Wraca mi przytomność... Pierwsze co czuję to zdrętwienie kończyn, twarde podłoże i kołysanie. I cholerny ból głowy. Musiałem trzasnąć czaszką o podłogę. Pierwsze co słyszę to skrzypienie kół wozu i śpiew ptaków. Otwieram oczy i widzę plecy powożącego wozem i wtedy wraca mi pamięć. Moi kochani braci zdecydowali się przyjechać po mnie i zabrać mnie do domu. Szkoda tylko że powitali mnie sierpowym w twarz i wiozą teraz niewygodnie na deskach wozu i związanego niczym jakieś zwierzę. No już ja wam się kiedyś odpłacę, rozejrzyjmy się tylko po obecnej sytuacji...
Powozi mój najstarszy brat - Primus. Jego długie jasne włosy spływały po jego szerokich barkach a na plecach jego szaty był wyhaftowany symbol naszej rodziny - kwiat lotosu. Podśpiewywał coś sobie wesoło podczas powożenia i zdawał się być w dobrym humorze, gadzina jedna. Jeśli nawet zauważył, że się obudziłem to nie dawał po sobie tego poznać. Primus był ode mnie o całe 57 lat starszy i trudno uwierzyć, że ten luzak potrafi być również odpowiedzialny a ojciec dba aby jego wykształcenie obejmowało wszystko co może być potrzebne nowej głowie rodziny.
Z boku usłyszałem parskanie konia. I to nie byle jakiego. Był to postawny bojowy ogier o barwie palonego drewna a dosiadać go w obecnej mogła tylko jedna osoba - mój trzeci starszy brat Praefec. Uniosłem lekko głowę i dostrzegłem jego wyprostowaną sylwetkę. Jak zwykle sztywny jakby połknął kij od szczotki. Włosy nosił jak zwykle ścięte krótko pod hełm a przewieszoną przez plecy nosił swoją ulubioną broń - daikatanę. Jego spojrzenie błądziło co chwila po krawędziach traktu i przydrożnych zaroślach. Wiecznie czujny, wiecznie wypatrujący zagrożeń. No w końcu od dziecka wychowywany był na żołnierza, dowódcę i stratega. Ale chyba zbyt poważnie pochodził do swej roli jako potencjalnego dowódcy królewskich oddziałów Sil Run. Obolała szczęka odezwała tępym bólem i nagły przebłysk pozwolił mi sobie przypomnieć, że to własnie on zgasił mi światło celnym ciosem. Normalnie nie zrobiłby tego tak łatwo ale długie godziny nauki teorii magii, alchemii oraz usługiwania obu trupom doprowadziły mnie na tyle blisko stanu wyczerpania że zgasił mnie jednym ciosem. Jeszcze mu za to odpłacę...
W tym momencie usłyszałem gdzieś za sobą szelest materiału i gwałtownym ruchem odwróciłem w tamtą stronę głowę przy wtórze chrupania kręgów szyjnych. Zobaczyłem tam mojego czwartego brata siedzącego ze skrzyżowanymi nogami i pogrążonego w medytacji. Incatusowi zawsze zazdrościłem tego że on mógł się kształcić w magii ale też jego celem było zostanie królewskim magiem i w tym się szkolił. Talent magiczny przychodził mu naturalnie i bardzo szybko przyswajał nowe zaklęcia. Co mi przypomniało że podczas pobytu i słonecznych elfów ja nie nauczyłem się żadnego a jedynie opanowałem trochę teorii. Przez dwa miesiące nic tylko nauka teorii. Mogłem się spodziewać, że mnie wytropią w ciągu takiego czasu. Niby jest to dość czasu by wieści zawędrowały do Sil Run i uszu mojej kochanej rodzinki oraz na ich wycieczkę by zabrać mnie z Sol Domini ale mógłbym postawić mój łuk na to że słoneczne dranie mnie wydały.
Apropos talentów, brakowało jedynie mojego drugiego starszego brata ale na szczęście Aec'Khato Veritari nie przebywał nigdzie w pobliżu. Urodził się pod znakiem fatum i według przepowiedni miał sprowadzić nieszczęście na naszą rodzinę i nasze miasto i to z jego powodu byłem szkolony na przeklętego zbawcę. Jednak kochany braciszek zwiał na martwe ziemie kiedy ja miałem zaledwie 10 lat i nie pamiętam go zbyt dokładnie. Muszę jednak przyznać że z tego skurczybyka był prawdziwy geniusz. Za cokolwiek się wziął, robił to perfekcyjnie. Opanowanie magii, mocy i wszelkich broni przychodziło mu z niespodziewaną łatwością a jedynymi jego słabościami były łuki oraz walka wręcz których nigdy nie opanował i przed którymi nie potrafił się dobrze bronić i dlatego właśnie trenowano mnie w używaniu broni strzeleckich. Cóż, niewielu wraca z martwych ziem i mam nadzieję że brat także nie wróci.
Powrót do domu
Dzięki niech będą równowadze za to że przybyliśmy do miasta nocą bo nie zniósłbym takiego upokorzenia jakim było wiezienie mnie związanego na wozie przez środek dnia. I tak te parę osób, które nas widziało przyglądało się z większą ciekawością niż uznałbym to za komfortowe. Gdy już dotarliśmy do domu i zostałem zrzucony na dywany jak jakiś tobół. Po spojrzeniu w górę ujrzałem patrzących na mnie rodziców. Mars pasował do czoła ojca całkiem nieźle a na jego młodym obliczu malowała się dezaprobata. Muszę tu wspomnieć że ojcu niedawno stuknęło dopiero 200 lat a też nie wyglądał na taki wiek i wyglądał bardziej na naszego brata niż rodziciela. Stanowisko głowy rodziny objął w sumie niedawno bo jedynie pół wieku temu ale już zyskał reputację zdolnego zarządcy. Matka jest od niego niewiele młodsza a jej uroda była wręcz nieprzeciętna. Zawsze cechowała się delikatnością i współczuciem a uwielbiali ją dosłownie wszyscy. Teraz patrzyła na mnie zatroskanym wzrokiem kiedy ojciec zaczął swoją tyradę o odpowiedzialności i powinnościach jakie na mnie ciążą. Słuchałem tego przewracając oczyma z miną męczennika a matka zaczęła prosić ojca by się uspokoił. Ten warknął na nią i zaraz skurczyła się w sobie ze łzami w oczach a gdy ojciec przypadł do niej i zaczął ją przepraszać na kolanach (matka była drobną kobietą mierzącą jedynie 165 cm) a na jej ustach zagościł lekki uśmieszek tryumfu a ja zostałem rozwiązany.
Za rodzicami stały dwie moje siostry a odgłos drzwi wejściowych otwartych serdecznym kopem zwiastował że wróciła do domu i trzecia. Moja kochana siostra bliźniaczka wparowała właśnie do sali tronowej i tylko mnie zobaczywszy podeszła z gracją polującej pantery oraz uderzyła mnie w żebra. Tak na powitanie, z uczuciem. Artemi'i urodziła się trochę ponad 12 godzin po mnie i kiedy moje przyjście na świat miało miejsce mniej niż godzinę przed zmianą Gwiazdy Przeznaczenia na Fatum to ona urodziła się już świcie pod znakiem Króla. Można było nazwać ją chłopczycą gdyby nie tej jej ukryty głęboko wdzięk i piękno. Po prostu tak samo jak ja odrzucałem bohaterstwo, tak samo ona odrzucała bycie panienką. Dużo czasu spędzała na polowaniach i innych aktywnościach na świeżym powietrzu.
Moja druga siostra była damą w pełnym tego słowa znaczeniu. Wchłonęła całkowicie wszelkie dobre wychowanie jakie tylko moi rodzice jej zapewniali. Wyszła przez to trochę sztywna ale na pewno godnie się zachowująca piękność. Silica miała dopiero 20 lat i nie była pełnoletnia ale już zbierała się kolejka potencjalnych adoratorów. I wcale mnie to nie dziwi ponieważ posiadała nieprzeciętną urodę, piękne głębokie oczy, delikatne rysy twarzy, ładnie wykrojone wargi oraz długie złote włosy. Mam nadzieję że bracia dobrze jej pilnują przed innymi chłopcami.
Obok Silici stała Brianna, moja najmłodsza siostrzyczka i oczko w głowie całego domostwa. Wszyscy wokół uwielbiali tą wesołą i aktywną dzieweczkę pomimo jej różnych wybryków i wygłupów. Niegdyś jeden z jej pomysłów skończył się przemalowaniem całego głównego hallu oraz koniecznością przebrania się kilku gości kiedy wrzuciła krasnoludzki fajerwerk między beczki win które właśnie dostarczyli handlarze. Cała afera na szczęście rozeszła się po kościach a Brianna dostała jedynie zakaz zbliżania się do fajerwerków przez tydzień bo rodzice zawsze puszczali jej wszystko płazem. na szczęście nie zrobiła się przez to rozpieszczona bo nie dałoby się wtedy wytrzymać.
Rewanż
Przez kolejne tygodnie zachowywałem się jak na wzorowego elfa szkolonego na bohatera przystało - uczęszczałem na szkolenia, zawody, turnieje, przyjęcia i co tylko mojemu ojcu do głowy przyszło. Jeśli sądzicie że zrobiłem to z posłuszeństwa to się grubo mylicie ponieważ czekałem tylko aż echa mojej ucieczki znikną i wszyscy już opuszczą gardę na tyle bym mógł się na nich odegrać. Cierpliwe obserwacje pozwoliły mi wybrać pierwszą ofiarę mojej słodkiej zemsty.
Było to właśnie podczas jednych z moich licznych szkoleń na strzelnicy poza miastem gdy pojawił się tam Praefec - on i garnizon strażników królewskich mieli właśnie odbywać swoje regularne ćwiczenia łucznicze a pomysł jak się na nim odegrać sam wpadł mi do głowy. Subtelnie usunąłem się z pola widzenia zanim brat zarejestrował moją obecność i pozbierałem pełną garść kamyków a następnie ukryłem się za skrzyniami na linii tarcz oczekując momentu kiedy mój braciszek wyjdzie na przód by popisać się swoimi umiejętnościami. Usłyszałem doping strażników i wyjrzałem lekko zza skrzyń by widzieć moment strzału. Brat przybrał postawę perfekcyjną w każdym calu i wręcz mistrzowsko naciągnął i ustawił łuk - musiał trafić. Chwilę później usłyszałem brzęk cięciwy a strzała poleciała nad murem. Kolejna ledwie musnęła tarczę. Trzecia trafiła w skraj tarczy na sąsiednim torze a czwarta i piąta wbiły się w ziemię pod tarczą. Usłyszałem szemrania a brat odstąpił na bok wśród szeptów i pomrukiwań strażników, pełen frustracji nie wiedząc czy to wina jego czy łuku i zaczął sprawdzać broń. Odłożyłem te kamyczki które mi zostały. Rzucanie nimi w momencie strzału tak by trafiły w pocisk posłany przez brata w teorii nie było takie trudne ponieważ zawsze strzelał i trafiał w środek jedna zgranie tego w czasie wymagało nadal ode mnie nie lada koncentracji. Po chwili, która poświęciłem na uspokojenie się i obejście toru dookoła, wyszedłem zza strażników i podszedłem do brata.
- Witaj Bracie - powiedziałem i uśmiechnąłem się kącikami ust - widziałem że niespecjalnie Ci dzisiaj idzie.
- To chyba ten łuk... Możliwe że cięciwa się poluźniła ale zaraz to sprawdzę - usłyszałem lekkie
powarkiwanie w jego głosie i uśmiechałem się szerzej wiedząc że nie cierpi jak się z niego drwi.
- Daj, sprawdzę i pokażę Ci jak się strzela - odpowiedziałem niedbale i porwałem łuk zanim zdążył
odpowiedzieć. Oj tak, był to naprawdę wyśmienity sprzęt. Cięciwa była oczywiście w porządku więc
stanąłem na linii przed tą sama tarczą i nastała cisza. Wszyscy zwrócili swe oczy na mnie a ja
postanowiłem dać im niezłe przedstawienie. Specjalnie przyjąłem dość niedbałą i lekceważącą postawę jakby to co robiłem było niemal niegodne uwagi i zacząłem strzelać. Pierwsza strzała poleciała w sam środek. Podobnie druga, trzecia, czwarta i piąta, każda rozszczepiając poprzednią. Opuściłem łuk i wśród pochwał i oklasków oddałem go bratu po czym sam się oddaliłem. Wiedziałem że przez jakiś czas bat będzie obiektem żartów i że ten dzień zapamięta na długo.
Kolejnym celem był Incantus. Od brata na pewno już usłyszał jak wystawiłem go na pośmiewisko lecz zbagatelizował sprawę zwalając to na gorszy dzień Praefeca i tłumacząc to moimi zdolnościami strzeleckimi. Dało mi to możliwość knucia bez bycia obserwowanym a okazja nadarzyła się bardzo szybko. Incantus bowiem nadal studiował i zgłębiał magie i inne nauki a tego dnia miał właśnie lekcje alchemii ze swoim mentorem. Warzyli coś przy kociołkach w głównej pracowni do której wszyscy mieli dostęp. Brat zawsze lubił sprawiać wrażenie takiego co zna się na wszystkim czym się interesuje więc od kilku minut miałem okazję obserwować jego poirytowaną twarz kiedy głowił się nad jakimś problemem z recepturą, który podrzucił mu nauczyciel. Powiem otwarcie, że wcale nie była to prosta sprawa lecz lekcje od pokręconego lisza akurat pokrywały ten temat wyczerpująco. Podszedłem więc do braciszka i cicho się odezwałem
- Jakiś problem, Bracie? - starałem nadać głosowi zatroskany ton mimo tego że miałem ochotę się uśmiechnąć
- Odejdź Kyrlan, nie znasz się na tym i nie potrzebuję Twojej pomocy - odburknął.
- Ależ to jest proste - powiedziałem ignorując Jego słowa i nachylając mu się przez ramię jakbym chciał przeczytać notatki - dodaj destylowany jad wiwerny oraz wyciąg z mandragory.
- Bahdzo dobrze, bahdzo dobrze. Taki młody a się zna - stwierdził mentor kiedy podniosłem się znad notatek. Brat wykrzywił nos na kwintę a nauczyciel zaczął dawać mu wykład o zastosowaniu obu składników więc obaj nie zauważyłem jak podmieniłem etykiety kilku proszków. Gdy zapuściłem żurawia do notatek brata, widziałem co ma być następnym eksperymentem więc dopilnowałem teraz by był wręcz wybuchowy. podziękowałem instruktorowi za pochwałę i czym prędzej oddaliłem się z pracowni, nie chcąc być na miejscu kiedy brat zmiesza substancje. Pięć minut później do moich uszu doszedł odgłos donośnej eksplozji a ja mogłem odejść dalej w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Ostatnia ofiara sprawiała największe trudności, gdyż Primus zaczął się pilnować oraz zawsze starał się wiedzieć gdzie się znajduję. Tak jakbym nie zauważył tych dyskretnych spojrzeń i szeptów wymienianych przez Jego asystentów kiedy mnie śledzili. A raczej próbowali. Jednak nadal nie mogłem znaleźć najmniejszego punktu zaczepienia by dopiec bratu. Minął już tydzień a wciąż nie miałem najmniejszego choćby pomysłu kiedy do mych uszu dobiegły dwa znajome głosy. Cichaczem podszedłem do okna i zacząłem podsłuchiwać. Okazało się, że w odwiedziny przyjechała narzeczona Primusa a on akurat tego dnia miał się spóźnić. Uśmiechnięty od ucha do ucha zszedłem na dół jakby nigdy nic i zastałem je obie nadal podczas rozmowy i poprosiłem o wyjaśnienie problemu. Gdy tylko dowiedziałem się tego co już słyszałem z góry zaproponowałem Extinie, że to ja ją oprowadzę i zabawią do czasu przyjazdu mojego brata. Matka miała pewne wątpliwości i zerkała na mnie podejrzliwie ale sama akurat tego dnia miała zbyt wiele na głowie by zabawiać gościa a Extina przyjęła moją propozycję ze szczerym entuzjazmem więc sprawa została przesądzona. Przez większość dnia dotrzymywałem jej towarzystwa spacerując po ogrodzie, śpiewając pieśni i recytując wiersze, podarowałem jej kwiaty i zabawiałem przy posiłku oraz na jej życzenie popisałem się rzucaniem nożami. Wieczorem kiedy Primus już wrócił i przejął ode mnie swą narzeczoną został wielokrotni upomniany, że powinien nauczyć się co nieco od młodszego brata jak zabawiać damę i okazywać jej należną atencję. Brat spąsowiał zakłopotany i zaczął bąkać jakieś przeprosiny lecz Extina była nieugięta a ja oddaliłem się z lekkim uśmieszkiem. Z tego co mi było wiadomo, przypominała mu jak świetnie się nią zaopiekowałem i jak powinien brać ze mnie przykład przez kolejnych kilka miesięcy jak tylko ją w czymś zaniedbał. Zemsta była moja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz