środa, 11 marca 2015

U elfów

Zbezczeszczenie zwłok
Odwiedzanie cmentarza uważałam kiedyś za ciekawe, cmentarz elficki do takich nie należy. Nie nazwałabym tego cmentarzem. Cmentarz elficki wygląda jak ogród. Kwiaty, krzaki, krzewy, drzewa. A pomniki są umieszczane bez schematu. Znudziłam się patrzeniem na samym początku. Mściobor – licz, latający kościotrup – chciał odwiedzić jednego z naszych starych towarzyszy. Ja i Mikur – Stein- towarzyszyliśmy mu. Widziałam, że Mściobor coś kombinuje, jednak towarzyszyli nam strażnicy, więc nic nie mógł zrobić. Przyjął pozycję do modlitwy, tak przynajmniej myślę, bo w końcu to lewitujący kościotrup. Staliśmy w milczeniu, ja rozglądałam się na boki utwierdzając się w przekonaniu, że cmentarz elficki to nuda. Nigdy nie lubiłam podziwiać ogrodów. Wolę jak natura sama pokazuje swoje piękno. A to było wszystko sztuczne, wykreowane rękami elfów. Jak można niszczyć w ten sposób naturę?
- Nudno tu – stwierdziłam – gdzie czaszki?
- A no czaszki by się przydały – zgodził się ze mną Mściobor. Znaleźliśmy wspólny temat. On miał trochę inne patrzenie niż ja, ale i tak dobrze się dogadaliśmy. Do rozmowy dołączył także Złodziej.
- Mogę poszukać czaszek, szefowo? – spytał z nadzieją.
- Rób co chcesz – wzruszyłam ramionami. Pozwalanie na niektóre wybryki Złodzieja mogło przynieść ze sobą coś ciekawego.
Mściobor się ucieszył i także pozwolił Złodziejowi szukać.
- Smagnij mną w ziemię – poprosił Złodziej.
Smagnęłam go w ziemię, a Mikur widząc to szybko się oddalił. Razem ze Mścioborem czekałam na działanie Złodzieja. Znacznie ciekawiej się zrobiło. Strażnicy za to stali się czujniejsi. Nie powinniśmy nic robić przy strażnikach, ale w tym momencie żadne z nas jakoś się tym nie przejmowało.
Po chwili Złodziej wynurzył się z ziemi i u moich stóp położył czaszkę. Czaszka była dobrze zachowana, wyglądała prawie jak ludzka, jedynie trochę bardziej szczuplejsza. Cmentarz zaczynał nabierać prawidłowego wyglądu. Na cmentarzu powinno czuć się zmarłych, powinien tworzyć grozę, a nie jakąś sielankę. Przy szóstej czaszce jeden ze strażników nie wytrzymał:
- czemu bezczeszcicie groby? – spytał gniewnie.
Mścibor lekko się wystraszył. A ja na spokojnie spytałam:
- Co robimy?
- Znieważacie zmarłych – poprawił się tak bym zrozumiała. Zrozumiałam, ale pozostałam z obojętnym wyrazem twarzy. Wiedziałam, że ostro sobie grabimy swoim postępowaniem.
- Złodzieju już starczy – powiedziałam do swojego kolegi. Strażnicy mieli w pogotowiu swoją broń.
- Będziecie musieli naprawić szkody – oznajmił jeden ze strażników. Wszyscy na nas patrzyli z oburzeniem, pewną pogardą.
Nic sobie z tego nie robiłam. Zerknęłam na Mściobora. On próbował coś wynegocjować.
W niektórych kulturach, w sumie w większości, jest zakopywanie ciał by oddać ich cześć. Wykopywanie ciał uważa się za obrazę. Byliśmy na cmentarzu elfickim w otoczeniu strażników królewskich. Nasze działanie było po prostu głupie, nierozważne i będą nas czekać konsekwencje. Wiedziałam to wszystko, jednak jakoś się nie przejęłam. Byłam zainteresowana całą sytuacją. Złość strażników, tłumaczenie Mściobora były elementem przygody. Dość głupiej, ale jednak na swój sposób ciekawej. Ale znowu uprzedzam tych co czytają, nie próbujcie tego. Po to jest ten dziennik by was ustrzec przed podobnymi głupotami.
Strażnicy zażądali trzysta sztuk złota. Nie chciałam wydawać złota. Złotem płaciło się za niektóre pamiątki, więc nie w smak było ich wydawanie.
- Ja i koleżanka nie mamy takiej kwoty – negocjował Mścibor – Może się dogadamy.
- Możemy sami naprawić te szkody – dodałam.
- Sami wolimy naprawić – usłyszeliśmy. Pozostało nam jakoś zarobić pieniądze. Mścibor uratował mnie od wydania pieniędzy i zaoferował swoje usługi – jako uzdrowiciel.
A ja jakby nigdy nic wróciłam do karczmy. Nie zdradziłam co robiliśmy. Potem się dowiedzieli.

Mścibor nie wziął do serca tego co mówili strażnicy i namówił Złodzieja by przyniósł mu całe szkielety. Natknęłam się na nie szukając matki Vivienne. Wysypały się z jego pokoju. Chciałam je schować do środka, jednak było ich za dużo. Zostawiłam je w takim stanie. Nikomu nie wspomniałam o swoim odkryciu, a wiedziałam, że raczej nikt z towarzyszy nie zajrzy w te stronę, bo każdy był zajęty przygotowaniami na audiencję. Uznałam te szkielety za kolekcję Mściobora. Sama zbieram pamiątki, więc rozumiałam doskonale licza. Choć zabieranie ciał to już zupełnie inna kwestia. Jednak bardzo polubiłam Mścibora i postanowiłam wszystko przemilczeć.

Plotki
Elfy podobnie jak ludzie lubią wyolbrzymiać rzeczy. Gdy siedzieliśmy w karczmie usłyszeliśmy o sobie dość ciekawe informacje. Było w nich ziarnko prawdy.
Plotki powstają z prawdy, po prostu te prawdę się wyolbrzymia. Przekazywane z ust do ust, każdy coś od siebie dodał i powstają dość ciekawe historie.
O mnie mówili jako o pożeraczu. W sumie niewiele się pomylili. Pewnie bym tak robiła gdyby nie towarzysze. Oni mnie powstrzymywali.
Dowiedzieliśmy się także o tym, że Lancello – elf – jest księciem i zaręczył się z Vivienne – wampirzyca. Coś mnie ukłuło w środku. Uważałam Vivienne za dobrą koleżankę, lubiłam z nią gadać. Ostatnio jednak nie było jak zamienić nawet kilku słów. Każda z nas poszła w swoim kierunku. Czułam żal, że o niczym nie wspomniała, choć jak na logikę patrząc sama byłam sobie winna. Przecież o to mi chodziło, by się nie przywiązywać. To czemu czułam taki smutek? Uczucia powoli torowały drogę do mojego umysłu. Słuchałam dalej nie dając nic po sobie poznać. Obojętny wyraz twarzy opanowałam do perfekcji. Towarzysze byli zajęci słuchaniem plotek, więc nie zwrócili uwagi. A ja w tym czasie dość szybko pozbyłam się z głowy wszelkich uczuć.
Gdy Lancello i Vivienne pojawili się w karczmie wszyscy ukłonili się. Ja i towarzysze tego nie zrobiliśmy. Znaliśmy ich od dawna i jakoś nie czuliśmy się w obowiązku do takich gestów. Przywitali się i coś mówili. Nie słuchałam ich. Moje zainteresowanie spadło. Popijałam sok. Gdy zobaczyłam, że oboje groźnie patrzą spojrzałam na Mścibora. Próbował się bronić. Wyszło na jaw to co zrobiliśmy. W sumie wszyscy byli zdania, że ja także powinnam ponosić konsekwencje, ale Mścibor bronił mnie, że to on chciał czaszki. Lancello groźnie na mnie spojrzał.
- Sijaka – powiedział ostrzegawczo. Jednak przerwała mu Vivienne, która miała pretensje do Mścibora.
Podejrzewałam, że Lancello jeszcze ze mną porozmawia. Ta groźba w głosie była ostrzeżeniem.
Długo z nami nie pobyli, bo musieli przygotowywać się na przyjęcie zaręczynowe. Ja zaś uśmiechnęłam się do Mściobora i pogratulowaliśmy sobie, że nam się upiekło. Zapowiadała się ciekawa przyjaźń. Moje uczucia do Vivienne przygasły.

Audiencja u króla
Dali mi zadanie szukania stroju wyjściowego. Elfy, ludzie i ogólnie arystokracja bardzo zwracają uwagę na strój. Lubiłam swój strój, był czerwony i wygodny. Z towarzyszy nikt nie był w stanie mi pomóc odsyłali mnie do Vivienne, a jej jak na złość nie było. Nie wiedziałam co z sobą zrobić, więc wybrałam się na miasto. Wieść o akcji na cmentarzu jeszcze się nie rozniosła, więc swobodnie spacerowałam. Na niektórych straganach widziałam ciekawe stroje, ale nie wiedziałam, które z nich jest wyjściowe. Dla mnie to po prostu ubrania. Nie przywiązywałam do tego wagi. Ale wśród tych, którzy je noszą stanowiły dość ważną część ich życia. Podobno ukazywały status, szacunek. W powłoce ludzkiej ciężko było być sobą. Zrezygnowałam potem z oglądania sukni. Miałam kilka godzin przed sobą. Szłam przez miasto oglądając stroje przechodniów. Utwierdzałam się w przekonaniu, że te elfy nie mają co robić ze swoim życiem. Cmentarz ogród, wytworne stroje, bawienie się w arystokrację. U smoków nie było takich zabaw, bo szczerze są po prostu nudne. Arystokracja sama w sobie była śmieszna. Te wszystkie rytuały, odpowiednie zachowanie. Wiało nudą. Nie widziało mi się przebywanie w towarzystwie króla. Niczego ciekawego się nie spodziewałam. Był to raczej przykry obowiązek. Dla mnie nie był on królem lecz zwykłym elfem. Król jest tylko jeden i nikt mu nie dorówna. Reszta to tylko płotki.
Miałam okazję spotkać naszego króla. Nie musiałam wtedy przybierać śmieszną powłokę ludzką, ani szukać specjalnie stroju. Byłam sobą. Zobaczyłam jego oko i część ciała. Czułam się zaszczycona, aż mowę mi odjęło. Oko było z dziesięć razy większe ode mnie. Choć lepiej o tym opowiedzieć niż pisać. To dopiero jest król.
Wróciłam do towarzyszy z pustymi rękami. Nie chciałam iść na tą audiencję. Z obojętnością przysiadłam się i przysłuchiwałam się rozmowom towarzyszy. Potem polecili mi udanie się do matki Vivienne po suknie. Matka Vivienne okazała się miłą kobietą, która mi pomogła. Dała mi jedną z sukien Vivienne i dopasowała do mojej talii.
Gdy potem założyłam suknię na audiencję i zobaczyłam siebie w lustrze tylko pokręciłam głową. Znając Vivienne suknia była okazała. Dla mnie to tylko materiał. Nie widziałam w nim nic rewelacyjnego. Dla mnie była za długa i utrudniała trochę poruszanie się. Uczesałam także włosy, choć najchętniej zostawiłabym je rozczochrane. Poszłam na audiencję z przeświadczeniem, by jak najszybciej ściągnąć suknię. Potem przypadła mi do gustu. Miałam zamiar kupić krótszą. Odsłonięte plecy bardzo mi się spodobały.
Będąc przed królem wszyscy się kłaniali. Ukłoniłam się jak towarzysze, bo dla mnie to był prawdziwy ukłon. Jak zobaczyłam jak inne kobiety się kłaniają myślałam, że to żart. Przecież to nawet na ukłon nie wyglądało. Najchętniej wolałabym ukłonić się jako smok, ale wszyscy byli strasznie uprzedzeni do mojej prawdziwej postaci. Najchętniej to w ogóle bym się nie kłaniała, ale trzeba się dostosować do danej kultury. Podczas rozmowy z królem przyszedł strażnik oznajmiając o zniknięciu ciał z cmentarza. Spojrzenie spadło na mnie i Mścibora. Mikur także zrobił minę, jakby skojarzył pewne fakty. Ja się uśmiechnęłam przyjaźnie. Postanowili przeszukać nasz sterowiec. Najpierw udali się nasi towarzysze, którzy z pewnością ukryli te ciała. Mścibor się trochę uspokoił, a ja z ciekawością patrzyłam na całe zdarzenie. Dość gruba sprawa, bo zginęło sporo ciał z cmentarza. Nie wiedziałam jaka za to czeka kara. Pewnie jakaś bardzo surowa, a znając kulturę cywilizacji to pewnie lochy lub śmierć. Wtedy w mojej głowie zrodziło się przyrzeczenie, że nikomu nie pozwolę skrzywdzić Mścibora. Nie wiem skąd takie myślenie, czy to te głupie uczucia brały w górę, może fakt, że Złodziej byłby bardzo niezadowolony gdyby Mścibora zabrakło. Sama byłabym niezadowolona. Obok Othra, którego bardzo szanowałam, mojej koleżanki od zakupów – uzdrowicielki i niegdyś Vivienne, pojawił się Mścibor. Nie chciałam go stracić jako towarzysza. Czyżby nadszedł czas ujawnienia swych prawdziwych myśli?

Zaręczyny
Przyjęcie zaręczynowe wiąże ze sobą pewne zobowiązania. Należy się stosownie ubrać, ubranie to ważna sprawa. Osoby na takich przyjęciach bardzo oceniają po ubiorze. Ja założyłam kolejną z sukien Vivienne, którą mi dała. Lubię przyjmować podarunki, więc z radością przyjęłam. Nie chciałam wyglądać olśniewająco, więc tylko uczesałam włosy. Wiedziałam, że mam powłokę, która przyciąga dziwne spojrzenia. Swoją obojętnością, bezmyślnym wyrazem twarzy skutecznie ich odstraszam. Jeszcze by mi się jakiś napatoczył. Pamiętałam o obietnicy daną braciom, nie wiązać się z nikim spoza smoków. Nie było to trudne do utrzymania. Nie pociągali mnie mężczyźni w tych śmiesznych ciałach. Raczej mnie śmieszyli. Okazywać siłę w takie postaci? A gdzie pazury, ostre zęby i ogon?
Kolejną ważną sprawą jest przyniesienie prezentu. Nie można pójść z pustymi rękami. Rozdzieliliśmy się by zakupić jakiś prezent. Poszłam z Ravisem – smok.
Ravis mnie trochę zaciekawił. Nie widziałam jego smoczej formy, a to mnie najbardziej zainteresowało. Poszłam z nim, ponieważ chciałam zobaczyć co on wybierze. Wybrał pierścienie z napisami. Myślałam by poprosić go, bym mogła się dołączyć do prezentu, ale odpuściłam sobie. Po prostu towarzyszyłam mu w milczeniu.
- nie wiem co mogłabym dać – stwierdziłam spokojnie gdy Ravis dogadał się ze sprzedawcom.
- Może daj coś ze swoich skarbów, to będzie wtedy prezent od serca – powiedział.
Nie chciałam oddawać nic ze swoich skarbów, ale Ravis miał rację. Vivienne wcześniej wiele dla mnie zrobiła. Oddanie jej czegoś ze swoich skarbów było dobrym pomysłem. Ravis przejrzał ze mną moją torbę. Wyciągnęłam koronę, którą zdążyłam polubić.
- To się nada – stwierdził – by życzyć im bogactwa.
Kiwnęłam głową. Mogłam ją oddać. W końcu Vivienne na to zasługiwała. Ravis pomógł mi zapakować, a ja dodałam kartkę z życzeniami.
Na przyjęciu podeszłam do jedzenia. Towarzyszyłam Mikurowi. Oboje jedliśmy ile się dało. Zachowałam się przy tym w miarę kulturalnie, to znaczy użyłam sztućcy. Jedzenie rękami uważane było za brak kultury. W postaci smoczej jakoś nie używaliśmy specjalnych przedmiotów by się posilić. Ale ważne jest by zachowywać się tak jak nakazała kultura danego miejsca.
Zabrałam ze sobą Złodzieja. Miałam go owiniętego wokół nogi i był schowany pod suknią.
Podchodziły do nas jakieś osoby, przyglądałam im się z nikłym zainteresowaniem. Patrzyłam po otoczeniu. Chciałam zapamiętać jak najwięcej gestów zachowań. Mój zmysł słuchu miałam wyostrzony, więc mogłam podsłuchać niektóre rozmowy.
- Elfy to pedały – przerwał moje podsłuchiwanie Złodziej. Przy nas stały Słoneczne elfy mówiąc coś do Mikura. Nie miałam nic do słonecznych elfów, jak i ogólnie do elfów. Na Sali dało się wyczuć zmianę atmosfery.
- Nie obrażaj ich – poleciłam Złodziejowi. Elfy koło nas odeszły obrażone. Będzie trzeba brać w końcu winę na siebie. Nie przeszkadzało mi to, że opinia na mój temat spadnie. Po swojej pielgrzymce i tak zamierzałam wrócić na kontynent smoków. Przyjęcie trwało dalej, a mi przeszła ochota na uczestniczenie w niej. Wróciłam do posiłku by zająć czymś myśli. Najchętniej bym wróciła na sterowiec, ale wiedziałam ile znaczy to przyjęcie dla Vivienne. Jako dobry towarzysz zostałam uspokajając Złodzieja by już nikogo nie obrażał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz