wtorek, 6 stycznia 2015

Odejście Słonecznej Szmaty

                Z tego co pamiętam  dostaliśmy informację, że niedaleko stąd jest okryty jeden ze starych, legendarnych przedmiotów. Każdy jest łasy na taki przedmiot, więc wyruszyliśmy tam niezwłocznie. Ach! Właśnie! Zapomniałbym wspomnieć o jednym wydarzeniu. Tuż przed wyruszeniem i po pozbyciu się Węża pojawił się jak wspomniałem wcześniej Valarad. Wraz ze swoją załogą, co wprowadziło więcej życia w tą drużynę. Na szczęście z jego ludźmi da się dogadać, prawie każdy ma swoje za uszami. Nawet Księżycowy Elf, podobnie jak słoneczna szmata będący magiem gwiazd, był całkiem w porządku. Dało się z nim dogadać co do spojrzenia na moje podejście do sukcesu. Myślę, że byłby świetnym kompanem. Na pewno lepszym w walce niż ta, której zapomniano zajebać w zarodku. Ale o tym każdy się przekona czytając dalej. Wracając jednak do naszej podróży. W końcu dotarliśmy na miejsce. Dzięki bogom. Podróż w zamkniętej puszcze z tą Elfką była gorszymi torturami niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić, w dodatku ta dwójka nadmiernie dobrych stróżów prawa i sprawiedliwości i bogowie wiedzą czego… Powietrze było prawdziwym ukojeniem. Czekało nas kilka komnat. W jednej znajdowała się pewna zagadka. Po naczyniach skakał płomyk i któreś z załogi wykminiło, że musimy odpowiednio poukładać kolejne naczynia tak by płomyk pojawił się w naczyniu na końcu. Szybko dowiedzieliśmy się co towarzyszyło złemu rozwiązaniu. Nagle pojawiły się żywiołaki ognia. Szybko się z nimi uporaliśmy. Jednak każde kolejne niepowodzenie zwiększało ich ilość. Było to wystarczającą motywacją by uporać się z tym zadaniem dosyć szybko. W kolejnym miejscu zastaliśmy salę pełną wrogów. A dokładnie Orków. O ile w przeszłości, ze względu na podobne kultury mieliśmy małe zatargi z Orkami w stadzie, to te tutaj nie wyglądały zbytnio przyjaźnie nastawione. Była tam też słoneczna szmata. Bitwa przebiegała dosyć wyrównanie, choć przeciwnik był naprawdę potężny, a dowodził im znakomity łucznik, w dodatku nie był on żywą istotą. Dziecię słońca dostając się do naczyń przy Bohaterze dowiedziała się, że trzeba krwi elfa do zagaszenia płomieni, a zniknie groźny łucznik. Walczył on legendarnym łukiem, każdy kto zna się trochę na broni od razu to dostrzegł, a oczy Lancello świeciły się rządzą posiadania. Było pewne, że nie odejdziemy stąd bez zwycięstwa. Elfka zgasiła pierwsze naczynie. Zaczęła coś inkantować i nagle ogromna część przeciwników padła trupem, a wysysane z ich ciał duchy wpływały w szmacie ciało. Poczęła się śmiać, co najmniej jakby oszalała, choć świrnięta była zawsze, jak to Słoneczne Elfy. Ledwo skończyła się śmiać i dobiec do drugiego naczynia, a Bohater z ironicznym uśmiechem strzelił w nią strzałami. Zaraz po tym dobiegł do niej jeden z Orków zabijając tę sukę w świetnym stylu. Oderwał jej głowę i wznosząc okrzyki zwycięstwa pokazał nam jej odciętą głowę. Jak już wspominałem, my Czarne Trolle mamy podobne zwyczaje z Orkami. Czułem dumę z powodu, że ktoś pozbył się wreszcie tego wrzodu z naszych dup, ale także z powodu zwycięstwa nad nią Orka, któremu przed chwilą wybiła z dobre pół armii. Nie mogłem się powstrzymać by nie okazać mu szacunku na jaki zasłużył. Zacząłem głośno  mu klaskać i wznosić okrzyki ku jego chwale. Niestety mało osób zna te zwyczaje, a już na pewno nie Garadiella, czy Manro. Ktoś, chyba niezbyt ogarnięty, wskrzesił to coś, a ta mała dziwka zaczęła atakować tak by mnie zranić. Najpierw zaczęła przestrzeliwać mnie na wylot magicznymi włóczniami, trafiając też we wrogów przede mną. Gdyby nie wyćwiczona przez lata wytrwałość w boju nawet pod wielkimi obrażeniami, padłbym już po pierwszym przestrzeleniu mnie na wylot. Czułem jak moje ciało z coraz większym trudem znosi kolejne dziury w brzuchu, a ja ledwo się trzymam. Członkowie mojego stada zawsze powtarzali, że jestem wielkim szczęściarzem i urodziłem się pod dobra gwiazdą. Moje zdolności regeneracyjne dorównywały niektórym zwykłym Trollom, a wśród Czarnych Trolli były naprawdę zdumiewające. Sprawiało to, że o wiele mniej bałem się śmierci. Nawet Kilg-Gha-Kar zazdrościł mi zdolności regeneracyjnych jakie posiadałem. Każdy kolejny cios mógł mnie jednak zabić, obrażenia były większe od jakichkolwiek, które wcześniej w życiu odniosłem, ale nie mogłem dać się pokonać, nie mogłem dać satysfakcji tej kurwie, że mnie zabiła. Spodziewałem się, że kolejne jej ataki będą szły i we mnie, dlatego zacząłem kątem oka obserwować jej ruchy. Zauważyłem, że leci we mnie kula ognia. Wcześniej JingJang przygotował dla mnie kryształ w, którym była zaklęta tarcza maga, objaśnił mi jak tego używać i, że jeżeli tylko pójdzie we mnie magiczny atak który zauważę, mogę w porę się tym zasłonić, gdyż moja tarcza prawdopodobnie nie zadziała na to. Dlatego też widząc lecącą we mnie kulę ognia skupiłem się jak mogłem najbardziej mimo wielkiego bólu i użyłem kryształu. Szczęście mi sprzyjało- udało mi się odpalić tarczę maga, a co więcej udało mi się odbić atak tej szmaty i energia którą wycelowała we mnie powróciła do niej z tą samą siłą. Kolejny raz się uśmiechnąłem i zrobiłem tak by wiedziała o tym iż nie boję się jej żałosnych ataków. Każdy widział doskonale, że Elfka mści się na mnie za okazanie szacunku Orkowi, który ją pokonał chwilę temu. No prawie każdy- przewrażliwiony na punkcie dobra Manro doznał najwyraźniej klapek na oczy i zaćmienia umysłu o i tak wąskim spojrzeniu. Nie zauważyłem jak znalazł się nagle za mną. Poczułem tylko walnięcie w tył głowy… Tak umarłem pierwszy raz. Ciekawe czy tak wygląda śmierć każdego? Będę musiał zapytać kiedyś kogoś. Wyraźnie czułem się jakbym nic nie ważył, zupełnie przenikliwy. Widziałem wszystko, tak jakby moja dusza czekała koło ciała pilnując go przed czymś… dziwne uczucie. Widziałem jak stoi przy mnie mój zabójca- Manro, nadal jakby nie zdając sobie sprawy z tego co zrobił. Nawet dziecko wie kiedy zabija żabę, czy inne stworzenie, że właśnie zabiło. Widać dzieci są mądrzejsze od niektórych tak zwanych dumnie dorosłych. Słoneczna dziwka tryumfowała dopinając swego. Reszta była raczej zszokowana tym co się stało. Bitwa dobiegła końca, zwyciężyliśmy. Mała dziwka oburzona wyszła, a raczej próbowała. Okazało się, że po jej śmierci nabawiła się strachu przed łucznikami, więc Lancello strzelając jej koło stóp wywołał niemałe przerażenie u niej. Gdyby mnie słyszeli, usłyszeliby jak się śmieję w tym momencie. Wszyscy ruszyli też na Manro zarzucając mu moje morderstwo. I słusznie, przecież dobił mnie. Na nic dawały jego tłumaczenia, że nie wiedział, że mnie to zabije. No tak, bo przecież każdy chodzi z dwoma dziurami w ciele na wylot, taka moda. Naprawdę, dzieci są mądrzejsze. Ba! Nawet bezmyślny Golem wiedziałby, że zabił. Moje ciało zostało zaniesione na sterowiec, a drużyna stwierdziła, że Manro musi na swój koszt mnie wskrzesić i wyleczyć. Jak przekonałem się i zauważyłem, każdy kto wraca po śmierci, nabiera kłopotów z psychiką. Jedni mocniej, drudzy lżej, ale jednak każdy kto wraca, odnosi te skutki uboczne. Co więcej- Słoneczna Szmata obraziła się na ta sytuację i stwierdziła, że opuszcza nasze szeregi. Och Bogowie! Już dawano nie byłem tak uradowany! W końcu pozbyliśmy się na dobre tej suki. I oby Bogowie nam sprzyjali, i obyśmy już więcej jej nie spotkali. Musieliśmy jednak ją doprowadzić do miasta, gdzie chciała nas opuścić. Ja bym ją zostawił w tej jaskini, ale cóż.. Nie ja decyduję. Manro stwierdził, że wybaczy mi radość z zabicia członka drużyny, jeżeli obiecam, że więcej tego nie zrobię. Wszystko się we mnie gotowało, zwłaszcza, że ten dureń nadal nie widział tego co zrobił… Ale cóż- nie pierwszy i nie ostatni raz uciekałem się do kłamstwa. Nie okazałem złości, z udawanym uśmiechem obiecałem mu to co chciał. Bo istoty czasem muszą słyszeć to co chcą. Wiedziałem jednak, że nie spocznę dopóki nie dokona się zemsta nad tym dziwadłem. Również moja siostra krwi mi to obiecała, że kiedyś się zemścimy. W Bitwie tej zdobyliśmy legendarny łuk, który dostał Lancello, jako łucznik w naszej drużynie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz