Z tego co
pamiętam dostaliśmy informację, że
niedaleko stąd jest okryty jeden ze starych, legendarnych przedmiotów.
Każdy jest łasy na taki przedmiot, więc wyruszyliśmy tam niezwłocznie. Ach! Właśnie! Zapomniałbym wspomnieć o jednym wydarzeniu. Tuż przed
wyruszeniem i po pozbyciu się Węża pojawił się jak wspomniałem wcześniej
Valarad. Wraz ze swoją załogą, co wprowadziło więcej życia w tą drużynę. Na
szczęście z jego ludźmi da się dogadać, prawie każdy ma swoje za uszami. Nawet
Księżycowy Elf, podobnie jak słoneczna szmata będący magiem gwiazd, był całkiem
w porządku. Dało się z nim dogadać co do spojrzenia na moje podejście do
sukcesu. Myślę, że byłby świetnym kompanem. Na pewno lepszym w walce niż ta,
której zapomniano zajebać w zarodku. Ale o tym każdy się przekona czytając
dalej. Wracając jednak do naszej podróży. W końcu dotarliśmy na miejsce. Dzięki
bogom. Podróż w zamkniętej puszcze z tą Elfką była gorszymi torturami niż
ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić, w dodatku ta dwójka nadmiernie dobrych
stróżów prawa i sprawiedliwości i bogowie wiedzą czego… Powietrze było
prawdziwym ukojeniem. Czekało nas kilka komnat. W jednej znajdowała się pewna
zagadka. Po naczyniach skakał płomyk i któreś z załogi wykminiło, że musimy
odpowiednio poukładać kolejne naczynia tak by płomyk pojawił się w naczyniu na
końcu. Szybko dowiedzieliśmy się co towarzyszyło złemu rozwiązaniu. Nagle
pojawiły się żywiołaki ognia. Szybko się z nimi uporaliśmy. Jednak każde
kolejne niepowodzenie zwiększało ich ilość. Było to wystarczającą motywacją by
uporać się z tym zadaniem dosyć szybko. W kolejnym miejscu zastaliśmy salę
pełną wrogów. A dokładnie Orków. O ile w przeszłości, ze względu na podobne
kultury mieliśmy małe zatargi z Orkami w stadzie, to te tutaj nie wyglądały
zbytnio przyjaźnie nastawione. Była tam też słoneczna szmata. Bitwa przebiegała
dosyć wyrównanie, choć przeciwnik był naprawdę potężny, a dowodził im znakomity
łucznik, w dodatku nie był on żywą istotą. Dziecię słońca dostając się do
naczyń przy Bohaterze dowiedziała się, że trzeba krwi elfa do zagaszenia
płomieni, a zniknie groźny łucznik. Walczył on legendarnym łukiem, każdy kto
zna się trochę na broni od razu to dostrzegł, a oczy Lancello świeciły się rządzą
posiadania. Było pewne, że nie odejdziemy stąd bez zwycięstwa. Elfka zgasiła
pierwsze naczynie. Zaczęła coś inkantować i nagle ogromna część przeciwników
padła trupem, a wysysane z ich ciał duchy wpływały w szmacie ciało. Poczęła się
śmiać, co najmniej jakby oszalała, choć świrnięta była zawsze, jak to Słoneczne
Elfy. Ledwo skończyła się śmiać i dobiec do drugiego naczynia, a Bohater z
ironicznym uśmiechem strzelił w nią strzałami. Zaraz po tym dobiegł do niej
jeden z Orków zabijając tę sukę w świetnym stylu. Oderwał jej głowę i wznosząc
okrzyki zwycięstwa pokazał nam jej odciętą głowę. Jak już wspominałem, my
Czarne Trolle mamy podobne zwyczaje z Orkami. Czułem dumę z powodu, że ktoś
pozbył się wreszcie tego wrzodu z naszych dup, ale także z powodu zwycięstwa
nad nią Orka, któremu przed chwilą wybiła z dobre pół armii. Nie mogłem się
powstrzymać by nie okazać mu szacunku na jaki zasłużył. Zacząłem głośno mu klaskać i wznosić okrzyki ku jego chwale.
Niestety mało osób zna te zwyczaje, a już na pewno nie Garadiella, czy Manro.
Ktoś, chyba niezbyt ogarnięty, wskrzesił to coś, a ta mała dziwka zaczęła atakować
tak by mnie zranić. Najpierw zaczęła przestrzeliwać mnie na wylot magicznymi
włóczniami, trafiając też we wrogów przede mną. Gdyby nie wyćwiczona przez lata
wytrwałość w boju nawet pod wielkimi obrażeniami, padłbym już po pierwszym
przestrzeleniu mnie na wylot. Czułem jak moje ciało z coraz większym trudem
znosi kolejne dziury w brzuchu, a ja ledwo się trzymam. Członkowie mojego stada
zawsze powtarzali, że jestem wielkim szczęściarzem i urodziłem się pod dobra
gwiazdą. Moje zdolności regeneracyjne dorównywały niektórym zwykłym Trollom, a
wśród Czarnych Trolli były naprawdę zdumiewające. Sprawiało to, że o wiele
mniej bałem się śmierci. Nawet Kilg-Gha-Kar zazdrościł mi zdolności
regeneracyjnych jakie posiadałem. Każdy kolejny cios mógł mnie jednak zabić,
obrażenia były większe od jakichkolwiek, które wcześniej w życiu odniosłem, ale
nie mogłem dać się pokonać, nie mogłem dać satysfakcji tej kurwie, że mnie
zabiła. Spodziewałem się, że kolejne jej ataki będą szły i we mnie, dlatego
zacząłem kątem oka obserwować jej ruchy. Zauważyłem, że leci we mnie kula
ognia. Wcześniej JingJang przygotował dla mnie kryształ w, którym była zaklęta
tarcza maga, objaśnił mi jak tego używać i, że jeżeli tylko pójdzie we mnie
magiczny atak który zauważę, mogę w porę się tym zasłonić, gdyż moja tarcza
prawdopodobnie nie zadziała na to. Dlatego też widząc lecącą we mnie kulę ognia
skupiłem się jak mogłem najbardziej mimo wielkiego bólu i użyłem kryształu.
Szczęście mi sprzyjało- udało mi się odpalić tarczę maga, a co więcej udało mi
się odbić atak tej szmaty i energia którą wycelowała we mnie powróciła do niej
z tą samą siłą. Kolejny raz się uśmiechnąłem i zrobiłem tak by wiedziała o tym
iż nie boję się jej żałosnych ataków. Każdy widział doskonale, że Elfka mści
się na mnie za okazanie szacunku Orkowi, który ją pokonał chwilę temu. No
prawie każdy- przewrażliwiony na punkcie dobra Manro doznał najwyraźniej klapek
na oczy i zaćmienia umysłu o i tak wąskim spojrzeniu. Nie zauważyłem jak
znalazł się nagle za mną. Poczułem tylko walnięcie w tył głowy… Tak umarłem
pierwszy raz. Ciekawe czy tak wygląda śmierć każdego? Będę musiał zapytać
kiedyś kogoś. Wyraźnie czułem się jakbym nic nie ważył, zupełnie przenikliwy.
Widziałem wszystko, tak jakby moja dusza czekała koło ciała pilnując go przed
czymś… dziwne uczucie. Widziałem jak stoi przy mnie mój zabójca- Manro, nadal
jakby nie zdając sobie sprawy z tego co zrobił. Nawet dziecko wie kiedy zabija
żabę, czy inne stworzenie, że właśnie zabiło. Widać dzieci są mądrzejsze od
niektórych tak zwanych dumnie dorosłych. Słoneczna dziwka tryumfowała dopinając
swego. Reszta była raczej zszokowana tym co się stało. Bitwa dobiegła końca,
zwyciężyliśmy. Mała dziwka oburzona wyszła, a raczej próbowała. Okazało się, że
po jej śmierci nabawiła się strachu przed łucznikami, więc Lancello strzelając
jej koło stóp wywołał niemałe przerażenie u niej. Gdyby mnie słyszeli,
usłyszeliby jak się śmieję w tym momencie. Wszyscy ruszyli też na Manro
zarzucając mu moje morderstwo. I słusznie, przecież dobił mnie. Na nic dawały
jego tłumaczenia, że nie wiedział, że mnie to zabije. No tak, bo przecież każdy
chodzi z dwoma dziurami w ciele na wylot, taka moda. Naprawdę, dzieci są
mądrzejsze. Ba! Nawet bezmyślny Golem wiedziałby, że zabił. Moje ciało zostało
zaniesione na sterowiec, a drużyna stwierdziła, że Manro musi na swój koszt
mnie wskrzesić i wyleczyć. Jak przekonałem się i zauważyłem, każdy kto wraca po
śmierci, nabiera kłopotów z psychiką. Jedni mocniej, drudzy lżej, ale jednak
każdy kto wraca, odnosi te skutki uboczne. Co więcej- Słoneczna Szmata obraziła
się na ta sytuację i stwierdziła, że opuszcza nasze szeregi. Och Bogowie! Już
dawano nie byłem tak uradowany! W końcu pozbyliśmy się na dobre tej suki. I oby
Bogowie nam sprzyjali, i obyśmy już więcej jej nie spotkali. Musieliśmy jednak
ją doprowadzić do miasta, gdzie chciała nas opuścić. Ja bym ją zostawił w tej
jaskini, ale cóż.. Nie ja decyduję. Manro stwierdził, że wybaczy mi radość z
zabicia członka drużyny, jeżeli obiecam, że więcej tego nie zrobię. Wszystko
się we mnie gotowało, zwłaszcza, że ten dureń nadal nie widział tego co zrobił…
Ale cóż- nie pierwszy i nie ostatni raz uciekałem się do kłamstwa. Nie okazałem
złości, z udawanym uśmiechem obiecałem mu to co chciał. Bo istoty czasem muszą
słyszeć to co chcą. Wiedziałem jednak, że nie spocznę dopóki nie dokona się
zemsta nad tym dziwadłem. Również moja siostra krwi mi to obiecała, że kiedyś
się zemścimy. W Bitwie tej zdobyliśmy legendarny łuk, który dostał Lancello, jako
łucznik w naszej drużynie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz