Zapicie zmartwień
Zebrałam się z podłogi i podeszłam do jacuzzi,
odkręcając kurki z gorącą wodą. Przyglądałam się wodzie, wypełniającej ogromną
wannę i marzyłam, by móc się w niej zanurzyć… śmierć w niej wydawała mi się być
przyjemna… mogłabym zanurzyć się w gorącej wodzie, rozciąć swoje żyły i
obserwować, jak krew szybko opuszcza moje ciało, barwiąc wodę na czerwono… to
byłaby dobra śmierć… ale odnosząc Lancello sztylet podjęłam decyzję… mogłam się
wyrzekać i wyrzucać sobie decyzji podjętych przed samą sobą, ale nie potrafiłam
złamać zobowiązania wobec kogoś innego, wobec towarzysza, wiedziałam więc, że
nie mogę odebrać sobie życia… ale nie tylko to mnie do tego motywowało… czas
spędzony z Lancello i rozmowy z nim pomogły mi uwierzyć, że może być lepiej…
ponadto wielu moim wrogom zależało właśnie na mojej śmierci… jakże mogłam im
ułatwić sprawę i sama ją na siebie sprowadzić? Nie zasłużyli na takie
ułatwienie… jeśli ktoś chce mojego życia, niech sam się o to postara…
Zakręciłam
kurki i zaczęłam właśnie rozsznurowywać suknię, gdy usłyszałam na korytarzu
szybkie kroki, jakby ktoś biegł… już wcześniej słyszałam jakieś zamieszanie,
krzyki nieopodal, ale zignorowałam je, pogrążona we własnych myślach, nie
wiedziałam więc, o co może chodzić. Dowiedziałam się dopiero, kiedy rozległo
się głośne walenie w drzwi do łazienki.
– Vivienne! – wydarł się Lancello.
– Daj mi spokój – odparłam, nie siląc się na krzyk,
ani nie miałam na to sił, ani nie widziałam potrzeby… był elfem, bez problemu
musiał mnie usłyszeć.
– Wyłaź stamtąd natychmiast! – krzyknął rozkazującym
tonem.
– Nie – odmówiłam
mu stanowczo – o co ci chodzi?
– Nie pozwolę ci się utopić! – zagroził… przypomniałam
sobie krzyki nieopodal… no tak, Mikur zapewne pobiegł do Lancello i nasłał go
na mnie, żeby udaremnił moją próbę samobójczą, jak ostatnio… tyle że tym razem
nie miało dojść do żadnej próby.
– Nie zamierzam się topić – odparłam spokojnie, chcąc
zabrzmieć jak najbardziej przekonująco, żeby odpuścił i nie zechciał wparować
do środka, żeby się w tym upewnić.
– Mikur powiedział co innego! – znów krzyknął, ale już
trochę ciszej, niż przy poprzednich słowach.
– Chcę tylko wziąć kąpiel… nie zamierzam się topić –
zapewniłam ze zmęczonym westchnieniem.
– Obiecujesz?
– Tak – zapewniłam i usłyszałam po drugiej stronie
drzwi głośne westchnienie ulgi.
– To dobrze… zaczynałem się bać, że pomyliłem się co
do ciebie.
– Co masz na myśli? – spytałam, podchodząc parę kroków
dzielących mnie od drzwi i stając tuż przy nich.
– Cóż, sądziłem, że jakoś się dogadujemy i że
postanowiłaś żyć dalej.
– Miałam znów przez moment takie myśli… ale przypomniałam
sobie naszą rozmowę i zrezygnowałam. Nie zamierzam odebrać sobie życia, nie dam
nikomu tej satysfakcji… jeśli chcą mnie dorwać, niech się namęczą.
– Dobrze – zza drzwi dobiegło kolejne westchnienie
ulgi, a po głosie Lancello zdawało mi się, że się uśmiecha, choć nie miałam
pewności – taką cię lubię.
– Nie będę się topić, więc nie musisz się martwić, że
będziesz musiał znów rozwalać drzwi.
– Cóż… przygotowywałem się do tego.
– Niepotrzebnie – westchnęłam i zerknęłam na wodę
parującą w jacuzzi, marząc, by jak najszybciej się w niej znaleźć – mogę wrócić
do kąpieli?
– Oczywiście, już ci nie będę przeszkadzał – zapewnił
– jak chcesz to wpadnij później się napić.
– Zobaczę jeszcze, ale dziękuję za propozycję… i za
troskę
– Nie ma sprawy – rzucił lekko i już po chwili
usłyszałam jego oddalające się kroki.
Uśmiechnęłam
się delikatnie i zrzuciłam z siebie suknię, po czym zanurzyłam się w wodzie. Z
jakiegoś powodu przejęcie Lancello tym, że mogłabym się zabić, bardzo poprawiło
mi humor… choć nie odpowiedziałam mu od razu na propozycję, to zamierzałam
zawitać do niego od razu po kąpieli. Lubiłam jego towarzystwo, czułam się przy
nim… bezpiecznie… poza tym miałam wrażenie, że mnie rozumie, mimo że nie znał
powodu, dla którego chciałam odebrać sobie życie, zdawał się choć w części
rozumieć targające mną uczucia. No i nie oceniał mnie, choć z początku wydawał
się mnie zaszufladkować razem z resztą wampirów, odkąd lepiej mnie poznał,
przestał mnie traktować jak krwiopijcę, nawet nie rzucał już kąśliwych uwag,
gdy zdarzało mi się pić przy nim krew.
Gorąca
woda skutecznie rozluźniła spięte mięśnie. Tuż po kąpieli założyłam z powrotem
suknię, w której tu przybiegłam, w końcu nie przygotowałam się do wizyty w
łazience, ale nie zawracałam sobie już głowy ciasnym jej wiązaniem, lekko tylko
ją zasznurowałam, byle nie zsuwała się z moich ramion, i wyszłam z łazienki,
kierując swoje kroki w stronę pokoju Lancello, znajdującego się na tym samym
piętrze. Okazało się, że nie musiałam zawracać sobie głowy pukaniem – elf
klęczał przy drzwiach, leżących na ziemi, i majstrował coś przy zawiasach.
Podniósł wzrok, słysząc moje kroki, powitał mnie szerokim uśmiechem, na co nie
potrafiłam nie odpowiedzieć, toteż i moje wargi wygięły się w lekki uśmiech.
– Co się stało? – spytałam, zerkając na drzwi i
przyglądając się jego pracy, do której wrócił od razu po tym niemym powitaniu.
– Mikur rozwalił drzwi, jak się do mnie dobijał.
– Oh… często coś mu się zdarza popsuć – stwierdziłam,
siadając na podłodze blisko Lancello i opierając się plecami o metalową ścianę.
– Nie zaprzeczę – odparł krótko, uderzając młotek w
zawias.
– Po prostu ma za dużo siły i zdarza mu się o niej
zapominać – zaczęłam tłumaczyć steina i przesunęłam włosy do przodu, żeby
spleść je w warkocz.
– Sądzę raczej, że po prostu jest psują z natury –
westchnął Lancello, wstał i podniósł drzwi, wkładając je w zawiasy.
– Całkiem możliwe… ale nie robi tego specjalnie, on
już tak ma… może to przez te jego kamienne dłonie? – zastanawiałam się,
obserwując działania elfa, który właśnie stuknął jeszcze raz młotkiem w
zawiasy, po czym odłożył go i kilkakrotnie zamknął i otworzył drzwi, obserwując
je krytycznie.
– Na pewno nie chciał zepsuć tych drzwi – tłumaczyłam
przyjaciela, widząc wyraźne niezadowolenie Lancello z tego, że musi je naprawiać.
– Na pewno nie chciał ich tak zepsuć, nie słyszałaś
jak w nie walił.
– No nie słyszałam – przyznałam szczerze –
przepraszam, nie sądziłam, że tak się zdenerwuje… nadal miewam gorszy nastrój,
choć przynajmniej śpię spokojnie, mikstura od ciebie pomaga, no… może
faktycznie nie jestem tak wyspana jak niegdyś, ale przynajmniej w ogóle śpię…
– Staraj się nie pić codziennie – zerknął na mnie z
troską i otworzył drzwi, po czym gestem zaprosił mnie do środka.
– Chciałabym, ale wtedy… – westchnęłam, mijając go w
drzwiach – nie chcę, żeby koszmary wróciły – przyznałam, zatrzymując się na
moment i zerkając mu w oczy, po czym ruszyłam w stronę stolika.
– Rozumiem cię, ale to cię wykończy szybciej niż
koszmary – ostrzegł, zamykając drzwi.
– No nie wiem – mruknęłam cicho.
– Zaufaj mi, to nie jest bezpieczne.
– Eh… spróbuję dzisiaj – obiecałam, a on posłał mi
lekki uśmiech.
– Byłbym zadowolony – podszedł do biurka i odłożył na
nim narzędzia, wkładając je do różnych szuflad… no tak, najwyraźniej potrafił
dużo lepiej ode mnie segregować swoje rzeczy.
– Ale nie wiem, czy mi się uda… boję się tych
koszmarów.
– Mimo wszystko powinnaś spróbować ją odstawić, jeśli
chcesz, to nawet będę czuwał przy tobie – zaproponował, patrząc na mnie jakoś
tak… serdecznie… ciepło wręcz.
– Dziękuję – powiedziałam zaskoczona jego słowami –
ale dam sobie radę.
– Jak chcesz – wzruszył lekko ramionami – wina?
– Poproszę – uśmiechnęłam się lekko, a Lancello od
razu wyjął z innej szafki butelkę wina i dwa kieliszki, po czym rozlał do nich
trunek i podał mi jeden – dziękuję – znów posłałam mu uśmiech i zakręciłam
kieliszkiem, wdychając zapach wina o niezwykle barwnym bukiecie, by po chwili
spróbować, czy smakuje tak samo dobrze, jak pachniało – smaczne – przyznałam i
upiłam jeszcze trochę.
– Najlepsze elfickie, jakie mogłem zdobyć – uśmiechnął
się i odsunął sobie krzesło, siadając na nim, jak zwykle, okrakiem i przodem do
oparcia.
– Smakuje i pachnie niemal tak jak wino które czasami
piłam w pałacu ojca – przypomniałam sobie – lubił wygody i nie szczędził na importowanych
winach... ale od przemiany w wampira trochę inaczej odczuwam wszystko więc nie
jestem pewna czy to jest to samo. Wydaje się mieć dużo więcej różnych zapachów,
aromatów... jak zresztą wszystko.
– Tak to już bywa z wyostrzonymi zmysłami –
przeciągnął się na krześle i upił kilka łyków wina – w dobry dzień, gdy nie ma
hałasu, to słyszę z jakich tkanin ktoś nosi ubrania.
– Ja dodatkowo czuję zapach tych tkanin – uśmiechnęłam
się znad kieliszka.
– Taaak – zaśmiał się lekko – czyli wiesz, co mam na
myśli.
– Doskonale – odparłam i dopiłam wino, Lancello
również zdawał się opróżnić już swój, gdyż uniósł butelkę i zbliżył ją do
mojego kieliszka z pytającym spojrzeniem.
– Nalej, mam ochotę dzisiaj się upić.
– No, no, no, z umiarem – zaśmiał się lekko, ale nalał
mi do pełna, po czym wypełnił swój kieliszek.
– Chcę zapomnieć – wzruszyłam ramionami i wychyliłam
kieliszek niemal jednym duszkiem, po czym podsunęłam mu go, by znów dolał
trunku, co też bez komentarza zrobił.
– O czym? – spytał za to, zerkając na mnie uważnie,
ale nie natarczywie.
– O wszystkim… nie masz tak czasami, że chciałbyś choć
na jakiś czas usunąć wszystkie swoje złe wspomnienia?
– Są takie chwile – przyznał, chwilę się zamyślił,
popijając wino, i dodał – ale to by pociągnęło za sobą usunięcie o wiele więcej
niż by się chciało.
– Może… myślałam
też w kąpieli o tym, jaka się stałam.. Mikur ma rację, staliśmy się obojętni na
śmierć... niosłam zmasakrowane ciało Troya, patrzyłam na nie, ale nie było to
dla mnie w żaden sposób... wstrząsające, a przecież był naszym towarzyszem –
przyznałam, przypominając sobie tamten dzień i moją obojętność, ba, nawet…
ulgę, że ten prostak zginął. – Widzieliśmy już w życiu tyle śmierci, tyle razy
sami ją zadaliśmy, że staliśmy się obojętni... ja nie chce taka być...
– Nie mam wszystkich odpowiedzi. być może śmierć jest
częścią naszej ścieżki a być może możemy się od niej odwrócić – odpowiedział,
dopił swoje wino i od razu sobie dolał.
– Ja mam tylko jeden wybór, zabijać albo pozwolić
innym się zabić – przyznałam, znów łapczywie wypijając ponad połowę kieliszka.
– Powinnaś trochę zwolnić z piciem – zauważył, sącząc
powoli swój trunek – a co do zabijania… każdy z nas stoi przed podobnymi
wyborami – potarł palcami bliznę na swoim nosie i domyśliłam się, że mógł wtedy
myśleć o osobie, która mu zostawiła ten ślad jak i te szramy na plecach i
piersi.
– Nie wiem czy kiedykolwiek stałeś przed takim wyborem
jak ja – szepnęłam i duszkiem dopiłam wino.
– Może tak, może nie…
– Może…
– Wiesz… chyba już dość wypiłaś – zauważył,
przyglądając mi się z lekko uniesioną brwią.
– Nie! Jeszcze trochę – zaprotestowałam i nalałam do
pełna najpierw do jego kieliszka, następnie do swojego i podniosłam go,
ignorując jego jeszcze wyżej uniesioną brew – za te pieprzone decyzje i to wszystko,
co do nich zmusza – wzniosłam toast i zaczęłam szybko pić wino…
– Jesteś pijana – stwierdził, pijąc parę łyków i
przyglądając mi się jakby… z rozbawieniem?
– Wydaje ci się – powiedziałam już z niemałym trudem i
wpadłam na świetny pomysł, żeby mu udowodnić, że się myli – nawet mogę ci to
udowodnić – wstałam od stołu, ale zanim zdążyłam zrobić, co zamierzałam,
zakręciło mi się w głowie i opadłam z powrotem na krzesło, Lancello tymczasem
zerwał się błyskawicznie, najwyraźniej gotów złapać mnie, gdybym nie trafiła na
dawne miejsce – albo jeszcze ciut wypiję – zaczęłam sięgać po butelkę, ale
odstawił ją poza mój zasięg.
– Dość – powiedział stanowczo.
– Jeszcze trochę – poprosiłam, przybierając słodką
minę.
– Powinnaś już wracać do siebie – zauważył, przyglądając
mi się… no tak… miał mnie już dość…
– Wyganiasz mnie? – spytałam ze smutkiem, naprawdę
zrobiło mi się przykro…
– Oczywiście, że nie – wstał i podszedł do mnie,
delikatnie mnie przytulając, na co zesztywniałam lekko zaskoczona, a kiedy już
chciałam się w niego wtulić, odsunął się nieco, najwyraźniej zniechęcony moją
reakcją – po prostu myślałem, że jesteś zmęczona i chcesz iść spać.
– Chce się upić, nie chcę spać – rzuciłam patrząc na
niego jak na niedorozwiniętego.
Lancello
przyjrzał mi się przez moment oceniająco, po czym westchnął i niechętnie
przysunął butelkę w moją stronę. Uśmiechnęłam się i chwyciłam szkło za szyjkę i
zaczęłam nalewać do kieliszków, ale flaszka wydawała mi się jakaś dziwnie
ciężka i nieco za mocno ją przechyliłam, więc trochę trunku wylądowało na
stole. Nie przejęłam się tym zbytnio i odstawiłam z trzaskiem pustą już
butelkę, Lancello w tym czasie zabrał swój kieliszek i podał mi do ręki mój,
ostrożnie, jakby chciał się upewnić, że się nie obleję.
– Dziękuję – powiedziałam i zaczęłam pić, powoli i
spokojnie, ale nie przerywając, aż nie pozostało ledwie ćwierć kieliszka wina,
przez cały ten czas obserwowałam uważnie towarzyszącego mi elfa – wino się
skończyło…
– Mam jeszcze… ale nie sądzisz, że pijemy w zbyt
szybkim tempie?
– Możesz pić wolniej – wzruszyłam ramionami
– A ty? – spytał, wstał z głośnym westchnieniem i
wyjął z szafki kolejną butelkę.
– Niby bym mogła – odparłam przeciągając sylaby – ale
po co?
– To lepiej tak zrób, bo inaczej szybciej się upijesz
i więcej zostanie dla mnie – uśmiechnął się do mnie złośliwie, nalewając mi
wino do kieliszka.
– Zwykle i tak dużo szybciej kończę picie –
powiedziałam, co przychodziło mi powoli z coraz większą trudnością.
– Jeśli będziesz się źle czuć to powiedz, odprowadzę
cię wtedy – obiecał, a ja przytaknęłam, wpatrując się w rubinowy napój w moim
kieliszku.
Zakręciłam
dłonią, żeby poruszyć winem i wzmocnić jego zapach… cudowny zapach... upiłam
trochę i przyjrzałam się kielichowi z zewnętrznej strony. Miał elfickie
zdobienia, ale spora powierzchnia była gładka i wypolerowana tak, że aż lśniła
jak lustro, zobaczyłam więc swoje odbicie… niebieskie oko odbite w kielichu
mrugnęło parę razy… dokładnie takie samo jak oczko Bairre, mojej najdroższej
córeczki…
– Miałeś tak… kiedyś – zaczęłam formułować myśli z
niemałym trudem, gdyż zarówno język jak i usta zaczynały odmawiać mi
posłuszeństwa – że zrobiłeś coś i cho… cholernie żałowałeś… traciłeś chęć do…
do życia… przez te wyrzuty…
– Tak, było coś takiego – powiedział cicho Lancello
takim trochę nieswoim, jakby ochrypłym głosem.
– Ale ja nie mogłam… zrobić… inaczej – wydukałam, po
czym wzięłam kieliszek i wypiłam szybko jego zawartość – musiałam… bo… bo…
– Spokojnie, spokojnie… jeśli musiałaś, to na pewno
był jakiś powód.
– Jestem tchórzem! – wykrzyknęłam i podniosłam się,
podpierając się ręką na stole, żeby sięgnąć po butelkę.
Nie
zauważyłam niestety plamy rozlanego wcześniej wina i moja dłoń poślizgnęła się
po gładkim blacie stołu. Pewnie bym upadła, gdyby nie szybka reakcja Lancello,
który zerwał się z krzesła i chwycił mnie, zanim bym legła na stole albo na
ziemi. Przeprosiłam go zakłopotana i ponownie zaczęłam sięgać po alkohol,
jednak Lancello mnie wyręczył i ostrożnie posadził mnie z powrotem na krześle,
po czym nalał mi wina, ale jedynie do połowy kieliszka.
– Nie sądzisz, że już dosyć?
– Jeszcze troszkę – powiedziałam, zmuszając język do
posłuszeństwa – jest takie smaszne.
– Dam ci całą butelkę, jeśli chcesz.
– Naprawdę? – spytałam uradowana tym, że będę miała
całą butelkę tylko dla siebie do smakowania wieczorami.
– Skoro ci smakuje, to mogę ci sprezentować.
– Dziękuję! – radośnie wręcz krzyknęłam i podniosłam
się na moment, żeby cmoknąć go w policzek, po czym z powrotem opadłam na
krzesło.
– Proszę bardzo – uśmiechnął się lekko tak jakoś… inaczej
niż zwykle.
Przyjrzałam
mu się, sącząc wino. Oczy lekko mu się świeciły od wypitego alkoholu, a na
policzki wystąpił lekki rumieniec. Lubiłam jego oczy, były takie… ciepłe…
przyjazne… może i rzucał sztyletami w kogo popadnie… ale czułam, że w głębi
serca jest inny, a te złośliwości i agresja to tylko taka poza, maska...
przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie i nie mogłam powstrzymać chichotu.
Lancello spojrzał na mnie z zainteresowaniem, unosząc jedną brew.
– No... przy... przypomniało mi się jak się ten no...
pierwszy raz spotkaliśmy w Morke... wtedy bawiłeś się strzałami i byłeś taki...
groźny – znów lekko się zaśmiałam i upiłam trochę wina.
– To już nie jestem groźny? – posłał mi ten swój
złośliwy uśmieszek, odstawiając kielich na stół, a kiedy zaprzeczyłam, dodał –
czyli się mnie nie boisz i uważasz, że nie jestem żadnym zagrożeniem?
– Nooo – burknęłam i dopiłam resztę trunku po czym
odstawiłam kieliszek, ale na tyle niefortunnie, że przewrócił się i potoczył
kawałek po stole.
Obserwowałam
blaski igrające na wypolerowanej stali, nie zauważyłam więc, jak Lancello
zerwał się z miejsca i w mgnieniu oka znalazł się przy mnie. Chwycił mnie i
przyparł do ściany tuż przy stole, uziemiając moje nadgarstki na poziomie
głowy. Od strony pleców czułam chłód stalowej ściany, z przodu biło do mnie
gorąco jego ciała… uderzył mnie też jego zapach… zamarłam, nie wiedząc, co
zrobić… chciałam uciec… chciałam być bliżej… na szczęście słowa Lancello
oderwały mnie od myśli, jak mogą smakować jego wargi…
– Czyżby? – uśmiechnął się przekornie kącikiem ust.
– Ale… co ty… – wydukałam, na co Lancello puścił mnie
delikatnie, jednak po chwili, widząc jak się po tym zachwiałam, szybko chwycił
moje ramię – ale co to było? – drążyłam, opierając się o ścianę, bo cały świat
zaczął wirować wokół.
– Chciałem ci tylko pokazać, że nawet jak się czegoś
nie boisz, to może być niebezpieczne.
– Ale ty byś mnie nie skrzywdził, prawda? – spytałam,
próbując stanąć sama, ale znów się zachwiałam i tym razem oparłam się o
Lancello, musiałam więc zadrzeć głowę, żeby móc widzieć jego twarz.
– Nie skrzywdzę cię – obiecał spokojnie i objął mnie
ręką w pasie, chciałabym, żeby przesunął ją niżej… albo wyżej… żeby się
pochylił i… – chodź, odprowadzę cię do pokoju – powiedział i zaczął prowadzić
mnie w stronę drzwi, odsuwając mnie od siebie.
– Ale butelka idzie z nami – powiedziałam i zgarnęłam
ją ze stołu, po czym wypiłam trochę wina prosto z flaszki…
Bolesny poranek i troski Ravisa
Obudził
mnie okropny ból głowy. Miewałam już w życiu dolegliwości, jeśli przesadziłam
dnia poprzedniego z alkoholem, nigdy jednak nie były tak dotkliwe… upiłam się
niemal jak piraci Valarada, do nieprzytomności… nie pamiętałam jak trafiłam do
pokoju, ostatnie moje wspomnienie z wieczora to zabranie butelki i wyjście z
pokoju Lancello… jak przez mgłę wydaje mi się też że rozmawialiśmy z Ravisem… a
może to był Raves, a tylko mi się to śniło…? A potem… pustka…
Przekręciłam
się na bok, a ruch materiału, poza pulsowaniem pod czaszką, wywołał jeszcze
jedno doznanie… moje ubrania przesiąkły niezwykle przyjemnym aromatem, który
teraz dopiero poczułam… cała pachniałam Lancello… nawet moje włosy miały jego
zapach…
Przez
mój umęczony umysł przemknęła fala przekleństw, których nie powstydziłby się
niejeden karczemny ochlej. Co jeśli…
cholera! Zerwałam się z łóżka i omal nie przypłaciłam tego rozpłaszczeniem na
podłodze, gdy pociemniało mi przed oczami i na moment straciłam orientację.
Przytrzymałam się ramy łóżka i jakoś ustałam… musiałam się szybko, bardzo
szybko doprowadzić do porządku i znaleźć Lancello… cholera!
W
kilkanaście minut byłam gotowa. No, może to za dużo powiedziane… byłam jednak
na tyle gotowa, na ile było to w tamtej chwili możliwe. Słyszałam odległy
warkot silników – najwyraźniej ruszyliśmy już do kolejnej odnalezionej przez
Valarada lokalizacji, żeby zobaczyć, co tam ciekawego można by było znaleźć. Mrużąc
oczy od świateł kryształów na korytarzu, ruszyłam w stronę kantyny. Siedziało
tam już parę osób, Lancello nie było jeszcze w środku, zamierzałam więc czekać
przed wejściem, aż się pojawi. Przyszedł już po kilkunastu minutach i
uśmiechnął się na mój widok, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię…
– Lancello… możemy porozmawiać? – spytałam cicho i
sama aż się zdziwiłam, jak bardzo ochrypły miałam głos.
– Tak? O czym chciałaś mówić? – odparł nadal się
uśmiechając, jakby nie miał do mnie żadnych wyrzutów…
– Ja… nic nie pamiętam z wczoraj – wbiłam wzrok we
własne stopy i zwiesiłam ręce, nerwowo gniotąc nimi aksamitną suknię –
przepraszam cię, że się tak upiłam, nie powinnam była… i przepraszam, jak coś
głupiego mówiłam czy robiłam…
– Nic się nie stało, każdemu się może zdarzyć –
uśmiechnął się, nie uszło jednak mojej uwadze, że zmierzył mnie badawczo.
– Może, ale nie powinno – westchnęłam cicho – ale
dzisiaj mam swoją pokutę – skrzywiłam się, słysząc zwielokrotnione trzaskanie
naczyń z kuchni i przeklinając wyczulone zmysły.
– Tego się spodziewałem – powiedział i chwycił moją
dłoń, a gdy ją puścił, zobaczyłam małą fiolkę z niebieskawym płynem – wypij, to
na kaca.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się i lekko się zbliżyłam,
przez sekundę chcąc pocałować go w policzek, choć szybko odsunęłam od siebie tę
myśl… nadal nie wiedziałam, co robiłam wczorajszego wieczoru… otworzyłam za to
fiolkę i od razu wypiłam całą jej zawartość.
– Proszę bardzo – odparł i zerknął w stronę kantyny,
skąd zaczął docierać do nas zapach jajecznicy, o dziwo, chyba nieprzypalonej…
gdyby była spalona tak jak się zdarzało, być może na butach Lancello wylądowałby
mój wczorajszy obiad… on też musiał czuć te zapachy, ponieważ spytał – chyba powoli czas na śniadanie, nie
sądzisz?
– Taak – burknęłam przeciągając – choć nie wiem czy
cokolwiek tknę.
– Coś byłoby warto, mikstura za chwilę powinna już
działać – uśmiechnął się i zaoferował mi ramię, co też, po chwili zawahania,
przyjęłam – chodźmy, dowiemy się, czego
chce Ravis.
– Czekaj… co ma od nas chcieć? – zatrzymałam go, nie
chcąc wyjść na idiotkę przy reszcie drużyny… wystarczy, ze zapewne już tak
wypadłam w oczach Lancello.
– Wczoraj go minęliśmy i chciał pogadać ze wszystkimi,
ale nie mam pojęcia, czego ten ochrypły rycerz może od nas chcieć.
– Ochrypły?
– Aaa tak… to po elficku – wyjaśnił, idąc już ze mną
ku drzwiom kantyny – Ravis oznacza ochrypły.
– Zabawne… teraz już wiem, dlaczego zawsze proponujesz
mu cukierki miętowe – uśmiechnęłam się lekko, przypominając sobie kilka takich
sytuacji – zawsze mi się podobał elficki.
– Wiele nazw ma korzenie w elfickim, a niewielu jest
tego świadomych. Na przykład Vicanis oznacza nadludzki.
– Ciekawe… ja wiem na przykład, że Vivienne znaczy
żywa.
– Tak, coś w tym guście – powiedział i otworzył drzwi
kantyny, puszczając mnie przodem.
– A Carmen Eleri? – spytałam przez ramię.
– Imię nie ma tłumaczenia, lecz Eleri oznacza gorzki.
– Gorzki? Mam nadzieję, że nie jestem gorzka –
zaśmiałam się lekko, ponieważ naprawdę to mnie rozbawiło… swoją drogą,
interesująca gra słów… żywa, życie i gorzka…
– Po prostu takie znaczenie to słowo ma w elfickim.
– Wiem, wiem – uśmiechnęłam się do niego lekko i
usiadłam przy stole obok Ravisa, Lancello natomiast zajął miejsce po mojej
prawej stronie – przepraszam za mój wczorajszy stan – powiedziałam cicho do
smoka.
– Każdemu się zdarza – posłał mi pełen zrozumienia
uśmiech i nałożył sobie spory kawałek pieczonej szynki, poświęcając jej po
chwili całą swoją uwagę, więc z ulga uznałam sprawę za zakończoną… najwyraźniej
nie zbłaźniłam się tak bardzo, jak się obawiałam.
Przy
drugim krańcu stołu siedział Mikur, dłubiący niechętnie jajecznicę leżącą na
jego talerzu, co było zadziwiającym widokiem, ponieważ zwykle jadał za dwóch.
Musiał poczuć na sobie moje spojrzenie, ponieważ uniósł głowę i spojrzał na
mnie z zakłopotaniem, posłałam mu więc lekki uśmiech. Chciałam mu pokazać, że
nie mam pretensji o wcześniejszą rozmowę… chciał mi pomóc, w niczym nie zawinił
i nie chciałam, by się o cokolwiek obwiniał. Widząc to, od razu wręcz się
rozpromienił i po chwili dołożył sobie jedzenia i zabrał się do jedzenia… cały
Mikur.
Mikstura
od Lancello zadziałała nad wyraz dobrze, choć nadal czułam lekkie pulsowanie w
skroni, to przynajmniej nie męczyły mnie mdłości. Rozejrzałam się po stole i z
satysfakcją poczułam apetyt na widok grzanek i jajecznicy, nałożyłam więc sobie
na talerz. Po chwili do kantyny nad wyraz rześkim krokiem wszedł Valarad…
wcześniej minęłam Mścibora i jego na korytarzu, kiedy wrócili z miasta po
wypędzeniu demona z ciała tego drugiego, aż dziw, że tego nie opijali. A może
po prostu tym razem kapitan piratów pił z umiarem? Nie było to jednak tak
istotne, bardziej obchodziło mnie to, że nie był na kacu ani też podpity,
mogłam więc bez obaw poprosić go o drobną przysługę…
– Valaradzie, mógłbyś? – spytałam, podsuwając ku niemu
kielich, a elf tylko skinął głową i rozciął sobie nadgarstek sztyletem –
dziękuję – uśmiechnęłam się do niego, kiedy naczynie było pełne po brzegi.
– Spoko – rzucił lekko, zawiązał sobie ranę kawałkiem
szmaty wyjętym gdzieś z kieszeni i usiadł naprzeciwko mnie.
Po
chwili obok Valarada usiadł nieznany mi elf. Po zapachu i wyglądzie od razu
poznałam, że jest śnieżnym elfem – miał cerę jeszcze bledszą od mojej, wręcz białą
i włosy również barwy śniegu. Z pewnym rozbawieniem zauważyłam, że przygląda mi
się z zainteresowaniem z lekką nutką przerażenia, kiedy zobaczył jak popijałam
krew towarzysza z kielicha, oblizując się przy tym ze smakiem. Uśmiechnęłam się
do niego lekko, a wtedy Lancello wychylił się trochę do przodu po mojej prawej
stronie i sięgnął ręką ku Ravisowi.
– Może miętuska? – zadrwił, na co parsknęłam śmiechem;
smok ze skwaszoną miną odmówił i wrócił do jedzenia, ja natomiast z ochotą się
poczęstowałam.
– Zawsze chętnie – rzuciłam rozbawiona i znów
przeniosłam wzrok na nowego przybysza przy stole – a my się chyba nie znamy.
– Na pewno nie, jestem Vergill – uśmiechnął się i
skłonił się – znajomy Valarada z dawnych lat.
– Oh, nasz kapitan widać ma wielu znajomych… –
zerknęłam z ukosa na krwawego elfa i z powrotem przyjrzałam się owemu
Vergillowi – ja nazywam się Francesca Vivienne Eleri Vicanis.
– Nie licz, że wszystko zapamiętam – zaśmiał się
niepewnie zerkając na krew w kielichu.
– Kiedyś miałam jeszcze dłuższe nazwisko, tytułowałam
się van der Vicanis… ale to dawne czasy…
– Jesteś szlachcianką? – spytał Ravis, zerkając na
mnie z zainteresowaniem.
– No, tak… znaczy się, byłam – wzruszyłam ramionami –
i to nawet baronessą.
– W takim razie pozwól, że przedstawię się ponownie,
jestem sir Ravis – skłonił się, a ja spojrzałam na niego, nie do końca wiedząc,
co mu na to odpowiedzieć… no dobra, był rycerzem… i co z tego?
– Nie wiedziałam, że jesteś rycerzem.
– Nie chwalę się tym, poza tym, jestem już na
emeryturze – uśmiechnął się lekko.
– Rozumiem – powiedziałam powoli i przeniosłam wzrok
na Vergilla – a ciebie co tutaj sprowadza?
– Chciałem przeżyć jakieś ciekawe przygody, zobaczyć
trochę świata… spotkałem Valarada w mieście, zgadaliśmy się i zaproponował mi
dołączenie do was – poinformował mnie, ręką wskazując na siedzącą przy stole
drużynę.
– I liczysz, że je z nami przeżyjesz, śnieżny elfie?
– Słyszałem, że lecicie sprawdzić co kryją dawne lochy
i ruiny, to musi być fascynujące – jakby na moment się rozmarzył, po czym
spojrzał na mnie zdziwiony – skąd wiesz, że jestem śnieżnym elfem?
– Bo to widać – odparłam, przewracając oczami na jego
niedomyślność… co on, sądził że jeden jedyny jest śnieżnym i nikt takiego nie
widział? – poza tym, pachniesz lodowatym porankiem, śniegiem i zamiecią…
– Jak…? – spojrzał na mnie, najwyraźniej jeszcze nie
połączywszy faktów.
– Eh… normalnie – westchnęłam i uśmiechnęłam się
szeroko, dbając, by zobaczył wyraźnie zęby.
– Jesteś wampirem? – zdziwił się.
– No tak się złożyło – wzruszyłam ramionami i wróciłam
do jedzenia śniadania.
Vergill
chciał przeżyć przygody… zapewne marzyły mu się epickie walki, o których
bajarze będą rozpowiadać po karczmach, a bardowie na całym świecie śpiewać
długie pieśni. Zapewne miał wiele lat więcej ode mnie, jednak nadal miał w
sobie coś z dziecka, ciekawość świata… nieopierzone pisklę, nieświadome, że walki
to nie zabawa czy rozrywka… a po prostu kolejne przystanki na drodze, które
trzeba przetrwać, by móc kiedyś żyć spokojnie… przynajmniej dla mnie tak to
wyglądało. Zastanawiałam się, jak szybko podróż z nami zweryfikuje jego plany i
jak szybko zechce nas opuścić i nigdy więcej nie spotkać… zazdrościłam mu w
głębi serca, też kiedyś marzyłam o poznawaniu świata, zwiedzaniu odległych
miejsc… co prawda nie brałam pod uwagę żadnych walk poza oglądaniem turniejów,
ale było w jego podejściu coś, co było mi już znane, ale teraz stało się bardzo
dalekie… chciałabym móc patrzeć na życie tak beztrosko, jak on…
Większość
z nas skończyła już jedzenie, ja również, zamierzałam więc już ruszyć z
miejsca, kiedy Ravis odezwał się donośnym głosem, na tyle, by wszyscy przy
stole go usłyszeli.
– Poczekajcie. Chciałbym z wami o czymś porozmawiać –
poczekał, aż wszyscy się uciszą, po czym kontynuował – część z was miała okazję
poznać mojego brata, Ravesa – zaczął, na co większość z nas skinęła głowami –
ale zapewne pamiętacie go zupełnie innego, niż ja. Spotkałem go trzy miesiące
temu, na początku mówił normalnie, trochę opowiedział o was, ale z każdym
słowem mówił coraz głośniej i mniej składnie, pod koniec zaczął krzyczeć od
rzeczy, wspominał o smoczym bractwie, martwych ziemiach… na sam koniec zmienił
się w smoka, rozrywając wszystkie swoje rzeczy i odleciał… na pożegnanie
jeszcze mnie drapnął, zostawiając mi tę paskudną szramę – powiedział, wskazując
na bliznę na lewym oku – zalałem się krwią i, zanim cokolwiek zobaczyłem,
odleciał już.
– Straszne – mruknęłam pod nosem nieco kpiąco,
przypominając sobie blizny zdobiące ciało Lancello… szrama Ravisa była przy
nich ledwie śladem po zadrapaniu.
– Byliście jego towarzyszami przez długi czas, zatem
zwracam się do was o pomoc. Coś mu się stało, nie jest już tym dawnym Ravesem,
co niegdyś, trzeba go uwolnić – oświadczył, a ja miałam wrażenie, że chodziło
mu o bardzo ostateczne uwolnienie brata…
– Raves uratował mi nie raz życie, jeśli istnieje taka
potrzeba, pomogę na ile będę w stanie – zdeklarowałam, a Ravis przyjął moje
słowa przytaknięciem.
– Ja również pamiętam go jako dobrego towarzysza…
chciałbym jednak wiedzieć, czego od nas oczekujesz? – spytał Lancello, chcąc
rozwiać wątpliwości, które i ja miałam, co do natury owej pomocy.
– To nie ta sama osoba, to już nie mój brat –
powiedział twardo Ravis, zaciskając pięści – jeśli będzie taka możliwość,
chciałbym wyrwać go z tego, przez co się taki stał, ale obawiam się, że to już
niemożliwe… dlatego jeśli zajdzie taka potrzeba, proszę was o pomoc w…
zlikwidowaniu go – zakończył i, choć widziałam, jak bardzo nienawidził brata,
nie mogłam nie zauważyć, że wypowiedzenie ostatnich słów przyszło mu z trudem.
– Dobrze, możesz na mnie liczyć – odparł Lancello, a
Ravis również skinął głową.
Większość
z nas, przynajmniej ci, którzy pamiętali Ravesa, zadeklarowali swoją pomoc.
Ravis wydawał się być zaskoczony naszym odzewem… być może nie spodziewał się,
że zyska w swej misji aż tylu sojuszników. Wielu z nas go jednak rozumiało,
każdy był na swój sposób gnębiony przez swoje życie przez innego,
metaforycznego demona. Moim był Bugdush… Ravisa jego brat… doskonale
rozumiałam, co mógł czuć…
– Zatem musimy się przygotować. Czeka nas wyprawa na
Martwe Ziemie – oznajmił Lancello.
Zdawaliśmy
sobie sprawę, co to oznacza. Martwe Ziemie… wielu z nas mogłoby stamtąd nie
wrócić. Zadeklarowałam swoją pomoc, tak naprawdę nie byłam jednak do końca
przekonana, czy byłam aż tak bardzo zżyta i związana z Ravesem, by tak dalece
ryzykować. Co prawda do niedawna niezbyt ceniłam własne życie… jednak czułam,
że powoli zaczyna wracać mi chęć do życia… miałam jednak dużo czasu na
zastanowienie się. Lancello stwierdził, że wielu z nas nie jest gotowych by tam
przetrwać, potrzebowaliśmy więc czasu, by się doszkolić i wytrenować.
Oczywiście warto byłoby też zaopatrzyć się w jak najlepsze bronie, stąd jakże
cudowny pomysł, by odwiedzić wszystkie znalezione przez Valarada lochy i ruiny,
licząc, że znajdą się tam legendarne bronie. Jak ja uwielbiałam takie walki…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz