W Marianburgu postanowiliśmy rozprostować trochę kości
oraz mnie podleczyć. Ja czując potrzebę zdobycia środków na swoje potrzeby oraz
poćwiczenia udałem się do biedniejszej dzielnicy. Wypatrzyłem tam jakiegoś
szczurogębowego człowieczka. Idealny by się wyżyć, pomyślałem. „Kasa, albo w
ryj” powiedziałem do trepa na mojej drodze. Ten zaczął mi grozić trzęsąc się,
że należy do jakiejś mafii czy coś. Świetnie, a więc mogłem poćwiczyć sobie na
wielu ludziach. Powtórzyłem propozycję z mojej strony, uderzając go tarczą.
Kurdupel padł i zaczął mi wygrażać iż nie mam pojęcia kim on jest. Miał rację.
W dodatku nigdy się nie dowiedziałem kim był- trzasnąłem go pawężą robiąc mu
gilotynę i odcinając mu głowę. Uśmiechnąłem się na wspomnienie ojca. Kopnąłem
ciało do rynsztoku. Przechodząca akurat straż zauważyła to. Wytłumaczyłem się,
iż zostałem napadnięty i w afekcie trochę nie wyrobiłem z siłą zabijając
biedaka. Oczywiście nie powiedziałem nic o zabraniu mu jego drobnych. Zabrano
mnie jednak do aresztu. Dostałem tam do wyboru: łaska władczyni, prace
społeczne, albo koło fortuny. Cóż, zawsze lubiłem trochę ryzyka- wybrałem więc
koło fortuny. Na moje nieszczęście wybrałem łaskę władczyni i zostałem do niej
odtransportowany. W między czasie dowiedziałem się co to za „łaska”. Ciarki
mnie przeszły… Ale byli tam też inni, cóż- nigdy nie pokażę przed innymi
strachu. To mnie mają się bać! Przybrałem więc postawę iż chce tego i tej nocy
z Lady. Dzięki Bogom nic nie pamiętam z tej nocy. Chociaż czuję, że już nie są
mi straszne żadne tortury, czy ból… Jednak wolałbym nie wiedzieć w ogóle, że
przeżyłem taką noc… Czuje od tamtego momentu, że prześladują mnie wielkie
kobiety… są dosłownie w każdym zakamarku, wloką się za mną i obserwują, czyhają
na mnie by znów zrobić mi krzywdę… Jak Bogów kocham! Jeszcze trochę i będę
zabijał każdą wielka kobieta jaką zauważę! Żadna nie zbliży się do mnie dalej
jak na odległość mojej tarczy kiedy będę je zabijał! Brrr , muszę naprawdę
uważać! W mieście spotkaliśmy też w międzyczasie krasnoluda, który chciał nam
sprzedać jakieś dziwne pojazdy… Elfka, gdy tylko zobaczyła krasnoluda o
świetnym poczuciu humoru skierowanym w nią, wyszła natychmiast. Kilku osobom udało się na nich jeździć,
niestety nie mi. Zresztą jak bym miał używać tarczy na czymś tak dziwacznym.
Dwa koła, jakaś belka czy też rączka, którą się skręcało, by cała maszyna
skręciła… Krasnoludy i ich pomysłowość… chyba tylko Gnomy mogą ich zrozumieć…
Był jeden jedyny plus tych machin, a mianowicie były zasilane na krasnoludzki
spirytus. Kilku z nas kupiło te motory, a mianowicie Lancello, Manro i Otr.
Lancello wiedział o moich i Tashy ciągotach do picia alkoholu, więc zagroził
nam łukiem, abyśmy nie wypijali jego kanistra. Cóż… jego nie wypiliśmy, ale ten
Otra? Był taki samotny, więc razem z Tashą zaopiekowaliśmy się jego
zawartością. W Marianburgu do Manro zgłosiła się pewna Avianka, mówiąc, że jest
jego podwładną. Zdziwiło mnie dlaczego Avianka była podwładną tego dziwnego
smoka Manro. Ale w sumie… nie obeszło mnie to aż tak, żeby się o to dopytywać.
Manro dostał też list , gdzie były wytyczne. Był wyraźnie niepocieszony
czytając list. Zabawne. Co do Avianki
miała na imię Griselle. Szerokie plecy, duże piersi, miała najdłuższe nogi
świata i jedno oko. Nawet ładna, tylko podejrzanie duża kobieta z niej była…
Może przyszła tu śledzić nasze poczynania na polecenie Lady Marian? Podejrzenia
mam słuszne- w końcu to kawał baby był, a może i jest? Ale tego się nie dowiem.
Postanowiłem na początku przełamać się mimo mojej podejrzliwości do niej i
spróbować ją poznać- w końcu wrogów trzeba poznać lepiej jak przyjaciół. I może
nawet by się to udało… ale o tym później.
Postanowiliśmy ruszyć dalej w drogę. Rozkoszowałem się spokojem po
opuszczeniu naszej załogi tej głupiej Grenadieli czy jak jej było… Razem z
Tashą i Griselle piliśmy naprawdę dobrej produkcji spirytus. Czas mijał
naprawdę przyjemnie, wreszcie trochę spokoju. Pewnego dnia na sterowcu dobiegły
mnie krzyki innych, że pod nami jest jakiś pościg. Kiedy dobiegłem do reszty
wszyscy patrzyli przez okienka. Stanąłem obok Steina i popatrzyłem w dół. Moim
oczom ukazał się widok uciekającej panny młodej na jednorożcu przed pościgiem
konnych jeźdźców. Jeden z jeźdźców był szykownie ubrany, reszta zaś niczym
przyboczna straż. Nagle ni z gruchy ni z pietruchy ktoś, bodajże Manro,
krzyknął, że musimy ratować pannę młodą bo ucieka i wyraźnie jest w
niebezpieczeństwie. Taaak, to na pewno był nasz pokładowy rycerzyk. Nie mogłem oprzeć
się i zaraz za nim krzyknąłem:
-Zabijmy
pannę młodą! Pościg się skończy, a my polecimy dalej.
Poczułem
spojrzenia innych na sobie i rękę Mikura z tyłu swojej głowy. Manro nie
czekając wyleciał za pościgiem. Stein wyraźnie nie mógł wytrzymać tylko patrząc.
Cały palił się widząc możliwość bitki. Ja miałem wylane na to totalnie,
zgryźliwie śmiejąc się, że jeszcze wszyscy zobaczą, że lepiej byłoby zabić
pannę młodą. I jak tarcze kocham, przez pewien czas naprawdę tak myślałem. Z
biegiem czasu dochodzę do wniosku, że to jednak nawet się przydało. Ale
wszystko w swoim czasie. Nie czekając też ani chwili, podwładna Manro wyleciała
za nim. Co więcej! Nagle zauważyłem jak Lancello WYCHODZI ze sterowca. We
wcześniejszych walkach widziałem jak wspinał się na ścianę za pomocą jakiś
butów, ale schodzenie sobie po powietrzu? Za-je-bi-ste! To pierwsze co przyszło
mi na myśl. Schodząc sobie ze sterowca Lancello naciągnął łuk i wystrzelił
strzałę z zaklętym czarem pułapki czy jak oni tam to zwali. W każdym razie efekt
był bolesny dla jeźdźców jak i nawet dla patrzących na sterowcu mężczyzn. No,
poza Mikurem i Maggiusem… Oni tego nie zrozumieją… A mianowicie zaklęcie to
sprawiło, że konie z pościgu stanęły dęba. Nie musze chyba tłumaczyć, że
jeźdźcy „pojechali” przez chwile jeszcze dalej zahaczając po drodze o łby
końskie. Auć!! To było naprawdę skuteczne i wredne- w stylu naszego łucznika.
Sterowiec mógł bezpiecznie zawisnąć, a Stein, Maggius, Valarad i ja mogliśmy
pójść po drabince na dół do reszty. Trochę nie przemyśleliśmy tego, ponieważ
Mikur szedł ostatni… Ale na szczęście tym razem nic nie zepsuł i ze spokojem
zeszliśmy na dół. A propos, ten Stein miał świetny talent do psucia prawie
wszystkiego czemu się przyglądał. Drużyna tak bardzo bała się tej „złotej
rączki” , że nawet urządzili mu specjalny pokój na sterowcu. Ściany wyłożone
miękkimi materiałami, a zamiast drzwi- gęsta zasłona. W tym pokoju nie było
praktycznie nic z techniki co mogłoby się dać zepsuć. Niestety nie dał nigdy
się podpuścić, żeby sprawdził jak wygląda dokładnie każda ścianka. Ale wracając
do sytuacji- My zeszliśmy do reszty, a w tym samym czasie Avianka poleciała za
panną młodą, która nie przestała uciekać. Z oddali doszły nas strzały z broni
palnej. Ale o tym za chwilę. Najpierw Manro podszedł do tego najbardziej
szykownego z jeźdźców i zapytał o coś, tamten nie chciał mówić, więc Manro go
walnął. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że nasz pokładowy rycerzyk byłby
zdolny uderzyć kogoś dla informacji, a jednak. Posypało się parę zębów i ten
zaczął coś seplenić. Niestety nic nie dało się zrozumieć, więc Manro za pomocą
swojej aury wstawił naszej ofierze zęby. Wspaniały krzyk bólu rozniósł się w
okolicy. Ten list o Aviance musiał naprawdę nerwowo wpłynąć na tego obońce
dobra i prawa Manro. Mężczyzna nadal nic nie mówił, jęczał z bólu, aż chciało
się pomęczyć go dalej. Jego mniej bogato ubrani towarzysze patrzyli na to z
przerażeniem. Zaczęliśmy starać się uspokajać sytuacje kiedy nadjechał kolejny
orszak- o wiele bardziej liczny jak i okazalszy. Jak się okazało był to król.
Nie przedstawił się nam, a nawet jeżeli to zrobił… cóż, jego imię jest teraz
dla mnie bardzo nieistotne. Powiedział nam, że kobieta, która ucieka jest jego
córką, a mężczyzna który jęczy z bólu to książę, który miał ją poślubić z
sąsiedniego księstwa i zapewnić połączenie obu księstwom. Trochę to było dla
mnie pokrętne. Po co wydawać za mąż kogoś żeby połączyć księstwa? Czy nie
lepiej byłoby po prostu siłą podbić sąsiadów i okazać tym samym kto tu rządzi?
Zwyczaje ludzkie zawsze będą mnie bawiły. Król zapytał się kto pobił tak
księcia. Wszyscy żołnierze równo wskazali na Manro. Z ledwością powstrzymałem
się od śmiechu kiedy spojrzałem na minę Manro. Gdyby zaproponowali jego ścięcie
za zniewagę księcia, jako pierwszy prosiłbym o posadę kata w tym księstwie. W
tym momencie przyleciała Avianka i nie bacząc na nic wypaliła:
-Ta suka
mnie postrzeliła!
Wszyscy
spojrzeli w jej stronę. Mi uśmiech nie znikał z gęby- tyle zabawy w jednym
momencie. Król podirytowany spojrzał na Griselle:
-To moja
córka.
Wyjaśnił nam
jak wygląda sytuacja i polecił jej złapanie, jakby nie przyjmując sprzeciwu
odwrócił się i odjechał. Postanowiliśmy ruszyć w pościg, a żeby było szybciej,
poprosiliśmy Otra by nam podał te dziwne maszyny na dwóch kołach. Na szczęście
Otr nie jechał z nami, wiec nie wiedział, że jego bak jest pusty. Na jednym
motorze usiadł Manro, a na drugim Lancello. Widząc ze ani ja ani Stein nie
poradzimy sobie biegnąc czy w inny sposób, Manro stworzył z aury coś na wzór
doczepianych siedzisk na kołach do maszyn. W ostatniej chwili przypomniało mu
się też, że zarówno i ja i Stein nie mamy zbyt mocnej głowy, a po mnie pewnie
jeszcze było czuć ostatni spirytus wypity z Avianka i Tashą. Tak, więc by
ochronić nas od oparów z maszyn (ku mojemu rozczarowaniu) na naszych twarzach
pojawiły się dziwne maski, które filtrowały dostające się powietrze do naszych
płuc. Avianka zasiadła na ramieniu Mikura, a JingJang bodajże też gdzieś w jego
pobliżu. Valarad natomiast preferował swoja magię podróży przesuwając się co
chwila o spory kawałek bez tracenia sił z dużą prędkością. Nagle dobiegły nas
dźwięki pogoni. Postanowiliśmy się zatrzymać i powstrzymać pogoń. Avianka wraz
z Valaradem zaś, postanowili dalej podążać za księżniczką. JingJang i Lancello
zaczęli zastawiać pułapki, a my ustawiliśmy się tak, aby jeźdźcy musieli wpaść
w odpowiednie miejsce. Kiedy konni nas dogonili stało się z nimi dosłownie to
co z poprzednimi. Jakoś czuje, nie wiem czemu, że trzeci raz też by to
wypaliło… Kiedy upadli nie mogli się ruszyć, każdy z nich został ogłuszony.
Lancello spytał się, czy mu pomogę. Przeczuwałem, ze cos kombinuje więc się
zgodziłem. Po chwili Lancello wrócił z jakimiś roślinkami i dając mi moździerz
nakazał rozetrzeć rośliny jak najdrobniej, ale nie wdychać oparów od nich.
Wziąłem jak największy oddech tylko mogłem i zacząłem rozcierać rośliny bardzo
szybko. Lancello wziął maź i zaczął nią smarować żołnierzy pod ich oczami. Jak
się dowiedziałem maź ta wdychana wywoływała halucynacje, wsmarowana w oczy
powodowała szczypanie, które ustawało po dosłownym wytarciu oczu. Pod oczami
powodowała delikatne łzawienie. Nie muszę chyba mówić, ze żołnierze wycierając
oczy wprowadzali maź do oczu, a potem… Czasem sądzę, że Lancello wcale nie jest
taki dobry za jakiego się podaje. Ale mi to odpowiada jak najbardziej. Aż miło
jest z nim współpracować. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę za księżniczką. W
końcu dogoniliśmy księżniczkę i Valarada wraz z Avianką. Przez cały czas
mierzyła do nas ze swojej broni strzeleckiej, a gdy Manro zaczął inkantować coś
z aury (jak się potem dowiedzieliśmy, chciał stworzyć krzesła by księżniczka
nie stała) strzeliła w niego bardzo celnie. Potem, gdy tylko próbował się
odezwać kolejna seria z pistoletu leciała w jego stronę. Naprawdę zabawny
dzień. Księżniczka przedstawiła nam swoją wersję. A mianowicie, nie chciała
wychodzić za tamtego człowieka, jak mówiła- zupełnie go nie kochała (jakby to
był problem). Ponadto ślub miał być przykrywką do zatuszowania niewolnictwa i
handlu ludźmi (świetny pomysł). Cóż… wiedziałem już doskonale jak tym
rycerzykom palą się oczy do chwalebnego ratowania czci niewinnej dziewicy… od
tak wierząc jej słowom, a nie słowom króla na przykład. Avianka przegadała ją,
że chcemy tylko pomóc i łaskawie zgodziła się z nami uciec. Księżniczka wraz z Avianką
zaprowadziły jednorożca do ładowni sterowca- jak się okazało, był to fatalny
pomysł, ale o tym niedługo. Podania mówią, że tylko dziewica może dosiadać i
zbliżyć się do jednorożca. Hmm… a więc nie dość, że mogła być szpiegiem Lady
Marian to w dodatku dziewica… Valaradowi na ten widok zaświeciły się oczy- czym
się dziwić, w końcu to pirat, pewnie miał na nią chrapkę. Księżniczka usiadła z
nami przy stole i przeszła szybko do rzeczy składając nam propozycje.
-Zabijcie
księcia i mojego ojca. Nie dojdzie do małżeństwa, przez co nie będzie mogła
działać przykrywka na niewolnictwo i handel ludźmi. W moim księstwie ludzie
będą szczęśliwsi pozbywając się tego tyrana, a na tron zasiądzie mój brat- jest
dobrym człowiekiem i na pewno będzie o wiele lepszym władcą. Z tego co wiem,
tamto księstwo powinno sobie poradzić z władcą, nie wiem zbyt wiele. W zamian
za pomoc otworzę wam wejście do skarbca i będziecie mogli zabrać ile chcecie i
co chcecie.
Widziałem
jak Manro bił się z samym sobą. Z jednej strony miał królobójstwo, z drugiej
zaś przystanie na obecny stan rzeczy. Jak dla mnie mogliśmy pozostawić to tak
jak jest, niech sobie sami radzą z problemami. W dodatku ta tchórzliwa
Konstancja, zamiast sama zabić swojego ojca, skoro jej przeszkadzał, wolała
wykorzystać do tego innych. Sprytne, gdyby szukali winnych. Z drugiej strony i królobójstwo
było mi na rękę- gdyby się o tym dowiedzieli, moje imię w końcu mogłoby stać
się sławne i siać postrach. Kilg-Gha-Kar na pewno zareagowałby nerwowo na taką
wiadomość jeżeli byłby gdzieś w pobliżu. Kilku członków zaproponowało żeby
zgodzić się na propozycje księżniczki. I ja przystałem na to. W końcu i Manro,
chodź z ociąganiem się, ale jednak, się zgodził. Gwarancją naszej obietnicy
miała być księżniczka, która miała być z nami dopóki nie dostaniemy swojego
skarbu za robotę.
Tak też postanowiliśmy obrać
kurs. Niedługo miało odbyć się przyjecie w księstwie jej przyszłego niedoszłego
męża, gdzie miał być i jej ojciec. To tam miała wykonać się nasza kolejna misja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz