Zbezczeszczenie
zwłok
Odwiedzanie
cmentarza uważałam kiedyś za ciekawe, cmentarz elficki do takich nie należy.
Nie nazwałabym tego cmentarzem. Cmentarz elficki wygląda jak ogród. Kwiaty,
krzaki, krzewy, drzewa. A pomniki są umieszczane bez schematu. Znudziłam się
patrzeniem na samym początku. Mściobor – licz, latający kościotrup – chciał
odwiedzić jednego z naszych starych towarzyszy. Ja i Mikur – Stein-
towarzyszyliśmy mu. Widziałam, że Mściobor coś kombinuje, jednak towarzyszyli
nam strażnicy, więc nic nie mógł zrobić. Przyjął pozycję do modlitwy, tak
przynajmniej myślę, bo w końcu to lewitujący kościotrup. Staliśmy w milczeniu,
ja rozglądałam się na boki utwierdzając się w przekonaniu, że cmentarz elficki
to nuda. Nigdy nie lubiłam podziwiać ogrodów. Wolę jak natura sama pokazuje
swoje piękno. A to było wszystko sztuczne, wykreowane rękami elfów. Jak można
niszczyć w ten sposób naturę?
- Nudno tu –
stwierdziłam – gdzie czaszki?
- A no
czaszki by się przydały – zgodził się ze mną Mściobor. Znaleźliśmy wspólny
temat. On miał trochę inne patrzenie niż ja, ale i tak dobrze się dogadaliśmy.
Do rozmowy dołączył także Złodziej.
- Mogę
poszukać czaszek, szefowo? – spytał z nadzieją.
- Rób co
chcesz – wzruszyłam ramionami. Pozwalanie na niektóre wybryki Złodzieja mogło
przynieść ze sobą coś ciekawego.
Mściobor się
ucieszył i także pozwolił Złodziejowi szukać.
- Smagnij
mną w ziemię – poprosił Złodziej.
Smagnęłam go
w ziemię, a Mikur widząc to szybko się oddalił. Razem ze Mścioborem czekałam na
działanie Złodzieja. Znacznie ciekawiej się zrobiło. Strażnicy za to stali się
czujniejsi. Nie powinniśmy nic robić przy strażnikach, ale w tym momencie żadne
z nas jakoś się tym nie przejmowało.
Po chwili
Złodziej wynurzył się z ziemi i u moich stóp położył czaszkę. Czaszka była
dobrze zachowana, wyglądała prawie jak ludzka, jedynie trochę bardziej
szczuplejsza. Cmentarz zaczynał nabierać prawidłowego wyglądu. Na cmentarzu
powinno czuć się zmarłych, powinien tworzyć grozę, a nie jakąś sielankę. Przy
szóstej czaszce jeden ze strażników nie wytrzymał:
- czemu
bezczeszcicie groby? – spytał gniewnie.
Mścibor
lekko się wystraszył. A ja na spokojnie spytałam:
- Co robimy?
-
Znieważacie zmarłych – poprawił się tak bym zrozumiała. Zrozumiałam, ale
pozostałam z obojętnym wyrazem twarzy. Wiedziałam, że ostro sobie grabimy swoim
postępowaniem.
- Złodzieju
już starczy – powiedziałam do swojego kolegi. Strażnicy mieli w pogotowiu swoją
broń.
- Będziecie
musieli naprawić szkody – oznajmił jeden ze strażników. Wszyscy na nas patrzyli
z oburzeniem, pewną pogardą.
Nic sobie z
tego nie robiłam. Zerknęłam na Mściobora. On próbował coś wynegocjować.
W niektórych
kulturach, w sumie w większości, jest zakopywanie ciał by oddać ich cześć.
Wykopywanie ciał uważa się za obrazę. Byliśmy na cmentarzu elfickim w otoczeniu
strażników królewskich. Nasze działanie było po prostu głupie, nierozważne i
będą nas czekać konsekwencje. Wiedziałam to wszystko, jednak jakoś się nie
przejęłam. Byłam zainteresowana całą sytuacją. Złość strażników, tłumaczenie
Mściobora były elementem przygody. Dość głupiej, ale jednak na swój sposób
ciekawej. Ale znowu uprzedzam tych co czytają, nie próbujcie tego. Po to jest
ten dziennik by was ustrzec przed podobnymi głupotami.
Strażnicy
zażądali trzysta sztuk złota. Nie chciałam wydawać złota. Złotem płaciło się za
niektóre pamiątki, więc nie w smak było ich wydawanie.
- Ja i
koleżanka nie mamy takiej kwoty – negocjował Mścibor – Może się dogadamy.
- Możemy
sami naprawić te szkody – dodałam.
- Sami
wolimy naprawić – usłyszeliśmy. Pozostało nam jakoś zarobić pieniądze. Mścibor
uratował mnie od wydania pieniędzy i zaoferował swoje usługi – jako
uzdrowiciel.
A ja jakby
nigdy nic wróciłam do karczmy. Nie zdradziłam co robiliśmy. Potem się
dowiedzieli.
Mścibor nie
wziął do serca tego co mówili strażnicy i namówił Złodzieja by przyniósł mu
całe szkielety. Natknęłam się na nie szukając matki Vivienne. Wysypały się z
jego pokoju. Chciałam je schować do środka, jednak było ich za dużo. Zostawiłam
je w takim stanie. Nikomu nie wspomniałam o swoim odkryciu, a wiedziałam, że raczej
nikt z towarzyszy nie zajrzy w te stronę, bo każdy był zajęty przygotowaniami
na audiencję. Uznałam te szkielety za kolekcję Mściobora. Sama zbieram
pamiątki, więc rozumiałam doskonale licza. Choć zabieranie ciał to już zupełnie
inna kwestia. Jednak bardzo polubiłam Mścibora i postanowiłam wszystko
przemilczeć.
Plotki
Elfy
podobnie jak ludzie lubią wyolbrzymiać rzeczy. Gdy siedzieliśmy w karczmie
usłyszeliśmy o sobie dość ciekawe informacje. Było w nich ziarnko prawdy.
Plotki
powstają z prawdy, po prostu te prawdę się wyolbrzymia. Przekazywane z ust do
ust, każdy coś od siebie dodał i powstają dość ciekawe historie.
O mnie
mówili jako o pożeraczu. W sumie niewiele się pomylili. Pewnie bym tak robiła
gdyby nie towarzysze. Oni mnie powstrzymywali.
Dowiedzieliśmy
się także o tym, że Lancello – elf – jest księciem i zaręczył się z Vivienne –
wampirzyca. Coś mnie ukłuło w środku. Uważałam Vivienne za dobrą koleżankę,
lubiłam z nią gadać. Ostatnio jednak nie było jak zamienić nawet kilku słów.
Każda z nas poszła w swoim kierunku. Czułam żal, że o niczym nie wspomniała,
choć jak na logikę patrząc sama byłam sobie winna. Przecież o to mi chodziło,
by się nie przywiązywać. To czemu czułam taki smutek? Uczucia powoli torowały
drogę do mojego umysłu. Słuchałam dalej nie dając nic po sobie poznać. Obojętny
wyraz twarzy opanowałam do perfekcji. Towarzysze byli zajęci słuchaniem plotek,
więc nie zwrócili uwagi. A ja w tym czasie dość szybko pozbyłam się z głowy
wszelkich uczuć.
Gdy Lancello
i Vivienne pojawili się w karczmie wszyscy ukłonili się. Ja i towarzysze tego
nie zrobiliśmy. Znaliśmy ich od dawna i jakoś nie czuliśmy się w obowiązku do
takich gestów. Przywitali się i coś mówili. Nie słuchałam ich. Moje
zainteresowanie spadło. Popijałam sok. Gdy zobaczyłam, że oboje groźnie patrzą
spojrzałam na Mścibora. Próbował się bronić. Wyszło na jaw to co zrobiliśmy. W
sumie wszyscy byli zdania, że ja także powinnam ponosić konsekwencje, ale
Mścibor bronił mnie, że to on chciał czaszki. Lancello groźnie na mnie
spojrzał.
- Sijaka –
powiedział ostrzegawczo. Jednak przerwała mu Vivienne, która miała pretensje do
Mścibora.
Podejrzewałam,
że Lancello jeszcze ze mną porozmawia. Ta groźba w głosie była ostrzeżeniem.
Długo z nami
nie pobyli, bo musieli przygotowywać się na przyjęcie zaręczynowe. Ja zaś
uśmiechnęłam się do Mściobora i pogratulowaliśmy sobie, że nam się upiekło.
Zapowiadała się ciekawa przyjaźń. Moje uczucia do Vivienne przygasły.
Audiencja u
króla
Dali mi
zadanie szukania stroju wyjściowego. Elfy, ludzie i ogólnie arystokracja bardzo
zwracają uwagę na strój. Lubiłam swój strój, był czerwony i wygodny. Z
towarzyszy nikt nie był w stanie mi pomóc odsyłali mnie do Vivienne, a jej jak
na złość nie było. Nie wiedziałam co z sobą zrobić, więc wybrałam się na
miasto. Wieść o akcji na cmentarzu jeszcze się nie rozniosła, więc swobodnie
spacerowałam. Na niektórych straganach widziałam ciekawe stroje, ale nie
wiedziałam, które z nich jest wyjściowe. Dla mnie to po prostu ubrania. Nie
przywiązywałam do tego wagi. Ale wśród tych, którzy je noszą stanowiły dość
ważną część ich życia. Podobno ukazywały status, szacunek. W powłoce ludzkiej
ciężko było być sobą. Zrezygnowałam potem z oglądania sukni. Miałam kilka
godzin przed sobą. Szłam przez miasto oglądając stroje przechodniów.
Utwierdzałam się w przekonaniu, że te elfy nie mają co robić ze swoim życiem.
Cmentarz ogród, wytworne stroje, bawienie się w arystokrację. U smoków nie było
takich zabaw, bo szczerze są po prostu nudne. Arystokracja sama w sobie była
śmieszna. Te wszystkie rytuały, odpowiednie zachowanie. Wiało nudą. Nie
widziało mi się przebywanie w towarzystwie króla. Niczego ciekawego się nie
spodziewałam. Był to raczej przykry obowiązek. Dla mnie nie był on królem lecz
zwykłym elfem. Król jest tylko jeden i nikt mu nie dorówna. Reszta to tylko
płotki.
Miałam
okazję spotkać naszego króla. Nie musiałam wtedy przybierać śmieszną powłokę
ludzką, ani szukać specjalnie stroju. Byłam sobą. Zobaczyłam jego oko i część
ciała. Czułam się zaszczycona, aż mowę mi odjęło. Oko było z dziesięć razy
większe ode mnie. Choć lepiej o tym opowiedzieć niż pisać. To dopiero jest
król.
Wróciłam do
towarzyszy z pustymi rękami. Nie chciałam iść na tą audiencję. Z obojętnością
przysiadłam się i przysłuchiwałam się rozmowom towarzyszy. Potem polecili mi
udanie się do matki Vivienne po suknie. Matka Vivienne okazała się miłą
kobietą, która mi pomogła. Dała mi jedną z sukien Vivienne i dopasowała do
mojej talii.
Gdy potem
założyłam suknię na audiencję i zobaczyłam siebie w lustrze tylko pokręciłam
głową. Znając Vivienne suknia była okazała. Dla mnie to tylko materiał. Nie
widziałam w nim nic rewelacyjnego. Dla mnie była za długa i utrudniała trochę
poruszanie się. Uczesałam także włosy, choć najchętniej zostawiłabym je
rozczochrane. Poszłam na audiencję z przeświadczeniem, by jak najszybciej
ściągnąć suknię. Potem przypadła mi do gustu. Miałam zamiar kupić krótszą.
Odsłonięte plecy bardzo mi się spodobały.
Będąc przed
królem wszyscy się kłaniali. Ukłoniłam się jak towarzysze, bo dla mnie to był
prawdziwy ukłon. Jak zobaczyłam jak inne kobiety się kłaniają myślałam, że to
żart. Przecież to nawet na ukłon nie wyglądało. Najchętniej wolałabym ukłonić
się jako smok, ale wszyscy byli strasznie uprzedzeni do mojej prawdziwej
postaci. Najchętniej to w ogóle bym się nie kłaniała, ale trzeba się dostosować
do danej kultury. Podczas rozmowy z królem przyszedł strażnik oznajmiając o
zniknięciu ciał z cmentarza. Spojrzenie spadło na mnie i Mścibora. Mikur także
zrobił minę, jakby skojarzył pewne fakty. Ja się uśmiechnęłam przyjaźnie.
Postanowili przeszukać nasz sterowiec. Najpierw udali się nasi towarzysze,
którzy z pewnością ukryli te ciała. Mścibor się trochę uspokoił, a ja z
ciekawością patrzyłam na całe zdarzenie. Dość gruba sprawa, bo zginęło sporo
ciał z cmentarza. Nie wiedziałam jaka za to czeka kara. Pewnie jakaś bardzo
surowa, a znając kulturę cywilizacji to pewnie lochy lub śmierć. Wtedy w mojej
głowie zrodziło się przyrzeczenie, że nikomu nie pozwolę skrzywdzić Mścibora.
Nie wiem skąd takie myślenie, czy to te głupie uczucia brały w górę, może fakt,
że Złodziej byłby bardzo niezadowolony gdyby Mścibora zabrakło. Sama byłabym
niezadowolona. Obok Othra, którego bardzo szanowałam, mojej koleżanki od
zakupów – uzdrowicielki i niegdyś Vivienne, pojawił się Mścibor. Nie chciałam
go stracić jako towarzysza. Czyżby nadszedł czas ujawnienia swych prawdziwych
myśli?
Zaręczyny
Przyjęcie
zaręczynowe wiąże ze sobą pewne zobowiązania. Należy się stosownie ubrać,
ubranie to ważna sprawa. Osoby na takich przyjęciach bardzo oceniają po
ubiorze. Ja założyłam kolejną z sukien Vivienne, którą mi dała. Lubię
przyjmować podarunki, więc z radością przyjęłam. Nie chciałam wyglądać
olśniewająco, więc tylko uczesałam włosy. Wiedziałam, że mam powłokę, która
przyciąga dziwne spojrzenia. Swoją obojętnością, bezmyślnym wyrazem twarzy
skutecznie ich odstraszam. Jeszcze by mi się jakiś napatoczył. Pamiętałam o
obietnicy daną braciom, nie wiązać się z nikim spoza smoków. Nie było to trudne
do utrzymania. Nie pociągali mnie mężczyźni w tych śmiesznych ciałach. Raczej
mnie śmieszyli. Okazywać siłę w takie postaci? A gdzie pazury, ostre zęby i
ogon?
Kolejną
ważną sprawą jest przyniesienie prezentu. Nie można pójść z pustymi rękami.
Rozdzieliliśmy się by zakupić jakiś prezent. Poszłam z Ravisem – smok.
Ravis mnie
trochę zaciekawił. Nie widziałam jego smoczej formy, a to mnie najbardziej
zainteresowało. Poszłam z nim, ponieważ chciałam zobaczyć co on wybierze.
Wybrał pierścienie z napisami. Myślałam by poprosić go, bym mogła się dołączyć
do prezentu, ale odpuściłam sobie. Po prostu towarzyszyłam mu w milczeniu.
- nie wiem
co mogłabym dać – stwierdziłam spokojnie gdy Ravis dogadał się ze sprzedawcom.
- Może daj
coś ze swoich skarbów, to będzie wtedy prezent od serca – powiedział.
Nie chciałam
oddawać nic ze swoich skarbów, ale Ravis miał rację. Vivienne wcześniej wiele
dla mnie zrobiła. Oddanie jej czegoś ze swoich skarbów było dobrym pomysłem.
Ravis przejrzał ze mną moją torbę. Wyciągnęłam koronę, którą zdążyłam polubić.
- To się
nada – stwierdził – by życzyć im bogactwa.
Kiwnęłam
głową. Mogłam ją oddać. W końcu Vivienne na to zasługiwała. Ravis pomógł mi
zapakować, a ja dodałam kartkę z życzeniami.
Na przyjęciu
podeszłam do jedzenia. Towarzyszyłam Mikurowi. Oboje jedliśmy ile się dało.
Zachowałam się przy tym w miarę kulturalnie, to znaczy użyłam sztućcy. Jedzenie
rękami uważane było za brak kultury. W postaci smoczej jakoś nie używaliśmy
specjalnych przedmiotów by się posilić. Ale ważne jest by zachowywać się tak
jak nakazała kultura danego miejsca.
Zabrałam ze
sobą Złodzieja. Miałam go owiniętego wokół nogi i był schowany pod suknią.
Podchodziły
do nas jakieś osoby, przyglądałam im się z nikłym zainteresowaniem. Patrzyłam
po otoczeniu. Chciałam zapamiętać jak najwięcej gestów zachowań. Mój zmysł
słuchu miałam wyostrzony, więc mogłam podsłuchać niektóre rozmowy.
- Elfy to
pedały – przerwał moje podsłuchiwanie Złodziej. Przy nas stały Słoneczne elfy
mówiąc coś do Mikura. Nie miałam nic do słonecznych elfów, jak i ogólnie do
elfów. Na Sali dało się wyczuć zmianę atmosfery.
- Nie
obrażaj ich – poleciłam Złodziejowi. Elfy koło nas odeszły obrażone. Będzie
trzeba brać w końcu winę na siebie. Nie przeszkadzało mi to, że opinia na mój
temat spadnie. Po swojej pielgrzymce i tak zamierzałam wrócić na kontynent
smoków. Przyjęcie trwało dalej, a mi przeszła ochota na uczestniczenie w niej.
Wróciłam do posiłku by zająć czymś myśli. Najchętniej bym wróciła na sterowiec,
ale wiedziałam ile znaczy to przyjęcie dla Vivienne. Jako dobry towarzysz
zostałam uspokajając Złodzieja by już nikogo nie obrażał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz