wtorek, 6 stycznia 2015

Lady Marian i uciekająca panna młoda

W Marianburgu postanowiliśmy rozprostować trochę kości oraz mnie podleczyć. Ja czując potrzebę zdobycia środków na swoje potrzeby oraz poćwiczenia udałem się do biedniejszej dzielnicy. Wypatrzyłem tam jakiegoś szczurogębowego człowieczka. Idealny by się wyżyć, pomyślałem. „Kasa, albo w ryj” powiedziałem do trepa na mojej drodze. Ten zaczął mi grozić trzęsąc się, że należy do jakiejś mafii czy coś. Świetnie, a więc mogłem poćwiczyć sobie na wielu ludziach. Powtórzyłem propozycję z mojej strony, uderzając go tarczą. Kurdupel padł i zaczął mi wygrażać iż nie mam pojęcia kim on jest. Miał rację. W dodatku nigdy się nie dowiedziałem kim był- trzasnąłem go pawężą robiąc mu gilotynę i odcinając mu głowę. Uśmiechnąłem się na wspomnienie ojca. Kopnąłem ciało do rynsztoku. Przechodząca akurat straż zauważyła to. Wytłumaczyłem się, iż zostałem napadnięty i w afekcie trochę nie wyrobiłem z siłą zabijając biedaka. Oczywiście nie powiedziałem nic o zabraniu mu jego drobnych. Zabrano mnie jednak do aresztu. Dostałem tam do wyboru: łaska władczyni, prace społeczne, albo koło fortuny. Cóż, zawsze lubiłem trochę ryzyka- wybrałem więc koło fortuny. Na moje nieszczęście wybrałem łaskę władczyni i zostałem do niej odtransportowany. W między czasie dowiedziałem się co to za „łaska”. Ciarki mnie przeszły… Ale byli tam też inni, cóż- nigdy nie pokażę przed innymi strachu. To mnie mają się bać! Przybrałem więc postawę iż chce tego i tej nocy z Lady. Dzięki Bogom nic nie pamiętam z tej nocy. Chociaż czuję, że już nie są mi straszne żadne tortury, czy ból… Jednak wolałbym nie wiedzieć w ogóle, że przeżyłem taką noc… Czuje od tamtego momentu, że prześladują mnie wielkie kobiety… są dosłownie w każdym zakamarku, wloką się za mną i obserwują, czyhają na mnie by znów zrobić mi krzywdę… Jak Bogów kocham! Jeszcze trochę i będę zabijał każdą wielka kobieta jaką zauważę! Żadna nie zbliży się do mnie dalej jak na odległość mojej tarczy kiedy będę je zabijał! Brrr , muszę naprawdę uważać! W mieście spotkaliśmy też w międzyczasie krasnoluda, który chciał nam sprzedać jakieś dziwne pojazdy… Elfka, gdy tylko zobaczyła krasnoluda o świetnym poczuciu humoru skierowanym w nią, wyszła natychmiast.  Kilku osobom udało się na nich jeździć, niestety nie mi. Zresztą jak bym miał używać tarczy na czymś tak dziwacznym. Dwa koła, jakaś belka czy też rączka, którą się skręcało, by cała maszyna skręciła… Krasnoludy i ich pomysłowość… chyba tylko Gnomy mogą ich zrozumieć… Był jeden jedyny plus tych machin, a mianowicie były zasilane na krasnoludzki spirytus. Kilku z nas kupiło te motory, a mianowicie Lancello, Manro i Otr. Lancello wiedział o moich i Tashy ciągotach do picia alkoholu, więc zagroził nam łukiem, abyśmy nie wypijali jego kanistra. Cóż… jego nie wypiliśmy, ale ten Otra? Był taki samotny, więc razem z Tashą zaopiekowaliśmy się jego zawartością. W Marianburgu do Manro zgłosiła się pewna Avianka, mówiąc, że jest jego podwładną. Zdziwiło mnie dlaczego Avianka była podwładną tego dziwnego smoka Manro. Ale w sumie… nie obeszło mnie to aż tak, żeby się o to dopytywać. Manro dostał też list , gdzie były wytyczne. Był wyraźnie niepocieszony czytając list. Zabawne.  Co do Avianki miała na imię Griselle. Szerokie plecy, duże piersi, miała najdłuższe nogi świata i jedno oko. Nawet ładna, tylko podejrzanie duża kobieta z niej była… Może przyszła tu śledzić nasze poczynania na polecenie Lady Marian? Podejrzenia mam słuszne- w końcu to kawał baby był, a może i jest? Ale tego się nie dowiem. Postanowiłem na początku przełamać się mimo mojej podejrzliwości do niej i spróbować ją poznać- w końcu wrogów trzeba poznać lepiej jak przyjaciół. I może nawet by się to udało… ale o tym później.
Postanowiliśmy ruszyć dalej w drogę. Rozkoszowałem się spokojem po opuszczeniu naszej załogi tej głupiej Grenadieli czy jak jej było… Razem z Tashą i Griselle piliśmy naprawdę dobrej produkcji spirytus. Czas mijał naprawdę przyjemnie, wreszcie trochę spokoju. Pewnego dnia na sterowcu dobiegły mnie krzyki innych, że pod nami jest jakiś pościg. Kiedy dobiegłem do reszty wszyscy patrzyli przez okienka. Stanąłem obok Steina i popatrzyłem w dół. Moim oczom ukazał się widok uciekającej panny młodej na jednorożcu przed pościgiem konnych jeźdźców. Jeden z jeźdźców był szykownie ubrany, reszta zaś niczym przyboczna straż. Nagle ni z gruchy ni z pietruchy ktoś, bodajże Manro, krzyknął, że musimy ratować pannę młodą bo ucieka i wyraźnie jest w niebezpieczeństwie. Taaak, to na pewno był nasz pokładowy rycerzyk. Nie mogłem oprzeć się i zaraz za nim krzyknąłem:
-Zabijmy pannę młodą! Pościg się skończy, a my polecimy dalej.
Poczułem spojrzenia innych na sobie i rękę Mikura z tyłu swojej głowy. Manro nie czekając wyleciał za pościgiem. Stein wyraźnie nie mógł wytrzymać tylko patrząc. Cały palił się widząc możliwość bitki. Ja miałem wylane na to totalnie, zgryźliwie śmiejąc się, że jeszcze wszyscy zobaczą, że lepiej byłoby zabić pannę młodą. I jak tarcze kocham, przez pewien czas naprawdę tak myślałem. Z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że to jednak nawet się przydało. Ale wszystko w swoim czasie. Nie czekając też ani chwili, podwładna Manro wyleciała za nim. Co więcej! Nagle zauważyłem jak Lancello WYCHODZI ze sterowca. We wcześniejszych walkach widziałem jak wspinał się na ścianę za pomocą jakiś butów, ale schodzenie sobie po powietrzu? Za-je-bi-ste! To pierwsze co przyszło mi na myśl. Schodząc sobie ze sterowca Lancello naciągnął łuk i wystrzelił strzałę z zaklętym czarem pułapki czy jak oni tam to zwali. W każdym razie efekt był bolesny dla jeźdźców jak i nawet dla patrzących na sterowcu mężczyzn. No, poza Mikurem i Maggiusem… Oni tego nie zrozumieją… A mianowicie zaklęcie to sprawiło, że konie z pościgu stanęły dęba. Nie musze chyba tłumaczyć, że jeźdźcy „pojechali” przez chwile jeszcze dalej zahaczając po drodze o łby końskie. Auć!! To było naprawdę skuteczne i wredne- w stylu naszego łucznika. Sterowiec mógł bezpiecznie zawisnąć, a Stein, Maggius, Valarad i ja mogliśmy pójść po drabince na dół do reszty. Trochę nie przemyśleliśmy tego, ponieważ Mikur szedł ostatni… Ale na szczęście tym razem nic nie zepsuł i ze spokojem zeszliśmy na dół. A propos, ten Stein miał świetny talent do psucia prawie wszystkiego czemu się przyglądał. Drużyna tak bardzo bała się tej „złotej rączki” , że nawet urządzili mu specjalny pokój na sterowcu. Ściany wyłożone miękkimi materiałami, a zamiast drzwi- gęsta zasłona. W tym pokoju nie było praktycznie nic z techniki co mogłoby się dać zepsuć. Niestety nie dał nigdy się podpuścić, żeby sprawdził jak wygląda dokładnie każda ścianka. Ale wracając do sytuacji- My zeszliśmy do reszty, a w tym samym czasie Avianka poleciała za panną młodą, która nie przestała uciekać. Z oddali doszły nas strzały z broni palnej. Ale o tym za chwilę. Najpierw Manro podszedł do tego najbardziej szykownego z jeźdźców i zapytał o coś, tamten nie chciał mówić, więc Manro go walnął. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że nasz pokładowy rycerzyk byłby zdolny uderzyć kogoś dla informacji, a jednak. Posypało się parę zębów i ten zaczął coś seplenić. Niestety nic nie dało się zrozumieć, więc Manro za pomocą swojej aury wstawił naszej ofierze zęby. Wspaniały krzyk bólu rozniósł się w okolicy. Ten list o Aviance musiał naprawdę nerwowo wpłynąć na tego obońce dobra i prawa Manro. Mężczyzna nadal nic nie mówił, jęczał z bólu, aż chciało się pomęczyć go dalej. Jego mniej bogato ubrani towarzysze patrzyli na to z przerażeniem. Zaczęliśmy starać się uspokajać sytuacje kiedy nadjechał kolejny orszak- o wiele bardziej liczny jak i okazalszy. Jak się okazało był to król. Nie przedstawił się nam, a nawet jeżeli to zrobił… cóż, jego imię jest teraz dla mnie bardzo nieistotne. Powiedział nam, że kobieta, która ucieka jest jego córką, a mężczyzna który jęczy z bólu to książę, który miał ją poślubić z sąsiedniego księstwa i zapewnić połączenie obu księstwom. Trochę to było dla mnie pokrętne. Po co wydawać za mąż kogoś żeby połączyć księstwa? Czy nie lepiej byłoby po prostu siłą podbić sąsiadów i okazać tym samym kto tu rządzi? Zwyczaje ludzkie zawsze będą mnie bawiły. Król zapytał się kto pobił tak księcia. Wszyscy żołnierze równo wskazali na Manro. Z ledwością powstrzymałem się od śmiechu kiedy spojrzałem na minę Manro. Gdyby zaproponowali jego ścięcie za zniewagę księcia, jako pierwszy prosiłbym o posadę kata w tym księstwie. W tym momencie przyleciała Avianka i nie bacząc na nic wypaliła:
-Ta suka mnie postrzeliła!
Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Mi uśmiech nie znikał z gęby- tyle zabawy w jednym momencie. Król podirytowany spojrzał na Griselle:
-To moja córka.
Wyjaśnił nam jak wygląda sytuacja i polecił jej złapanie, jakby nie przyjmując sprzeciwu odwrócił się i odjechał. Postanowiliśmy ruszyć w pościg, a żeby było szybciej, poprosiliśmy Otra by nam podał te dziwne maszyny na dwóch kołach. Na szczęście Otr nie jechał z nami, wiec nie wiedział, że jego bak jest pusty. Na jednym motorze usiadł Manro, a na drugim Lancello. Widząc ze ani ja ani Stein nie poradzimy sobie biegnąc czy w inny sposób, Manro stworzył z aury coś na wzór doczepianych siedzisk na kołach do maszyn. W ostatniej chwili przypomniało mu się też, że zarówno i ja i Stein nie mamy zbyt mocnej głowy, a po mnie pewnie jeszcze było czuć ostatni spirytus wypity z Avianka i Tashą. Tak, więc by ochronić nas od oparów z maszyn (ku mojemu rozczarowaniu) na naszych twarzach pojawiły się dziwne maski, które filtrowały dostające się powietrze do naszych płuc. Avianka zasiadła na ramieniu Mikura, a JingJang bodajże też gdzieś w jego pobliżu. Valarad natomiast preferował swoja magię podróży przesuwając się co chwila o spory kawałek bez tracenia sił z dużą prędkością. Nagle dobiegły nas dźwięki pogoni. Postanowiliśmy się zatrzymać i powstrzymać pogoń. Avianka wraz z Valaradem zaś, postanowili dalej podążać za księżniczką. JingJang i Lancello zaczęli zastawiać pułapki, a my ustawiliśmy się tak, aby jeźdźcy musieli wpaść w odpowiednie miejsce. Kiedy konni nas dogonili stało się z nimi dosłownie to co z poprzednimi. Jakoś czuje, nie wiem czemu, że trzeci raz też by to wypaliło… Kiedy upadli nie mogli się ruszyć, każdy z nich został ogłuszony. Lancello spytał się, czy mu pomogę. Przeczuwałem, ze cos kombinuje więc się zgodziłem. Po chwili Lancello wrócił z jakimiś roślinkami i dając mi moździerz nakazał rozetrzeć rośliny jak najdrobniej, ale nie wdychać oparów od nich. Wziąłem jak największy oddech tylko mogłem i zacząłem rozcierać rośliny bardzo szybko. Lancello wziął maź i zaczął nią smarować żołnierzy pod ich oczami. Jak się dowiedziałem maź ta wdychana wywoływała halucynacje, wsmarowana w oczy powodowała szczypanie, które ustawało po dosłownym wytarciu oczu. Pod oczami powodowała delikatne łzawienie. Nie muszę chyba mówić, ze żołnierze wycierając oczy wprowadzali maź do oczu, a potem… Czasem sądzę, że Lancello wcale nie jest taki dobry za jakiego się podaje. Ale mi to odpowiada jak najbardziej. Aż miło jest z nim współpracować. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę za księżniczką. W końcu dogoniliśmy księżniczkę i Valarada wraz z Avianką. Przez cały czas mierzyła do nas ze swojej broni strzeleckiej, a gdy Manro zaczął inkantować coś z aury (jak się potem dowiedzieliśmy, chciał stworzyć krzesła by księżniczka nie stała) strzeliła w niego bardzo celnie. Potem, gdy tylko próbował się odezwać kolejna seria z pistoletu leciała w jego stronę. Naprawdę zabawny dzień. Księżniczka przedstawiła nam swoją wersję. A mianowicie, nie chciała wychodzić za tamtego człowieka, jak mówiła- zupełnie go nie kochała (jakby to był problem). Ponadto ślub miał być przykrywką do zatuszowania niewolnictwa i handlu ludźmi (świetny pomysł). Cóż… wiedziałem już doskonale jak tym rycerzykom palą się oczy do chwalebnego ratowania czci niewinnej dziewicy… od tak wierząc jej słowom, a nie słowom króla na przykład. Avianka przegadała ją, że chcemy tylko pomóc i łaskawie zgodziła się z nami uciec. Księżniczka wraz z Avianką zaprowadziły jednorożca do ładowni sterowca- jak się okazało, był to fatalny pomysł, ale o tym niedługo. Podania mówią, że tylko dziewica może dosiadać i zbliżyć się do jednorożca. Hmm… a więc nie dość, że mogła być szpiegiem Lady Marian to w dodatku dziewica… Valaradowi na ten widok zaświeciły się oczy- czym się dziwić, w końcu to pirat, pewnie miał na nią chrapkę. Księżniczka usiadła z nami przy stole i przeszła szybko do rzeczy składając nam propozycje.
-Zabijcie księcia i mojego ojca. Nie dojdzie do małżeństwa, przez co nie będzie mogła działać przykrywka na niewolnictwo i handel ludźmi. W moim księstwie ludzie będą szczęśliwsi pozbywając się tego tyrana, a na tron zasiądzie mój brat- jest dobrym człowiekiem i na pewno będzie o wiele lepszym władcą. Z tego co wiem, tamto księstwo powinno sobie poradzić z władcą, nie wiem zbyt wiele. W zamian za pomoc otworzę wam wejście do skarbca i będziecie mogli zabrać ile chcecie i co chcecie.
Widziałem jak Manro bił się z samym sobą. Z jednej strony miał królobójstwo, z drugiej zaś przystanie na obecny stan rzeczy. Jak dla mnie mogliśmy pozostawić to tak jak jest, niech sobie sami radzą z problemami. W dodatku ta tchórzliwa Konstancja, zamiast sama zabić swojego ojca, skoro jej przeszkadzał, wolała wykorzystać do tego innych. Sprytne, gdyby szukali winnych. Z drugiej strony i królobójstwo było mi na rękę- gdyby się o tym dowiedzieli, moje imię w końcu mogłoby stać się sławne i siać postrach. Kilg-Gha-Kar na pewno zareagowałby nerwowo na taką wiadomość jeżeli byłby gdzieś w pobliżu. Kilku członków zaproponowało żeby zgodzić się na propozycje księżniczki. I ja przystałem na to. W końcu i Manro, chodź z ociąganiem się, ale jednak, się zgodził. Gwarancją naszej obietnicy miała być księżniczka, która miała być z nami dopóki nie dostaniemy swojego skarbu za robotę.
                Tak też postanowiliśmy obrać kurs. Niedługo miało odbyć się przyjecie w księstwie jej przyszłego niedoszłego męża, gdzie miał być i jej ojciec. To tam miała wykonać się nasza kolejna misja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz