czwartek, 19 lutego 2015

Ratunek

Uwięziona

                Nie mogłam się ruszyć. To była pierwsza rzecz, jaką zarejestrowałam, budząc się powoli. Drugą było to, że leżałam na wozie, który podskakiwał regularnie na wyboistej drodze. Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą przesuwające się drzewa i migoczące spomiędzy konarów gwiazdy. Obok mnie leżały liczne skrzynki, z różnymi towarami, ciężko było mi wybrać dominujący wśród nich zapach, zwłaszcza, że czułam dużo intensywniejszy aromat elfa, siedzącego nieopodal. Próbowałam się jakoś ruszyć, jednak więzy były zbyt silne, bym mogła choć drgnąć, więc musiałam zdać się na słowa.
– Czy możesz łaskawie mnie rozwiązać? – spytałam, starając się wykręcić głowę, by go dojrzeć, jednak tylko przez to naciągnęłam mięśnie, więc opadłam z powrotem na deski wozu, poddając się. 
– Panie, wampirzyca się obudziła – zawołał elf i zatrzymał wóz.
                Usłyszałam krótki galop konia i poczułam zapach kolejnego elfa, też leśnego, ten zapach jednak już znałam – to był ten sam mężczyzna, który mnie uratował i którego później zaatakowałam. Podłoga pode mną drgnęła i po chwili obok mnie przykucnął elf z zatroskaną miną. Czułam zapach krwi z jego świeżej rany i widziałam dwie drobne dziurki na jego szyi, co wywołało u mnie przypływ wstydu i wyrzutów sumienia… nie miałam pojęcia, dlaczego tak się zachowałam…
– Jedź – powiedział do woźnicy, a ten zacmokał na konie i wóz powoli zaczął się toczyć. –  Uspokoiłaś się już? – zapytał elf i przysiadł na jednej ze skrzyń, przyglądając mi się teraz uważnie. – Nie chciałbym mieć kolejnego ugryzienia ani musieć cię znowu ogłuszać.
– Tak… przepraszam za tamto – powiedziałam naprawdę szczerze – wcale nie chciałam cię gryźć…
– Oj, jestem pewien, że wtedy bardzo chciałaś to zrobić – odparł i przekrzywił głowę, uśmiechając się, co wydawało mi się dość dziwne w tamtym momencie… zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie trafiłam na jakiegoś szaleńca, niemal każdy normalny elf zabiłby mnie w momencie, kiedy bym go zaatakowała, a ten się do mnie uśmiechał – ale domyślam się, że tamta czwórka mogła cię wytrącić z równowagi. Powiesz mi, czy w końcu ci coś zrobili?
– Nic – tak, z pewnością był niespełna rozumu – rozwiąż mnie.
– Może za chwilę. Dlaczego się nie broniłaś? – spytał, wyraźnie nie rozumiejąc mojej motywacji… być może i miał szczęście, że jej nie rozumiał…
– Nie chciałam – rzuciłam oschle.
– Liczyłaś, że się nad tobą zlitują i cię zostawią? Przecież oni by cię tam zgwałcili, a potem może i zabili, na pewno obrabowaliby cię ze wszystkiego, co miałaś – mówił lekko podniesionym tonem, jakby starając się mi przemówić do rozsądku.
– I co z tego? Naprawdę mi to już nie robi różnicy, uwierz, gorsze rzeczy mi zrobiono – odparłam, przypominając sobie, jak orkowie znęcali się nade mną w Puszczy Felmaria – dużo gorsze… oni by nie wpadli nawet na połowę z tych rzeczy.
– Nie rozumiem cię… nawet nie pytam, przez co przeszłaś, bo mam przeczucie, że wolę nie znać odpowiedzi, ale i tak nie rozumiem, jak mogłaś po prostu godzić się na to, co chcieli z tobą zrobić.
                W odpowiedzi tylko wzruszyłam ramionami, co było jednak dość niezauważalne, przez nadal silnie związane liny, i przeniosłam wzrok z niego na niebo. Obserwowałam gwiazdy, przypominając sobie chwile, gdy leżałam na elfickim okręcie pewnej nocy, jeszcze w ciąży. Podziwiałam wtedy, jak pięknie wyglądały, nucąc cicho kołysankę i zachwycając się cudownym uczuciem, kiedy Bairre poruszała się w moim brzuchu. Zawsze zaczynała silniej kopać, gdy tylko coś śpiewałam… na to wspomnienie do moich oczu napłynęły łzy, nie miałam jednak już siły na płacz…
– Chyba mogę ci trochę poluźnić więzy, wybacz jednak, ale nie rozwiążę cię całkowicie – powiedział, widząc moją reakcję i zaczął rozwiązywać sznury wokół moich nóg.
                Zdjął ze mnie wszystkie więzy, z wyjątkiem tych wokół nadgarstków. Moje mięśnie od razu się rozluźniły, gdy mogłam poruszyć zdrętwiałymi kończynami, fizyczna ulga nie przyniosła mi jednak zbyt trwałego ukojenia – ten drobny dyskomfort był niczym, przy cierpieniu, jakie doświadczała moja dusza. Nie potrafiłam znieść wyrzutów sumienia… nie mogłam powstrzymać myśli o tym, jak okropną matką okazałam się być.
                Wybrałam najprostszą drogę, tak jakbym uznała dziecko za problem, którego trzeba się pozbyć… porzuciłam moją ukochaną córeczkę, krew z mojej krwi, tylko dlatego, że bałam się, jak sobie z nią poradzę. Nie potrafiłam wziąć na siebie odpowiedzialności za opiekę nad największym cudem, jaki zesłał mi los, tylko oddałam Bairre w ręce obcych ludzi, mogąc mieć tylko nadzieję, że będzie tam dobrze traktowana. Nawet przecież nie miałam pewności, czy tam zapewnią jej bezpieczeństwo. Co z tego, że była w elfickiej świątyni, gdzie pełno było magów, w mieście, do którego nie wpuszczają byle kogo (choć mnie wpuścili, więc może straż przy bramach nie zwraca aż tak wielkiej uwagi na to, kto przekracza mury), do tego kult krwi nie działał aktywnie na kontynencie elfów… to wszystko było nieważne…
                Porzuciłam moje dziecko, podczas gdy moja matka, zrobiłaby zapewne wszystko, by móc ze mną być, ale odebrano mnie jej i krótko potem zmarła, więc już nigdy jej nie zobaczyłam… zasłużyłam na dużo gorszą karę niż to, co zamierzała mi zrobić tamta banda…
                Wyraźnie czułam na sobie wzrok siedzącego obok mnie elfa, jednak było mi obojętne, co sobie o mnie myślał i co zamierzał ze mną zrobić. Zdawał się być jednak nastawiony wręcz przyjacielsko, być może postradał rozum, martwiąc się o stan emocjonalny istoty, która, tuż po tym, jak ją uratował, rzuciła mu się do gardła. Zachował jednak na tyle instynkt samozachowawczy, żeby nie rozwiązać mnie zupełnie, więc nie był aż tak szalony. Słyszałam, że coś do mnie mówił, o coś się pytał, jednak nadal wpatrywałam się tępym wzrokiem w niebo, zupełnie go ignorując. W końcu chyba się poddał i stwierdził, że nic ze mnie nie wyciągnie, w każdym razie kazał zatrzymać wóz, zeskoczył z niego i wsiadł z powrotem na konia. Nie wrócił jednak do jazdy przed wozem, jednak jechał tuż obok mnie, nadal od czasu do czasu na mnie patrząc, co mogłam widzieć kątem oka.

Smutek

                Wpatrywałam się w liczne, delikatnie migoczące gwiazdy, jednak tak naprawdę przed oczami miałam zupełnie inny obraz. Wciąż widziałam spokojną twarzyczkę Bairre, jej uśmiech, gdy słuchała mojego głosu, nieporadne ruchy rączką, gdy próbowała chwycić moją dłoń albo moje włosy… i słyszałam jej płacz, przestraszony krzyk, kiedy nagle znalazła się w obcych rękach, a ja zniknęłam z jej pola widzenia, zniknęłam być może na zawsze…
                Z moich oczu znów zaczęły płynąć łzy. Drżącym głosem zaczęłam cicho nucić kołysankę, którą tyle razy śpiewałam córeczce, jakby to mogło ją uspokoić, jakby mogło uciszyć ten płacz, który ciągle brzmiał w mojej głowie…
– Piękna melodia – odezwał się elf, kiedy skończyłam – choć nie mam pojęcia, o czym śpiewałaś, to mam wrażenie, jakbyś przekazała mi tą piosenką trochę swojego smutku – dodał, jednak nadal milczałam, leżąc z twarzą skierowaną ku niebu – nie wiem, przez co przeszłaś, że doprowadziło cię to do takiego stanu i jestem niemal pewien, że wolałbym tego nie wiedzieć. Naprawdę nie chcę wiedzieć, co ktoś musiał zrobić kobiecie, by tak bardzo była obojętna na to, że banda oprychów próbuje odebrać jej cześć, nie wyobrażam sobie, co musisz czuć – mówił, niewzruszony moim brakiem reakcji. – Dawno nie słyszałem tak poruszającej piosenki, śpiewanej głosem przepełnionym tak ogromnym smutkiem i żalem, jak to, co przed chwilą nuciłaś. Nigdy, choć żyję już przeszło trzysta lat, naprawdę nigdy nie słyszałem tyle… rozpaczy w głosie. Przyznam szczerze, że mam ochotę dorwać tego, kto cię aż tak skrzywdził.
– Już dorwałeś, leży na twoim wozie – odparłam sucho, zerkając na niego ukradkiem i zauważając, że wpatrywał się z zaciętą miną przed siebie, przynajmniej dopóki nie usłyszał moich słów.
– Nie wierzę – powiedział i spojrzał na mnie – to niemożliwe.
– A jednak – rzuciłam krótko i wróciłam do wpatrywania się w niebo.
                Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu, elf zdawał się nie wiedzieć, co dalej mówić, powróciłam więc do wcześniejszego stanu otępienia, w który ostatnimi czasy tak często popadałam. Przypomniały mi się słowa Tristrii o smutku… miała rację, naprawdę istnieje taka rozpacz, której nie da się znieść, której nie można wyrazić słowami. To uczucie paraliżowało ciało i umysł, odbierało chęci do życia, sprawiało, że już się nie żyło… jedynie się wegetowało.
– Tak sobie myślę – elf odezwał się po jakimś czasie, tym razem zupełnie innym, niemalże beztroskim tonem – że jeszcze nie było okazji, bym ci się przedstawił, nazywam się Salus Portanis. Zdradzisz mi swoje imię?
– Vivienne – rzuciłam sucho, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem.
– Piękne imię, po elficku..
– Wiem, co znaczy po elficku – przerwałam mu głosem nadal pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu. – Zostawisz mnie w końcu w spokoju, czy będziesz mnie nadal torturował swoim gadaniem?
– Chciałem tylko ci jakoś pomóc – odparł, a w jego tonie wyczułam urażoną nutę – ale skoro tak bardzo przeszkadza ci moja obecność, to pozostaje mi zrobić tylko jedno.
                Zawołał do woźnicy, żeby się zatrzymał, zeskoczył z siodła i rozwiązał moje więzy, uwalniając mnie całkowicie, po czym podszedł do mojego konia, który do tej pory szedł posłusznie za wozem, odpiął uprząż od jego uzdy i podał mi wodze, kiedy zeszłam z wozu.
– Jedź, gdzie chcesz, chyba naprawdę nie jestem w stanie ci pomóc – dodał i spojrzał na mnie ze współczuciem, po czym wsiadł na swojego konia – my jedziemy w stronę Sil Dla, w przeciwną dojedziesz do Sil Thran, tylko nie opuszczaj głównego traktu – poinformował mnie jeszcze przez ramię i ruszył przed woźnicę, nakazując mu popędzić konie, żeby dotrzeć do celu przed kolejną nocą.
                Obserwowałam ich chwilę, jak się oddalali. Elf co jakiś czas zerkał na mnie przez ramię, szybko jednak znalazłam się poza zasięgiem jego wzroku – w końcu była noc i z pewnością nie widział tak dobrze jak ja, mimo że trakt rozświetlały liczne gwiazdy i księżyc. Pogładziłam lekko śnieżnobiałą grzywę konia, sprawdziłam popręg i strzemiona, po czym wskoczyłam na siodło i popędziłam ogiera w przeciwną stronę, niż odjechał elf. Po chwili jednak przypomniałam sobie jego słowa… Sil Thran… nie mogłam tam wrócić… tak niespodziewanie ściągnęłam wodze, że koń zarżał i stanął na moment dęba, aż zabrzęczały strzały w kołczanie i inne moje bronie. Zawróciłam i ponownie wbiłam pięty w jego boki, tym razem zmuszając go do galopu w stronę Sil Dla.

Odsiecz

                Po jakimś czasie zwolniłam, nie chcąc dogonić moich wcześniejszych… towarzyszy. Wolałam nie dawać Salusowi okazji, by znów zaczął mnie zagadywać, dlatego zwolniłam, a ogier płynnie zmienił krok z galopu w kłus. Koń od Bel’salana był chyba najlepszym wierzchowcem, na jakim przyszło mi kiedykolwiek jeździć. Chyba nie wiedział, co to strach, skoro pozwolił mi się do siebie zbliżyć po tym, jak przy nim wpadłam w szał i pokazałam swoją wampirzą naturę. Jeśli to był dar, który miał mi wynagrodzić błąd Tristrii… był naprawdę darem godnym książąt, ojciec na dworze nie miał tak dobrze wyszkolonego i tak pięknego konia.
Zaczynałam czuć coraz wyraźniejszy zapach obu elfów, niósł go delikatny wiatr, tak więc trzymałam się za nimi, pozwalając ogierowi spokojnie kłusować, co jakiś czas nawet spowalniając go jeszcze do stępa. Zza lasu zaczynała unosić się świetlista łuna, zwiastująca nadchodzący dzień, zatrzymałam się więc na chwilę, by odpocząć jeszcze przed świtem. Nie zdążyłam jednak nawet wyjąć z juków butli z krwią i chleba, gdy usłyszałam głośne krzyki dochodzące ze strony, w którą zmierzał Salus z kompanem. Po chwili zawiał wiatr i poza elfami, poczułam krew i gadzi zapach… jaszczurki, wielkie jaszczurki, o których słyszałam od załogi na statku.
Z jednej strony czułam, że to nie moja sprawa i nie miałam ochoty nic robić, z drugiej… ten elf zdawał się być… dobry, może trochę szalony, ale dobry… a zapach krwi, który doleciał do mnie, z pewnością nie był zapachem gadziej krwi... wrzuciłam butlę z powrotem do torby, wzięłam łuk i wskoczyłam na siodło, ustawiając kołczan przy siodle tak, by móc swobodnie wyciągać strzały, nie zsiadając z konia, po czym pocwałowałam w stronę wrzasków.
Już z daleka widziałam wielkie jaszczurki, pięć sporych gadów otaczających Salusa, który bezradny odganiał je szablą i łukiem z zerwaną cięciwą w drugiej ręce. Nie zwalniając, puściłam wodze i chwyciłam łuk, posyłając raz za razem strzały w jaszczurki. Musiały być wygłodniałe albo bardzo odporne, ponieważ tkwiące w ich ciałach po same brzechwy strzały zdawały się nie robić na nich żadnego wrażenia, choć każdą dodatkowo zatrułam. Zatrzymałam ogiera tuż przed jaszczurkami, a ten stanął dęba i opadł na jedną z taką siłą, że dało się słyszeć głośny trzask łamanego kręgosłupa. Podsunęło mi to pewien pomysł, choć nie byłam pewna, czy potrafię zrobić coś takiego, nie szkodziło jednak spróbować...
Przewiesiłam łuk, żeby nie krępował mi dłoni i zaczęłam inkantować zaklęcie. Już na pokładzie statku rozwijałam swoje zdolności do mocy żywiołów, miałam na to dużo wolnego czasu, nigdy jednak nie wykorzystywałam tego w walce czy do manipulacji organizmem innej istoty. Dwie z jaszczurek zamierzały już rzucić się na nogi mojego konia, kiedy skończyłam rzucać zaklęcie… obie wydały z siebie głośny odgłos pełen bólu, a ich ciała powyginały się w kilku miejscach z głośnym trzaskiem łamanych kości. Połowa gadów uciekła, kiedy zauważyły, co się stało, dwa największe jednak widocznie tak bardzo chciały zdobyć pożywienie, że zatraciły instynkt przetrwania  jedna rzuciła się na mojego konia, druga na elfa, nie zważając na nic. Krótka inkantacja i jaszczur, zmierzający w moją stronę podzielił los poprzednich. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę potrafiła tak potężnie używać mocy… wyczerpało to jednak moje siły, zeskoczyłam więc z siodła, dobywając miecz i szybkimi cięciami zabiłam gada, który zdążył już przewrócić Salusa i wgryźć mu się w ramię, rozrywając je swoją wielką paszczą.
Zrzuciłam martwe truchło z elfa i pochyliłam się nad nim. Jego twarz była wykrzywiona z bólu, drugą ręką próbował dotknąć swojej rany, jednak mu to uniemożliwiłam, żeby móc się jej przyjrzeć. Nie tylko paskudnie wyglądała… mój wrażliwy węch raził dobiegający z niej odór… no tak, takie jaszczury ze śliny zrobiły jedną ze swoich broni, było w niej tyle świństwa, że zatruwały każdą ranę na tyle silnie, że bez szybkiej pomocy ofiara bardzo szybko umierała przez zakażenie.
– Wróciłaś – wydusił z siebie Salus, kiedy udało mu się skupić rozbiegane oczy na mojej twarzy – teraz… teraz jesteśmy kwita – dodał, zapewne mając na myśli, że tym razem ja mu uratowałam życie, choć patrząc na jego stan, wcale nie byłam tego taka pewna.
– Gdzie ten drugi elf? Gdzie wóz? – spytałam, rozglądając się wokół, zobaczyłam jednak tylko ślady kół biegnące w stronę miasta.
– Ka… kazałem mu uciekać i się ratować – wybełkotał – myślałem, że dam sobie z nimi radę.
– Jasne – rzuciłam krótko i rozejrzałam się, wytężając swoje zmysły, nic jednak nie wyczułam, więc spytałam – gdzie twój koń?
– Poniosło go – powiedział i spróbował wstać, jednak bardzo szybko opadł z głośnym okrzykiem bólu.
– Muszę cię gdzieś zabrać, sama nie potrafię ci pomóc – stwierdziłam bardziej do siebie i wstałam, zastanawiając się, co mam zrobić.
                Salus już nic nie mówił, stracił przytomność z bólu i upływu krwi, ta przeklęta rana nie przestawała krwawić, na szczęście ślina jaszczura cuchnęła tak silnie, że powstrzymanie się od jej wypicia przyszło mi wręcz z łatwością. Stwierdziłam, że skoro tak dobrze poszło mi z tamtymi, to może uda mi się pomóc elfowi… zaczęłam inkantować, skupiając się bardzo na tym, co chciałam osiągnąć i po chwili ranę Salusa pokrył gruby skrzep krwi, który zdawał się dość skutecznie tamować krwawienie. Przyprowadziłam konia i przerzuciłam nieprzytomnego elfa przez jego grzbiet, po czym wskoczyłam na siodło i pognałam w stronę miasta, znów zmuszając konia do osiągania granic w szybkości.

Powrót do żywych

               Po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam jakiś cel, coś, co musiałam zrobić. Wiedziałam, że jeśli nie dowiozę Salusa do miasta i nie znajdę dla niego pomocy, to on zginie. Nie znałam drogi, całe szczęście jednak, jechaliśmy głównym traktem i wystarczyło się go trzymać, by dotrzeć do celu. Mijałam nawet po drodze towarzysza Salusa, który jechał bardzo powoli, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić… może dręczyły go wyrzuty sumienia, że nie pomógł swojemu panu? Krzyczał coś za mną, nie miałam jednak zamiaru tracić cennego czasu, którego elf miał coraz mniej. Skrzep spełnił swoją funkcję i rana nie krwawiła już tak bardzo, choć co jakiś czas musiałam podtrzymywać efekt. Po jakimś czasie elf nawet odzyskał częściowo świadomość, nie był jednak w stanie składnie myśleć z osłabienia i z bólu, zaczął coś majaczyć… parę razy nazwał mnie nawet swoim aniołem… wybawcą, bohaterką… mówił też coś o ukochanej kobiecie, powtarzał cały czas jej imię, w kółko tylko Tesauri i wyznania miłości.
                Do miasta dojechałam późnym popołudniem, kiedy Salus znów stracił przytomność. Jego oddech był coraz płytszy, a serce zaczynało bić coraz ciszej. Na szczęście, straż przepuściła mnie bez większych problemów, gdy krzyknęłam, że potrzebuję pomocy, nawet pokierowali mnie, gdzie mogę ją znaleźć. W pełnym galopie przejechałam przez uliczki miasta, zatrzymując się dopiero na placu przed świątynią Tetsu. Zrobiłam tam hałas i już po chwili elfem zajęli się kapłani, mi natomiast zaproponowali ciepły posiłek i wodę. Byłam wycieńczona walką i szaleńczą jazdą, więc się zgodziłam, jeden parobek nawet przyszedł i powiedział, że może zaprowadzić konia do stajni i się nim zająć, skinęłam więc głową.
                Kończyłam właśnie jeść, gdy przyszedł do mnie jeden z kapłanów z uśmiechem i usiadł naprzeciw mnie, a elfka, która krzątała się w kuchni przy jadalni, od razu postawiła przed nim talerz gorącej zupy.
– Pani przyjaciel odzyska siły, dotarła pani w ostatnim momencie – poinformował mnie, zabierając się do jedzenia – sprytne użycie mocy żywiołu, myślę, że to uratowało mu życie. Rozmawiałem z nim, zaiste, godne pochwały poświęcenie, przyznam, że nie spodziewałbym się takiego szlachetnego czynu po wampirze. Zwłaszcza, że widziałem ślady po ugryzieniu na szyi pani przyjaciela.
– To nie jest mój przyjaciel – sprostowałam, wzruszając ramionami – po prostu uznałam, że powinnam mu pomóc.
– Niemniej, godne pochwały – odparł i skinął głową z uznaniem – będzie musiał jeszcze jakiś czas tu zostać, myślę, że jutro wszystko powinno wrócić do normy. Do tego czasu również panią możemy tutaj gościć. Za chwilę jedna z akolitek zaprowadzi panią do pani… kompana.
– Wolę znaleźć inny nocleg, nie zamierzam zatrzymywać się w mieście – powiedziałam, ponieważ każda chwila pobytu w świątyni boleśnie przypominała mi o tym, co zrobiłam Bairre – i nie wiem, po co Salus miałby chcieć mnie widzieć, więc przepraszam, ale…
– Myślę, że chce podziękować za uratowanie mu życia – przerwał mi kapłan i spojrzał na to surowo – nie powinno się wstydzić wdzięczności i jej unikać, to dobre uczucie… niech pani do niego idzie i pozwoli mu je okazać.
                Westchnęłam i skinęłam głową. Po chwili zaprowadzono mnie do niewielkiego, skromnego pokoju. Na łóżku drzemał Salus, obudził się jednak, gdy tylko weszłam i stanęłam obok niego, nie za bardzo wiedząc, co zrobić. Miał zabandażowane całe ramię i pokryte zapewne grubą warstwą maści, których ostry zapach unosił się w całym pomieszczeniu. Mężczyzna rozpromienił się, gdy tylko mnie zobaczył.
– Moja bohaterka – powiedział, a ja skrzywiłam się, słysząc jego słowa, oczywiście jednak zupełnie nie przejął się moją reakcją, tylko dalej ciągnął swoją przemowę – nie wiem, jak mam ci się odwdzięczyć, za uratowanie życia. Zrobiłaś dla mnie o wiele więcej, niż ja dla ciebie, powiedzieli mi, że gdyby nie ty, na pewno bym zginął albo co najmniej stracił ramię, a tak… wrócę niebawem do pełni sił. Nie wiem, jak ci za to dziękować. Jeśli zechcesz, to…
– Daj spokój – przerwałam mu z lekką irytacją – zrobiłam, co powinnam zrobić. Ty uratowałeś mnie, ja ciebie, jesteśmy kwita. Teraz powinieneś odpoczywać i jak tylko odzyskasz siły, jechać do Tesauri.
– Skąd o niej wiesz? – zdziwił się, zapewne nie pamiętając wiele z drogi do miasta.
– Bełkotałeś, jak bardzo ją kochasz jak cię tu wiozłam.
– Ah.. wrócę do niej, już za parę dni wrócę – uśmiechnął się szeroko i zrobił minę, jakby wpadł na genialny pomysł, po czym zawołał z entuzjazmem – a ty pojedziesz ze mną! Poznasz moją żonę, powiem jej, że jesteś moją bohaterką! Zgódź się, proszę, tylko parę dni, potem będziesz mogła jechać, gdzie zechcesz.
– Wolałabym…
– I obiecuję, żadnego irytującego wypytywania i gadania, jak będziesz chciała, mogę całą drogę milczeć – dodał, przykładając rękę do piersi, na co nie potrafiłam się choćby lekko uśmiechnąć, choć moje usta w ostatnim czasie odzwyczaiły się od takiego układu.
– Dobrze. Pojadę z tobą – odparłam, nie miałam przecież nic do stracenia ani żadnych lepszych perspektyw przed sobą, a on się rozpromienił jakbym nie wiem jakie skarby mu obiecała.
                Porozmawiałam z nim jeszcze chwilę, umówiłam się co do powrotu i wyszłam ze świątyni, zabierając konia z ich stadniny. Pachołek oczyścił go z krwi i solidnie wyszczotkował, rzuciłam więc mu złotą monetę w podzięce, przez co zaczął się giąć w ukłonach i rzewnie mi dziękować. Machnęłam ręką i opuściłam świątynny dziedziniec, chcąc znaleźć jakiś niezbyt drogi, ale przyzwoity zajazd. Mimo wszystko, nie potrafiłam spędzić tam zbyt wiele czasu… przechodząc przez obszerny plan, z całej siły unikałam patrzenia na sąsiedni budynek świątyni Raistra, który boleśnie ranił moje serce… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz