podbiegłem i próbowałem zatamować krwawienie…
-Nie umieraj… kochany synku… nie umieraj… proszę… tak bardzo cie kocham… błagam, nie odchodź…- coraz ciszej przez łzy z trudem wypowiadałem kolejne słowa… Luctus nie żył…
Do szopki wbiegła Insania. Odepchnęła mnie i chwyciła na ręce Luctusa.
-Nie wyrządzisz więcej krzywdy! Oni mieli racje! Tak bardzo przepraszam… Kochanie…- już sam nie wiedziałem do kogo mówi. Zabrawszy Luctusa wybiegła porywając jeszcze linę ze ściany. Szybko ruszyłem za nią, ale nagle poczułem jak jakiś kamień ląduje między moje łopatki.
-To on! Demon wrócił! Mówiłem! Zabić! Zabić go zanim więcej zła wyrządzi!
Odwróciłem głowę i uchyliłem się w ostatnim momencie przed kolejnym kamieniem, który teraz trafiłby w głowę. Zebrała się cała wioska słysząc co się dzieje, a przede mną stał gruby starzec podparty jakimś kijem.  Fabius…
-Nie teraz… błagam was… Luctus… Insania… Proszę…
Na nic były moje błagania… coraz więcej przedmiotów leciało w moją stronę.
-Mówiłem! Żebyście! Przestali!- wybuchłem gniewem, a z moich dłoni zaczął wydobywać się ogień.
-Mówiłem! To demon!- krzyknął Fabius, a po chwili również krzyknął, ale tym razem z bólu. Ci co stali oniemiali również zaczęli krzyczeć i biegać gdy pochłaniały ich języki ognia. Reszta zaczęła uciekać lub próbować gasić innych i domostwa. Spojrzałem na swoje ręce i oniemiały pobiegłem w stronę, w która widziałem, że biegła Insania. Dobiegłem do rzeki. Nic nie dawały krzyki… nikt się nie odzywał… Sznur? Utopiła się? Powiesiła? Zacząłem biegać i gorączkowo się rozglądać. Nurt w rzece był na tyle silny, że gdy wskakiwałem do niej zanurkować, szybko musiałem wypływać i łapać się jakiś przybrzeżnych gałęzi i korzeni, żeby nurt mnie nie porwał. Nigdzie ich nie widziałem… Ani pod wodą, ani… na drzewach… Moja ukochana Insania… Mój ukochany synek… Odeszli… na zawsze i bezpowrotnie… Długo jeszcze ich szukałem… mógłbym przecież ich zanieść do kapłana… wskrzesić… naprawić wszystko… To wszystko wina tego buca. Złość narastała we mnie z każdym momentem. Po dwóch dniach błądzenia w pustej nadziei złość przerosła żal. Dotarłem do lasu i pod jednym z drzew znalazłem Falsidicusa, który, gdy mnie zobaczył, ruszył gniewnie w moją stronę.
-Zapłacisz gorzko za to wszystko!- Powiedział jak zawsze chcąc mnie ukarać.
-Nie tym razem ty tyranie bez serca! To Twoja wina! Gdybyś puszczał mnie do Insanii i Luctusa oni… oni…- i znów łzy wypełniły moje oczy i wręcz całą duszę…- Oni by żyli…
-Co się stało?- nagle jakby złagodniał.
-Ludzie w wiosce dowiedzieli się o jego przekleństwie… Nękali go… dowiedział się, kim jestem… Insania nie poradziła sobie z tym… Ona… ona… ona… zabiła Luctusa… Odeszli... na zawsze… To wszystko moja wina… gdybym postąpił inaczej… odszedł od was…
-Myślisz, że bym ci pozwolił?- Przerwał mi surowy głos- Przecież doskonale wiem, że jesteś naturobójcą. Nie puszczę cie z kręgu nigdy! Nie będziesz bezcześcił naszego daru! Nie będziesz bezcześcił natury, którą czcimy. To dlatego nie potrafisz stworzyć nawet źdźbła trawy! Ty nie umiesz tworzyć! Potrafisz tylko niszczyć! A ten twój syn?! Na szczęście nie odziedziczył daru po tobie! Pewnie jego też byś nauczył, jak zabijać naturę! To znaczy…- zająknął się jakby chciał wymazać ostatnie słowa.
-Co?! Jak to… nie miał daru...?- nagle pociemniało mi przed oczami i świat jakby zwirował… podparłem się o kostur, który miałem przepasany na plecach.
Nie miał daru… klątwa go nie dotknęła… gdybyśmy to wiedzieli z Insanią… Nic z tych rzeczy nie miałaby miejsca… odszedłbym z kręgu… mój ukochany synek… nie byłoby tamtej rozmowy o klątwie… Nie byłoby złości ludzi z wioski… Moja ukochana… teraz siedziałbym z nią i Luctusem nad rzeką puszczając na wodę statki z liści… wszystko byłoby dobrze… wszystko byłoby dobrze… wszystko… byłoby…
Złość jaka mną wzburzyła… Doskoczyłem do tego starucha i przyciskając go do drzewa, zacząłem dusić go kosturem. A ten próbując łapać powietrze i się uwolnić próbował wysyczeć z siebie jakieś słowa.
-Musiałem… cię zatrzymać… Nie puszczę… naturobójcy… z…- dociskałem coraz mocniej kostur, aż ten stracił oddech i padł bezwładnie na ziemię. Podpaliłem drzewo i starca pod nim.
-Masz racje. Jestem naturobójcą. Ty jesteś nikim… spłoń z tą swoja zasraną naturą dziwodziadzie…
                Oddaliłem się w zupełnie przypadkowym kierunku. Szedłem tak długo, aż nie zeszła ze mnie cała złość ustępując smutkowi, poczuciu winy, pustce i bezradności… Nagle wszystko straciło sens. Wewnętrznie umarłem, choć podtrzymywała mnie płynąca krew w moim ciele. Nie chciałem żyć… Każda kolejna sekunda i każdy kolejny oddech uświadamiały mi jaki jestem beznadziejny… Trzeba było się nie narodzić… Tylko przynosiłem smutek i marność… Matka oszalała przeze mnie, tak samo jak Insania. Mój synek… ostatnie słowa jakie usłyszałem to to, że mnie nienawidzi… Nie potrafiłem dać mu to na co zasłużył… Nie potrafiłem dać Insanii miłości na jaką zasłużyła… Nie potrafiłem odwdzięczyć się własnej matce za wszystko co dla mnie zrobiła… Falsidicus w jednym miał rację… potrafię tylko niszczyć… To ja zabiłem swoja matkę… Insanie… synka… Tak jak mówiła matka… to na pewno przeze mnie opuścił nas ojciec… Jestem nikim… beznadziejnym robakiem wijącym się bezwiednie, gdy rzuci się go na ciepły kamień… Pustka wtłaczała się we mnie z każdym wspomnieniem spojrzeń osób, które zawiodłem, aż wypełniła całą moją duszę i serce…
Nie wiem nawet kiedy położyłem się gdzieś przy drodze. Obudził mnie szelmowski uśmiech i miarowe klaskanie.
-Ten nada się idealnie. Schowaj go na wóz.
Potem nastąpiło uderzenie. Świat zniknął mi sprzed oczu. Co za różnica? I tak utraciłem już wszystko… co jeszcze mógłbym stracić, kiedy nic już nie mam…
Spojrzałem w bok unikając wzroku Vivienne… Widocznie nie tylko ja wywołałem u niej bolesne wspomnienia, ale i wzajemnie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz