Nocny gość
Nie było mi dane zbyt długo pospać. Najpierw spędziłem czas na gapieniu się w sufit zanim w końcu udało mi się zasnąć. Nie wiem na jak długo gdyż jakoś w nocy obudził mnie odgłos kroków na korytarzu a że akurat rzucałem się niespokojnie w czasie śnienia standardowego zestawu koszmarów to odgłos pukania sprawił że zerwałem się z posłania ze sztyletem w dłoni, gotów do dźgnięcia mojego brata, który w tych koszmarach gościł. Dopiero chwilę później przypomniałem sobie gdzie jestem więc odłożyłem broń na stolik i szybko poprawiłem łóżko zanim podszedłem do drzwi. Ubrany byłem wprawdzie jedynie w luźne, sięgające kolan spodnie ale nocny spacerowicz będzie musiał przeboleć mój brak pełnego ubioru, w końcu ledwie przed chwilą jeszcze spałem. Gdy otwarłem drzwi zobaczyłem kto przyszedł do mnie z wizytą; ku mojemu zaskoczeniu była to Vivienne.
Chwilę tak stała przyglądając mi się, zapewne zaskoczona moim wyglądem i czułem jej spojrzenie wędrujące po moim torsie i ogniskujące się na skośnej bliźnie która biegła od lewego obojczyka do prawego biodra szeroką i poszarpaną linią. Po chwili oderwała od niej wzrok i spojrzała mi w twarz, zapewne patrząc na bliznę u nasady nosa a następnie na moment mrugnęła i spojrzała mi w oczy zanim przemówiła.
– Lancello, bardzo cię przepraszam, że przychodzę tak późno… ale mam już dość koszmarów… masz jeszcze trochę tej mikstury, którą ostatnio mi… podałeś? – spytała a ja usunąłem się z drogi i zaprosiłem ją do środka i zamknąłem za nią drzwi.
Vivienne stanęła pośrodku pokoju i chyba nie wiedziała za bardzo co ze sobą zrobić i jedyni rozglądała się po pokoju więc gestem zaprosiłem by usiadła na łóżku a ja sam odwróciłem się by sięgnąć i przysunąć sobie krzesło a następnie usiadłem na nim okrakiem, nie dając po sobie poznać że znów czułem jej spojrzenie na moim ciele.
– Przepraszam, że cię obudziłam – powiedziała gdy już usiadłem
– Nic się nie stało – spojrzałem na nią ciekawie opierając się na krześle – interesuje mnie raczej powód twojej wizyty.
– Ciągle mam koszmary, już wcześniej mi się zdarzały, ale od Dverg Morke pojawiają się co noc, z każdym razem coraz straszniejsze, okrutniejsze... nie chcę już tego oglądać, chciałabym w końcu móc spokojnie przesypiać noce, ta mikstura od ciebie... masz jeszcze? – spytała cicho a ja nie mogłem nie zauważyć jak dłońmi gniotła materiał sukni. Musiała być bardzo zdenerwowana a koszmary dawać się porządnie we znaki że szukała pomocy u mnie.
– Mówiąc szczerze, wolałbym ci jej więcej nie podawać – westchnąłem i spojrzałem na nią z troską; to nie były łagodne mikstury – sen po niej jest mało krzepiący i nie daje dobrego odpoczynku, w ciągu paru dni się wykończysz.
– Ale na pewno jest i tak o wiele bardziej krzepiący niż brak snu... budzę się często około północy, czasami trochę później i nie mogę zasnąć do samego rana... nie daję już rady, naprawdę, nie potrafię – powiedziała lekko łamiącym się głosem a gdy opuściła głowę zauważyłem szklące się oczy i łzy ściekające jej po policzkach. Sięgnąłem więc do szuflady i wydobywszy chusteczkę by ją podać dziewczynie a ta wzięła materiał i zaczęła obcierać łzy. Postanowiłem rozładować trochę napięcie opowiadając jej odrobinę o sobie i ją uspokoić.
– Też miewam koszmary, więc rozumiem, o co ci chodzi – wyznałem a Vivienne spojrzała na mnie zaskoczona – mogę dać ci miksturę, z której sam korzystam – wychyliłem się i chwyciłem karafkę z nocnego stolika i zakręciłem nią a zielonkawy płyn znajdujący się w środku zatańczył na jej ściankach.
– Ty… ty też? – wydukała cichutko jednak nie dość cicho bym jej nie usłyszał
– No tak… każdy ma jakieś wspomnienia lub rzeczy, które go nawiedzają, ja również – wzruszyłem ramionami i ponownie oparłem się na krześle. Usiadłem odrobinę wygodniej i wtedy zauważyłem wpatrującą się we mnie Vivienne.
– Tak, ta blizna jest związana z tym wspomnieniem, zauważyłem już wcześniej, że spoglądałaś – odpowiedziałem na niezadane pytanie, które wręcz wisiało w powietrzu.
– Przepraszam, ja nie chciałam… po prostu – usłyszałem mamrotanie Vivienne i zawstydzona opuściła wzrok a ja zaśmiałem się lekko gdy mówiłem aby ją uspokoić.
– Nie przejmuj się, wiem jak wygląda. Paskudna, nie?
– Nie, wcale nie! – zaprzeczyła szybko, a nawet bardzo szybko. Albo rzeczywiście tak uważała albo naprawdę były szpecące i tylko mi współczuła. Nie miało to jakiegoś wielkiego znaczenia; przywykłem.
– Skoro tak uważasz – powiedziałem spokojnie i spojrzałem na nią z odrobiną ciekawości widząc skromną szansę w poprawie sytuacji w rozmowie – mam pomysł. Jeśli jesteś ciekawa, to opowiem ci o moim koszmarze, a ty opowiesz swój. Może ci to pomoże, jak nie, podzielę się z tobą miksturą – rzuciłem propozycję a dziewczyna zamilkła zastanawiając się nad ofertą.
– Możemy spróbować – usłyszałem po chwili szept i pociągnęła nosem – chcesz zacząć?
– Mogę zacząć – zgodziłem się i na te parę chwil wróciłem do tamtego znienawidzonego momentu i dopiero po chwili byłem w stanie opowiadać – eh… to było dawno… bardzo dawno temu. Walczyłem z potężnym przeciwnikiem, lecz byłem za słaby, to on dał mi te blizny – wskazałem na posiadane blizny a gdy wznowiłem opowiadanie moja twarz musiała zmienić wyraz gdyż zauważyłem nieznaczne drgnięcie powiek mojej słuchaczki – Zabił drogą mi osobę, która próbowała mnie ratować. Często we śnie widzę właśnie jej martwe ciało w mych ramionach i jej krew spływającą po mych rękach… wtedy krzyczę z całych sił i padam wyczerpany. Zwykle wtedy się budzę – skończyłem i zmusiłem się by wrócić spojrzeniem do chwili obecnej i siedzącej przede mną towarzyszki.
– Przykro mi – wyszeptała i ku mojemu zdziwieniu spojrzała mi w oczy.
– To było dawno temu. Czasem to zabawne, że koszmary mogą ścigać kogoś przez ponad sto lat.
– Sto lat – chyba usłyszałem zdziwienie w jej głosie,
– No co? Jestem w końcu elfem – odpowiedziałem wzruszając ramionami i uśmiechnąłem się kącikami ust – i tak nadal jestem młody - naprawdę byłem jeszcze młody.
– Dla mnie to niewyobrażalna ilość czasu – przyznała.
– Cóż… być może – powiedziałem spokojnie nadal wpatrując się w jej niebieskie oczy – twoja kolej – powiedziałem a jej spojrzenie uciekło gdzieś w bok.
– Mnie koszmary męczą dopiero od paru miesięcy – zaczęła – widzę za każdym razem moją małą córkę, trzymam ją na rekach, jest cała we krwi, jej oczy... niebieskie jak moje... choć zdaje się, jakby na mnie patrzyła, widać, że nie ma w nich blasku, są puste, jak oczy lalki... ciągle mi się to śni – jej głos zaczął drżeć a oczy znów wpatrzone we mnie zachodzić łzami – każdej nocy to widzę… i brata... często pojawia się też Bugdush, śmiejący się z mojego bólu... cieszący się z niego... on potrafi przynosić tylko ból, cierpienie i strach... nie jest zdolny nieść niczego innego... nigdy nie był... czasami jeszcze pojawiają się wspomnienia z dawna, sprzed mojej śmierci w Felmarii... tam stałam się wampirem... ale wcześniej... to co ze mną robili... – szeptała – a ja wciąż byłam świadoma, niemal wszystko pamiętam i też nie raz mi się to śni... ale nigdy nie miałam aż tylu koszmarów, jak teraz... teraz śni mi się wszystko na raz… – skończyła i zaczęła obcierać łzy mimo napływających kolejnych. Naprawdę było mi jej żal i współczułem jej więc by ją pocieszyć wstałem z krzesła i zamiast tego usiadłem na łóżku obok niej i delikatnie objąłem ją ramieniem.
– Już w porządku, jesteś wśród przyjaciół - zapewniłem.
Vivienne wtuliła głowę w moje ramię i lekko objęła mnie ramionami gdy zaczęła szlochać. Był to szloch załamanej, zmęczonej, skrzywdzonej i zaszczutej dziewczyny i chyba tylko ktoś pozbawiony serca mógłby jej nie współczuć. Moje było wprawdzie dość zimne ale na pewno je miałem więc naprawdę chciałem jej jakoś ulżyć i pomóc.
– Ja już nie daję rady, nie mam już sił… - szlochała.
– Ciii… spokojnie, obronimy cię, wszystko będzie dobrze – mówiłem głaszcząc jej włosy i gładząc ja po plecach.
– Ja jej nie potrafiłam obronić, nie dałam rady – szeptała – nie zasłużyłam na waszą pomoc…
– Ciii… spokojnie. Pomogę ci, jak tylko będę mógł – powiedziałem i podniosłem porzuconą chusteczkę by zacząć wycierać jej łzy nadal tuląc do siebie.
– Nie powinieneś… nie zasługuję…
– Spokojnie, Vienna – szepnąłem skracając sobie jej imię i odgarnąłem z jej policzka kosmyk włosów – dlaczego tak sądzisz?
– Nie mogę ci powiedzieć – powiedziała z większą stanowczością i odsunęła się szybko tak że jej włosy opadły w dół kryjąc ją jakby za zasłoną – po prostu uwierz mi… nie zasługuję, byś mi pomagał… ale mimo to proszę, bo nie radzę sobie z tym, co zrobiłam…
– Już w porządku – powiedziałem wstając z łóżka.
Podszedłem do stolika chwytając po drodze pustą karafkę i odkorkowałem tą, która już tam stała. Zapach ziołowego napitku rozszedł się szybko po pokoju a ja spokojnie przelałem połowę zawartości ze swojej karafy do tej mniejszej po czym zakorkowałem obie i odstawiłem swoją na jej miejsce na stoliku. Wziąłem też miksturę działającą uspokajająco. Biedne dziewczę miało nie lada problemy z życiem i ze sobą a biorąc pod uwagę jej młody wiek i świeżość wydarzeń, nie sądziłem by potrafiła sobie z tym poradzić bez pomocy; mojej lub mikstur. Czasami dobrze jest żyć długo. Można się wtedy nauczyć kontroli nad własną osobą i zyskać o wiele więcej pomocnych doświadczeń i umiejętności. Co prawda ja swoje zdobyłem dopiero wśród Vagant'In Tenebri, nie zmieniało to jednak faktu że posiadałem nad Vivienne w tym polu sporą przewagę i wiedziałem że póki sama nie zaakceptuje siebie i swoich czynów, nie będzie w stanie trochę uspokoić swych lęków i koszmarów. Po chwili stanąłem znów przy łóżku i podałem jej dwie karafki. Vivienne nie szlochała już tak bardzo ale ciężko byłoby powiedzieć, że się uspokoiła.
– Proszę – powiedziałem i zacząłem wyjaśniać działanie mikstur – jedno ma działanie uspokajające – potrząsnąłem ciemnym naczynkiem – drugie to mikstura, którą też sobie robię - lekki środek, który pozwala trochę odpocząć. Niestety kosztem pełnego snu. Dla elfa to nic ale człowiek z pewnością poczuje to inaczej - Pamiętaj, żeby żadnej z nich nie pić więcej niż szklankę na raz. - przestrzegłem
– Dobrze, dziękuję – wyszeptała patrząc na mnie i biorąc karafki – i przepraszam… nie powinnam się tak rozklejać… lepiej już pójdę, nie będę ci dłużej zawracać głowy w środku nocy – powiedziała cichym głosem i wstała z łóżka stając na przeciwko mnie. Wyglądała na zakłopotaną całą sytuacją.
– Nie martw się, nie zawracasz mi głowy – zapewniłem szybko i spojrzałem na trzymane przez nią butelki – poczekaj, dam ci jakiś worek – powiedziałem i zrobiłem kilka kroków cofając się do skrzyni. Chwilę przeszukiwałem jej zawartość zanim znalazłem to co chciałem. Wyciągnąłem niewielki worek i zamknąłem skrzynię a następnie podszedłem do Vivienne i zabrawszy od niej karafki, umieściłem je w worku zanim go jej dałem.
– Dziękuję – wyszeptała i zadarła głowę by spojrzeć mi w oczy. Była między nami pewna różnica wzrostu.
– Nie masz za co – odpowiedziałem i uśmiechnąłem się lekko patrząc na nią z troską.
– Mam – usłyszałem szept a kąciki jej ust lekko wygięły się ku górze jakby niemal miała się uśmiechnąć. Następnie zrobiła krok do przodu pokonując nim cała dzielącą nas przestrzeń i wspięła się na palce dając mi delikatnego całusa w policzek – dziękuję… dobranoc, Lancello – szepnęła patrząc mi w oczy swoimi, w których nadal błyszczały łzy po czym obróciła się szybko i wyszła zamykając za sobą drzwi zanim zdążyłem zareagować.
Stałem wpatrując się w drzwi, za którymi przed kilkoma minutami zniknęła Vienna i nie wiedziałem jak powinienem zareagować na ten ostatni okaz odrobiny uczucia. Pewnie, było to tylko podziękowanie i to dotyk tak delikatny i nieznaczny, że ledwie wyczuwalny ale jednak mój policzek płonął ogniem. Potarłem go lekko po czym zakluczyłem drzwi i odstawiłem krzesło na miejsce. Dopiero po tym rzuciłem się na łóżko i zdawało mi się jakbym nie leżał na nim od dobrych kilku dni mimo iż wizyta Vivienne zajęła nie więcej niż 30 minut. Rozumiałem wdzięczność za pomoc i podziękowała mi, więc nie musiała tego robić ale jednak zrobiła, i nie potrafiłem rozgryźć jaki to impuls pchnął ją ku temu mimo iż znaliśmy się w sumie od niedawna. Potrząsnąłem głową i ułożyłem się wygodniej. Im dłużej będę o tym myślał, tym później zasnę, a odrobina snu była mi całkiem potrzebna. Zamknąłem więc oczy i powoli zacząłem odpływać.
Drzwi
Naszym następnym celem było miasto sanguitari, San Angua. Dlaczego tam? Ponieważ Valarad koniecznie chciał zawitać do tamtejszej biblioteki by wyuczyć się kilku zaklęć a Mścibor pilnie potrzebował pomocy ze swoją nowo poznaną drugą połówką więc udaliśmy się do najbliższego miasta w którym dało się spełnić oba warunki. Zwłaszcza ten drugi. Ja sam spędziłem ten czas na ćwiczeniach oraz mrożeniu zwłok Troya i przygotowywaniu ich do transportu. Wbrew temu co mówiłem, zamierzałem wymknąć się na moment i wysłać ciało towarzysza do domu z listem wyjaśniający sprawę by zadbano o jego pochówek. W miarę jak nasza podróż trwała, Vivienne odzyskała trochę spokoju ducha ale widać było że dzieje się to kosztem jej zdrowia. Mógłbym się założyć, że pije otrzymaną ode mnie miksturę każdego dnia i przez to jest zwyczajnie wymęczona. Zdaje się więc, że będę musiał z nią o tym porozmawiać zanim biedna dziewczyna nie padnie z wycieńczenia gdyż cienie pod jej oczami, które dodatkowo wyglądały na trochę przygasłe w porównaniu z ich zwykłym niebieskim kolorem, oraz spadek wagi, widoczny dzięki temu jak luźno leżały na niej nawet dopasowane sukienki, zaczynały się robić niepokojące. Podróż zajęła nam niecały tydzień i akurat znajdowałem się na mostku kiedy miasto pojawiło się w zasięgu wzroku. Krwawe elfy w przeszłości były plemieniem typowo wojowniczym więc ich budynki, choć nadal budowane w typowym dla elfów stylu, były budowane tak aby stały się mocniejsze i solidniejsze i ten trend w ich budownictwie trwa do dziś. Dodatkowo wszystkie domy barwione są na wszelkie ciepłe kolory od ciemnej żółci, przez pomarańcz aż do głębokiej czerwieni co daje całkiem przyjemny oku efekt kiedy promienie zachodzących słońc rozświetlają je dodatkowo, chociaż z drugiej strony wygląda to jakby całe miasto stało w płomieniach. Pobyt w mieście miał trwać kilka dni i przebiegał dość spokojnie. Sam list napisany już miałem wcześniej więc wymknąłem się już pierwszej nocy a potem już mogłem twardo upierać się przy pozostawaniu na sterowcu. Najbardziej zainteresowało to własnie Vivienne, która również postanowiła nie opuszczać pojazdu ale zaczęła wypytywać o moją niechęć do odwiedzania miast pobratymców. Najprostszym sposobem zaspokojenia jej ciekawości było opowiedzenie jej prawdy, że jeśli zostanę rozpoznany mogę mieć problemy z opuszczeniem miasta. Nie była to cała prawda ale dość. I nawet nie skłamałem. W ogóle spędzaliśmy z wampirzycą ostatnio trochę więcej czasu razem, zwykle na ćwiczeniach w ładowni podczas których zauważyłem wcześniej jak sprawnie posługuje się łukiem, więc obiecałem nauczyć jej kilku przydatnych rzeczy.
Ciekawiej zaczęło się robić kiedy już mieliśmy opuszczać San Angua. Chociaż słowo "ciekawiej" nie jest zbyt trafne. Byłem akurat zajęty konserwacją łuku kiedy usłyszałem gdzieś z głębi korytarza podniesione głosy a chwilę potem ciężkie, szybkie kroki mogące zwiastować tylko Mikura przemieszczającego się w tą stronę w niemałym pośpiechu. Już miałem wrócić do przerwanego zadania kiedy w drzwi mojego pokoju coś potężnie walnęło a ja usłyszałem właśnie głos steina nawołującego moje imię. W ślad za pierwszym uderzeniem poszły kolejne a ja jedynie mogłem zobaczyć jak wyginają się zawiasy a chwilę później aż skrzywiłem się od huku drzwi upadających na podłogę.
- Czemu rozwalasz drzwi? - zapytałem patrząc na zakłopotanego i wyraźnie podenerwowanego steina
- Słuchaj, musisz mi pomóc! Rozmawiałem z Vivienne i teraz zamknęła się w łazience i chce się zabić - odpowiedział szybko wypluwając z siebie słowa. Nie wytrzymałem i porwałem sztylet aby jednym ruchem posłać go w stronę Mikura. Ten nawet nie unikał tylko rozszerzonymi oczyma spoglądał na mithrillowe ostrze wbite czubkiem w jego kamienną skórę.
- Co ty jej nagadałeś?! - słyszałem jak niemal warczę na niego.
- No rozmawialiśmy o jej dziecku - powiedział patrząc niepewnie na moją wykrzywioną w grymasie gniewu twarz.
- Idiota! - krzyknąłem rzucając odruchowo kolejny nóż i zerwałem się na nogi. Chwilę później zatrzymałem się pod drzwiami łazienki nie chcąc nawet myśleć co jeśli wampirzyca już spełniła swój zamiar. Od razu zacząłem się dobijać do drzwi.
– Vivienne! – zacząłem się wydzierać na całe gardło
– Daj mi spokój – usłyszałem głos ze środka. A to zaraza jedna.
– Wyłaź stamtąd natychmiast! – krzyknąłem ponownie
– Nie. O co ci chodzi? - usłyszałem stanowczą odpowiedź. Nie brzmiała jak u osoby w depresji.
– Nie pozwolę ci się utopić! – zagroziłem
– Nie zamierzam się topić – odpowiedziała mi spokojnym głosem.
– Mikur powiedział co innego! – krzyknąłem ale już trochę ciszej niż wcześniej.
– Chcę tylko wziąć kąpiel… nie zamierzam się topić – zapewniła i westchnęła. Chyba przeszkadzałem a Mikur się pomylił.
– Obiecujesz?
– Tak – zapewniła mnie Vivienne a ja westchnąłem już z uczuciem ulgi.
– To dobrze… zaczynałem się bać, że pomyliłem się co do ciebie.
– Co masz na myśli?
– Cóż, sądziłem, że jakoś się dogadujemy i że postanowiłaś żyć dalej.
– Miałam znów przez moment takie myśli… ale przypomniałam sobie naszą rozmowę i zrezygnowałam. Nie zamierzam odebrać sobie życia, nie dam nikomu tej satysfakcji… jeśli chcą mnie dorwać, niech się namęczą. - oj jednak będę musiał jej chyba nagadać skoro znów miała takie myśli.
– Dobrze – westchnąłem ponownie i uśmiechnąłem się lekko – taką cię lubię.
– Nie będę się topić, więc nie musisz się martwić, że będziesz musiał znów rozwalać drzwi.
– Cóż… przygotowywałem się do tego.
– Niepotrzebnie. Mogę wrócić do kąpieli?
– Oczywiście, już ci nie będę przeszkadzał – odpowiedziałem odsuwając się już trochę od drzwi – jak chcesz to wpadnij później się napić.
– Zobaczę jeszcze, ale dziękuję za propozycję… i za troskę
– Nie ma sprawy – powiedziałem i po chwili wracałem już do siebie do pokoju. Czekała mnie randka z młotkiem oraz powyginanymi zawiasami.
Stanąłem pod drzwiami i patrzyłem na smętnie powyginany metal zawiasów. Chciało mi się kląć ale zamiast tego wziąłem młotek i zacząłem z zapałem uderzać raz za razem by przywrócić im właściwy kształt. Nie uśmiechało mi się, że każdy mógłby teraz zajrzeć do środka mojej kajuty podczas przechodzenia korytarzem i mógłby sobie tak po prostu wejść a na przeprowadzkę do innego pokoju nie miałem chęci. Nie wiem ile czasu spędziłem na naprawach gdy podeszła do mnie Vivienne. Zdaje się, że już skończyła kąpiel gdyż jej włosy były jeszcze mokre a ona sama pachniała mydłem i olejkiem, którego dolewamy do kąpieli. Musiała nie wiązać mocno sukni gdyż ta obecnie nie opinała zbyt mocno jej ciała.
Popijawa
– Co się stało? – spytała Vivienne patrząc na pogięte zawiasy i drzwi leżące na podłodze
– Mikur rozwalił drzwi, jak się do mnie dobijał.
– Oh… często coś mu się zdarza popsuć – powiedziała i usiadła blisko mnie na podłodze opierając plecy o ścianę
– Nie zaprzeczę – uderzyłem zawias po raz kolejny
– Po prostu ma za dużo siły i zdarza mu się o niej zapominać – powiedziała podczas zaplatania warkocza
– Sądzę raczej, że po prostu jest psują z natury – westchnąłem i podszedłem do drzwi. Uniosłem je z podłogi i zacząłem przymierzać a następnie założyłem je na zawiasy
– Całkiem możliwe… ale nie robi tego specjalnie, on już tak ma… może to przez te jego kamienne dłonie? Na pewno nie chciał zepsuć tych drzwi – tłumaczyła podczas gdy ja z krytyczną miną sprawdzałem jak drzwi się teraz zamykają.
– Na pewno nie chciał ich tak zepsuć, nie słyszałaś jak w nie walił - stwierdziłem.
– No nie słyszałam. Przepraszam, nie sądziłam, że tak się zdenerwuje… nadal miewam gorszy nastrój, choć przynajmniej śpię spokojnie, mikstura od ciebie pomaga, no… może faktycznie nie jestem tak wyspana jak niegdyś, ale przynajmniej w ogóle śpię…
– Staraj się nie pić codziennie – spojrzałem na nią trochę zaniepokojony a następnie zaprosiłem ją do środka.
– Chciałabym, ale wtedy… – powiedziała mijając mnie w drzwiach – nie chcę, żeby koszmary wróciły – powiedziawszy to zatrzymała się by spojrzeć mi w oczy a następnie ruszyła w stronę stolika
– Rozumiem cię, ale to cię wykończy szybciej niż koszmary – ostrzegłem. Nie chciałem by cokolwiek się jej stało.
– No nie wiem – usłyszałem jak mruknęła.
– Zaufaj mi, to nie jest bezpieczne.
– Eh… spróbuję dzisiaj
– Byłbym zadowolony – uśmiechnąłem się słysząc jej słowa a następnie skierowałem się do biurka by pochować narzędzia w szufladach
– Ale nie wiem, czy mi się uda… boję się tych koszmarów.
– Mimo wszystko powinnaś spróbować ją odstawić, jeśli chcesz, to nawet będę czuwał przy tobie – zaproponowałem patrząc na nią z troską.
– Dziękuję,ale dam sobie radę.
– Jak chcesz. Wina? - spytałem wzruszając ramionami a gdy Vivienne potwierdziła, wyciągnąłem z szafki butelkę i dwa kieliszki po czym od razu je napełniłem i podałem jej jeden, za co mi podziękowała. Uśmiechnęła się kręcąc kieliszkiem by powąchać bukiet wina a następnie upiła parę łyków.
- Smaczne - powiedziała upijając jeszcze trochę z kieliszka
– Najlepsze elfickie, jakie mogłem zdobyć – odpowiedziałem z uśmiecham i usiadłem jak zwykle okrakiem na przysuniętym krześle.
– Smakuje i pachnie niemal tak jak wino które czasami piłam w pałacu ojca. Lubił wygody i nie szczędził na importowanych winach... ale od przemiany w wampira trochę inaczej odczuwam wszystko więc nie jestem pewna czy to jest to samo. Wydaje się mieć dużo więcej różnych zapachów, aromatów... jak zresztą wszystko. - powiedziała najwyraźniej teraz sobie to przypominając.
– Tak to już bywa z wyostrzonymi zmysłami – przeciągnąłem się i upiłem trochę wina rozkoszując się smakiem – w dobry dzień, gdy nie ma hałasu, to słyszę z jakich tkanin ktoś nosi ubrania.
– Ja dodatkowo czuję zapach tych tkanin – uśmiechnęła się Vivienne i muszę powiedzieć że miała piękny uśmiech
– Taaak, czyli wiesz, co mam na myśli.- zaśmiałem się mówiąc te słowa.
– Doskonale – dopiliśmy wino z naszych kieliszków więc chwyciłem butelkę i już miałem nalać na nowo gdy przypomniałem sobie jak moja towarzyszka reaguje na alkohol więc spojrzałem na nią pytająco.
– Nalej, mam ochotę dzisiaj się upić.
– No, no, no, z umiarem – zaśmiałem się po czym rozlałem wina do kieliszków
– Chcę zapomnieć – wychyliła kieliszek i wypiła całą jego zawartość po czym podała go bym znów nalał.
– O czym? – zapytałem patrząc ciekawie
– O wszystkim… nie masz tak czasami, że chciałbyś choć na jakiś czas usunąć wszystkie swoje złe wspomnienia?
– Są takie chwile – przyznałem bez wahania – ale to by pociągnęło za sobą usunięcie o wiele więcej niż by się chciało.
– Może… myślałam też w kąpieli o tym, jaka się stałam.. Mikur ma rację, staliśmy się obojętni na śmierć... niosłam zmasakrowane ciało Troya, patrzyłam na nie, ale nie było to dla mnie w żaden sposób... wstrząsające, a przecież był naszym towarzyszem. Widzieliśmy już w życiu tyle śmierci, tyle razy sami ją zadaliśmy, że staliśmy się obojętni... ja nie chce taka być...
– Nie mam wszystkich odpowiedzi. być może śmierć jest częścią naszej ścieżki a być może możemy się od niej odwrócić – dopiłem wino i dolałem sobie na nowo.
– Ja mam tylko jeden wybór, zabijać albo pozwolić innym się zabić – powiedziała Vivienne i szybko wypiła pół kieliszka. Piła w dość szybkim tempie by się niedługo upić.
– Powinnaś trochę zwolnić z piciem – zwróciłem jej uwagę sam pijąc w tej chwili odrobinę – a co do zabijania… każdy z nas stoi przed podobnymi wyborami – powiedziałem mając przed oczyma obraz Aec'Khato i martwej Elisiel i bezwiednie potarłem bliznę na nosie.
– Nie wiem czy kiedykolwiek stałeś przed takim wyborem jak ja – znów wypiła wino duszkiem.
– Może tak, może nie…
– Może…
– Wiesz… chyba już dość wypiłaś – zwróciłem jej ponownie uwagę i uniosłem brew przyglądając się jej
– Nie! Jeszcze trochę – zaprotestowała szybko i porwała butelkę by wypełnić oba nasze kieliszki – za te pieprzone decyzje i to wszystko, co do nich zmusza – wzniosła toast i zaczęła znowu szybko pić.
– Jesteś pijana - stwierdziłem patrząc na nią rozbawiony
– Wydaje ci się. Nawet mogę ci to udowodnić – wstała szybko ale zachwiała się natychmiast więc również się zerwałem by ją potrzymać i na nowo posadzić na krześle – albo jeszcze ciut wypiję – powiedziała sięgając po butelkę, którą naraz odsunąłem poza jej zasięg.
– Dość.
– Jeszcze trochę – poprosiła patrząc na mnie słodko
– Powinnaś już wracać do siebie
– Wyganiasz mnie? – spytała i usłyszałem smutek w jej głosie
– Oczywiście, że nie – wstałem i przytuliłem ją na krótki moment by ją pocieszyć a ona chciała się chyba ruszyć lecz w tym samym momencie akurat puściłem – po prostu myślałem, że jesteś zmęczona i chcesz iść spać.
– Chce się upić, nie chcę spać – odrzuciła.
Spojrzałem na nią uważnie starając się ocenić w jakimś jest stanie i o dziwno miała chyba dobry dzień na picie więc z westchnieniem podsunąłem jej butelkę, którą od razu wzięła ale nalewając nam do kieliszków rozlała odrobinę na stole. Nic to, wytrze się później. Wziąłem oba kieliszki i podałem jej ten, z którego piła.
– Dziękuję – powiedziała i przysunęła kieliszek do ust by powoli ale bez przerywania wypić ponad połowę, cały czas obserwując mnie sponad krawędzi kieliszka – wino się skończyło…
– Mam jeszcze… ale nie sądzisz, że pijemy w zbyt szybkim tempie?
– Możesz pić wolniej
– A ty? – zapytałem wstając i wyciągając drugą butelkę z szafki
– Niby bym mogła Ale po co? - odpowiedziała ale zaczęła już trochę przeciągać sylaby
– To lepiej tak zrób, bo inaczej szybciej się upijesz i więcej zostanie dla mnie – posłałem jej złośliwy uśmieszek jednocześnie napełniając jej kieliszek.
– Zwykle i tak dużo szybciej kończę picie – odparła ale chyba coraz trudniej było jej mówić
– Jeśli będziesz się źle czuć to powiedz, odprowadzę cię wtedy – obiecałem
– Miałeś tak… kiedyś – Vivienne zakręciła kieliszkiem przyglądając mu się – że zrobiłeś coś i cho… cholernie żałowałeś… traciłeś chęć do… do życia… przez te wyrzuty…
– Tak, było coś takiego – odpowiedziałem a gardło mi się skurczyło sprawiając, że mój głos stał się ochrypły
– Ale ja nie mogłam… zrobić… inaczej – wypiła szybko zawartość kieliszka – musiałam… bo… bo…
– Spokojnie, spokojnie… jeśli musiałaś, to na pewno był jakiś powód.
– Jestem tchórzem! – wykrzyknęła.
Najwyraźniej moja towarzyszka chciała zerwać się na nogi podpierając się rękoma na stole, lecz jedna dłonią trafiła wprost na rozlane wcześniej wino i gdybym nie wstał szybko by ją złapać zapewne upadła by na podłogę. Vivienne przeprosiła i zaczęła ponownie sięgać po butelkę więc posadziłem ją na krześle i nalałem połowę kieliszka.
– Nie sądzisz, że już dosyć?
– Jeszcze troszkę, jest takie smaszne. - powiedziała powoli
– Dam ci całą butelkę, jeśli chcesz.
– Naprawdę? – najwyraźniej obietnica ją ucieszyła
– Skoro ci smakuje, to mogę ci sprezentować.
– Dziękuję! – niemal krzyknęła i uniosła się z krzesła po czym nagle cmoknęła mnie w policzek
– Proszę bardzo – podziękowałem uśmiechając się lekko i chociaż wiedziałem, że jest pijana to mimo wszystko sprawiło mi to jakąś przyjemność a Vivienne przyglądała mi się badawczo i po chwili zaczęła chichotać więc spojrzałem na nią pytająco.
– No... przy... przypomniało mi się jak się ten no... pierwszy raz spotkaliśmy w Morke... wtedy bawiłeś się strzałami i byłeś taki... groźny – zaśmiała się znowu i upiła trochę z kieliszka
– To już nie jestem groźny? – uśmiechnąłem się złośliwi odstawiając własne naczynie a gdy zaprzeczyła wpadł mi do głowy pomysł by ją zaskoczyć – czyli się mnie nie boisz i uważasz, że nie jestem żadnym zagrożeniem?
– Nooo – odpowiedziała lekkim burknięciem i chcąc odstawić kieliszek niechcący przewróciła go tak, że potoczył się odrobinę po blacie stołu.
Nie wiem czy Vivienne zapatrzyła się w kieliszek, który właśnie zatrzymał się na stole czy rozmyślała nad czymś jednak nawet nie zdążyła zareagować gdy zerwałem się z krzesła i ruszyłem ku niej. Krok dzielący nas pokonałem w ułamkach sekund i porwałem ją z krzesła zmuszając by wstała i łapiąc jej ręce w nadgarstkach a następnie popchnąłem ją kilka kroków w tym tak że przyparłem jej plecy do ściany a ręce, które nadal trzymałem uniosłem jej nad głowę i przytrzymywałem tak dłonią. Nie zdawałem sobie sprawy jak blisko byliśmy aż nie poczułem gorąca jej ciała tuż przede mną. Nasze ciała i twarze dzieliło nie więcej niż 10 centymetrów. Patrzyłem na nią i czułem jej ciepło a w mojej głowie krążyły myśli jakie cudowne ma usta i rozpamiętując uczucie jej warg na moim policzku zastanawiałem się jak miękkie muszą być przy pocałunku. Chciałem ją pocałować, chciałem ją objąć, chciałem poczuć dotyk jej skóry na dłoniach i ustach... A ona patrzyła tak zaskoczona z szeroko rozwartymi oczyma jakby się bała i chciała uciekać. W tej chwili zdałem sobie sprawę jak to może dla niej wyglądać i szybko się opamiętałem. Żeby ukryć to co przed chwilą czułem postanowiłem zrobić z tego żart jak na początku planowałem.
– Czyżby? – uśmiechnąłem się przekornie
– Ale… co ty… – dukała a ja zluzowałem chwyt i po chwili ją puściłem a gdy się zachwiała podtrzymałem ją – ale co to było? – dopytywała i oparła się o ścianę.
– Chciałem ci tylko pokazać, że nawet jak się czegoś nie boisz, to może być niebezpieczne. - odparłem
– Ale ty byś mnie nie skrzywdził, prawda? – pytała i spróbowała stanąć ale zachwiała się znowu i oparła się o mnie zadzierając głowę do góry by na mnie spojrzeć.
– Nie skrzywdzę cię – odpowiedziałem patrząc jej w oczy i pragnąłem w tych oczach utonąć i wpleść palce w jej włosy i przyciągnąć ją do siebie by poczuć jej ciepło w moich objęciach. Opierała się o mnie całym ciałem i przez cienki materiał jej sukni oraz moją koszulę czułem kształt jej zgrabnego ciała, jędrny brzuch, pełne piersi i kształtne biodra. W mojej głowie zaczęły przewijać się obrazy jak to zdejmuję z niej tą sukienkę i samemu zrzucam koszulę by pieścić ją i całować, dotykać jej ciała następnie rzucić ją na łóżko i... STOP. Oprzytomniej głupcze, jesteś pijany. I ona też.
Chodź, odprowadzę cię do pokoju – powiedziałem i odsunąłem się trochę i zacząłem prowadzić w stronę drzwi.
– Ale butelka idzie z nami – powiedziała zabierając ją po drodze a ja chwyciłem jeszcze jedną pełną i wsadziłem za pas. Obiecałem jej w końcu butelkę wina.
Na spoczynek
Prowadzenie spitego towarzysza korytarzem nie jest proste. Zwłaszcza jeśli korytarz znajduje się na lecącym sterowcu, jest ciasny, towarzysz jest naprawdę pijany i jest kobietą. Młoda i atrakcyjną kobietą. Vivienne co chwila zataczała się lekko to w jedną, to w drugą stronę a niekiedy zawisała na mnie by utrzymać równowagę. A ponieważ ja także trochę wypiłem to nie było to proste zadanie. Poza tym często protestowała utrzymując, że jest w stanie iść sama, bez mojej pomocy. Co zrobić? Nie puściłbym jej przecież samej więc cierpliwie eskortowałem ją do pokoju po drodze otwierając jej butelkę (na wyraźne życzenie) oraz niedługo później ratując ją przed roztrzaskaniem się. Sprawy skomplikował trochę nowo przybyły Ravis, który chciał ze wszystkimi porozmawiać a Vivienne była gotowa z miejsca spełnić jego prośbę. W środku nocy do cholery chciała pobudzić wszystkich i zorganizować mu to spotkanie a na sugestię że jest pijana zareagowała z jawnym oburzeniem. Na szczęście udało się jej to wyperswadować a smoka na razie spławić.
Bycie łucznikiem wiąże się z długimi ćwiczeniami i zdolnością utrzymania pozycji strzeleckiej dłużej niż tylko na jeden strzał i wiąże się to z wytrzymałością oraz zdolnością utrzymania równowagi. Utrzymywanie równowagi w tej chwili przypominało desperackie próby ustania w miejscu podczas rejsu statkiem.... podczas sztormu... podczas tornada... na tsunami. Koniec końców uznałem że lepiej będzie ją nieść więc chwyciłem ją w ramiona i uniosłem z ziemi po czym ruszyłem w stronę jej pokoju a ta jak gdyby nigdy nic wtuliła mi głowę w ramię i usnęła. Widać wygodnie jej było.
W końcu udało mi się dotrzeć do jej pokoju i otwarłem drzwi lekkim, nienatarczywym kopniakiem i zaniosłem moją towarzyszkę do łóżka i położyłem ją. Wyszeptała przy tym słowo "Bairre" z niejakim uczuciem i zaczęło mnie zastanawiać co to oznaczało. Już chciałem się podnieść gdy poczułem lekkie szarpnięcie przy kołnierzu. Spojrzawszy w tamtą stronę zauważyłem dłoń Vivienne zaciśniętą na mojej koszuli. Delikatnie rozwarłem jej palce i wyprostowałem się przy łóżku. Zdjąłem jej pantofle i przykryłem kocem zanim odstąpiłem o krok i zacząłem się jej przyglądać. Pewnie, była naprawdę piękna ale teraz patrzyłem ponad to i widziałem dziewczynę skrzywdzoną przez los i ludzi i potrzebującą pomocy by sobie poradzić oraz cierpiącą z powodu wyborów jakich dokonała. Było mi jej żal, ale nie tylko. Delikatnie odsunąłem niesforne kosmyki włosów z jej policzków i pochyliłem się by lekko pocałować ją w czoło na dobranoc, następnie zostawiłem przyniesioną butelkę na stoliku i odwróciłem się oraz wyszedłem z pokoju cicho go za sobą zamykając. Postanowiłem udać się na spoczynek i jutro rano przemyśleć kilka rzeczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz