sobota, 24 stycznia 2015

Przymusowe odejście

Odkryta prawda

Przez ostatnie parę dni nie wychodziłam z karczmy. Źle się czułam, ponadto nie miałam pewności, czy po tym idiotycznym zachowaniu faerie mnie nie szukają, wolałam więc się nie pokazywać. Czytałam księgę czarnej magii, zabraną z lochów i rozmyślałam, kiedy do pokoju wszedł Mikur z księżycowym elfem, który niedawno dołączył do drużyny. Wcześniej miałam okazję go jedynie minąć w korytarzu, kiedy schodziłam poprosić karczmarza kolejny raz o balię z gorącą wodą, przedstawił mi się wtedy jako Arivald, wspomniał coś, że słyszał o mnie od reszty i że dołączył do drużyny, i na tym się skończyła nasza rozmowa. Zastanawiałam się, co też chciał ode mnie mój drogocenny przyjaciel, i mówiąc drogocenny, wcale nie miałam na myśli wartości kruszcu, z którego był stworzony, a co tak często lubił podkreślać Raves, a jego szlachetne serce.
– Francesco, jest sprawa – powiedział stein, uśmiechając się do mnie dobrotliwie – mówiłaś, że masz plany pałacu…
– Taaak, a co? – spytałam, unosząc z zainteresowaniem brew.
– Chcemy pozbyć się złego barona i przyda nam się wiedzieć, co gdzie jest – wyjaśnił, a ja zauważyłam w tym jakąś szansę, żeby, być może, naprawić złe wrażenie jakie zrobiłam parę dni wcześniej na kulcie krwi.
– Barona, powiadasz… – powiedziałam zamyślona – poczekaj chwilę – poprosiłam i otwarłam skrzynię z moimi rzeczami.
                To była moja ostatnia szansa, skoro i tak szli do pałacu, żeby zabić barona, może ucierpiałby też młody baronet i wtedy można by zabrać trochę jego krwi. Wątpiłam, by kult krwi się zorientował, czy była pobrana bezpośrednio z serca czy nie, krew to krew, wypływająca z każdego miejsca w ciele smakuje tak samo. Zaczęłam wyrzucać ze skrzyni swoje rzeczy – suknie, sztylety, puste butelki po krwi, żeby odnaleźć plan i jeden bardzo, bardzo charakterystyczny sztylet w kształcie lejka, który dostałam od kultu, żebym miała możliwość rytualnego zabijania. Eh… niewykluczone, że i mi kiedyś wbiją w serce taki sztylet…
– Dam wam plan – powiedziałam, nie odwracając się nawet – tylko pomóżcie mi wykonać zlecenie dla kultu krwi, dam wam sztylet i wtedy…
                Nie zdążyłam dokończyć zdania, usłyszałam za sobą jakieś zamieszanie, i już miałam się odwrócić, gdy ktoś chwycił mnie za ramiona i poderwał. Nawet nie wiem kiedy, na moich nadgarstkach pojawiły się aurowe kajdany… białe, aurowe kajdany, dokładnie takie, jakie kiedyś już przy mnie stworzył Manro. Byłam tak zamyślona podczas przeszukiwania skrzyni, że nawet nie zauważyłam, kiedy do pokoju wszedł blargh i Pan Wąż. Patrzyli teraz na mnie wszyscy, jakby zamierzali mnie za chwilę ściąć, no, jedynie Mikur miał minę, jakby do końca nie wiedział, co się dzieje.
– Pracujesz dla kultu krwi? – spytał wściekle Manro, wyjmując Zaratosa i przykładając mi ostrze do brzucha.
– Tak… nie, daj mi wyjaśnić – poprosiłam i odsunęłam się o krok – mógłbyś nie mierzyć w mój brzuch? – spytałam, zerkając na niego ze zmrużonymi oczami.
– Mógłbym – odparł i odsunął klingę, ale ledwie o szerokość dłoni – pracujesz dla kultu krwi czy nie?
– Ej, uspokójcie się! – zirytował się Mikur, patrząc, jak zostałam potraktowana. – To nasza przyjaciółka, o co wam chodzi?
– O to, że jest z kultu krwi! – krzyknął Manro.
– Ale nosi dziecko Brandr’rivora, nie możemy jej zabić ani zranić – powiedział Pan Wąż i spojrzał na Manro, a ten, słysząc te słowa, opuścił miecz; rozproszył też kajdany, ale bardzo szybko zamienił je w klatkę… świetnie, po prostu rewelacyjnie… wyglądało na to, że zamiast kultu powinnam się bardziej obawiać własnych towarzyszy.
– Dziękuję, ale to łaskawie mógłbyś też usunąć, przecież nie zamierzam się na was rzucać – odparłam, zakładając ręce na piersiach i patrząc na nich z pewną irytacją.
– Wolałbym zachować ostrożność, w końcu jesteś akolitką kultu.
– Manro, podróżujesz ze mną tyle czasu! Byłam z nimi związana na dużo przed tym, jak cię poznałam, wiesz? Czy kiedykolwiek dałam ci powód, żebyś mi nie ufał? Proszę cię, pomyśl czasami.
– Ale jesteś kulty… – Manro zaczął swoją tyradę, ale przerwało mu trzaśnięcie drzwiami i dobiegający od nich głos.
– Co tutaj się dzieje?
                Do pokoju wszedł Arscheritt, człowiek znany w większości miejsc na kontynencie ludzi (zwłaszcza w Imperium Ziemi, z którego się wywodził), a także przyjaciel Manro i Pana Węża, z którym do nas przybył. Mniej więcej mojego wzrostu mężczyzna po trzydziestce, o przysadzistej budowie, ubrany w obszerne, białe szaty z czerwonymi wykończeniami, zdobione symbolami bogini Mirandy. Ciemny, bujny zarost i przydługie, kręcone włosy oraz uważne spojrzenie kogoś, kto wiele już w życiu widział… o tak, Arscheritt był zaiste sprawnym, doświadczonym wojownikiem.
– Okazało się, że ona jest akolitką kultu krwi – wyjaśnił mu Manro, wskazując na mnie mieczem.
– Ja nie miałam wyboru! – zaapelowałam, jednak żaden z nich zdawał się nie liczyć z moimi słowami.
– Panie Wężu, proszę rzucić na pannę Francescę wymuszenie prawdy – powiedział spokojnie Arscheritt, na co elf od razu zaczął inkantować i rzucił zaklęcie. – Zaraz się wszystkiego dowiemy. Opowiedz nam, jak to było, że przystąpiłaś do kultu.
– Zaproponowali mi współpracę z nimi w zamian ofiarując mi ochronę przed bratem. Polował na mnie, już raz mnie zabił, nie wiedziałam wtedy tak naprawdę, czym oni się zajmują – tłumaczyłam, a prawda wylewała się ze mnie jak z przepełnionej balii – problem w tym, że kiedy się zorientowałam, w co się wpakowałam, było już za późno, nie wiem co zrobić...
– Oddaj mi wszystkie magiczne przedmioty – powiedział, a ja zaczęłam mu oddawać to, co miałam przy sobie; Arscheritt wyjął z torby płócienny worek i kazał mi tam wszystko wrzucać, tak więc wrzuciłam wszystko, co uznałam za magiczne, pokazałam też inne rzeczy w pokoju, które takie były, nie sądziłam jednak, że kapłan rzucił rozpoznanie magii – co masz jeszcze w tej fiolce? – spytał, wskazując na krew od Ventusa, którą już zaczynałam chować do sakwy.
– To krew Ventusa… – odparłam, ponieważ nadal działało wymuszenie prawdy.
– Skąd ją masz? – chciał wiedzieć, patrząc na mnie podejrzliwie.
– Dostałam od niego – wyjaśniłam, na co Arscheritt spojrzał na mnie zdziwiony, po czym zrobił dziwny grymas i związał worek, na sam wierzch wrzucając sztylet od kultu krwi.
– Księgę z czarną magią i te zwoje sobie zachowam – powiedział, wrzucając je do sakwy. – Wygląda na to, że mamy do czynienia z idiotką, która przez głupotę wpakowała się w coś, co ją przerasta, ale chyba już wiem, co z tym możemy zrobić.
– Trzeba ją odesłać do kogoś z Białych – wtrącił Manro, na co spojrzałam na niego zdziwiona, gdyż po raz pierwszy usłyszałam to sformułowanie – może właśnie Ventus by coś zaradził.
– Ventusa ciężko jest spotkać, ciągle gdzieś krąży – odparł Arscheritt i spojrzał na mnie, przekrzywiając głowę, jakby się nad czym zastanawiał; po chwili ciszy dodał – ale mogę ją odesłać do Lady Marian, ona też będzie wiedzieć, co zrobić.
– Świetny pomysł – powiedział Manro, a Pan Wąż jedynie skinął głową.
                Oczywiście, nikt nie raczył spytać mi się o zdanie ani powiedzieć cokolwiek o tym, gdzie mnie zabierają. Jedynie Mikur patrzył na mnie ze współczuciem i robił dziwne gesty, jakby chciał mnie pocieszyć i przytulić czy coś, choć przytulenie przez tę wielką, kamienną istotę o gołębim sercu mogłoby się skończyć dla mnie pomiażdżonymi kośćmi. Nie słuchając moich pytań, spakowali resztę moich rzeczy do worka, Arscheritt stworzył portal i wszyscy przenieśliśmy się do Lady Marian, jak mówili. 

Lady Marian

                Miejsce, w którym się znaleźliśmy, zdecydowanie nie wyglądało jednak na miejsce, w którym chciałaby mieszkać jakakolwiek znana mi dama… pomyślałabym, że to sala tortur, sądząc po przeróżnych przyrządach wiszących na ścianach czy stojących na kamiennej posadzce, gdyby nie wielkie łoże… hm… ktoś tu ma dość specyficzne upodobania… a pamiętając plotki, zasłyszane na dworze ojca, nie zdziwiłabym się, gdyby była to sama władczyni…
                Po chwili w drzwiach stanęła straż, która, widząc Arscheritta, bez zbędnej zwłoki zaprowadziła nas przed oblicze Lady Marian. Słyszałam wcześniej nie raz różne opowieści o wyglądzie władczyni Marianburga, jednak sądziłam, że są dużo przesadzone, no cóż, po raz kolejny się myliłam. Do tej pory największą napotkaną przeze mnie osobą był Mikur, ale on był steinem, więc jego wzrost i postura nie wzbudziły we mnie zdziwienia, natomiast ujrzenie tej… kobiety w pełnej okazałości sprawiło, że musiałam się powstrzymywać przed lustrowaniem jej jak ciekawego okazu, gdyż byłoby to wielce nietaktowne. Wzrostem dorównywała niemal Mikurowi, jej pierś zdawała się być nawet lepiej rozbudowana, a ramiona sprawiały wrażenie mogących udźwignąć nie lada ciężary. Byłam już w stanie uwierzyć w pogłoski, że potrafiła dłońmi rozerwać pancerz… o tak… zdecydowanie byłam w stanie w to uwierzyć. Lady Marian posiadała też dość toporną twarz o surowym wyrazie, ze szczęką pokrytą szczeciną, której pewnie pozazdrościłby jej niejeden młody mężczyzna. Miała brązowe włosy do ramion i piwne, uważne oczy, w które bez zadzierania głowy spojrzeć mógł wyłącznie Mikur, jednak nawet z mojej perspektywy nie dało się nie zauważyć, że były podkreślone niebieskim kolorem. Jej widok tak wytrącił mnie z równowagi, że nawet przez moment zapomniałam, po co tam byliśmy, szybko jednak przypomniały mi o tym aurowe kajdany, krępujące ruchy moich dłoni.
– Witaj, Arscherittcie – odezwała się niskim, basowym głosem, zdecydowanie bardziej męskim, aniżeli kobiecym – cóż cię sprowadza do mnie z tą całą hałastrą? – powiedziała, przesuwając wzrokiem po każdym z nas, dłużej zatrzymując wzrok na Mikurze i Panu Wężu, na co ci dwaj ledwo zauważalnie zadrżeli.
– Ta tutaj – Arscheritt wskazał na mnie ręką – należy do kultu krwi, ale chyba już jej się to nie do końca podoba – powiedział, po czym krótko streścił zdarzenia z karczmy, wyjął też z worka z moimi rzeczami sztylet i pokazał go Lady Marian. – Przez to się komunikuje z nimi i mogą ją namierzyć. Umiałabyś coś z tym zrobić?
– Ja tutaj nic nie poradzę, tu potrzeba Ventusa, Mistrza lub Rikka, a obecnie wszyscy są nieuchwytni. Jedyne co mogę zrobić, to pozwolić jej tutaj zostać, dopóki nie nawiążę z nimi kontaktu – powiedziała do Arscheritta, a ten skinął głową.
                Nie znosiłam, jak ktoś rozmawiał przy mnie na mój temat w taki sposób, jakby mnie tam wcale nie było. Uznawałam to za jeden z bardziej rażących sposobów okazywania braku szacunku. Arscheritt, choć wiele o nim słyszałam, nie wywarł na mnie dobrego wrażenia. Potraktował mnie jak pariasa, tylko dlatego, że dowiedział się o kulcie krwi; w ogóle mnie nie znał, a zachował się jakby był naszym dowódcą i miał prawo decydować o moim losie. Może sława tak na niego wpłynęła, a może po prostu czuł się tak silnym magiem, że nie musiał okazywać innym szacunku i myślał, że może wszystkimi dowodzić, ale jedno było pewne – mój szacunek, który miał z racji opowieści o nim, być może bezpowrotnie utracił. Zwłaszcza, że zachował się jak zwykły złodziej, zabierając mi księgę i zwoje… miałam nadzieję tylko, że nie będę musiała nigdy spędzać z nim czasu, bo byłby to zapewne czas ubarwiony wieloma kłótniami i gardzącymi spojrzeniami.
– Przyślijcie kogoś, żeby się nią zajął – Lady Marian zwróciła się do straży, a stojący przy drzwiach zbrojny od razu zniknął za drzwiami, o tak, wszyscy w tym pałacu chodzili jak w gnomim czasomierzu.
– Pani, myślę że powinnaś wiedzieć, że ona nosi dziecko Brandr’rivora – wtrącił się Pan Wąż… ciekawe, albo musiał bardzo szanować tego skurwiela, albo wyjątkowo się go bać… albo i jedno i drugie.
– A co ja, Brandr’rivora nie znam? – władczyni zaśmiała się rubasznie, po czym spojrzała na mnie nawet dość życzliwym wzrokiem, choć nadal z surowym wyrazem twarzy – zajmę się tą sprawą i oddam cię w dobre ręce, Francesco.
– Dziękuję – skinęłam głową i lekko się ukłoniłam.
                Po chwili do komnaty, w której byliśmy, przyszło dwóch strażników i poprosili, bym poszła za nimi. Manro rozproszył aurowe kajdany, krótko pożegnałam się z resztą drużyny, na dłużej zatrzymując wzrok na Mikurze – miałam wyrzuty sumienia, że nie mogłam pożegnać się z nim w należyty sposób i że już nie będę przy nim… czułam w stosunku do niego swego rodzaju matczyne uczucia, nie wiem, czy związane z tym, że niedługo miałam zostać matką, czy z jego dziecięcym jeszcze podejściem do życia, ale po prostu chciałam roztoczyć nad nim skrzydła i się nim zaopiekować. Wszystkie moje rzeczy zostały w worku trzymanym przez Arscheritta… prowadzący mnie strażnicy nie potrafili mi nic powiedzieć, czy dostanę je z powrotem, a po tym co już zrobił kapłan, nie zdziwiłabym się, gdyby worek został uszczuplony o kilka co cenniejszych przedmiotów.
                Strażnicy zaprowadzili mnie do niewielkiej, skromnej komnaty, nakazali mi do niej wejść, po czym zakluczyli drzwi. Pokój był zdecydowanie bardziej luksusowy niż w jakiejkolwiek karczmie, w której do tej pory spałam – łóżko było duże, z grubym materacem, stół i krzesło solidne, a świeca na blacie ledwo nadpalona. Zdziwił mnie też, ale i uradował, widok okna; początkowo myślałam, że nie będę mogła go otworzyć, jednak klamka bez problemu ustąpiła i już po chwili do dusznego pokoju wdarło się świeże powietrze. Usiadłam na brzegu łóżka, zastanawiając się, ile czasu przyjdzie mi spędzić w tym może i wygodnym, ale jednak więzieniu… bo, chociaż miałam wszystko, czego mi było trzeba, no, z wyjątkiem krwi, ale na szczęście potrafiłam już dość dobrze panować nad pragnieniem, to jednak nie byłam wolna. W dodatku już pierwszej nocy pobytu tam słyszałam przeraźliwe krzyki dobiegające z podziemi… wydawały mi się nawet znajome, ale pewnie to odległość zniekształciła dźwięk… przeklinałam jednak wtedy swoje wyczulone zmysły…
                Po kilku dniach „gościny” u Lady Marian w drzwiach pokoju stanął bardzo dziwny i niepokojący mężczyzna. Nie czułam od niego zapachu żadnej znanej mi istoty, w zasadzie w ogóle nie czułam żadnego zapachu, z wyjątkiem woni materiałów i bandaży, którymi było owinięte całe jego ciało. Był bardzo wysoki, wzrostem dorównywał zapewne samej Lady Marian, ale był przeraźliwie chudy, co było widać nawet spod bandaży, i okryty obszerną peleryną. Chciałam przyjrzeć się jego oczom, ale kaptur tak głęboko zachodził na jego twarz, ze nic nie mogłam dojrzeć.
– Witaj Francesco – przywitał się, zamknął drzwi i podszedł parę kroków w moją stronę – mam dla ciebie dwie propozycje.
– Kim jesteś? – spytałam, bo nie byłam pewna, czy mogę mu zaufać, niby nikt niepożądany nie mógłby się wedrzeć do pałacu, ale z drugiej strony, wolałam być ostrożna.
– Jestem Rikk – przedstawił się, uniósł dłonie, również pokryte bandażami, i odrzucił kaptur, odkrywając twarz.
                Cofnęłam się o krok w tył. Nawet bandaże nie były w stanie zakryć jego przeraźliwie wychudzonej, kościstej twarzy, miałam wrażenie, że jakby je odwinąć, zobaczyłabym jedynie gołą czaszkę. Zwłaszcza, że teraz, kiedy kaptur już nie zasłaniał jego oczu, mogłam w nie spojrzeć… a raczej w miejsce, gdzie powinny się znajdować. Tam, gdzie spodziewałam się napotkać jego wzrok, w szczelinach między bandażami, zauważyłam jedynie pustkę, ciemność… jakby nie miał oczu… był jedną z bardziej przerażających postaci, jakie zdarzyło mi się spotkać… zaczynałam żałować, że zdjął kaptur. Przedstawił się jednak jako Rikk, a pamiętałam, że Lady Marian wymieniała go jako jednego z trzech, którzy mogą zdjąć połączenie, więc chyba mogłam mu zaufać.
– Znasz Ventusa? – spytałam, jeszcze dla pewności.
– Ventusa? Znam, ale nie wiem, po co o niego pytasz – odparł nieco zaskoczony.
– Znam go, a on zna moją historię. Myślałam, że to on zdejmie połączenie – wyjaśniłam.
– Jest zajęty ważniejszymi rzeczami – powiedział Rikk i przeszedł do omawiania tego, po co w ogóle do mnie przybył. – Jak już mówiłem, mam dla ciebie dwie propozycje. Mogę ci teraz zdjąć połączenie z kultem krwi i pójdziesz sobie gdzie będziesz chciała, albo możesz zostać z nami i pomóc nam ich złapać, dzięki temu, że by ciebie namierzyli.
– Miałabym być… przynętą? – chciałam się dowiedzieć, a on potwierdził skinieniem głowy. – Jaką mam gwarancję, że nic mi się nie stanie? Jak widzisz, jestem w stanie, w którym raczej wolałabym unikać wystawiania siebie na ryzyko – dodałam, wskazując na mój brzuch, choć i tak dość wyraźnie się odznaczał w sukni, którą miałam na sobie.
– Będziesz bezpieczna. Rozumiem, że się zgadzasz? – spytał, i tym razem to ja skinęłam głową. – Dobrze zatem zapraszam – powiedział, po czym zaczął inkantować i stworzył portal, wskazując zapraszająco ręką wejście do niego.
– A co z moimi rzeczami? Nie wiem, czy są tu…
– Dostaniesz wszystko z powrotem – zapewnił mnie, więc spojrzałam na niego ostatni raz – radzę ci założyć kaptur – ostrzegł.
– Ale…
– Po prostu załóż – przerwał mi – do zobaczenia, być może, kiedyś.
– Do zobaczenia – pożegnałam się, ukryłam głowę w kapturze i weszłam w portal.
                

Nieznane

               Poraził mnie oślepiający błysk światła, a kiedy postawiłam stopę, poczułam pod nią już nie twardą posadzkę, ale miałki piasek. Jeszcze zanim otworzyłam oczy, porażone nagłym blaskiem, poczułam ciepło bijące zewsząd i słonawy zapach morza oraz usłyszałam dźwięk fal, delikatnie rozbijających się o plażę. Otworzyłam oczy i zobaczyłam najpiękniejszą plażę, na jakiej byłam w życiu. Piasek był drobny, tak jasny, że wręcz biały, promienie słońc mieniły się w falującej tafli wody, a mewy beztrosko kreśliły kręgi na błękitnym niebie, wtórując szumowi morza swoim skrzekiem. W oddali zauważyłam dwie sylwetki, idące w moją stronę, niskie i krępe, kiedy się zbliżyli, potwierdziły się moje przypuszczenia, że to krasnoludy.
                Dwaj mężczyźni, wyglądający tak, że nie chciałabym ich spotkać na polu walki. Jeden z nagim torsem, poznaczonym licznymi bliznami i runicznymi tatuażami. Drugi był kompletnie ubrany, za to miał przy sobie więcej broni palnej niż niejeden batalion, aż się dziwiłam, że się nie uginał pod ciężarem różnej maści pistoletów i innych strzeleckich broni, których nazw za bardzo nie znałam, bo nigdy jakoś się tym nie interesowałam – w pałacu tego akurat mnie nie uczono, a Niosący Śmierć preferował białe bronie. Obaj lekko się skłonili, a uzbrojony krasnolud wyciągnął zza pleców parasolkę, rozłożył ją i mi podał.
– Pozwól z nami – zwrócił się do mnie krótko, odwrócili się i ruszyli w stronę, z której dopiero co przyszli.
                Ruszyłam za nimi, oddychając z ulgą, dzięki cieniowi rzucanemu przez parasolkę – może i słońce nie paliło przez materiał mojej skóry, ale i tak pod ciemnym płaszczem było mi nieprzyjemnie upalnie. Próbowałam do nich cokolwiek zagadywać, ale albo nie otrzymywałam w ogóle odpowiedzi, albo mówili coś zdawkowo i zaraz powracali do przerwanej, ożywionej dyskusji w krasnoludzkim, z którego nie rozumiałam ani jednego słowa. Szłam więc za nimi, licząc, że cel wędrówki będzie niedaleki – w długiej sukni i butach na obcasie poruszanie się w miałkim piasku było nie lada wyzwaniem, a buty, które by się do tego nadawały, pewnie zostały gdzieś w pałacu Lady Marian w worku, w który wszystkie moje rzeczy wrzucił Arscheritt z Manro.
                Po kilkunastu minutach szybkiego marszu (zaskakujące, jak te krasnoludy sprawnie poruszały się po wydmach, zwłaszcza, że jeden z nich miał na sobie dobre kilkadziesiąt kilogramów stali) skręcili w las i po chwili dotarliśmy na polanę w lesie. Oczywiście znów na pytanie co robimy albo gdzie teraz idziemy usłyszałam tylko, że za chwilę zobaczę. I faktycznie, zobaczyłam, i przyznam, że wywołało to na mnie niemałe wrażenie, ba, niemal oniemiałam z zachwytu.
                Nad konary drzew nadleciał statek wykonany z takim kunsztem i z tyloma zdobieniami, że zdawał się promieniować blaskiem. Z burt wychodziły żagle przypominające płetwy, cztery ogromne z każdej strony i dwa nieco mniejsze w tylniej części. Widziałam jeszcze kilka masztów, ale zanim zdążyłam policzyć, ile ich było, statek znalazł się nad nami, błysnęło blaskiem jak chwilę wcześniej, gdy weszłam w teleport, i już po chwili znalazłam się na pokładzie. Wokół krzątało się mnóstwo elfów i paru krasnoludów, zdawali się nie zwracać większej uwagi na moją obecność, zbyt zajęci byli ciąganiem jakiś lin, ustawianiem czegoś i robieniem mnóstwa innych rzeczy, których celu zupełnie nie znałam. 
                Na mostku stał elf, który wyraźnie wyróżniał się spośród reszty. Nie chodziło tylko o jaskrawoniebieską koszulę, rozchełstaną tak, że odsłaniała niemal pół jego piersi, ale też długie blond włosy związane w kucyk, a przy skroniach splecione w warkoczyki z paciorkami, przeróżnymi ozdobami i piórkami różnej maści. Przy jednym pasie miał okazały rapier i sejmitar, zdecydowanie elfiego rzemiosła, przy drugim z kolei bicz i dwa pistolety. Patrzył na wszystkich zza steru, uśmiechnął się i krzyknął na całe gardło:
– Odlatujemy, kamraci! Wszyscy na stanowiska, szykować żagle! Odlot!!!
                Wszyscy zaczęli się krzątać jeszcze szybciej, po chwili podszedł do mnie jeden z elfów, podobnie jak kapitan, ubrany w rozchełstaną, luźną koszulę, tylko w stonowanym beżu, i w hajdawery. Bez zbędnej kurtuazji polecił mi iść za sobą i zszedł pod pokład. Rzuciłam jeszcze ostatnie spojrzenie na cudownie ozdobiony okręt, licząc, że będę mogła częściej podziwiać kunszt jego wykonania, rzeźbień w drewnie i inkrustowanego wszędzie mithrillu (przekonałam się, że to właśnie mithrill, gdy pewnego dnia dotknęłam jednej rzeźby i niemal wrzasnęłam przez to z bólu), po czym zeszłam po wąskich schodach, z równie zdobioną poręczą, jak wszystko zresztą na tym statku. Elf szybkim krokiem zaprowadził mnie pod drzwi mojej kajuty, mówiąc o jakich godzinach i gdzie są posiłki, gdzie wolno mi się poruszać i przebywać, i kogo mam szukać, jak czegoś będę potrzebowała, po czym spytał, czy wszystko zrozumiałam, a kiedy potwierdziłam, szybko ruszył z powrotem na pokład.
                Odprowadziłam go wzrokiem, po czym weszłam do kajuty i oniemiałam z zachwytu. No tak, ale czego mogłam się spodziewać po tym, jak wyglądał ten okręt z zewnątrz. Drewniane ściany, ozdobione różnymi ornamentami i płaskorzeźbami, nie mniej okazałe meble... i, co najbardziej mnie ucieszyło, moje rzeczy ułożone na łóżku. Było tam wszystko, co miałam ze sobą, no, z wyjątkiem księgi i zwojów, które zabrał, ukradł mi Arscheritt (też mi wielki mag, skoro nie ma własnej księgi, tylko musi ją zabierać skrępowanej kobiecie w ciąży, której grożą mieczem). Kolejną uciechę sprawił mi widok wanny za kotarą w kącie pokoju… o tak, pomyślałam, odkręcając kran z ciepłą wodą… to może być całkiem przyjemna podróż, choć nie znałam jej celu i nadal nie byłam w pełni wolna, to było to zdecydowanie luksusowe więzienie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz