Przywołane myśli
Kiedy się obudziłem,
byłem w celi. Zaiste, chyba musiałem tu zawędrować po pijaku. Jednak idealnie
mi tu pasowało, więc urządziłem w tej celi swój pokój. Cela… to przypomina
stare czasy… Czułem się wtedy tak samo beznadziejnie, w każdej chwili gotowy na
śmierć. To było jeszcze zanim poznałem jakiekolwiek sztuki nekromanckie, czy
zanim posiadłem pewne ciekawe moce… To zabawne- kiedy bardzo pragniemy śmierci,
ta zdaje się nas omijać szerokim łukiem. Jakby w zaświaty mogli trafić tylko
Ci, którzy lękają się utraty życia i trzymają się kurczowo każdego ochłapu
marnej wegetacji. A może jednak samobójstwo wcale nie jest takim złym wyjściem?
Może jednak mamy prawo decydować o tym kiedy nasze serca mają przestać pompować
krew? Bo jaki jest sens wegetować? Jaki sens jest w tym, by usilnie trwać w
bólu, kiedy możemy się go pozbyć? Czy cierpiąc odpowiednio długo mamy odkupić
winy? A może to jacy się urodziliśmy? Francesca Vivienne przypomniała mi dziś
samobójcze pragnienie. Powód, dla którego chciała je popełnić… Zaczynam jej
współczuć…
Luctus… Nawet po śmierci jego nienawiść będzie
tłoczyć we mnie pustkę i nicość… Nie potrafiłem uratować najbliższej mi osoby…
Nie potrafiłem dać mu tego, na co zasługiwał… Może, gdyby Insania wtedy nie
wpadła w obłęd… Nie, to nie jej wina. To moja wina. Nie powinienem się
narodzić. I tak mam puste serce i duszę. Jestem niczym… Marność przynosiłem od
dziecka i marność niosę nadal… Tylko dlaczego? Jaki jest w tym sens? Na co w
tym świecie zda się taki robak jak ja, który tylko drąży ziemie bez celu, jakby
liczył, że gdzieś tam zakopana jest skrzyneczka ze schowanym listem
zaadresowanym do niego, z napisanym celem bezsensownej egzystencji? A nawet
jeżeli istnieje taka skrzyneczka… zanim robak przekopie się do niej, pożre go
kret, który zastawia pułapki na idiotów szukających tej chorej skrzyneczki.
Czy jest sens iść dalej… może samobójstwo nie jest
złym wyjściem… Skoro Nelmnar sprawiedliwie przychodzi po każdego, to jaka jest
jego sprawiedliwość? Na czym się opiera jego sprawiedliwy osąd… Ech… bredzę i
bluźnię… Może Nelmnar właśnie tak każe mi odpokutować to co uczyniłem, a raczej
czego nie uczyniłem… każąc mi wegetować…
Zamknąłem cele i powędrowałem korytarzem. Instynktownie szukałem schodów
do góry. W tej części sterowiec był jakby bardziej skryty w półmroku niż jego
pozostała część, którą do tej pory widziałem. A może tylko tak mi się wydawało…
Nie pałętam się zbytnio po nim, nie widzę w tym żadnego sensu. Powoli
wydostając się z półmroku w bardziej oświetlone części machiny dobiegały mnie
głosy z kantyny. Po cichu wszedłem i usiadłem w kącie przysłuchując się rozmową
ignorując podejrzany uśmiech Blargha.
Obudził mnie mocny szturchaniec Troya poprzedzony wesołym krzykiem:
-Wstawaj
pesymisto! Bo prześpisz jakieś dobre mordobicie!
-Co jest? Gdzie
jesteśmy?- odezwałem się nieco zdezorientowany.
-Wyłazimy
wreszcie z tej puszki! Idziemy szukać lochów, czy tam ruin- jeden pies! Ruszaj
się!
Szukamy? Czego?
Przed nami rozpościerał się całkiem różnogatunkowy i różnowiekowy las.
Pierwsza myśl, jaka mnie naszła to „dajcie mi góra miesiąc i będzie trzeba
zmienić mapy, bo lasu nie będzie”. Jednak nie wypowiedziałem tego na głos- i tak
by nie zrozumieli.
-Nooo… to mamy
sporą połać do przeszukania- Lancello spojrzał na obraz rozpościerający się
przed nami jakby próbował ocenić ile nam to zajmie.
-To właściwie…
czego szukamy?- Spytał się Mikur- Jakiegoś wejścia? Zejścia do lochów? Czy co?
No bo łażenie po tym lesie zajmie duuużo czasu. Dobrze byłoby wiedzieć, czego
szukamy.
-Valarad chyba
zachlał z piratami i nie ma szans żeby wyszedł dzisiaj. A on czytał o tym i wie
jak to powinno wyglądać- dodała Wampirzyca.
-No to chodźmy!
Rozejrzymy się i jakoś znajdziemy te lochy!- jak zawsze energicznie ponaglał
nas Troy.
Blargh się nie
odezwał. Pewnie obawiał się odezwać wbrew woli swego Pana.
Kiedy oni tak rozmawiali, ja
nachyliłem się nad ściółką. Wyciszyłem swój umysł i skupiłem się.
-Mam nadzieję, że
dzisiaj też uniknę tych głupich ptaszysk. Dobrze, że trawa podrosła, może mnie
nie zauważą. Jestem taaaaki głodny- usłyszałem cienki, zdenerwowany głosik.
Przyjrzałem się trawie i natychmiast dostrzegłem w niej żuka. Chwyciłem go w
palce i położyłem na ręce.
-Nie, nie, nie,
nie! Nie chce skończyć jako zabawka jakiegoś ciekawskiego dwunoga!- wręcz
krzyczał kiedy go podnosiłem.
-Uspokój się. Chce
tylko pogadać- zapewniłem go spokojnym głosem- Nic ci nie grozi.
-Druid?
-Słuchaj wiesz
może czy gdzieś w tym lesie są lochy?- zignorowałem jego pytanie.
-Wiem…-
przeciągle powiedział żuk.
-Co byś chciał w
zamian za informacje?- spytałem, chociaż podejrzewałem czego chce, w końcu był „taaaaki głodny”.
-Jedzonko! Trochę
zgniłego drewna na pewno pomoże i zaoszczędzi mi szukania.
-Jasne, nie ma
problemu.
-Eee? A Ty się
dobrze czujesz? Z kim rozmawiasz?- Spytała się Vivienne, patrząc na mnie jak na
dziwaka.
-Tak. Czuję się
doskonale, a rozmawiam z żuczkiem.
-Rozmawiasz z
żuczkiem? Tak? Na pewno wszystko z nim dobrze? Chyba trochę mu odbiło- dodała
zwracając się do reszty.
Lancello
wzdrygnął ramionami, gdyż wiedział o moich zdolnościach druistycznych, Blargh
zdawał się nie zwracać na to uwagi, Stein zaś patrzył się z pomieszanym
zdziwieniem i zaciekawieniem, a Troy z szerokim uśmiechem powiedział:
-On tak ma. Haha,
a gdyby tak teraz przybić ci piątkę Mścibor?- dodał z uśmiechem.
-Albo wziąć tak
pstryknąć w tego żuczka, hyhy- dołączył się do żartów Stein.
Żuki nie
posiadają zdolności rozszerzania swoich oczu, ale gdyby ten posiadał, miałby
teraz oczy pięć razy większe ze strachu.
-Oni mnie
stresują- rozglądał się gorączkowo.
-Spokojnie, już
odchodzimy od nich.
Odszedłem trochę
dalej od reszty i obejrzałem się, czy nie człapią za nami.
-No dobra. Teraz
możesz mówić.
-Ale dostane
jedzonko?
-Tak, oczywiście.
W końcu jestem druidem- skłamałem, żeby dodać mu otuchy.
-Tak więc lochy
są wszędzie! Pod waszymi stopami!
-Dobrze, a czy
wiesz może jak mamy się tam dostać. Wiesz, chodzi mi o wejście, którym będzie
mógł przejść nawet tamten duży kamień. Spokojnie, on ci nie zrobi krzywdy-
dodałem widząc jak zaczyna nerwowo dreptać po mojej dłoni.
-Musicie znaleźć
pień.
-Gdzie jest ten
pień?
-To w tą stronę
gdzie nie ma słońc.
Spojrzałem na
resztę. Oddali się jakimś rozmowom czekając aż wrócę, a Wampirzyca spoglądała
od czasu do czasu w moja stronę jakby patrzyła się na jakiegoś obłąkanego
człowieka.
-Zaiste, bardzo
się przydałeś.
Podszedłem do
najbliższego drzewa. Dotknąłem go i wyzwoliłem z siebie moc. W jednej chwili z
drzewa spadły wszystkie liście, które nagle jesiennie się zabarwiły, a drzewo
umarło, stało się zgniłe i spróchniałe. Tak, jedną z mocy, które posiadam to
właśnie Śmierć- pamiętam jak ten, który mi ją dawał śmiał się, że idealnie
będzie do mnie pasowała…
-Tyle starczy?-
spytałem żuczka
-Dużo jedzonka-
odpowiedział wesoły i zaczął się bardziej wiercić na mojej ręce, więc odłożyłem
go na drzewo. Oddalając się słyszałem jeszcze jak mówił coś o przyprowadzeniu
tu innych, ale już nie zwracałem na to uwagi. Dlaczego nie zabiłem żuczka? W
końcu jestem naturobójcą, więc wydawałoby się to oczywiste, że powinienem go
zabić. Przydał mi się, a w dodatku mam sentyment do tych istot. Gdy objawił się
mój dar, a raczej przekleństwo druistyczne, byłem akurat bawić się w lesie i
zwierzęta, które usłyszałem jako pierwsze to właśnie żuki, które lubiłem łapać
i oglądać ich mieniące się pancerzyki w świetle słońca. Jakie było wtedy moje
zdziwienie i przerażenie, gdy usłyszałem coś w stylu „puszczaj mnie ty głupi
człowieku. Niech no ja ci pokaże. Ugryzę cię tak, że nawet ty gruboskórny
palancie to poczujesz. Zabaw się zachciało. To już trzeci raz w tym tygodniu…”
i tak dalej. Całkiem zabawne kiedy teraz o tym myślę.
Wracając zauważyłem spojrzenia
reszty, która czekała na mnie. Widząc jak wyzwoliłem z siebie moc i zabiłem
drzewo mieli ciekawe wyrazy twarzy. Blargh lekko rozszerzył oczy, Mikur znowu
spojrzał ze zdziwieniem jakby uznał to za jakieś nekromantyczne zaklęcie.
Lancello lekko uśmiechnął się wiedząc co się stało, tak samo jak Troy, który
stał jak zawsze z szerokim uśmiechem. Wampirzyca natomiast, patrzyła ze
zdumieniem pomieszanym z tamtym wzrokiem- patrzyła jak na obłąkanego, jak na
prawdziwego dziwoląga. Jej wzrok przeszywał mnie na wskroś. To spojrzenie…
zupełnie jak mojej matki…
Wspomnienia…
Kiedy dowiedziałem się, że mogę rozmawiać ze zwierzętami na początku
byłem przerażony, ale szybko zaczęło mnie to cieszyć. Mogłem pogadać z naszym
kocurem, który mówił, że nie podoba mu się imię Mruczek, więc wymyśliliśmy mu
inne. Mogłem pogadać z myszami, by nie nękały naszej spiżarni, tylko tego
grubego Fabiusa, bucowatego sklepikarza, który skarżył mamie, gdy podkradałem
słodycze z lady. Nawet konie przyjezdnych opowiadały mi prawdziwe historie
swoich panów, a nie te, które ci wymyślali by zaimponować dziewkom z naszej
wioski. Nie raz oberwałem na tyłek od jednego z nich za „kłamstwa”, które ich
ośmieszały. Raz nawet dogadałem się z pewnym słowikiem. Była w wiosce pewna
dziewczyna, która bardzo mi się podobała. Miała na imię Insania. Bardzo lubiła
śpiew słowika, jak mówiła- poprawiał jej zawsze humor i wypełniał jej serce
radością. Dogadałem się więc ze słowikiem, że ten będzie mieszkał u mnie na
poddaszu i mój kot go nie zje, a ja będę go karmił codziennie, ale w zamian on
będzie zawsze leciał ze mną do Insanii kiedy go o to poproszę i śpiewał dla
niej. Jaka ona była szczęśliwa kiedy przychodziłem do niej ze słowikiem na
ramieniu, a ten siadał na jej drobnej rączce i śpiewał dla niej piękne piosenki.
Wciąż pamiętam nasz pierwszy pocałunek, kiedy tłumaczyłem jej słowa piosenki
słowika… Nawet mi na chwile serce zaczyna bić i lekko się uśmiecham na to
wspomnienie… jednak szybko ustaje by znów wypełnić się pustką…
Ludzie w wiosce jednak nie byli tak zachwyceni jak Insania. Przychodzili
do mojej matki coraz częściej. A i ja słyszałem wiele pomruków, gdy
przechodziłem między budynkami.
-Toć ten dzieciak
oszalał.
-Demon go opętał.
Dzieci łatwiej opętać.
-Słyszałam, że
ojciec, gdy dowiedział się o dziecku odszedł w popłochu! Pewnie zesłał
nieszczęście na to dziecko.
-Udaje, że może
gadać ze zwierzętami. A ten słowik? Widzieliście? Pewnie sam opętał to zwierze.
-Nasienie zła!
Ześle na nas nieszczęście. Wszyscy będziemy pokutować za grzechy tego
dzieciaka!
-Lepiej by było
dla nas, gdyby się nie narodził. Opęta każdego z nas. Będzie się nami żywił.
Zobaczycie…
Zwłaszcza rodzice
Insanii byli bardzo negatywnie do mnie nastawieni. Spotykaliśmy się po kryjomu.
Insania spytała mi się kiedyś, gdy siedzieliśmy nad rzeką:
-Czy opętał cię
demon? Rodzice mówią, że jak będziemy się nadal spotykali, to mnie też opętasz,
tak jak słowika…
-Nie wiem
szczerze mówiąc…- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, matka uczyła mnie by
kobietom nie kłamać nigdy- Ale nie robie przecież nic złego… Nikogo nie
krzywdzę. No może poza tym tłuściochem, ale myszy same mówiły, że mają tam co
jeść i też go nie lubią…
-Skrzywdziłbyś
mnie?- jej duże błękitno-piwne oczy wyrażały nadzieję i przerażenie w jednym.
-Oczywiście, że
nie. Nikogo nie chce krzywdzić.- Insania jakby uspokojona oparła swoją drobną
główkę na moim ramieniu.
-Moich rodziców
też, prawda?
-Nikogo-
podkreśliłem stanowczo powtarzając.
Wkrótce po tym do
wioski przyszła jakaś zaraza. Co prawda nikomu nie stało się nic poważniejszego,
ale ludzie i tak gadali, że to moja wina, że najpierw chce ich osłabić, a potem
żywić się ich duszami… Nawet ja zacząłem w to powątpiewać, czy czasem nie
jestem opętany. Moją matkę i mnie choroba ominęła. Może dlatego, że mieszkamy
na uboczu, a matka wychodzi do innych kiedy trzeba dostarczyć ubrań które
szyła, albo sery, które wyrabiała, albo też posyła mnie. Ale może to sprawka
mojego opętania… Chociaż myszy i inne zwierzęta często zapewniały mnie, że
niektórzy tak mają. Ale jeżeli naprawdę mnie coś opętało? Jeżeli nieświadomie
będę zabijał ludzi z wioski? Ale przecież już nie raz zdarzały się masowe
choroby w wiosce, czasem ktoś umierał, a czasem było jak ostatnio- lżej. I wtedy
nas często z matką omijały choroby, gdy były słabsze. To nie możliwe by mnie coś
opętało!
Kiedy pewnego wieczoru wróciłem do domu matka gorączkowo biegała po moim
pokoju wrzucając jakieś rzeczy do lnianej torby, którą niedawno widziałem jak
szyła.
-Wiedziałam, że
to kiedyś nadejdzie… To nie mogło się dobrze skończyć… O! Jesteś- dodała
spoglądając w moją stronę. Była cała potargana na głowie, a jej rzeczy były w
wielkim nieładzie- Siadaj i nigdzie nie wyłaź! Rozumiesz?
-Mamo? Czemu
chowasz do torby moje rzeczy?
-Wiedziałam, że w
nim było coś nie tak, czułam to po prostu…- mówiła do siebie jakby zupełnie
mnie tu nie było.
-W kim?
-Twój ojciec!-
spojrzała na mnie z wyrzutem- Pewnie wiedział, że też oszalejesz! To przez ciebie
nas opuścił!- Jej wzrok był przeszywający. Patrzyła na mnie jak na obłąkanego,
jak na dziwaka, a mi łzy powoli
napływały do oczu, chociaż starałem się powstrzymać- Byłam taka głupia…
Pociągała mnie ta nutka szaleństwa w nim… Ludzie mają racje. W końcu zaczniesz
się żywić nami! Zabijesz!
-Ale… Ja nikogo nie
skrzywdzę…
-Kobietom się nie
kłamie!- to mówiąc, podeszła i uderzyła mnie z otwartej ręki. Złapała się za
nią i rozpłakała- Musisz odejść! Ja już tak nie mogę! Czy tego chcesz dla
swojej matki? Tak się odwdzięczasz za wszystko co ci dałam?! Te dziwodziady-
tak matka nazywała druidów- mieszkają w lesie. Też są obłąkani… ponoć opętał
ich jakiś demon… tak ludzie gadają. Tam jest twoje miejsce! Nie tutaj!
Rozumiesz?!
-Ale… Ja nie
chcę…- rozpłakałem się i chciałem wybiec, ale matka podbiegła z torbą i chwyciła
mnie za nadgarstek.
-Wychodzimy!
Nawet nie próbuj mi nic zrobić!
Próbowałem się
wyrwać, ale trzymała tak mocno, że po pewnym czasie ręka, którą trzymała
zdrętwiała zupełnie. Nie odzywała się do mnie. Mówiła tylko pod nosem, że gdyby
go nie poznała nic by się nie stało, że już nie wytrzymuje, że nie zasłużyła na
to…
Doczłapaliśmy do lasu. Wchodząc
trochę w głąb, zatrzymaliśmy się, a matka zakrzyczała
-No dalej
dziwodziady! Wiem, że gdzieś tu jesteście! Wyjdźcie! Nie boje się was!
Nagle zza drzewa
wyszedł starzec z długą siwą brodą, która łączyła się z rzadkimi, ale długimi
siwymi włosami. Miał wysokie czoło i zmęczone oczy, bardzo zmęczone. Było
jednak w nich coś poczciwego. Podpierał się na kosturze, a w jego włosy oraz
brudno-białe szaty były wszędzie zaplątane jakieś gałązki i liście, czy rzepy.
Poczułem jak matka mnie puszcza i robi delikatny krok w tył
-To wasze… On nie
należy do nas…- mówiła coraz bardziej obca mi kobieta…
-Dlaczego tak
twierdzisz- głos niczym skrzypienie starych dębów sprawił, że matka
zaniemówiła. W tym samym momencie na jego ramieniu przysiadł słowik i coś
powiedział do mężczyzny- Rozumiem przyjacielu- pod jego zmęczonymi oczami
pojawił się uśmiech. Zaczął powoli zbliżać się w moją stronę. Nie miałem sił
zrobić cokolwiek… padłem na kolana i znów się rozpłakałem, a mężczyźnie uśmiech
zniknął z twarzy. Słyszałem za sobą kroki… coraz szybsze i coraz bardziej
oddalające się. Dziwodziad usiadł parę kroków przede mną i nic nie mówił. Jakby
czekał, aż się wypłaczę…
-Dlaczego mnie
opętał? Nie chce tego!- nagle wybuchnąłem- Boję się- dodałem spoglądając na
mężczyznę.
-Nic cię nie
opętało. Ten słowik, to twój przyjaciel. Przyleciał tu za tobą, bo się martwił,
opowiedział mi co się stało. Zaufaj mi. To co odkryłeś w sobie i czego tak bali
się ci ludzie to dar.
-Jakoś ciężko mi
w to uwierzyć… W wiosce była zaraza…
-Pewnie nie
pierwszy raz- nie dał mi dokończyć starzec- A reszta uznała, że to twoja wina?
-Tak-
odpowiedziałem pociągając nosem.
-Słuchaj. Nie
chcę cię do niczego zmuszać. Jesteś jak każdy, wolnym człowiekiem, ale może
chociaż na dzisiejszą noc pójdziesz do mojego obozowiska? Robi się coraz
zimniej i mógłbyś się przeziębić- wstał i wyciągnął do mnie dłoń.
Byłem
wystraszony, a dłoń raczej nie kojarzyła mi się dobrze. Poczułem się bezsilny…
Nagle nie miałem swojego miejsca na ziemi. Nie mogłem wrócić do domu- zresztą i
tak już go nie miałem. Matka nagle stała mi się zupełnie obcą kobietą. Zostałem
zupełnie sam… W tamtym momencie nie miałem ani sił, ani ochoty na nic. Było mi
obojętne czy się przeziębię, czy nie. Wszystko było mi obojętne. Jedyne czego
pragnąłem to skulić się w kłębek i zasnąć… zasnąć na bardzo długo.
-Nie chcę. Boję
się- skuliłem się na trawie.
-Pozwolisz, że
będę czuwał przy tobie?
-Wszystko mi
jedno…
Starzec zniknął
na chwilę zza drzewem, ale zaraz się pojawił ponownie z jakimiś gałęziami i
usiadł przede mną wyciągając dwa kamyczki. Rozpalił ognisko, a mi z czasem
zrobiło się ciepło i usnąłem wykończony płaczem.
Następnego ranka wstałem z
trudem. Wszystko co właśnie się wydarzyło przytłoczyło mnie tak mocno, że
czułem się jakby jakaś niewidzialna siła przyciskała mnie do ziemi i kazała tu
zostać, aż nie porosnę mchem i już się nie obudzę… Starzec siedział w tym samym
miejscu co wieczorem i mieszał w misce jakieś owoce. Pachniały bardzo
apetycznie, ale mimo to nie miałem apetytu. Przynajmniej tak sądziłem, mój
żołądek zdecydował inaczej i głośno zaburczał. Starzec się uśmiechnął i położył
miskę przede mną.
-Jak chcesz to
zjedz wszystko. Ja jadłem jak spałeś.
-Nie mam ochoty…
-Gdybyś jednak
poszedł za głosem żołądka- znów serdecznie uśmiechnął się w moja stronę- to
miska nie dostanie nóg i sobie tu poczeka na ciebie- na chwilę się nawet
uśmiechnąłem wyobrażając sobie miskę z nóżkami biegnącą przez las. Usiadłem i z
ociąganiem spróbowałem papki.
-I jak? Moi
bracia mówią, że jestem kiepskim kucharzem, więc nie krępuj się przed oceną. To
porzeczkowa papka. Tak ją nazwałem- serdeczny uśmiech nie znikał z jego twarzy.
-Ale tu nie czuć
porzeczek- skromnie spojrzałem w ziemie.
-No popatrz!-
podrapał się po swoim wysokim czole i zrobił zakłopotana minę- musisz wybaczyć
starcowi. Zapomniałem o głównym składniku, haha.
-Porzeczkach?
-No tak. Musze
trzymać się nazwy, haha. Jakie lubisz porzeczki? Czarne? Czerwone? A może
białe?
-Nie wiedziałem,
że są białe porzeczki.
-No to czekaj.
Myślałem, że
wstanie i pójdzie ich szukać, ale Dziwodziad strzelił palcami, zrobił kilka
gestów a obok niego wyrósł krzak obwieszony owocami.
-Mogę?- wskazał
na miskę, więc mu ją podałem. No nie tak od razu, na początku siedziałem i
szeroko rozdziawiłem usta i oczy w zdumieniu. Potem podałem mu miskę, jednak
moja twarz nie wiele się zmieniła. Byłem dzieciakiem z niewykształconej wioski.
Takie „czary” robiły na mnie wrażenie i były czymś rzadko spotykanym.
-Też byś tak
mógł- spojrzał na krzak, a potem na mnie z uśmiechem. Ja i moi bracia byśmy cie
tego nauczyli. A to tylko mały skrawek tego co potrafimy oraz co potrafisz ty.
-Ja?- zapytałem z
niedowierzaniem- Ja tylko przynoszę nieszczęście… Mamie przyniosłem tylko
zmartwienia i kłopoty, a w wiosce…
-No co za bzdury-
znów mi przerwał, ale tym razem na jego twarzy nie było uśmiechu, był gniew, a
mimo to w oczach nadal była serdeczność- Ta kobieta była twoją matką? Szkoda,
że nie wiedziałem. Dostałaby lanie i poważny wykład na temat traktowania
dzieci- przypomniało mi się, jak czasem dostawałem lanie od mamy, gdy byłem
niegrzeczny i może nie powinienem… ale uśmiechnąłem się widząc w wyobraźni jak
to ona dostaje lanie- Przynosisz nieszczęście? Moje gotowanie to nieszczęście.
Ale ty kochane dziecko nie jesteś niczemu winien. To nie twoja wina, że objawił
się w tobie dar druistyczny, a reszta wioski nie wiedziała, że to normalne u
niektórych, a nie jakieś zabobony. Pff! Głupi ludzie. Gdyby istniał lek na
głupotę, dawałbym go każdemu durniowi. Ech. Wybacz moje zdenerwowanie, nie
lubię kiedy ludzie z braku wiedzy czynią komuś krzywdę.
-Dar jaki?-
spytałem pierwszy raz słysząc tamto słowo.
-Druistyczny-
uśmiechnął się na nowo staruszek- Ja i moi bracia jesteśmy Druidami. Czcimy
naturę i się nią opiekujemy, a natura odwdzięcza się opiekując się nami- znów
pokazał na krzaczek- Nigdy nie jesteśmy samotni, ani smutni, bo dokąd nie
pójdziemy, tam wszystko tętni życiem i radością. Rozmawiamy ze zwierzętami,
przez co często jesteśmy uznawani za szaleńców, ale tak naprawdę to piękny dar.
Twój słowik przyleciał dziś rano i powiedział mi, że twoja przyjaciółka bardzo
się zamartwiała, więc zaśpiewał jej ulubioną piosenkę i rzucił jej polny
kwiatek. Ponoć bardzo się rozpogodziła i kazała przekazać, że ma nadzieje, że
wszystko z tobą dobrze i nic ci nie jest. Myślę, że możemy potem wysłać słowika
z małym liścikiem. Czy ta dziewczynka potrafi czytać?
-Nie. A ja nie potrafię
pisać, więc nic z tego- posmutniałem na nowo, chociaż już na chwile się
rozpogodziłem. Jednak nie byłem sam. Insania martwiła się o mnie. Ale nawet nie
miałem jej jak przekazać, że żyje. Nie mogłem tam wrócić… Ludzie zarzucali by
mnie kamieniami…
-Hmm…- staruszek
podrapał się ponownie po czole, po czym rzekł- Mój przyjaciel bardzo ładnie
rysuje, a tak akurat się składa, że mamy kilka pustych kartek. Ale jest poważny
problem- musiałbyś się uśmiechać przez dłuższy czas, żeby twoja przyjaciółka
nie pomyślała, że coś ci się stało, a chyba nie masz ku temu sił- mówił to z
serdecznym uśmiechem, a na mojej twarzy coraz bardziej pokazywał się szczery
uśmiech. A więc mogłem przekazać Insanii, że wszystko u mnie dobrze, żeby się
nie martwiła.
-No! Jakby tak ci
się udało utrzymać minę jeszcze z pół dnia. Myślę, że byłoby dobrze, haha. To
jak? Wybierzesz się do naszego kręgu? Słowik wie, gdzie ma nas szukać jakby nas
tu nie znalazł.
Zgodziłem się i
nagle świat na chwile znów się uśmiechnął. Nie byłem sam.
Doszliśmy do kręgu druidów,
gdzie mieli swoje szałasy i schronienia. Było tam bardzo wesoło, jedni
dyskutowali na jakieś tematy, inni grali na instrumentach, a jeszcze inni
mieszali jakieś rośliny. Staruszek podszedł na środek i głośno zaklaskał w
dłonie. Kiedy wszyscy skupili swoją uwagę na nim, przedstawił mnie wszystkim i
zawołał swojego przyjaciela. Kiedy ten mnie rysował przyleciał słowik i mówił,
że dobrze mnie widzieć oraz, że Insania bardzo się martwi. Nie mówił nic o
matce, ani o innych. I ja nie pytałem, byłem mu wdzięczny, że o nich nie
wspominał. Kiedy już zostałem namalowany słowik odleciał i w ciągu najbliższych
miesięcy wysyłaliśmy sobie obrazki. Tak, w ciągu najbliższych miesięcy.
Ponieważ Staruszek i reszta druidów spytali się czy chce się uczyć i u nich
zostać. Nie miałem miejsca, gdzie mógłbym wrócić, więc się zgodziłem.
Ostrzegali mnie, że nauka pochłonie moje życie, a ja nie będę mógł kontaktować
się z innymi ludźmi, chyba, że za pozwoleniem kręgu, albo gdy będzie moja kolej
wybrać się do miasta by wymienić maści i inne na dobra, których i oni
potrzebowali. Staruszek szepnął mi na ucho, że on tu rządzi i widziałem, że ma
kiepską pamięć, więc pewnie nie raz zapomni ukarać mnie za wywinięcie się do
Insanii. Mrugnął do mnie porozumiewawczo, a ja uśmiechnąłem się do niego. I tak
najbliższy czas mijał mi na nauce i małych ucieczkach nocami do wioski, a potem
nad rzekę, gdzie spotykaliśmy się z Insanią. Wszystko wydawało się układać
dobrze- kiedy nachodził mnie smutek odganiałem go żartując ze staruszkiem,
który uczył mnie pisania, czytania i posługiwania się mocami, jak i zielarstwem.
Niestety po jakimś czasie staruszek umarł, a obowiązki przywódcy kręgu przyjął
teraz najstarszy i najmądrzejszy druid. Może i był najstarszy i najmądrzejszy,
ale na pewno nie był wyrozumiały i tak sympatyczny jak staruszek. On już
pamiętał o karaniu mnie za ucieczki oraz kontakty z Insanią. Nie potrafił też
żartować. Był po prostu bardzo surowy, aż za… Coraz rzadziej udawało mi się
wymykać. W sumie głównie udawało mi się to jak przychodziła moja kolej wyjścia
do miasta, a i wtedy było to ciężkie. Wkrótce powrócił też smutek i frustracja.
W sumie? Za co miałem być wdzięczny tym druidom? Trzymali mnie pod kluczem, jak
swoją własność, nie pozwalali na kontakty z Insanią. A ta cała natura? Czemu
mam ją wielbić? To przecież przez nią, przez głupi dar, którego nie wybierałem
sam przecież, straciłem matkę, ludzie w wiosce odwrócili się ode mnie i
traktowali jak jakiegoś wyrzutka, obłąkańca. Miałem ochotę się wyżyć. Odkryłem
już jakiś czas temu, że posiadam nie tylko druistyczną moc roślin, ale także
ognia i gazu. Poszedłem na polane i podpaliłem kilka drzew.
-No i co?!
Zemścisz się na mnie?! Co mi zrobisz?! No co?!- wykrzykiwałem, jakby ta cała „natura”
miała mi odpowiedzieć. W zamian za to pojawił się ten buc i mocą wody zagasił
ogień.
-Co ty
najlepszego wyprawiasz młodziaku?!- powiedział mocno rozgniewany- Jesteś
Druidem, a nie naturobójcą! Nie po to cię szkolimy, żebyś wykorzystywał wiedze
do złych celów! Uspokój się albo będziesz mocno ukarany za to!!
-Och! Nie wątpię!
Uwielbiasz karać! To chyba twoja profesja, a nie druid! Bo znacznie lepiej ci
to idzie!! Gdyby był tu Staruszek, wiedziałby co zrobić!! Ty nie nadajesz się
do niczego!! Nie dorastasz mu nawet do stóp!! Jak będę chciał to będę
naturobójcą! I Co mi zrobisz?! Zabronisz mi?!
-Nie.
Sprzeciwiaj. Się. Mojej. Woli. Ty żółtodziobie!- poczułem jak z ziemi wyrastają
pnącza i w mgnieniu oka oplatają mnie. Może i był bucem, ale na pewno bardzo
potężnym. Co dziwne- bardzo podobało mi się kiedy te drzewa płonęły. Podobał mi
się widok i rozkład umierającej natury.
Czułem, że to napawa mnie swojego rodzaju radością. Wymykałem się nieraz
i wręcz dręczyłem naturę, żeby się wyładować. Postanowiłem powiedzieć o tych
odczuciach Insanii, kiedy pewnej nocy wyrwałem się do niej i leżeliśmy patrząc
w gwiazdy.
-I tak to właśnie
wygląda. Napawa mnie radością widok umierającej natury. Tylko tak mogę wyżyć
się kiedy jestem zły i wraca smutek. Tak od paru lat… Wybacz, że nie
powiedziałem ci wcześniej, ale bałem się, że cie to przerazi. Boisz się mnie?
-Czy się boję?-
spytała unosząc jedna brew- kręci mnie kiedy jesteś taki groźny. Bałam się już,
że zawsze będziesz zachwycał się bardziej nad kwiatami niż nade mną-
kokieteryjnie udała obrażoną minę by zaraz pokazać mi język i znów spojrzeć w
gwiazdy.
-Kręci cię to?-
zapytałem pochylając się nad nią.
-Tak, ale teraz
zasłaniasz mi gwiazdy- uśmiechnęła się kocio tak jak tylko ona potrafiła.
-Naprawdę? To
dziwne, bo ja cały czas widzę gwiazdy. Jak odbijają się w twoich źrenicach.
-Głuptas-
zaśmiała się ponownie i zapadła cisza między nami.
Nachyliłem się
bardziej nad nią i zacząłem ją całować. Najpierw w usta, szyję i schodząc coraz
niżej i niżej… Nasze ciała splotły się jak warkocze. Wszystko wokół ucichło i
tylko urywany oddech i krzyk wydawały się rozdzierać przestrzeń. Zbudził nas
poranek, który jakby skromnie próbował ogrzać nasze ciała delikatnie budząc
nasze uśmiechy.
Kolejne miesiące mijały dosyć
wyjątkowo- Insania zaszła w ciążę. Na przemian radowałem się i martwiłem.
Staruszek powiedział mi kiedyś, że taka sama szansa jest na to by dziecko
odziedziczyło dar, czy też klątwę, jak ją teraz zwałem, ale taka sama szansa
jest na to by tej klątwy nie odziedziczyło. Szczerze miałem nadzieję, że nie
odziedziczy tego po mnie… Ludzie by go zlinczowali tak jak mi to uczynili…
Dobrze, że Insania była gotowa na to, że malec może odziedziczyć po mnie to
cholerstwo… Gdy buc dowiedział się o ciąży Insanii, zaproponował mi pewne
zioła… Ale zagroziłem mu, że jeżeli jeszcze raz coś takiego usłyszę, to go
zamorduje a szczątki nie oddam naturze i robakom w ziemi, ale nakarmię nimi
psy… Przeprosił mnie za to, ale ostrzegał, że nie mogę odejść z kręgu. Że nadal
muszę się szkolić, bym nie uczynił kiedyś przez przypadek komuś krzywdy. Poza
tym wiązała mnie przysięga którą składałem lata temu… A co do daru dziecka,
obiecywał, że sprawdzi to, gdy te się narodzi. Pierwszy raz poczułem od niego
ludzki odruch… Może czuł, że zbliża się jego koniec. Kto wie?
Nie było mnie przy porodzie.
Dopiero po miesiącu zobaczyłem swojego pięknego synka. Luctus miał oczy Insanii,
jak i jej blond włosy. Insania śmiała się, że za to ma mój garbaty nos i uśmiech. Takie
maleństwo, a tyle radości. Gdyby nie przysięga, odszedłbym z kręgu. Jednak zbyt
obawiałem się, nie tyle co złamania przysięgi, ile ludzi w wiosce… Tak- Insania
nie przeniosła się do innego miasta i nic nie dawały jej tłumaczenia czym są
dziwodziady. Unikaliśmy spotykania się w wiosce i jakoś przez te lata namówiłem
ją by odpuściła tłumaczenie, bo ci idioci nie zrozumieją tego… Teraz obawiałem
się, że gdybym wrócił, ludzie tam nie dość, że mnie przepędzą, to będą wytykać
Luctusa. Nie chciałem dla niego tego co mi ofiarowało dzieciństwo… Stawiałem na
szali rzadkie widywanie się z nim i jego bezpieczeństwo wśród ludzi z porzuceniem
kręgu i narażeniem go na lincz ludzi… Wolałem pierwszą opcje… Poszliśmy z
Insanią na skraj lasu, gdzie czekał na nas stary buc. Pochylił się nad
dzieckiem, położył dłoń na jego główce i skupiając się zamarł w bezruchu.
-Ma dar- oznajmił
z uśmiechem.
-Co?- odezwała
się zawiedzionym głosem Insania.
-Czy z tym nie da się nic zrobić? Odebrać daru?- dopytywałem się z nadzieją w głosie
-Czy z tym nie da się nic zrobić? Odebrać daru?- dopytywałem się z nadzieją w głosie
-Jedynie wraz ze
śmiercią odejdzie dar. Wybacz- dodał widząc moje spojrzenie- niestety dar jest
związany z człowiekiem. Nie da się go pozbyć. Ale teraz wiesz, że musisz ciężko
się szkolić, by móc potem przekazywać nauki swojemu synowi. Kiedyś i on zawita
do naszego kręgu.
-Oby nie…-
Wymruczałem pod nosem i chodziło mi tu o to, że nie chciałbym dla niego takiego
życia jak ja… z tymi dziwakami. Chciałbym by żył normalnie, marzył jak każdy
chłopiec o zostaniu rycerzem i mógł dążyć do tych marzeń… ech… Insania chyba
usłyszała mój pomruk i smutno spojrzała w moja stronę.
-Będzie dobrze-
uśmiechnąłem się do niej by dodać jej otuchy.
-Musi być od
małego świadom, co go czeka. I, że musi się z tym kryć. Jeżeli ludzie się
dowiedzą to wiesz…- mówiła Insania kiedy odprowadzałem ją do miejsca, w którym
zawsze się żegnaliśmy. A w jej głosie była ogromna troska i zmartwienie.
-Wiem- przerwałem
jej nie chcąc słyszeć dalszej części- Doskonale to wiem. Ale niech trochę
pobędzie dzieckiem… nie musi przecież od razu być męczony jakimiś obowiązkami,
czy trudami związanymi z tą klątwą…
-Nie mów tak przy
dziecku- gniewnie na mnie spojrzała- to dar. A nie klątwa. Nie ma żadnej
klątwy.
-Wybacz kochanie.
Masz racje. Ciekawe na jakie zwierzę Luctus poderwie swoją ukochaną, haha-
zaśmiałem się chcąc rozładować sytuację, a Insania zawtórowała mi śmiechem.
-Córka Fabiusa
jest w ciąży z Franciszkiem, synem piekarza. Może urodzą ładną córeczkę i Luctus
będzie się o nią starał, haha.
-O nie! Tylko nie
potomek tego grubego prostaka- uśmiechnąłem się do Insanii- Będę musiał ostrzec
Luctusa, haha.
Doszliśmy do
rozdroża. Insania dała mi potrzymać Luctusa, a ja śmiejąc się mówiłem mu żeby
pamiętał- tylko nie potomkowie Fabiusa. Insania śmiała się, że o kobietach to
od razu z nim rozmawiam. Pożegnaliśmy się, a ja wróciłem do kręgu.
Kiedy Luctus dorastał starałem
się wymykać jak najczęściej do niego, co jednak bardzo utrudniał mi Falsidicus,
ten stary buc… który teraz, zdawało się, miał na mnie jeszcze baczniejsze oko.
Ludziom w wiosce nie podobało się, że nie wiedzą kim jest ojciec dziecka, a
Insania uśmiechała się tylko. Tłumaczyła malcowi, że tata jest bardzo ważnym
kupcem i dla tego pojawia się tylko co jakiś czas. Luctusowi niezbyt podobało
się, że ma ojca podróżnika, ale z czasem stwierdził, że on tez kiedyś wyruszy i
będzie lepszym kupcem niż ojciec. Bawiło nas to. Insania jednak nie rozmawiała
z malcem o „darze”, stwierdziliśmy, że ja powinienem mu powiedzieć o tym, w
odpowiednim czasie. Z wiekiem starałem się uświadamiać powoli Luctusa co go
czeka w przyszłości.
-Chodź, coś ci
pokarzę- powiedziałem pewnego dnia, gdy malec miał 10 lat. Poszedłem z nim na
skraj lasu i zawołałem- Możesz wyjść, chodź tu na chwilę- Malec schował się za
mną, kiedy z lasu wyszedł wilk. Ostatniej nocy upolowałem w sidła dwie sarny i
wymieniłem się z wilkiem w zamian, za to, że pobawi się z moim synkiem i będzie
bardzo miłym pieskiem. Samcowi alfa nie spodobało się słowo „piesek”, ale
spotulniał, kiedy z moich dłoni zaczął wydobywać się ogień, a wzrok skierowałem
na jego stado. Toteż teraz niechętnie, ale wyszedł do nas. Był naprawdę duży.
-Nie bój się
Luctus- powiedziałem- ten miły wilk nic Ci nie zrobi.
-Ale tato! W
wiosce wszyscy mówią, że wilki to niebezpieczne zwierzęta.
-Ale tata jest
wyjątkowy, wiesz?- uśmiechnąłem się do niego, po czym dodałem zwracając się do
wilka- mógłbyś dla mnie zrobić dwa kroki w moją stronę, a potem jeden w tył?-
Wilk postąpił jak go poprosiłem, a Luctus oniemiał z zachwytu.
-Tato! On cię
słucha!
-Tylko dlatego,
że mi grozi- zawarczał wilk.
-A teraz
powiedział, że nie mógł się doczekać, jak cię zobaczy. I jest bardzo
szczęśliwy- dodałem kierując wzrok na wilka. Ten odczytał moje spojrzenie i
zaczął merdać ogonem i podszedł do Luctusa kładąc się przy nim i kładąc mu pysk
na kolanach. Malec śmiał się głaszcząc wilka.
-Skąd wiesz co
powiedział?
-Słyszę go.
-Ale on warczał
przecież, a nie mówił.
-No proszę, jakie
inteligentne dziecko- przekomarzał się wilk, przewracając się na plecy i dając
głaskać się pod szyją.
-Bardzo mu się to
podoba- uśmiechnąłem się do Luctusa- Jak już mówiłem synku, tata jest dosyć
wyjątkowy… Potrafię rozmawiać ze zwierzętami.
-Ojej- z
szerokimi oczami i ekscytacją wydusił z siebie malec- Ja też tak chce!
-Właśnie o tym
chciałem z tobą porozmawiać… Widzisz ta klą… to znaczy ten dar przechodzi z
ojca na syna. Ty też kiedyś usłyszysz zwierzęta. Na początku może cię to
przerażać. Nigdy nie zapomnę jak mnie to przeraziło- uśmiechnąłem się do niego
widząc, że słucha w skupieniu- Na początku będziesz słyszał każde zwierzę w
twoim pobliżu. Wierz mi- omijaj mrowiska kochany, te to dopiero biadolą i to
wszystkie naraz. Ale z czasem nauczysz się to kontrolować. Pomogę ci w tym.
Nauczę cię też wielu innych rzeczy. Ale musisz mi coś obiecać. Nie mów nikomu,
o tym, że masz takie zdolności- surowo pogroziłem mu palcem- Ludzie… jakby ci
to powiedzieć… Oni…- szukałem słów- Oni nie lubią takich ludzi.
-No dobra- z
ociąganiem i lekkim niezadowoleniem powiedział Luctus.
Zauważyłem, że
Insania się zbliża, więc powiedziałem do wilka żeby zmykał, po czym odwróciłem
się do malca i z uśmiechem powiedziałem:
-Tylko nie mów mamie, że bawiłeś się z wilkiem. Mogłaby uznać to za niebezpieczne i nie pochwalić, ale chłopcy muszą czasem niebezpiecznie się bawić- uśmiechnąłem się do niego i chwyciłem z ziemi patyk udając, że walczę z nim na miecze. Luctus roześmiał się i chwytając inny patyk. Uderzył tak mocno, że mój się złamał, więc rzuciłem go i udałem gest, że się poddaje- Ach! Nigdy nie dam rady cię pokonać waleczny Sir Luctusie.
-Tylko nie mów mamie, że bawiłeś się z wilkiem. Mogłaby uznać to za niebezpieczne i nie pochwalić, ale chłopcy muszą czasem niebezpiecznie się bawić- uśmiechnąłem się do niego i chwyciłem z ziemi patyk udając, że walczę z nim na miecze. Luctus roześmiał się i chwytając inny patyk. Uderzył tak mocno, że mój się złamał, więc rzuciłem go i udałem gest, że się poddaje- Ach! Nigdy nie dam rady cię pokonać waleczny Sir Luctusie.
-Może jak
poćwiczysz- mały pokazał zawadiacko język i poleciał do matki śmiejąc się, że
znowu pokonał tatę.
Insania podeszła
z uśmiechem i pocałowała mnie.
-I jak?- spytała
cichutko, kiedy mały zaczął biegać niedaleko nas.
-Chyba dobrze.
Cieszy się, że też kiedyś będzie rozmawiał ze zwierzętami. I obiecał, że nie
będzie o tym gadał w wiosce.
-To dobrze-
uśmiechnęła się.
-Wyglądasz na
zmęczoną- spojrzałem w jej oczy.
-Ostatnio przybył
jakiś kupiec i zamówił dużo ubrań. Ponoć gdzieś na północ zakładają osadę dla
drwali. Mało śpię, a i mały ostatnio coraz bardziej dopytuje się czemu nie
mieszkasz z nami, że inni chłopcy ponoć śmieją się z niego, że nie ma taty,
tylko go wymyśla…
-Tak bardzo chciałbym
pojawić się w wiosce i mieszkać z wami, ale…
-Wiem- przerwała
mi z uśmiechem gładząc mnie po policzku- Wiem, ale to dla dobra Luctusa. Nie
bój się, kiedyś zrozumie.
Pożegnaliśmy się,
przytuliłem synka i zniknąłem w stronę miasta, gdzie miałem dokonać wymiany za
maści na oparzenia i inne.
Falsidicus bardzo utrudniał mi
kontakty z synem. Rzadziej mnie posyłał w stronę wioski, a u mego boku w
granicach lasu kręcił się jego niedźwiedzi chowaniec. Na moje prośby, że muszę
być przy Luctusie, kiedy objawi się jego klątwa, zawsze powtarzał tylko żebym
stworzył źdźbło trawy. Nie potrafiłem… Wiedziałem, że mam tę moc… ale po prostu
nie potrafiłem nic wykrzesać z siebie… Nienawidziłem przez to tej całej natury
jeszcze bardziej… gdyby nie gniew tego buca, spaliłbym jego niedźwiedzia i po
prostu zobaczył się z synem. Jednak musiałem nadal szkolić się by pomóc
Luctusowi zrozumieć to kim się stanie… uchronić go przed ludzką głupotą…
Tak mijały długie miesiące… W
końcu udało mi się wymknąć po 5 miesiącach, dzięki szerszeniom, które zajęły
niedźwiedzia. Też za nim nie przepadały, więc były wdzięczne za przyprowadzenie
go w miejsce, które chciały. Pobiegłem na rozdroże wcześniej wysyłając jakiegoś
ptaka z dwoma gałązkami. To był nasz znak, że udało mi się wymknąć i możemy się
spotkać. Czekałem dosyć długo… aż za długo. Ale może tylko tak mi się wydawało,
przez długą rozłąkę. W końcu przybiegł Luctus, lecz nie rzucił mi się na szyję,
jak to sobie wyobrażałem. Pewnie był zły, że tak dawno się nie widzieliśmy- tak
myślałem.
-Jak tam te
kupieckie interesy?- spytał patrząc w ziemię.
-No wiesz…
Ostatnio byłem w dalekiej podróży…
-Oczywiście…
-Hej?! Brzdącu?
Co się dzieje? I gdzie jest mama?- spytałem się widząc jego reakcje.
-Mama siedzi w
domu. Nie miała ochoty przyjść…- to dziwne, pomyślałem, bardzo… zaczynałem się
coraz bardziej martwić…
Z zamyślenia
wyrwał mnie Luctus.
-Dzieci śmieją się ze mnie, że jestem synem
dziwodziada… I, że mnie opęta demon. Że mojego tatę opętał… Czy ten dar, który mówiłeś…
pochodzi od demona?
-Co za bzdury!-
uniosłem się gniewem słysząc jakże znane myśli…- Kto naopowiadał Ci takich
bredni?! Nie ma żadnego demona, nie było i nie będzie w tym cholernym
przekleństwie- zapominałem się w złości…
-Przekleństwie?
Ale mówiłeś, że to dar- spojrzały na mnie smutne oczy- Kupcem też nie jesteś,
prawda?
-Słuchaj…
Przepraszam… Ja… Chciałem cię chronić… Przed głupotą tamtych ludzi- próbowałem
tłumaczyć się synowi, chociaż dobieranie pozornie prostych słów, sprawiało mi
trud większy niż cokolwiek w całym moim dotychczasowym życiu- Przepraszam, że
Ci nie powiedziałem… Chciałem to uczynić w odpowiednim czasie…
-W odpowiednim
czasie?!- Luctus patrzył na mnie gniewnymi i zapłakanymi oczami. A i ja czułem,
że z moich policzków spływają łzy- Czyli kiedy?! Jak już demon mnie opęta?! Jak
już zostanę sam?! Jak matka oszaleje do końca?! Jak ja oszaleje?! Jak już
pożresz dusze wszystkich z wioski?! Dlaczego mi to robisz?!- pytania spadały na
mnie niczym gradobicie, przed którym nie mogłem się schować.
-Nie ma żadnego
demona!- krzyknąłem i uderzyłem Luctusa w policzek. Od razu wróciły do mnie
obrazy z dzieciństwa… Co ja czynię? Nie mogę przecież zatoczyć kręgu… Upadłem
na kolana i przytuliłem syna- Wybacz mi… proszę… Nie chciałem cie uderzyć… Tak
bardzo cie przepraszam…- mówiłem zapłakany tuląc go do siebie, ale Luctus
odepchnął mnie od siebie.
-Kłamca… Kłamca!-
powtórzył ze złością- Nienawidzę cię! Słyszysz?! Nienawidzę cię! Zostaw w końcu
tą wioskę ty kłamco!- odbiegł w stronę domu krzycząc za sobą w kółko, że mnie
nienawidzi…
Nagle znów
poczułem się małym dzieckiem… Jak mogłem do tego doprowadzić? Jak to się stało,
że się dowiedział? Dlaczego wszystko znowu wraca? Dlaczego to się stało? Jak mogłem tak głupio
postąpić? To nie tak powinien dowiedzieć się kim jestem… Nienawidzi mnie? Ale…
ja chciałem jego dobra… Tak bardzo go kocham…
Myśli dręczyły mnie nie ustając…
Nawet nie zauważyłem jak minął dzień i wstał nowy… Insania! Jak grom z jasnego
nieba trafiła mnie myśl i przerażenie. Mały mówił, że matka może oszaleć… że
nie ma humoru przyjść… Szybko pobiegłem do wioski. Nie zastanawiałem się, jak
zareagują mieszkańcy. Przekroczyłem progi wioski pierwszy raz od dwudziestu
paru lat… A budynki nadal stały tak samo… jakby czas tu się zatrzymał. Wbiegłem
do domu Insanii i zobaczyłem ją skuloną w kącie.
-To się znowu
dzieje…- mówiła jakby nieobecna kołysząc się do przodu i do tyłu- To się znowu
dzieje… Miał nie mówić dzieciom o klątwie…- pierwszy raz usłyszałem jak tak
mówi, zawsze podkreślała, że to dar…- Teraz już wszyscy wiedzą… To się musiało
skończyć… Już nie mogę… ja już tak nie mogę...
-Kochanie…?-
niepewnie powiedziałem ze łzami w oczach i uklęknąłem by ja przytulić.
-Odejdź! To twoja
wina! Nie! To moja wina!- jakby sprzeczała się z samą sobą- To Ty go zabiłeś!
To ja go zabiłam! Zabiłam… Ja już tak nie mogę… To nie będzie miało końca…
Musiałam to przerwać… To się musi skończyć… Demon już zabił zbyt wiele…
-Insania… o czym
ty… Kochanie? Gdzie Luctus…?
-Nasz synek
nikomu nie zrobi krzywdy… on… nikomu… nigdy… Ty też mi obiecywałeś…- dopiero
teraz zauważyłem krew na jej rękach i nóż tuż przy jej nogach… Ale to nie była
jej krew…
-Coś ty
uczyniła…? Insania! Nie! To nie może być prawda! Błagam… powiedz… że to nie
prawda…- żal rozdzierał moje serce na samą myśl, że ona… Myśli niczym kolce od
cierni wbijały się głęboko, przeszywały na wylot… Insania spojrzała tylko w
stronę małej szopki na narzędzia jej ojca za domem i skryła twarz w dłoniach
płacząc… Płakała jak jeszcze nigdy nie słyszałem… Wybiegłem i zobaczyłem jak w
szopce, na stole leżał Luctus… Sina twarz dziecka miała podcięte gardło... z
którego jeszcze spływała krew. Podbiegłem i próbowałem zatamować krwawienie…
-Nie umieraj…
kochany synku… nie umieraj… proszę… tak bardzo cie kocham… błagam, nie
odchodź…- coraz ciszej przez łzy z trudem wypowiadałem kolejne słowa… Luctus
nie żył…
Do szopki wbiegła
Insania. Odepchnęła mnie i chwyciła na ręce Luctusa.
-Nie wyrządzisz
więcej krzywdy! Oni mieli racje! Tak bardzo przepraszam… Kochanie…- już sam nie
wiedziałem do kogo mówi. Zabrawszy Luctusa wybiegła porywając jeszcze linę ze
ściany. Szybko ruszyłem za nią, ale nagle poczułem jak jakiś kamień ląduje
między moje łopatki.
-To on! Demon
wrócił! Mówiłem! Zabić! Zabić go zanim więcej zła wyrządzi!
Odwróciłem głowę
i uchyliłem się w ostatnim momencie przed kolejnym kamieniem, który teraz
trafiłby w głowę. Zebrała się cała wioska słysząc co się dzieje, a przede mną
stał gruby starzec podparty jakimś kijem.
Fabius…
-Nie teraz…
błagam was… Luctus… Insania… Proszę…
Na nic były moje
błagania… coraz więcej przedmiotów leciało w moją stronę.
-Mówiłem!
Żebyście! Przestali!- wybuchłem gniewem, a z moich dłoni zaczął wydobywać się
ogień.
-Mówiłem! To
demon!- krzyknął Fabius, a po chwili również krzyknął, ale tym razem z bólu. Ci
co stali oniemiali również zaczęli krzyczeć i biegać gdy pochłaniały ich języki
ognia. Reszta zaczęła uciekać lub próbować gasić innych i domostwa. Spojrzałem
na swoje ręce i oniemiały pobiegłem w stronę, w która widziałem, że biegła
Insania. Dobiegłem do rzeki. Nic nie dawały krzyki… nikt się nie odzywał…
Sznur? Utopiła się? Powiesiła? Zacząłem biegać i gorączkowo się rozglądać. Nurt
w rzece był na tyle silny, że gdy wskakiwałem do niej zanurkować, szybko
musiałem wypływać i łapać się jakiś przybrzeżnych gałęzi i korzeni, żeby nurt
mnie nie porwał. Nigdzie ich nie widziałem… Ani pod wodą, ani… na drzewach… Moja
ukochana Insania… Mój ukochany synek… Odeszli… na zawsze i bezpowrotnie… Długo
jeszcze ich szukałem… mógłbym przecież ich zanieść do kapłana… wskrzesić…
naprawić wszystko… To wszystko wina tego buca. Złość narastała we mnie z każdym
momentem. Po dwóch dniach błądzenia w pustej nadziei złość przerosła żal.
Dotarłem do lasu i pod jednym z drzew znalazłem Falsidicusa, który, gdy mnie
zobaczył, ruszył gniewnie w moją stronę.
-Zapłacisz gorzko
za to wszystko!- Powiedział jak zawsze chcąc mnie ukarać.
-Nie tym razem ty
tyranie bez serca! To Twoja wina! Gdybyś puszczał mnie do Insanii i Luctusa
oni… oni…- i znów łzy wypełniły moje oczy i wręcz całą duszę…- Oni by żyli…
-Co się stało?-
nagle jakby złagodniał.
-Ludzie w wiosce
dowiedzieli się o jego przekleństwie… Nękali go… dowiedział się, kim jestem…
Insania nie poradziła sobie z tym… Ona… ona… ona… zabiła Luctusa… Odeszli... na
zawsze… To wszystko moja wina… gdybym postąpił inaczej… odszedł od was…
-Myślisz, że bym
ci pozwolił?- Przerwał mi surowy głos- Przecież doskonale wiem, że jesteś
naturobójcą. Nie puszczę cie z kręgu nigdy! Nie będziesz bezcześcił naszego
daru! Nie będziesz bezcześcił natury, którą czcimy. To dlatego nie potrafisz stworzyć
nawet źdźbła trawy! Ty nie umiesz tworzyć! Potrafisz tylko niszczyć! A ten twój
syn?! Na szczęście nie odziedziczył daru po tobie! Pewnie jego też byś nauczył,
jak zabijać naturę! To znaczy…- zająknął się jakby chciał wymazać ostatnie
słowa.
-Co?! Jak to… nie
miał daru...?- nagle pociemniało mi przed oczami i świat jakby zwirował…
podparłem się o kostur, który miałem przepasany na plecach.
Nie miał daru…
klątwa go nie dotknęła… gdybyśmy to wiedzieli z Insanią… Nic z tych rzeczy nie
miałaby miejsca… odszedłbym z kręgu… mój ukochany synek… nie byłoby tamtej
rozmowy o klątwie… Nie byłoby złości ludzi z wioski… Moja ukochana… teraz
siedziałbym z nią i Luctusem nad rzeką puszczając na wodę statki z liści…
wszystko byłoby dobrze… wszystko byłoby dobrze… wszystko… byłoby…
Złość jaka mną
wzburzyła… Doskoczyłem do tego starucha i przyciskając go do drzewa, zacząłem dusić
go kosturem. A ten próbując łapać powietrze i się uwolnić próbował wysyczeć z
siebie jakieś słowa.
-Musiałem… cię
zatrzymać… Nie puszczę… naturobójcy… z…- dociskałem coraz mocniej kostur, aż
ten stracił oddech i padł bezwładnie na ziemię. Podpaliłem drzewo i starca pod
nim.
-Masz racje.
Jestem naturobójcą. Ty jesteś nikim… spłoń z tą swoja zasraną naturą
dziwodziadzie…
Oddaliłem się w zupełnie
przypadkowym kierunku. Szedłem tak długo, aż nie zeszła ze mnie cała złość
ustępując smutkowi, poczuciu winy, pustce i bezradności… Nagle wszystko
straciło sens. Wewnętrznie umarłem, choć podtrzymywała mnie płynąca krew w moim
ciele. Nie chciałem żyć… Każda kolejna sekunda i każdy kolejny oddech
uświadamiały mi jaki jestem beznadziejny… Trzeba było się nie narodzić… Tylko
przynosiłem smutek i marność… Matka oszalała przeze mnie, tak samo jak Insania.
Mój synek… ostatnie słowa jakie usłyszałem to to, że mnie nienawidzi… Nie
potrafiłem dać mu to na co zasłużył… Nie potrafiłem dać Insanii miłości na jaką
zasłużyła… Nie potrafiłem odwdzięczyć się własnej matce za wszystko co dla mnie
zrobiła… Falsidicus w jednym miał rację… potrafię tylko niszczyć… To ja zabiłem
swoja matkę… Insanie… synka… Tak jak mówiła matka… to na pewno przeze mnie
opuścił nas ojciec… Jestem nikim… beznadziejnym robakiem wijącym się
bezwiednie, gdy rzuci się go na ciepły kamień… Pustka wtłaczała się we mnie z
każdym wspomnieniem spojrzeń osób, które zawiodłem, aż wypełniła całą moją
duszę i serce…
Nie wiem nawet
kiedy położyłem się gdzieś przy drodze. Obudził mnie szelmowski uśmiech i
miarowe klaskanie.
-Ten nada się
idealnie. Schowaj go na wóz.
Potem nastąpiło
uderzenie. Świat zniknął mi sprzed oczu. Co za różnica? I tak utraciłem już
wszystko… co jeszcze mógłbym stracić, kiedy nic już nie mam…
Spojrzałem w bok unikając wzroku Vivienne… Widocznie nie tylko ja
wywołałem u niej bolesne wspomnienia, ale i wzajemnie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz