sobota, 3 stycznia 2015

Poznanie drużyny

            Pewnego dnia trafiliśmy do pewnego miasta (nie pamiętam jakiego) i usłyszeliśmy o Gildii Poszukiwaczy Przygód. Podróżnicy, tacy jak my, mogli zarabiać na zadaniach wyznaczonych przez gildię, a jednocześnie Tasha mogła zdobyć tam informacje o miejscu, gdzie jest jej siostra, której teraz chcieliśmy się pozbyć. Niestety nie udało nam się zdążyć na okres testów. Była jednak jeszcze jedna droga- dołączyć do jakiś członków gildii, którzy mogli nas wciągnąć do niej. Trafiliśmy na pewnego Elfa z łukiem. Po rozmowach zgodziliśmy się zapisać pod jego skrzydła i pracować dla niego.
                Tak zaczął się zupełnie nowy rozdział w historii naszej trójki.
                Po dogadaniu się z Kyrl'Lancello, bo tak ma na imię owy łucznik, zaprowadził nas do swojej drużyny w siedzibie gildii. Co to była za drużyna… Pan Wąż- Elf o szerokich zdolnościach magicznych i bojowych. Za wiele czasu z nim nie spędziłem, więc też niezbyt wiele o nim wiem, ale ile razy drużyna o nim wspomina, mam wrażenie, że coś jest z nim nie tak. Niby go lubią, ale jednocześnie z łatwością go uwięzili by wydać go Lady Marian w Marianburgu. Miałem okazję pilnować go w klatce wraz ze Steinem, którą stworzył Manro, o których opowiem za chwilę… Co się z nim stało? Nie mam pojęcia. Po jego wydaniu na sterowcu pojawił się Valarad. Krwawy Elf, pirat jakich dużo na wodach. Ma nawet własną załogę piratów. Chociaż to w większości drobne rzezimieszki to nawet się przydają, ale o tym później. Valarad jest dosyć dobrym kompanem, czego dowiedziałem się przez wiele przygód. Mimo, że nie ma w sobie rządzy zła czy mordowania, a czasem wacha się przed łatwym rozwiązaniem sytuacji da się z nim dogadać. Obecnie nawet mam dostęp do jego załogi , gdyż zostałem Bosmanem, o tym jednak również później. Wspomniany wcześniej Manro- nie miałem wtedy pojęcia czym jest… Wyglądał bowiem na smoka, który ciągle miał ujawnione swoje skrzydła. Nie rozumiałem dlaczego ich nie chowa skoro jest w postaci ludzkiej, czy też raczej półludzkiej. Ani też dlaczego nigdy się nie zmienia w pełni w smoka. No, ale cóż. Nie przepadam za nim. Ma wygórowane pojęcie o dobru i chyba nazbyt poczuwa się do niesienia dobra wśród wszystkich bez wyjątku. Nie można przy nim uczynić nic co nie zgadza się z jego postrzeganiem świata, które wg mnie jest bardzo wąskie. No, ale to on sobie utrudnia życie, nie ja. Głównie włada aurą, z której utworzył m.in. klatkę, w której załoga uwięziła Pana Węża. Na szczęście nie widuję go zbyt często, gdyż większą część czasu steruje naszym statkiem powietrznym. Kolejną osobą był wspomniany wyżej Stein- Mikur. Ten „drogocenny” przyjaciel z obsydianu jest ciekawą osobowością, choć ostatnio trochę mnie zraził do siebie. Wydaje się być miłym kamieniem. Z jednej strony nie zgadzamy się praktycznie w niczym, ale nie jest on takim fanatykiem jak choćby Manro. W Walce Mikur jest dobrym kompanem, i dobrze jest trzymać się z nim w pierwszym szeregu. Ma jednak swoją ciemną stronę. Podczas walk, gdy porządnie oberwie wpada czasem w niekontrolowany szał i wtedy atakuje nawet swoich. Swoją drogą, zabawnie jest czasem popatrzeć jak wpada w szał i ten miły kamień zmienia się w głaz miażdżący wszystko na swojej drodze, a toczy się niczym z wielkiej góry nienawiści na wszystko i wszystkich. Może właśnie te walki sprawiają, że potrafię się z nim dogadać. Ponadto ma tak jak ja słabą głowę do picia. A i widzę, jak czasem korci go, by pójść na skróty, lecz trzyma się swojego kręgosłupa moralności. Myślę, że jak trochę się nad nim popracuje to zauważy jak dobrze jest poruszać się na skróty, a nie ścieżką okrążającą wszystko. Kolejna osoba którą ujrzałem był Otr… istota której rasy nie chce mi się rozumieć, ani tłumaczyć, nawet gdybym zapamiętał coś z czego mi mówił że jest… Ponadto kumpluje się bardzo z Manro i chyba nie muszę mówić, że podobnie jak on ma straszne poczucie „dobra nad złem”. Tego będę unikał sto razy bardziej niż Manro, ale o moim zrażeniu się do niego opowiem później. Z jednej strony to tchórz. I szczerze mówiąc gardzę takimi, których najlepsza taktyką jest ucieczka. A ten jest wyjątkowo szybki nie tylko w ucieczce. Nigdy nie widziałem szybszej istoty od niego. W dodatku lata, wiec jest go ciężko trafić. Szkoda, że marnuje się na te… pfu! Dobro i tak tchórzy… Z takimi jak on już nie da się nic zrobić… Na szczęście, podobnie jak jego koleżka Manro, często steruje sterowcem więc rzadko się widujemy. I oby tak pozostało. Była tez jeszcze jedna… Hmm… suka to najlepsze określenie. Słoneczna Elfka. Elfy dzielą się na dwie grupy : Elfy i „te skurwiele, które trzeba zajebać w zarodku”. Ona należała do tych drugich. Jednak- niestety- nikt nie zajebał jej w zarodku. Garadiella była jak każde słoneczne elfy. I nie mam na myśli tego, że nadawała się tylko do zjedzenia żywcem, bo tylko krzyk rozpaczy z ich ust brzmi całkiem przyzwoicie, wszystkie inne dźwięki jakie wydają z paszczy to nieznośny bełkot dla każdego. Była wyniosła, uważała się za pępek świata, a innych traktowała z pogardą jaką nawet ja nie byłbym w stanie wykrzesać z siebie. Używała magii gwiazd i najwyraźniej myślała, że nikt nie jest w stanie jej pokonać. Co prawda była efektywna, ale cóż- jak się jest takim starym próchnem to można nabyć umiejętności. W dodatku była tak zaślepiona swoim pożal się panie blaskiem idiotyzmu, że tylko polegała na tych magicznych sztuczkach, wręcz monotonnych. Gdybyśmy walczyli z kimś dwa razy wiedziałby dokładnie czego ma się spodziewać, a wtedy byłaby bezużyteczna jak zużyte liście w lesie do wiadomych spraw..  Największe księżniczki świata są znośniejsze od tej szmaty. A propos szmat. Na sterowcu „to” właśnie tak pachniało- dobrym winem, które rozlewa się na szmatę. Nigdy nie mogłem się przemóc do niej i tylko czekałem na sposobność by pozbyć się tego ścierwa z drużyny, a najlepiej z tego świata. Na szczęście nie była z nami długo i niedługo opiszę jak odeszła, z ogromną radością. Nawet miałem okazję patrzeć na jej śmierć- radość porównywalna do śmierci ojca, chociaż sam nie wiem co było lepsze. Ale o tym zaraz. Jeszcze jedną osobę pozostało mi opisać na tą chwilę Kyrl'Lancello, który nas przyprowadził jest podobnie jak Stein dosyć dobrym kompanem. Nie zgadzam się z nim w wielu kwestiach, aczkolwiek jego skorość do bycia złośliwym i wrednym bardzo mi się podoba. Właśnie to sprawia, że da się z nim dogadać. Jest bardzo dobry w walce, a w połączeniu z ulepszeniami jakie dawał mu nasz Maggius jest naprawdę potężnym wojownikiem. Jeszcze nieraz będę miał okazję opisać jego wojaczki i sprytne, wredne pomysły. Kyrl'Lancello z uwagi na częste kaleczenie jego imienia przez innych prosił abyśmy mówili do niego Lancello, tak też będę go nazywał od teraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz