Pewnego dnia trafiliśmy do pewnego miasta (nie pamiętam
jakiego) i usłyszeliśmy o Gildii Poszukiwaczy Przygód. Podróżnicy, tacy jak my,
mogli zarabiać na zadaniach wyznaczonych przez gildię, a jednocześnie Tasha
mogła zdobyć tam informacje o miejscu, gdzie jest jej siostra, której teraz
chcieliśmy się pozbyć. Niestety nie udało nam się zdążyć na okres testów. Była
jednak jeszcze jedna droga- dołączyć do jakiś członków gildii, którzy mogli nas
wciągnąć do niej. Trafiliśmy na pewnego Elfa z łukiem. Po rozmowach zgodziliśmy
się zapisać pod jego skrzydła i pracować dla niego.
Tak zaczął się zupełnie nowy rozdział w historii naszej trójki.
Po dogadaniu się z Kyrl'Lancello, bo tak ma na
imię owy łucznik, zaprowadził nas do swojej drużyny w siedzibie gildii. Co to
była za drużyna… Pan Wąż- Elf o szerokich zdolnościach magicznych i bojowych.
Za wiele czasu z nim nie spędziłem, więc też niezbyt wiele o nim wiem, ale ile
razy drużyna o nim wspomina, mam wrażenie, że coś jest z nim nie tak. Niby go
lubią, ale jednocześnie z łatwością go uwięzili by wydać go Lady Marian w
Marianburgu. Miałem okazję pilnować go w klatce wraz ze Steinem, którą stworzył
Manro, o których opowiem za chwilę… Co się z nim stało? Nie mam pojęcia. Po
jego wydaniu na sterowcu pojawił się Valarad. Krwawy Elf, pirat jakich dużo na
wodach. Ma nawet własną załogę piratów. Chociaż to w większości drobne
rzezimieszki to nawet się przydają, ale o tym później. Valarad jest dosyć
dobrym kompanem, czego dowiedziałem się przez wiele przygód. Mimo, że nie ma w
sobie rządzy zła czy mordowania, a czasem wacha się przed łatwym rozwiązaniem
sytuacji da się z nim dogadać. Obecnie nawet mam dostęp do jego załogi , gdyż
zostałem Bosmanem, o tym jednak również później. Wspomniany wcześniej Manro-
nie miałem wtedy pojęcia czym jest… Wyglądał bowiem na smoka, który ciągle miał
ujawnione swoje skrzydła. Nie rozumiałem dlaczego ich nie chowa skoro jest w
postaci ludzkiej, czy też raczej półludzkiej. Ani też dlaczego nigdy się nie
zmienia w pełni w smoka. No, ale cóż. Nie przepadam za nim. Ma wygórowane
pojęcie o dobru i chyba nazbyt poczuwa się do niesienia dobra wśród wszystkich
bez wyjątku. Nie można przy nim uczynić nic co nie zgadza się z jego
postrzeganiem świata, które wg mnie jest bardzo wąskie. No, ale to on sobie
utrudnia życie, nie ja. Głównie włada aurą, z której utworzył m.in. klatkę, w
której załoga uwięziła Pana Węża. Na szczęście nie widuję go zbyt często, gdyż
większą część czasu steruje naszym statkiem powietrznym. Kolejną osobą był
wspomniany wyżej Stein- Mikur. Ten „drogocenny” przyjaciel z obsydianu jest
ciekawą osobowością, choć ostatnio trochę mnie zraził do siebie. Wydaje się być
miłym kamieniem. Z jednej strony nie zgadzamy się praktycznie w niczym, ale nie
jest on takim fanatykiem jak choćby Manro. W Walce Mikur jest dobrym kompanem,
i dobrze jest trzymać się z nim w pierwszym szeregu. Ma jednak swoją ciemną
stronę. Podczas walk, gdy porządnie oberwie wpada czasem w niekontrolowany szał
i wtedy atakuje nawet swoich. Swoją drogą, zabawnie jest czasem popatrzeć jak
wpada w szał i ten miły kamień zmienia się w głaz miażdżący wszystko na swojej
drodze, a toczy się niczym z wielkiej góry nienawiści na wszystko i wszystkich.
Może właśnie te walki sprawiają, że potrafię się z nim dogadać. Ponadto ma tak
jak ja słabą głowę do picia. A i widzę, jak czasem korci go, by pójść na
skróty, lecz trzyma się swojego kręgosłupa moralności. Myślę, że jak trochę się
nad nim popracuje to zauważy jak dobrze jest poruszać się na skróty, a nie
ścieżką okrążającą wszystko. Kolejna osoba którą ujrzałem był Otr… istota
której rasy nie chce mi się rozumieć, ani tłumaczyć, nawet gdybym zapamiętał
coś z czego mi mówił że jest… Ponadto kumpluje się bardzo z Manro i chyba nie
muszę mówić, że podobnie jak on ma straszne poczucie „dobra nad złem”. Tego
będę unikał sto razy bardziej niż Manro, ale o moim zrażeniu się do niego
opowiem później. Z jednej strony to tchórz. I szczerze mówiąc gardzę takimi,
których najlepsza taktyką jest ucieczka. A ten jest wyjątkowo szybki nie tylko
w ucieczce. Nigdy nie widziałem szybszej istoty od niego. W dodatku lata, wiec
jest go ciężko trafić. Szkoda, że marnuje się na te… pfu! Dobro i tak tchórzy…
Z takimi jak on już nie da się nic zrobić… Na szczęście, podobnie jak jego
koleżka Manro, często steruje sterowcem więc rzadko się widujemy. I oby tak
pozostało. Była tez jeszcze jedna… Hmm… suka to najlepsze określenie. Słoneczna
Elfka. Elfy dzielą się na dwie grupy : Elfy i „te skurwiele, które trzeba
zajebać w zarodku”. Ona należała do tych drugich. Jednak- niestety- nikt nie
zajebał jej w zarodku. Garadiella była jak każde
słoneczne elfy. I nie mam na myśli tego, że nadawała się tylko do zjedzenia
żywcem, bo tylko krzyk rozpaczy z ich ust brzmi całkiem przyzwoicie, wszystkie
inne dźwięki jakie wydają z paszczy to nieznośny bełkot dla każdego. Była
wyniosła, uważała się za pępek świata, a innych traktowała z pogardą jaką nawet
ja nie byłbym w stanie wykrzesać z siebie. Używała magii gwiazd i najwyraźniej
myślała, że nikt nie jest w stanie jej pokonać. Co prawda była efektywna, ale
cóż- jak się jest takim starym próchnem to można nabyć umiejętności. W dodatku
była tak zaślepiona swoim pożal się panie blaskiem idiotyzmu, że tylko polegała
na tych magicznych sztuczkach, wręcz monotonnych. Gdybyśmy walczyli z kimś dwa
razy wiedziałby dokładnie czego ma się spodziewać, a wtedy byłaby bezużyteczna
jak zużyte liście w lesie do wiadomych spraw.. Największe księżniczki
świata są znośniejsze od tej szmaty. A propos szmat. Na sterowcu „to” właśnie
tak pachniało- dobrym winem, które rozlewa się na szmatę. Nigdy nie mogłem się
przemóc do niej i tylko czekałem na sposobność by pozbyć się tego ścierwa z
drużyny, a najlepiej z tego świata. Na szczęście nie była z nami długo i
niedługo opiszę jak odeszła, z ogromną radością. Nawet miałem okazję patrzeć na
jej śmierć- radość porównywalna do śmierci ojca, chociaż sam nie wiem co było
lepsze. Ale o tym zaraz. Jeszcze jedną osobę pozostało mi opisać na tą chwilę
Kyrl'Lancello, który nas przyprowadził jest podobnie jak Stein dosyć dobrym
kompanem. Nie zgadzam się z nim w wielu kwestiach, aczkolwiek jego skorość do
bycia złośliwym i wrednym bardzo mi się podoba. Właśnie to sprawia, że da się z
nim dogadać. Jest bardzo dobry w walce, a w połączeniu z ulepszeniami jakie
dawał mu nasz Maggius jest naprawdę potężnym wojownikiem. Jeszcze nieraz będę
miał okazję opisać jego wojaczki i sprytne, wredne pomysły. Kyrl'Lancello z
uwagi na częste kaleczenie jego imienia
przez innych prosił abyśmy mówili do niego Lancello, tak też będę go nazywał od
teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz