wtorek, 19 maja 2015

Wino i elf

Zapicie zmartwień

                Zebrałam się z podłogi i podeszłam do jacuzzi, odkręcając kurki z gorącą wodą. Przyglądałam się wodzie, wypełniającej ogromną wannę i marzyłam, by móc się w niej zanurzyć… śmierć w niej wydawała mi się być przyjemna… mogłabym zanurzyć się w gorącej wodzie, rozciąć swoje żyły i obserwować, jak krew szybko opuszcza moje ciało, barwiąc wodę na czerwono… to byłaby dobra śmierć… ale odnosząc Lancello sztylet podjęłam decyzję… mogłam się wyrzekać i wyrzucać sobie decyzji podjętych przed samą sobą, ale nie potrafiłam złamać zobowiązania wobec kogoś innego, wobec towarzysza, wiedziałam więc, że nie mogę odebrać sobie życia… ale nie tylko to mnie do tego motywowało… czas spędzony z Lancello i rozmowy z nim pomogły mi uwierzyć, że może być lepiej… ponadto wielu moim wrogom zależało właśnie na mojej śmierci… jakże mogłam im ułatwić sprawę i sama ją na siebie sprowadzić? Nie zasłużyli na takie ułatwienie… jeśli ktoś chce mojego życia, niech sam się o to postara…
                Zakręciłam kurki i zaczęłam właśnie rozsznurowywać suknię, gdy usłyszałam na korytarzu szybkie kroki, jakby ktoś biegł… już wcześniej słyszałam jakieś zamieszanie, krzyki nieopodal, ale zignorowałam je, pogrążona we własnych myślach, nie wiedziałam więc, o co może chodzić. Dowiedziałam się dopiero, kiedy rozległo się głośne walenie w drzwi do łazienki.
– Vivienne! – wydarł się Lancello.
– Daj mi spokój – odparłam, nie siląc się na krzyk, ani nie miałam na to sił, ani nie widziałam potrzeby… był elfem, bez problemu musiał mnie usłyszeć.
– Wyłaź stamtąd natychmiast! – krzyknął rozkazującym tonem.
– Nie – odmówiłam  mu stanowczo – o co ci chodzi?
– Nie pozwolę ci się utopić! – zagroził… przypomniałam sobie krzyki nieopodal… no tak, Mikur zapewne pobiegł do Lancello i nasłał go na mnie, żeby udaremnił moją próbę samobójczą, jak ostatnio… tyle że tym razem nie miało dojść do żadnej próby.
– Nie zamierzam się topić – odparłam spokojnie, chcąc zabrzmieć jak najbardziej przekonująco, żeby odpuścił i nie zechciał wparować do środka, żeby się w tym upewnić.
– Mikur powiedział co innego! – znów krzyknął, ale już trochę ciszej, niż przy poprzednich słowach.
– Chcę tylko wziąć kąpiel… nie zamierzam się topić – zapewniłam ze zmęczonym westchnieniem.
– Obiecujesz?
– Tak – zapewniłam i usłyszałam po drugiej stronie drzwi głośne westchnienie ulgi.
– To dobrze… zaczynałem się bać, że pomyliłem się co do ciebie.
– Co masz na myśli? – spytałam, podchodząc parę kroków dzielących mnie od drzwi i stając tuż przy nich.
– Cóż, sądziłem, że jakoś się dogadujemy i że postanowiłaś żyć dalej.
– Miałam znów przez moment takie myśli… ale przypomniałam sobie naszą rozmowę i zrezygnowałam. Nie zamierzam odebrać sobie życia, nie dam nikomu tej satysfakcji… jeśli chcą mnie dorwać, niech się namęczą.
– Dobrze – zza drzwi dobiegło kolejne westchnienie ulgi, a po głosie Lancello zdawało mi się, że się uśmiecha, choć nie miałam pewności – taką cię lubię.
– Nie będę się topić, więc nie musisz się martwić, że będziesz musiał znów rozwalać drzwi.
– Cóż… przygotowywałem się do tego.
– Niepotrzebnie – westchnęłam i zerknęłam na wodę parującą w jacuzzi, marząc, by jak najszybciej się w niej znaleźć – mogę wrócić do kąpieli?
– Oczywiście, już ci nie będę przeszkadzał – zapewnił – jak chcesz to wpadnij później się napić.
– Zobaczę jeszcze, ale dziękuję za propozycję… i za troskę
– Nie ma sprawy – rzucił lekko i już po chwili usłyszałam jego oddalające się kroki.
                Uśmiechnęłam się delikatnie i zrzuciłam z siebie suknię, po czym zanurzyłam się w wodzie. Z jakiegoś powodu przejęcie Lancello tym, że mogłabym się zabić, bardzo poprawiło mi humor… choć nie odpowiedziałam mu od razu na propozycję, to zamierzałam zawitać do niego od razu po kąpieli. Lubiłam jego towarzystwo, czułam się przy nim… bezpiecznie… poza tym miałam wrażenie, że mnie rozumie, mimo że nie znał powodu, dla którego chciałam odebrać sobie życie, zdawał się choć w części rozumieć targające mną uczucia. No i nie oceniał mnie, choć z początku wydawał się mnie zaszufladkować razem z resztą wampirów, odkąd lepiej mnie poznał, przestał mnie traktować jak krwiopijcę, nawet nie rzucał już kąśliwych uwag, gdy zdarzało mi się pić przy nim krew.
                Gorąca woda skutecznie rozluźniła spięte mięśnie. Tuż po kąpieli założyłam z powrotem suknię, w której tu przybiegłam, w końcu nie przygotowałam się do wizyty w łazience, ale nie zawracałam sobie już głowy ciasnym jej wiązaniem, lekko tylko ją zasznurowałam, byle nie zsuwała się z moich ramion, i wyszłam z łazienki, kierując swoje kroki w stronę pokoju Lancello, znajdującego się na tym samym piętrze. Okazało się, że nie musiałam zawracać sobie głowy pukaniem – elf klęczał przy drzwiach, leżących na ziemi, i majstrował coś przy zawiasach. Podniósł wzrok, słysząc moje kroki, powitał mnie szerokim uśmiechem, na co nie potrafiłam nie odpowiedzieć, toteż i moje wargi wygięły się w lekki uśmiech.
– Co się stało? – spytałam, zerkając na drzwi i przyglądając się jego pracy, do której wrócił od razu po tym niemym powitaniu.
– Mikur rozwalił drzwi, jak się do mnie dobijał.
– Oh… często coś mu się zdarza popsuć – stwierdziłam, siadając na podłodze blisko Lancello i opierając się plecami o metalową ścianę.
– Nie zaprzeczę – odparł krótko, uderzając młotek w zawias.
– Po prostu ma za dużo siły i zdarza mu się o niej zapominać – zaczęłam tłumaczyć steina i przesunęłam włosy do przodu, żeby spleść je w warkocz.
– Sądzę raczej, że po prostu jest psują z natury – westchnął Lancello, wstał i podniósł drzwi, wkładając je w zawiasy.
– Całkiem możliwe… ale nie robi tego specjalnie, on już tak ma… może to przez te jego kamienne dłonie? – zastanawiałam się, obserwując działania elfa, który właśnie stuknął jeszcze raz młotkiem w zawiasy, po czym odłożył go i kilkakrotnie zamknął i otworzył drzwi, obserwując je krytycznie.
– Na pewno nie chciał zepsuć tych drzwi – tłumaczyłam przyjaciela, widząc wyraźne niezadowolenie Lancello z tego, że musi je naprawiać.
– Na pewno nie chciał ich tak zepsuć, nie słyszałaś jak w nie walił.
– No nie słyszałam – przyznałam szczerze – przepraszam, nie sądziłam, że tak się zdenerwuje… nadal miewam gorszy nastrój, choć przynajmniej śpię spokojnie, mikstura od ciebie pomaga, no… może faktycznie nie jestem tak wyspana jak niegdyś, ale przynajmniej w ogóle śpię…
– Staraj się nie pić codziennie – zerknął na mnie z troską i otworzył drzwi, po czym gestem zaprosił mnie do środka.
– Chciałabym, ale wtedy… – westchnęłam, mijając go w drzwiach – nie chcę, żeby koszmary wróciły – przyznałam, zatrzymując się na moment i zerkając mu w oczy, po czym ruszyłam w stronę stolika.
– Rozumiem cię, ale to cię wykończy szybciej niż koszmary – ostrzegł, zamykając drzwi.
– No nie wiem – mruknęłam cicho.
– Zaufaj mi, to nie jest bezpieczne.
– Eh… spróbuję dzisiaj – obiecałam, a on posłał mi lekki uśmiech.
– Byłbym zadowolony – podszedł do biurka i odłożył na nim narzędzia, wkładając je do różnych szuflad… no tak, najwyraźniej potrafił dużo lepiej ode mnie segregować swoje rzeczy.
– Ale nie wiem, czy mi się uda… boję się tych koszmarów.
– Mimo wszystko powinnaś spróbować ją odstawić, jeśli chcesz, to nawet będę czuwał przy tobie – zaproponował, patrząc na mnie jakoś tak… serdecznie… ciepło wręcz.
– Dziękuję – powiedziałam zaskoczona jego słowami – ale dam sobie radę.
– Jak chcesz – wzruszył lekko ramionami – wina?
– Poproszę – uśmiechnęłam się lekko, a Lancello od razu wyjął z innej szafki butelkę wina i dwa kieliszki, po czym rozlał do nich trunek i podał mi jeden – dziękuję – znów posłałam mu uśmiech i zakręciłam kieliszkiem, wdychając zapach wina o niezwykle barwnym bukiecie, by po chwili spróbować, czy smakuje tak samo dobrze, jak pachniało – smaczne – przyznałam i upiłam jeszcze trochę.
– Najlepsze elfickie, jakie mogłem zdobyć – uśmiechnął się i odsunął sobie krzesło, siadając na nim, jak zwykle, okrakiem i przodem do oparcia.
– Smakuje i pachnie niemal tak jak wino które czasami piłam w pałacu ojca – przypomniałam sobie –  lubił wygody i nie szczędził na importowanych winach... ale od przemiany w wampira trochę inaczej odczuwam wszystko więc nie jestem pewna czy to jest to samo. Wydaje się mieć dużo więcej różnych zapachów, aromatów... jak zresztą wszystko.
– Tak to już bywa z wyostrzonymi zmysłami – przeciągnął się na krześle i upił kilka łyków wina – w dobry dzień, gdy nie ma hałasu, to słyszę z jakich tkanin ktoś nosi ubrania.
– Ja dodatkowo czuję zapach tych tkanin – uśmiechnęłam się znad kieliszka.
– Taaak – zaśmiał się lekko – czyli wiesz, co mam na myśli.
– Doskonale – odparłam i dopiłam wino, Lancello również zdawał się opróżnić już swój, gdyż uniósł butelkę i zbliżył ją do mojego kieliszka z pytającym spojrzeniem.
– Nalej, mam ochotę dzisiaj się upić.
– No, no, no, z umiarem – zaśmiał się lekko, ale nalał mi do pełna, po czym wypełnił swój kieliszek.
– Chcę zapomnieć – wzruszyłam ramionami i wychyliłam kieliszek niemal jednym duszkiem, po czym podsunęłam mu go, by znów dolał trunku, co też bez komentarza zrobił.
– O czym? – spytał za to, zerkając na mnie uważnie, ale nie natarczywie.
– O wszystkim… nie masz tak czasami, że chciałbyś choć na jakiś czas usunąć wszystkie swoje złe wspomnienia?
– Są takie chwile – przyznał, chwilę się zamyślił, popijając wino, i dodał – ale to by pociągnęło za sobą usunięcie o wiele więcej niż by się chciało.
– Może…  myślałam też w kąpieli o tym, jaka się stałam.. Mikur ma rację, staliśmy się obojętni na śmierć... niosłam zmasakrowane ciało Troya, patrzyłam na nie, ale nie było to dla mnie w żaden sposób... wstrząsające, a przecież był naszym towarzyszem – przyznałam, przypominając sobie tamten dzień i moją obojętność, ba, nawet… ulgę, że ten prostak zginął. – Widzieliśmy już w życiu tyle śmierci, tyle razy sami ją zadaliśmy, że staliśmy się obojętni... ja nie chce taka być...
– Nie mam wszystkich odpowiedzi. być może śmierć jest częścią naszej ścieżki a być może możemy się od niej odwrócić – odpowiedział, dopił swoje wino i od razu sobie dolał.
– Ja mam tylko jeden wybór, zabijać albo pozwolić innym się zabić – przyznałam, znów łapczywie wypijając ponad połowę kieliszka.
– Powinnaś trochę zwolnić z piciem – zauważył, sącząc powoli swój trunek – a co do zabijania… każdy z nas stoi przed podobnymi wyborami – potarł palcami bliznę na swoim nosie i domyśliłam się, że mógł wtedy myśleć o osobie, która mu zostawiła ten ślad jak i te szramy na plecach i piersi.
– Nie wiem czy kiedykolwiek stałeś przed takim wyborem jak ja – szepnęłam i duszkiem dopiłam wino.
– Może tak, może nie…
– Może…
– Wiesz… chyba już dość wypiłaś – zauważył, przyglądając mi się z lekko uniesioną brwią.
– Nie! Jeszcze trochę – zaprotestowałam i nalałam do pełna najpierw do jego kieliszka, następnie do swojego i podniosłam go, ignorując jego jeszcze wyżej uniesioną brew – za te pieprzone decyzje i to wszystko, co do nich zmusza – wzniosłam toast i zaczęłam szybko pić wino…
– Jesteś pijana – stwierdził, pijąc parę łyków i przyglądając mi się jakby… z rozbawieniem?
– Wydaje ci się – powiedziałam już z niemałym trudem i wpadłam na świetny pomysł, żeby mu udowodnić, że się myli – nawet mogę ci to udowodnić – wstałam od stołu, ale zanim zdążyłam zrobić, co zamierzałam, zakręciło mi się w głowie i opadłam z powrotem na krzesło, Lancello tymczasem zerwał się błyskawicznie, najwyraźniej gotów złapać mnie, gdybym nie trafiła na dawne miejsce – albo jeszcze ciut wypiję – zaczęłam sięgać po butelkę, ale odstawił ją poza mój zasięg.
– Dość – powiedział stanowczo.
– Jeszcze trochę – poprosiłam, przybierając słodką minę.
– Powinnaś już wracać do siebie – zauważył, przyglądając mi się… no tak… miał mnie już dość…
– Wyganiasz mnie? – spytałam ze smutkiem, naprawdę zrobiło mi się przykro…
– Oczywiście, że nie – wstał i podszedł do mnie, delikatnie mnie przytulając, na co zesztywniałam lekko zaskoczona, a kiedy już chciałam się w niego wtulić, odsunął się nieco, najwyraźniej zniechęcony moją reakcją – po prostu myślałem, że jesteś zmęczona i chcesz iść spać.
– Chce się upić, nie chcę spać – rzuciłam patrząc na niego jak na niedorozwiniętego.
                Lancello przyjrzał mi się przez moment oceniająco, po czym westchnął i niechętnie przysunął butelkę w moją stronę. Uśmiechnęłam się i chwyciłam szkło za szyjkę i zaczęłam nalewać do kieliszków, ale flaszka wydawała mi się jakaś dziwnie ciężka i nieco za mocno ją przechyliłam, więc trochę trunku wylądowało na stole. Nie przejęłam się tym zbytnio i odstawiłam z trzaskiem pustą już butelkę, Lancello w tym czasie zabrał swój kieliszek i podał mi do ręki mój, ostrożnie, jakby chciał się upewnić, że się nie obleję.
– Dziękuję – powiedziałam i zaczęłam pić, powoli i spokojnie, ale nie przerywając, aż nie pozostało ledwie ćwierć kieliszka wina, przez cały ten czas obserwowałam uważnie towarzyszącego mi elfa – wino się skończyło…
– Mam jeszcze… ale nie sądzisz, że pijemy w zbyt szybkim tempie?
– Możesz pić wolniej – wzruszyłam ramionami
– A ty? – spytał, wstał z głośnym westchnieniem i wyjął z szafki kolejną butelkę.
– Niby bym mogła – odparłam przeciągając sylaby – ale po co?
– To lepiej tak zrób, bo inaczej szybciej się upijesz i więcej zostanie dla mnie – uśmiechnął się do mnie złośliwie, nalewając mi wino do kieliszka.
– Zwykle i tak dużo szybciej kończę picie – powiedziałam, co przychodziło mi powoli z coraz większą trudnością.
– Jeśli będziesz się źle czuć to powiedz, odprowadzę cię wtedy – obiecał, a ja przytaknęłam, wpatrując się w rubinowy napój w moim kieliszku.
                Zakręciłam dłonią, żeby poruszyć winem i wzmocnić jego zapach… cudowny zapach... upiłam trochę i przyjrzałam się kielichowi z zewnętrznej strony. Miał elfickie zdobienia, ale spora powierzchnia była gładka i wypolerowana tak, że aż lśniła jak lustro, zobaczyłam więc swoje odbicie… niebieskie oko odbite w kielichu mrugnęło parę razy… dokładnie takie samo jak oczko Bairre, mojej najdroższej córeczki…
– Miałeś tak… kiedyś – zaczęłam formułować myśli z niemałym trudem, gdyż zarówno język jak i usta zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa – że zrobiłeś coś i cho… cholernie żałowałeś… traciłeś chęć do… do życia… przez te wyrzuty…
– Tak, było coś takiego – powiedział cicho Lancello takim trochę nieswoim, jakby ochrypłym głosem.
– Ale ja nie mogłam… zrobić… inaczej – wydukałam, po czym wzięłam kieliszek i wypiłam szybko jego zawartość – musiałam… bo… bo…
– Spokojnie, spokojnie… jeśli musiałaś, to na pewno był jakiś powód.
– Jestem tchórzem! – wykrzyknęłam i podniosłam się, podpierając się ręką na stole, żeby sięgnąć po butelkę.
                Nie zauważyłam niestety plamy rozlanego wcześniej wina i moja dłoń poślizgnęła się po gładkim blacie stołu. Pewnie bym upadła, gdyby nie szybka reakcja Lancello, który zerwał się z krzesła i chwycił mnie, zanim bym legła na stole albo na ziemi. Przeprosiłam go zakłopotana i ponownie zaczęłam sięgać po alkohol, jednak Lancello mnie wyręczył i ostrożnie posadził mnie z powrotem na krześle, po czym nalał mi wina, ale jedynie do połowy kieliszka.
– Nie sądzisz, że już dosyć?
– Jeszcze troszkę – powiedziałam, zmuszając język do posłuszeństwa – jest takie smaszne.
– Dam ci całą butelkę, jeśli chcesz.
– Naprawdę? – spytałam uradowana tym, że będę miała całą butelkę tylko dla siebie do smakowania wieczorami.
– Skoro ci smakuje, to mogę ci sprezentować.
– Dziękuję! – radośnie wręcz krzyknęłam i podniosłam się na moment, żeby cmoknąć go w policzek, po czym z powrotem opadłam na krzesło.
– Proszę bardzo – uśmiechnął się lekko tak jakoś… inaczej niż zwykle.
                Przyjrzałam mu się, sącząc wino. Oczy lekko mu się świeciły od wypitego alkoholu, a na policzki wystąpił lekki rumieniec. Lubiłam jego oczy, były takie… ciepłe… przyjazne… może i rzucał sztyletami w kogo popadnie… ale czułam, że w głębi serca jest inny, a te złośliwości i agresja to tylko taka poza, maska... przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie i nie mogłam powstrzymać chichotu. Lancello spojrzał na mnie z zainteresowaniem, unosząc jedną brew.
– No... przy... przypomniało mi się jak się ten no... pierwszy raz spotkaliśmy w Morke... wtedy bawiłeś się strzałami i byłeś taki... groźny – znów lekko się zaśmiałam i upiłam trochę wina.
– To już nie jestem groźny? – posłał mi ten swój złośliwy uśmieszek, odstawiając kielich na stół, a kiedy zaprzeczyłam, dodał – czyli się mnie nie boisz i uważasz, że nie jestem żadnym zagrożeniem?
– Nooo – burknęłam i dopiłam resztę trunku po czym odstawiłam kieliszek, ale na tyle niefortunnie, że przewrócił się i potoczył kawałek po stole.
                Obserwowałam blaski igrające na wypolerowanej stali, nie zauważyłam więc, jak Lancello zerwał się z miejsca i w mgnieniu oka znalazł się przy mnie. Chwycił mnie i przyparł do ściany tuż przy stole, uziemiając moje nadgarstki na poziomie głowy. Od strony pleców czułam chłód stalowej ściany, z przodu biło do mnie gorąco jego ciała… uderzył mnie też jego zapach… zamarłam, nie wiedząc, co zrobić… chciałam uciec… chciałam być bliżej… na szczęście słowa Lancello oderwały mnie od myśli, jak mogą smakować jego wargi…
– Czyżby? – uśmiechnął się przekornie kącikiem ust.
– Ale… co ty… – wydukałam, na co Lancello puścił mnie delikatnie, jednak po chwili, widząc jak się po tym zachwiałam, szybko chwycił moje ramię – ale co to było? – drążyłam, opierając się o ścianę, bo cały świat zaczął wirować wokół.
– Chciałem ci tylko pokazać, że nawet jak się czegoś nie boisz, to może być niebezpieczne.
– Ale ty byś mnie nie skrzywdził, prawda? – spytałam, próbując stanąć sama, ale znów się zachwiałam i tym razem oparłam się o Lancello, musiałam więc zadrzeć głowę, żeby móc widzieć jego twarz.
– Nie skrzywdzę cię – obiecał spokojnie i objął mnie ręką w pasie, chciałabym, żeby przesunął ją niżej… albo wyżej… żeby się pochylił i… – chodź, odprowadzę cię do pokoju – powiedział i zaczął prowadzić mnie w stronę drzwi, odsuwając mnie od siebie.
– Ale butelka idzie z nami – powiedziałam i zgarnęłam ją ze stołu, po czym wypiłam trochę wina prosto z flaszki…

Bolesny poranek i troski Ravisa

                Obudził mnie okropny ból głowy. Miewałam już w życiu dolegliwości, jeśli przesadziłam dnia poprzedniego z alkoholem, nigdy jednak nie były tak dotkliwe… upiłam się niemal jak piraci Valarada, do nieprzytomności… nie pamiętałam jak trafiłam do pokoju, ostatnie moje wspomnienie z wieczora to zabranie butelki i wyjście z pokoju Lancello… jak przez mgłę wydaje mi się też że rozmawialiśmy z Ravisem… a może to był Raves, a tylko mi się to śniło…? A potem… pustka…
                Przekręciłam się na bok, a ruch materiału, poza pulsowaniem pod czaszką, wywołał jeszcze jedno doznanie… moje ubrania przesiąkły niezwykle przyjemnym aromatem, który teraz dopiero poczułam… cała pachniałam Lancello… nawet moje włosy miały jego zapach…
                Przez mój umęczony umysł przemknęła fala przekleństw, których nie powstydziłby się niejeden karczemny ochlej.  Co jeśli… cholera! Zerwałam się z łóżka i omal nie przypłaciłam tego rozpłaszczeniem na podłodze, gdy pociemniało mi przed oczami i na moment straciłam orientację. Przytrzymałam się ramy łóżka i jakoś ustałam… musiałam się szybko, bardzo szybko doprowadzić do porządku i znaleźć Lancello… cholera!
                W kilkanaście minut byłam gotowa. No, może to za dużo powiedziane… byłam jednak na tyle gotowa, na ile było to w tamtej chwili możliwe. Słyszałam odległy warkot silników – najwyraźniej ruszyliśmy już do kolejnej odnalezionej przez Valarada lokalizacji, żeby zobaczyć, co tam ciekawego można by było znaleźć. Mrużąc oczy od świateł kryształów na korytarzu, ruszyłam w stronę kantyny. Siedziało tam już parę osób, Lancello nie było jeszcze w środku, zamierzałam więc czekać przed wejściem, aż się pojawi. Przyszedł już po kilkunastu minutach i uśmiechnął się na mój widok, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię…
– Lancello… możemy porozmawiać? – spytałam cicho i sama aż się zdziwiłam, jak bardzo ochrypły miałam głos.
– Tak? O czym chciałaś mówić? – odparł nadal się uśmiechając, jakby nie miał do mnie żadnych wyrzutów…
– Ja… nic nie pamiętam z wczoraj – wbiłam wzrok we własne stopy i zwiesiłam ręce, nerwowo gniotąc nimi aksamitną suknię – przepraszam cię, że się tak upiłam, nie powinnam była… i przepraszam, jak coś głupiego mówiłam czy robiłam…
– Nic się nie stało, każdemu się może zdarzyć – uśmiechnął się, nie uszło jednak mojej uwadze, że zmierzył mnie badawczo.
– Może, ale nie powinno – westchnęłam cicho – ale dzisiaj mam swoją pokutę – skrzywiłam się, słysząc zwielokrotnione trzaskanie naczyń z kuchni i przeklinając wyczulone zmysły.
– Tego się spodziewałem – powiedział i chwycił moją dłoń, a gdy ją puścił, zobaczyłam małą fiolkę z niebieskawym płynem – wypij, to na kaca.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się i lekko się zbliżyłam, przez sekundę chcąc pocałować go w policzek, choć szybko odsunęłam od siebie tę myśl… nadal nie wiedziałam, co robiłam wczorajszego wieczoru… otworzyłam za to fiolkę i od razu wypiłam całą jej zawartość.
– Proszę bardzo – odparł i zerknął w stronę kantyny, skąd zaczął docierać do nas zapach jajecznicy, o dziwo, chyba nieprzypalonej… gdyby była spalona tak jak się zdarzało, być może na butach Lancello wylądowałby mój wczorajszy obiad… on też musiał czuć te zapachy, ponieważ spytał  – chyba powoli czas na śniadanie, nie sądzisz?
– Taak – burknęłam przeciągając – choć nie wiem czy cokolwiek tknę.
– Coś byłoby warto, mikstura za chwilę powinna już działać – uśmiechnął się i zaoferował mi ramię, co też, po chwili zawahania, przyjęłam  – chodźmy, dowiemy się, czego chce Ravis.
– Czekaj… co ma od nas chcieć? – zatrzymałam go, nie chcąc wyjść na idiotkę przy reszcie drużyny… wystarczy, ze zapewne już tak wypadłam w oczach Lancello.
– Wczoraj go minęliśmy i chciał pogadać ze wszystkimi, ale nie mam pojęcia, czego ten ochrypły rycerz może od nas chcieć.
– Ochrypły?
– Aaa tak… to po elficku – wyjaśnił, idąc już ze mną ku drzwiom kantyny – Ravis oznacza ochrypły.
– Zabawne… teraz już wiem, dlaczego zawsze proponujesz mu cukierki miętowe – uśmiechnęłam się lekko, przypominając sobie kilka takich sytuacji – zawsze mi się podobał elficki.
– Wiele nazw ma korzenie w elfickim, a niewielu jest tego świadomych. Na przykład Vicanis oznacza nadludzki.
– Ciekawe… ja wiem na przykład, że Vivienne znaczy żywa.
– Tak, coś w tym guście – powiedział i otworzył drzwi kantyny, puszczając mnie przodem.
– A Carmen Eleri? – spytałam przez ramię.
– Imię nie ma tłumaczenia, lecz Eleri oznacza gorzki.
– Gorzki? Mam nadzieję, że nie jestem gorzka – zaśmiałam się lekko, ponieważ naprawdę to mnie rozbawiło… swoją drogą, interesująca gra słów… żywa, życie i gorzka…
– Po prostu takie znaczenie to słowo ma w elfickim.
– Wiem, wiem – uśmiechnęłam się do niego lekko i usiadłam przy stole obok Ravisa, Lancello natomiast zajął miejsce po mojej prawej stronie – przepraszam za mój wczorajszy stan – powiedziałam cicho do smoka.
– Każdemu się zdarza – posłał mi pełen zrozumienia uśmiech i nałożył sobie spory kawałek pieczonej szynki, poświęcając jej po chwili całą swoją uwagę, więc z ulga uznałam sprawę za zakończoną… najwyraźniej nie zbłaźniłam się tak bardzo, jak się obawiałam.
                Przy drugim krańcu stołu siedział Mikur, dłubiący niechętnie jajecznicę leżącą na jego talerzu, co było zadziwiającym widokiem, ponieważ zwykle jadał za dwóch. Musiał poczuć na sobie moje spojrzenie, ponieważ uniósł głowę i spojrzał na mnie z zakłopotaniem, posłałam mu więc lekki uśmiech. Chciałam mu pokazać, że nie mam pretensji o wcześniejszą rozmowę… chciał mi pomóc, w niczym nie zawinił i nie chciałam, by się o cokolwiek obwiniał. Widząc to, od razu wręcz się rozpromienił i po chwili dołożył sobie jedzenia i zabrał się do jedzenia… cały Mikur.
                Mikstura od Lancello zadziałała nad wyraz dobrze, choć nadal czułam lekkie pulsowanie w skroni, to przynajmniej nie męczyły mnie mdłości. Rozejrzałam się po stole i z satysfakcją poczułam apetyt na widok grzanek i jajecznicy, nałożyłam więc sobie na talerz. Po chwili do kantyny nad wyraz rześkim krokiem wszedł Valarad… wcześniej minęłam Mścibora i jego na korytarzu, kiedy wrócili z miasta po wypędzeniu demona z ciała tego drugiego, aż dziw, że tego nie opijali. A może po prostu tym razem kapitan piratów pił z umiarem? Nie było to jednak tak istotne, bardziej obchodziło mnie to, że nie był na kacu ani też podpity, mogłam więc bez obaw poprosić go o drobną przysługę…
– Valaradzie, mógłbyś? – spytałam, podsuwając ku niemu kielich, a elf tylko skinął głową i rozciął sobie nadgarstek sztyletem – dziękuję – uśmiechnęłam się do niego, kiedy naczynie było pełne po brzegi.
– Spoko – rzucił lekko, zawiązał sobie ranę kawałkiem szmaty wyjętym gdzieś z kieszeni i usiadł naprzeciwko mnie.
                Po chwili obok Valarada usiadł nieznany mi elf. Po zapachu i wyglądzie od razu poznałam, że jest śnieżnym elfem – miał cerę jeszcze bledszą od mojej, wręcz białą i włosy również barwy śniegu. Z pewnym rozbawieniem zauważyłam, że przygląda mi się z zainteresowaniem z lekką nutką przerażenia, kiedy zobaczył jak popijałam krew towarzysza z kielicha, oblizując się przy tym ze smakiem. Uśmiechnęłam się do niego lekko, a wtedy Lancello wychylił się trochę do przodu po mojej prawej stronie i sięgnął ręką ku Ravisowi.
– Może miętuska? – zadrwił, na co parsknęłam śmiechem; smok ze skwaszoną miną odmówił i wrócił do jedzenia, ja natomiast z ochotą się poczęstowałam.
– Zawsze chętnie – rzuciłam rozbawiona i znów przeniosłam wzrok na nowego przybysza przy stole – a my się chyba nie znamy.
– Na pewno nie, jestem Vergill – uśmiechnął się i skłonił się – znajomy Valarada z dawnych lat.
– Oh, nasz kapitan widać ma wielu znajomych… – zerknęłam z ukosa na krwawego elfa i z powrotem przyjrzałam się owemu Vergillowi – ja nazywam się Francesca Vivienne Eleri Vicanis.
– Nie licz, że wszystko zapamiętam – zaśmiał się niepewnie zerkając na krew w kielichu.
– Kiedyś miałam jeszcze dłuższe nazwisko, tytułowałam się van der Vicanis… ale to dawne czasy…
– Jesteś szlachcianką? – spytał Ravis, zerkając na mnie z zainteresowaniem.
– No, tak… znaczy się, byłam – wzruszyłam ramionami – i to nawet baronessą.
– W takim razie pozwól, że przedstawię się ponownie, jestem sir Ravis – skłonił się, a ja spojrzałam na niego, nie do końca wiedząc, co mu na to odpowiedzieć… no dobra, był rycerzem… i co z tego?
– Nie wiedziałam, że jesteś rycerzem.
– Nie chwalę się tym, poza tym, jestem już na emeryturze – uśmiechnął się lekko.
– Rozumiem – powiedziałam powoli i przeniosłam wzrok na Vergilla – a ciebie co tutaj sprowadza?
– Chciałem przeżyć jakieś ciekawe przygody, zobaczyć trochę świata… spotkałem Valarada w mieście, zgadaliśmy się i zaproponował mi dołączenie do was – poinformował mnie, ręką wskazując na siedzącą przy stole drużynę.
– I liczysz, że je z nami przeżyjesz, śnieżny elfie?
– Słyszałem, że lecicie sprawdzić co kryją dawne lochy i ruiny, to musi być fascynujące – jakby na moment się rozmarzył, po czym spojrzał na mnie zdziwiony – skąd wiesz, że jestem śnieżnym elfem?
– Bo to widać – odparłam, przewracając oczami na jego niedomyślność… co on, sądził że jeden jedyny jest śnieżnym i nikt takiego nie widział? – poza tym, pachniesz lodowatym porankiem, śniegiem i zamiecią…
– Jak…? – spojrzał na mnie, najwyraźniej jeszcze nie połączywszy faktów.
– Eh… normalnie – westchnęłam i uśmiechnęłam się szeroko, dbając, by zobaczył wyraźnie zęby.
– Jesteś wampirem? – zdziwił się.
– No tak się złożyło – wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia śniadania.
                Vergill chciał przeżyć przygody… zapewne marzyły mu się epickie walki, o których bajarze będą rozpowiadać po karczmach, a bardowie na całym świecie śpiewać długie pieśni. Zapewne miał wiele lat więcej ode mnie, jednak nadal miał w sobie coś z dziecka, ciekawość świata… nieopierzone pisklę, nieświadome, że walki to nie zabawa czy rozrywka… a po prostu kolejne przystanki na drodze, które trzeba przetrwać, by móc kiedyś żyć spokojnie… przynajmniej dla mnie tak to wyglądało. Zastanawiałam się, jak szybko podróż z nami zweryfikuje jego plany i jak szybko zechce nas opuścić i nigdy więcej nie spotkać… zazdrościłam mu w głębi serca, też kiedyś marzyłam o poznawaniu świata, zwiedzaniu odległych miejsc… co prawda nie brałam pod uwagę żadnych walk poza oglądaniem turniejów, ale było w jego podejściu coś, co było mi już znane, ale teraz stało się bardzo dalekie… chciałabym móc patrzeć na życie tak beztrosko, jak on…
                Większość z nas skończyła już jedzenie, ja również, zamierzałam więc już ruszyć z miejsca, kiedy Ravis odezwał się donośnym głosem, na tyle, by wszyscy przy stole go usłyszeli.
– Poczekajcie. Chciałbym z wami o czymś porozmawiać – poczekał, aż wszyscy się uciszą, po czym kontynuował – część z was miała okazję poznać mojego brata, Ravesa – zaczął, na co większość z nas skinęła głowami – ale zapewne pamiętacie go zupełnie innego, niż ja. Spotkałem go trzy miesiące temu, na początku mówił normalnie, trochę opowiedział o was, ale z każdym słowem mówił coraz głośniej i mniej składnie, pod koniec zaczął krzyczeć od rzeczy, wspominał o smoczym bractwie, martwych ziemiach… na sam koniec zmienił się w smoka, rozrywając wszystkie swoje rzeczy i odleciał… na pożegnanie jeszcze mnie drapnął, zostawiając mi tę paskudną szramę – powiedział, wskazując na bliznę na lewym oku – zalałem się krwią i, zanim cokolwiek zobaczyłem, odleciał już.
– Straszne – mruknęłam pod nosem nieco kpiąco, przypominając sobie blizny zdobiące ciało Lancello… szrama Ravisa była przy nich ledwie śladem po zadrapaniu.
– Byliście jego towarzyszami przez długi czas, zatem zwracam się do was o pomoc. Coś mu się stało, nie jest już tym dawnym Ravesem, co niegdyś, trzeba go uwolnić – oświadczył, a ja miałam wrażenie, że chodziło mu o bardzo ostateczne uwolnienie brata…
– Raves uratował mi nie raz życie, jeśli istnieje taka potrzeba, pomogę na ile będę w stanie – zdeklarowałam, a Ravis przyjął moje słowa przytaknięciem.
– Ja również pamiętam go jako dobrego towarzysza… chciałbym jednak wiedzieć, czego od nas oczekujesz? – spytał Lancello, chcąc rozwiać wątpliwości, które i ja miałam, co do natury owej pomocy.
– To nie ta sama osoba, to już nie mój brat – powiedział twardo Ravis, zaciskając pięści – jeśli będzie taka możliwość, chciałbym wyrwać go z tego, przez co się taki stał, ale obawiam się, że to już niemożliwe… dlatego jeśli zajdzie taka potrzeba, proszę was o pomoc w… zlikwidowaniu go – zakończył i, choć widziałam, jak bardzo nienawidził brata, nie mogłam nie zauważyć, że wypowiedzenie ostatnich słów przyszło mu z trudem.
– Dobrze, możesz na mnie liczyć – odparł Lancello, a Ravis również skinął głową.
                Większość z nas, przynajmniej ci, którzy pamiętali Ravesa, zadeklarowali swoją pomoc. Ravis wydawał się być zaskoczony naszym odzewem… być może nie spodziewał się, że zyska w swej misji aż tylu sojuszników. Wielu z nas go jednak rozumiało, każdy był na swój sposób gnębiony przez swoje życie przez innego, metaforycznego demona. Moim był Bugdush… Ravisa jego brat… doskonale rozumiałam, co mógł czuć…
– Zatem musimy się przygotować. Czeka nas wyprawa na Martwe Ziemie – oznajmił Lancello.

                Zdawaliśmy sobie sprawę, co to oznacza. Martwe Ziemie… wielu z nas mogłoby stamtąd nie wrócić. Zadeklarowałam swoją pomoc, tak naprawdę nie byłam jednak do końca przekonana, czy byłam aż tak bardzo zżyta i związana z Ravesem, by tak dalece ryzykować. Co prawda do niedawna niezbyt ceniłam własne życie… jednak czułam, że powoli zaczyna wracać mi chęć do życia… miałam jednak dużo czasu na zastanowienie się. Lancello stwierdził, że wielu z nas nie jest gotowych by tam przetrwać, potrzebowaliśmy więc czasu, by się doszkolić i wytrenować. Oczywiście warto byłoby też zaopatrzyć się w jak najlepsze bronie, stąd jakże cudowny pomysł, by odwiedzić wszystkie znalezione przez Valarada lochy i ruiny, licząc, że znajdą się tam legendarne bronie. Jak ja uwielbiałam takie walki…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz