wtorek, 7 kwietnia 2015

Kumulacja komplikacji

Mentat i słoneczna elfka 

                Dwa następne dni upłynęły mi w nerwowej atmosferze oczekiwania na wezwanie do domu gubernatora. Większość drużyny zdawała się być przekonana o mojej niewinności, przynajmniej ci co już zdążyli mnie poznać wcześniej, choć Tut również nie wierzył, żebym to zrobiła. Odbyliśmy nawet interesującą rozmowę na temat dobra i zła, kroczenia drogą trudniejszą lub wybierania wąskich ścieżek na skróty; okazało się, że troll ma w wielu kwestiach podobne podejście do mojego, choć wyczuwałam u niego chęć do jednak dużo większego… radykalizmu w postępowaniach. Otra nie dane mi było zobaczyć przez te dni, wrócił na sterowiec, zakonserwować coś w silniku, opowiadał o tym, ale zupełnie się nie znałam, więc szybko przestałam go słuchać. Jedynie Lancello mierzył mnie ostrym wzrokiem, mrużąc przy tym oczy tak, że czułam się w jego towarzystwie jak najgorszego sortu zbir, parias, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. Nie zdziwiłabym się, gdyby miał już przygotowaną dla mnie strzałę…
                Z kolei jeszcze tego samego dnia wieczorem do drzwi mojego pokoju zapukał Salus, wyraźnie przejęty sytuacją. Na mieście sporo się mówiło o oszalałej wampirzycy, która zapolowała na gubernatora, i o tym, jaką to widowiskową egzekucję można jej będzie przygotować, nic więc dziwnego, że się zmartwił o mój dalszy los. Wierzył mi jednak, że tego nie zrobiłam, pamiętał jak kiedyś rzuciłam się na niego w szale, ale dodał, że tamta sytuacja była zupełnie zrozumiała i że sam zawinił, podjudzając mnie pytaniami, natomiast nie wyobrażał sobie, żebym mogła zrobić coś takiego z własnej woli. Pojawił się też problem związany z tym, że musiałam pozostać w mieście, on z kolei musiał już wracać, uspokoiłam go jednak, że i tak planowałam powrócić do dawnych towarzyszy. Uśmiechnął się i życzył mi szczęścia, dodał też, że znalazł dla mnie coś, co z pewnością mi się podoba. Wyszedł na chwilę, a kiedy wrócił, niósł w dłoniach czarny napierśnik. Byłam pod wrażeniem – zbroja wykonana była z solidnych łusek i płytek i chroniła przed dość silnymi nawet ciosami, ponadto posiadała pewne zdolności magiczne. Podziękowałam i poprosiłam, by zabrał ze sobą Nixa, w końcu na sterowcu w żaden sposób nie przydałby mi się koń; kiedy się zgodził, odłożyłam pancerz na stół i poszłam za nim do stadniny, pożegnać się z koniem, któremu, choć był zwierzęciem, też trochę zawdzięczałam.
                Późnym rankiem, dwa dni po wizycie u księcia Drenmgara, w zajeździe zjawił się młody krasnolud z wiadomością, że do miasta przybył już mentat i mam się stawić w domu gubernatora jak najszybciej. Ruszyłam za nim, zostawiając niedojedzony posiłek i informując jedynie po drodze Mikura, gdzie się wybieram. Po drodze krasnolud zakomunikował mi, że ma jeszcze sprawę do załatwienia i mam dalej iść sama, tak więc, nie zwlekając, niemal pobiegłam w stronę okazałego budynku. Pozostał mi ostatni zakręt, gdy z przeciwległej uliczki wyszedł niewielki oddział orków w barwach rodowych mojego ojca. Na czele żołnierzy kroczył dumnie Bugdush, kiedy tylko mnie zobaczył, stojącą oszołomioną tym spotkaniem, mrugnął do mnie jednym okiem i uśmiechnął się drapieżnie, po czym przeszedł obok, dalej już mnie ignorując. Wzięłam kilka głębokich oddechów i ruszyłam dalej – miałam teraz ważniejszą sprawę na głowie, bratem mogłam zająć się później.
                Na miejscu spotkałam już Lancello, Valarada, Mikura, Otra, Troya i Tuta – najwyraźniej mój kamienny przyjaciel powiedział o wezwaniu drużynie i czym prędzej ruszyli za mną, żeby mnie wesprzeć lub też, w przypadku Lancello, być może przyglądać się mojemu skazaniu. Mentat, podstarzały krasnolud, porozstawiał moich towarzyszy przy ścianach, zabraniając im dotykać czegokolwiek, po czym sprawił, że obok mnie pojawił się obraz mojej aury… wielki, czarny smok z lekko rozmazującymi się krawędziami. Tak, no i to by było na tyle, jeśli chodzi o ukrywanie tego… nawet Lancello nie potrafił ukryć zaskoczenia na twarzy, gdy to zobaczył, tylko Tutowi najwyraźniej kształt mojej aury skojarzył się ze zgoła czymś innym, w każdym razie powiedział z irytacją, klnąc cicho pod nosem.
– Smoki, smoki… dobrze tylko, że nie jest gwieździsty jak tej słonecznej szmaty!
                Jakby na zawołanie otwarły się drzwi od sypialni gubernatora i stanęła w nich wysoka, niezwykle smukła elfka o długich, jasnozłotych włosach i bliźnie, biegnącej ukośnie od policzka do kącika wargi. Miała wyjątkowo nieprzyjemny wyraz twarzy, w dodatku, kiedy tylko zobaczyła Tuta, zaczęła wyrzucać z siebie jakąś elficką inkantację. Nie miałam pojęcia, co się dzieje, usłyszałam tylko brzdęk szkła i po chwili Valarad chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę okna, rozbitego przez wcześniejszy skok Lancello i Troya. Wyskoczyliśmy przez nie tuż przed tym, jak rozległ się głośny huk, a na nas posypała się lawina odłamków kamiennej ściany. Spadałam bez większej kontroli nad ciałem, zdawało mi się przez moment, że wylądowałam na rękach Valarada, który dzięki butom miał możliwość chodzenia w powietrzu, jednak już po chwili tkwiłam w ramionach Troya, który uśmiechał się do mnie z wyraźnym zadowoleniem. Podziękowałam mu, starając się ukryć niechęć, i jak najszybciej wyswobodziłam się z jego ramion – ciągle nosił na sobie tylko i wyłącznie skórzaną kamizelkę i naprawdę nie pachniała ona zbyt przyjemnie, do tego dotyk jego nagiej piersi… nie było to coś, o czym bym śniła po nocach. Kiedy już stanęłam na nogach spojrzałam w górę i zobaczyłam ogromną wyrwę w ścianie budynku oraz strzałę, wypuszczoną przez Lancello i mknącą do wnętrza ruiny… po chwili słychać było głuchy łomot bezwładnego ciała opadającego piętro w dół, na posadzkę pokrytą odłamkami podłogi wyższego piętra.
– Co to do cholery miało być? – spytałam zaskoczona Valarada, obserwując zdobiony sufit sypialni gubernatora.
– Galadriella – burknął, otrzepując się z resztek szkła – dawniej z nami podróżowała… – dodał tonem sugerującym, że nie wspomina tamtego czasu zbyt mile.
– Dlaczego to zrobiła? Zniszczyła wszystkie dowody… – powiedziałam, zerkając na pirata ze smutkiem – jak teraz udowodnią, że jestem niewinna?
– Coś wymyślą – usłyszałam nad sobą głos Otra, zdrapującego się z drzewa, na które najwyraźniej wylądował po ucieczce z budynku, zastanawiałam się, jak sobie poradził Mikur i mentat… co do Tuta nie miałam obaw, bardzo wyraźnie słyszałam jego długie wiązanki o jakiejś zniszczonej tarczy.
– Nie przejmuj się, to wariatka – rzucił Valarad, podążając w stronę wejścia do budynku – pójdę zobaczyć, co tam się dzieje.
– Ja lepiej poczekam tutaj – westchnęłam cicho, siadając pod drzewem.
– Wariatka czy nie, ale musicie przyznać, że ma pierdolnięcie – skomentował Troy, jak zwykle beztrosko podchodząc do tego, że przez działania elfki komuś obok niego może się właśnie za chwile zawalić cały świat.
                Do budynku wszedł jeszcze Lancello, dołączając się do podniesionych głosów zgromadzonych tam osób; odetchnęłam z ulgą, gdy usłyszałam wśród nich głos Mikura. Najpierw debatowali co zrobić z elfką, w końcu, po długich rozmowach, zdecydowali się ją wskrzesić. Mentat wezwał straż i wyprowadzili Galadriellę do aresztu, mimo kajdan wychodziła jak jakaś wielka królowa… ah, jak chciałam w tamtej chwili zetrzeć jej z twarzy ten parszywy uśmiech… Po chwili mentat poinformował mnie, że on nie jest w stanie nic więcej tutaj zrobić i, w związku z tym, muszę poczekać na wyniki śledztwa prowadzonego bez jego pomocy. Po jego minie wnioskowałam, że ma bardzo niskie mniemanie o takich metodach dochodzenia do prawdy, nie miał jednak wyboru i musiał pogodzić się z tym, że to nie jemu przypadnie chluba rozwiązania zagadki śmierci gubernatora.

Zagrożenie czyha zwesząd

                Byłam zdruzgotana… wiązałam spore nadzieje z interwencją mentata, ale też obawy z racji mojego pochodzenia… a w obecnej sytuacji drużyna dowiedziała się o aurze smoka bez większego sensu, skoro i tak zniszczono wszelkie dowody. Jakby tego wszystkiego jeszcze było mało, kiedy wróciłam po tym zdarzeniu do swojego pokoju, na łóżku znalazłam niewielki rulonik pergaminu zawinięty czarną wstążką. Gdy tylko ją rozwinęłam i przeczytałam treść wiadmości, opadłam na łóżko z drżącymi rękoma, upuszczając kartkę na ziemię. Dopiero po chwili byłam w stanie ją podnieść i dokładniej jej się przyjrzeć, choć łzy zaczęły już wypełniać moje oczy… na wysokiej jakości papierze, doskonale mi znanym stylem napisano krótkie zdanie: „Znalazłem Cię. N.Ś.”. Zwinęłam się na łóżku w kłębek i pozwoliłam łzom płynąc, zastanawiając się, ile jeszcze dane mi będzie wycierpieć i czy to wszystko jest karą za to, że porzuciłam dziecko, moją jedyną, najdroższą córeczkę… nie wiem, ile czasu spędziłam na płaczu, nie potrafiłam się powstrzymać…
                W końcu jednak udało mi się jakoś pozbierać, chociażby na tyle, żebym była w stanie zejść do karczmy i poprosić o coś do picia. Suknia, w której byłam u gubernatora, miała w sobie odłamki drewna i szkła, była też cała zakurzona od pyłu, który wzbił się wraz z opadającymi częściami budynku. Zrzuciłam ją i założyłam pierwszą lepszą, która wpadła mi w ręce, nie zawracałam już sobie jednak głowy czesaniem i myciem włosów – wygląd obecnie był jedną z ostatnich rzeczy, które się dla mnie liczyły. Zeszłam na dół do karczmy i przysiadłam się do towarzyszy, po drodze prosząc karczmarza o wodę. Reszta drużyny chyba zauważyła, że jestem nie w humorze, nawet Lancello zdawał się patrzeć na mnie trochę inaczej, jakby mu było mnie żal… pewnie sobie myślał, że jestem żałosna i nie zdziwi mnie, jeśli zechce ukrócić niedługo moje męki na tym świecie… być może to nie byłoby aż tak głupim pomysłem…
– Masz, napij się – z zamyślenia wyrwał mnie głos Lancello, który podsunął w moją stronę kufel krasnoludzkiego piwa; spojrzałam na niego z wahaniem, nie mierzył mnie już jak wcześniej, ale nadal nie wyczułam ani odrobiny ciepła w jego spojrzeniu, musiał zauważyć moją niepewność, bo westchnął z irytacją i dodał – przecież go nie zatrułem, chcesz to wypij, nie to ja wypiję.
– Hm… może dobrze mi to zrobi – odparłam i chwyciłam kufel, upijając parę łyków.
                Nigdy nie lubiłam za bardzo alkoholu, nie odpowiadał mi smak wielu trunków, był za mocny i za ostry lub za gorzki, do tego jeszcze dochodziła moja słaba głowa… to skutecznie utrudniało zostanie smakoszem. Piwo krasnoludzkie było jednak zadziwiająco wręcz smaczne, delikatna gorycz była wymieszana w idealnych proporcjach ze słodyczą, z przyjemnością więc piłam kolejne łyki z zacnej wielkości kufla. Po wypiciu połowy, nieco poprawił mi się humor, zobaczyłam uśmiechających się do mnie Mikura i Tuta, Otr, wychodząc z karczmy, poklepał mnie po ramieniu, rzucając krótkie „głowa do góry”, nawet Lancello zdawał się być mi przychylniejszy… postanowiłam więc podzielić się z nimi moim problemem, zdjąć ze swoich barków choć część tego ciężaru.
– Muszę wam coś powiedzieć – odezwałam się, a wszelkie dyskusje przy stole od razu ucichły – sprawa z wrabianiem mnie w zabójstwo to nie jedyny kłopot. W mieście jest też mój brat, widziałam go jak szłam do rezydencji gubernatora, ponadto zjawił się tu Niosący Śmierć – powiedziałam i położyłam na stole list od niego, który po kolei przeczytali – swego czasu uczył mnie trochę fachu, ale nigdy nie nadawałam się na zabójcę… potem zobaczył list gończy i dał mi łaskawie dzień na ucieczkę, a teraz mnie odnalazł… nie sądzę, by się cofnął przed zabiciem mnie, żaden zabójca nie zrezygnowałby z takiej nagrody, jaką daje mój brat – dodałam i westchnęłam ciężko, powstrzymując drżenie głosu – w każdym razie, proszę was o informacje, jeśli zobaczylibyście mężczyznę ubranego całego na czarno, w ciężkim czarnym płaszczu z głębokim kapturem…
– Opisz mi twojego brata, to poinformuję cię, jeśli zobaczę jego lub tego zabójcę – odezwał się Lancello, patrząc na mnie znad kufla z ciemnym, krasnoludzkim piwem.
– Mój brat jest półorkiem, zwykle paraduje z oddziałem swoich orków – wyjaśniłam, a elf, słysząc kim jest mój brat ledwo zauważalnie uniósł jedną brew, w żaden inny sposób nie okazując emocji, jakie wzbudziła w nim ta informacja – noszą barwy rodowe i herb mojego ojca – dodałam i opisałam im wygląd tarczy herbowej.
– Jeśli zobaczę kogoś takiego to dam ci znać, ewentualnie wypuszczę w niego strzałę – dodał, uśmiechając się zawadiacko kącikiem ust, co dodało mu sporej dozy nonszalancji, z taką miną nawet jego blizna tak bardzo nie raziła w oczy i wyglądał całkiem przystojnie; gdyby tylko nie czekał na moje najmniejsze potknięcie, żeby posłać we mnie strzałę... aż dziw nawet, że jeszcze tego nie zrobił…
                Reszta drużyny też obiecała, że mnie poinformuje, jak tylko zobaczą kogoś podejrzanego i że jestem teraz znów ich częścią, więc będą mnie chronić i mi pomogą. Część z nich znała doskonale moją historię i przejścia z bratem, wiedzieli więc, z czym się może wiązać jego obecność w tym mieście. Łudziłam się jednak, że Bugdush będzie miał ważniejsze sprawy na głowie, niż gnębienie mnie, niestety zdawałam sobie sprawę z tego, jak złudne są te nadzieje. Przez myśl mi nawet przemknęło, czy wmieszanie mnie w zabójstwo gubernatora nie jest jego sprawką, wolałam jednak nie wierzyć, że posunąłby się aż tak daleko, by mnie zgnębić… chociaż, nigdy nie słynął z racjonalności, zapamiętałam go za to jako wyjątkowego okrutnika… tak, być może byłby zdolny coś takiego uknuć…
                Postanowiłam jednak podzielić się z kimś moimi przemyśleniami, poprosiłam więc Mikura, aby towarzyszył mi podczas wizyty u księcia krasnoludów. Bez problemu udało mi się dostać przed jego oblicze i wyjawiłam mu moje wątpliwości, prosząc, by uwzględniono to w śledztwie i zapewniając jeszcze raz, że nie miałam nic wspólnego z zabójstwem gubernatora i że ktoś próbuje mnie wrobić. Zaznaczyłam, że wszystko zdaje się być aż nazbyt oczywiste, przecież znaleziono mnie zakrwawioną pod domem gubernatora w koszuli nocnej, ale też irracjonalne – jeśli faktycznie wpadłabym w szał, to po co miałabym iść i zabić akurat jego, skoro po drodze miałabym zapewne równie interesujące ofiary? Nigdy wcześniej nie byłam też w tym mieście, nie znałam tutaj nikogo i nie miałam absolutnie żadnych powodów, by pragnąc śmierci gubernatora. Książę Denmgar wysłuchał mnie w spokoju, po czym powiedział, że biorą pod uwagę wszystkie możliwości  i że nie muszę się obawiać o rzetelność przeprowadzanego przez nich śledztwa. Tymi słowami subtelnie zakomunikował mi, że zostałam wysłuchana i powinnam dać mu już spokój, razem z Mikurem wyszliśmy więc i wróciliśmy do zajazdu, w którym się zatrzymaliśmy.

W poszukiwaniu Tego

                Siedzieliśmy w karczmie, gdy do naszego stołu podszedł zdziwaczały człowiek, opatulony szarą peleryną. Wokół niego unosił się fetor potu i brudu i jeszcze ostrzejszy zapach alkoholu kiepskiego sortu. Po wyglądzie, zachowaniu maga i jego trzęsących się rękach dało się łatwo wywnioskować, że cierpiał na dość silne uzależnienie od tej substancji. Zaczął bełkotać coś o tym, żebyśmy odzyskali „to”, nie chciał jednak powiedzieć, o co konkretnie chodzi, zbywając nas odpowiedziami w rodzaju „to jest tym, to wygląda jak to, to jest do tego”. W końcu jednak wspólnymi siłami udało nam się wyciągnąć od ów człowieka, że „to” jest niczym innym, jak butelką dającą niekończący się alkohol… no tak, to by wyjaśniało alkoholizm tego typa. Podał nam lokalizację, gdzie według niego mogłaby się znajdować jego zguba – były to krasnoludzkie podziemia, nie czekając więc, przywdzialiśmy zbroje i ruszyliśmy.
                W pierwszej komnacie spotkaliśmy grupkę sponiewieranych alkoholem goblinów, które pokierowały nas w głąb jaskiń, zapewniając, że tam znajdziemy butelkę. Okazało się jednak, że to zlecenie nie będzie aż tak proste jakby nam się mogło zdawać. Najpierw zaatakowały nas nietoperze, które kąsały nas, wpuszczając do krwi truciznę, ledwie jednak odczułam jej działanie, gdy kilku udało się mnie ugryźć, kiedy otoczyły mnie zbitą grupą. Moi towarzysze skutecznie je odstraszyli, a ja, gdy tylko znalazły się dalej od nas, potraktowałam ich jedną z moich mocy. Biorąc pod uwagę, że sama nie raz zamieniałam się w nietoperza, aż boleśnie było patrzeć, jak wszystkie ich kości łamią się i wyginają w różne strony, a trzask temu towarzyszący wywołał wręcz nieprzyjemny dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa. Później pomogłam reszcie drużyny rozgromić gromadkę mniej przyjaźnie nastawionych goblinów - nie mieli z nami żadnych szans.
                Mieliśmy już przeszukać komnatę, gdy przed nami pojawili się jej strażnicy, strzegący, jak się okazało, znajdujących się tam artefaktów – stein, gnom i wampir… walka była ciężka, każdego z przeciwników należało zniszczyć trzy razy, aby dać duszom wieczny spokój, wspólnymi siłami udało nam się ich jednak pokonać. Udało nam się też zyskać przedmioty, które strzegli – Puszkę Pandory, która zdawała się powodować efekty nie tylko sprzyjające jej użytkownikowi, Lucipelosy – mithrillowe rękawice, które z radością zabrał Troy, który z tego co widziałam w czasie walk, potrafił posługiwać się wyłącznie walką wręcz, oraz Gjalnhörnn – Róg Heimdalla. Ostatni przedmiot udało mi się podnieść jeszcze w czasie walk i pozostał moją własnością, gdyż nikt z drużyny nie był chętny do jego używania. Nie zależało mi na nim specjalnie, ale skoro mogłam dzięki niemu weprzeć drużynę, to dlaczego nie?

Karczemna burda i niepokojący przybysz

Ostatecznie nie udało nam się odzyskać Tego, ale zdobyliśmy cenne przedmioty, bilans wyprawy w ostatecznym rozrachunku był więc bardzo korzystny. Niestety, walkę tę Tut przypłacił życiem, miałam na szczęście jeszcze zwój wskrzeszenia, więc udało mi się go przywrócić do żywych, za co szczerze mi dziękował, wyrzucając jednak z siebie przeróżne, sprośne uwagi i przekleństwa, co wcześniej się mu nie zdarzało, przewyższał grubiaństwem nawet Troya, a to niezłe osiągnięcie, coś więc było nie tak. Wysłałam go później ponownie do frenologa… cóż, niestety, okazało się to bardziej mu zaszkodzić, niż pomóc i parę godzin później Lancello, który poszedł go poszukać, wrócił do nas z przykrą informacją, że nasz towarzysz zginął. Usiadł później w kącie, ukrywając się w cieniu kaptura, tak jak ja to nie raz robiłam na kontynencie centralnym, gdy nie chciałam zostać rozpoznana. Wszystkich nas zmartwiła wiadomość o śmierci Tuta w mniejszym lub większym stopniu, mnie chyba najmniej, z racji tego, że poznałam go ledwie parę dni wcześniej – był dla mnie miły, nawet przyniósł mi beczkę z krwią, jednak spędziliśmy razem zbyt mało czasu i zbyt mało przeszliśmy wspólnie, by wieść o jego śmierci mogła mną wstrząsnąć.
Zdawało się jednak, że wstrząsnęła Lancello, staraliśmy się więc jakoś poprawić mu humor, ale byl uparty i wszystkich od siebie odganiał, rzucając burkliwe komentarze z wielce poirytowanym, skwaszonym wyrazem twarzy. Troy nie dawał za wygraną, doprowadzając elfa najwyraźniej do granic cierpliwości, gdyż chwycił go za kołnierz i przywalił mu pięścią w szczękę. Awanturnik nie pozostał mu dłużny i niewiele minęło, aż oboje zaczęli się tarzać po parkiecie. Doskonale wiedziałam, czym się to może skończyć w krasnoludzkiej karczmie i ani trochę się nie pomyliłam – już po chwili większość gości zajazdu, wstała od stołów i zaczęła się bić, nawet nie zastanawiając się, jaki był powód bójki. Poza paroma krasnoludzicami w wojującej się masie byli sami mężczyźni, poza tym, przy walce zawsze pojawia się krew, a ta z kolei oznacza konieczność kontrolowania się, co w ferworze walki zawsze przychodzi z trudem, wolałam więc wycofać się zawczasu. Stanęłam za kontuarem, kucając momentami za ladą, gdy w jej stronę leciały przeróżnego rodzaju przedmioty.
Karczmarz w pośpiechu chował co cenniejsze trunki, widać było jednak, że ma w tym już wprawę. Pozwolił mi się skryć za kontuarem, podał mi tylko czysty ręcznik i nakazał wycierać kielichy, co też bez większego problemu zrobiłam. W pewnym momencie, gdy akurat kucałam, kryjąc się przed serią lecących w moją stronę odłamków krzesła, poczułam znajomy zapach, który sprawił, że wszystkie moje mięśnie spięły się, gotowe odpowiedzieć na atak. Przy kontuarze stanął Niosący Śmierć i spokojnym głosem zamówił spirytus krasnoludzki. Karczmarz bez zwłoki podał mu pełen kielich, który zabójca wychylił za jednym razem, po czym położył na ladzie sztukę złota, kolejną rzucając mi pod nogi.
– To dla pięknej kelnerki – powiedział cicho i odszedł, szeleszcząc długim, obszernym płaszczem.
                Spojrzałam pod moje stopy i zobaczyłam zakrwawioną monetę, chwyciłam ją przez chusteczkę i schowałam do sakwy, nie chcąc, by karczmarz zaczął coś podejrzewać, gdyby zobaczył krew. Bójka powoli dobiegała końca, pod koniec stali już tylko i wyłącznie Troy i Lancello, oboje z wyraźnymi śladami ciosów na twarzach, Valarad leżał oszołomiony na jakimś krasnoludzie, a Mikur ze zirytowaną miną próbował się wyrwać spod ciężkiego, dębowego żyrandola. Karczmarz ze wściekłą miną zaczął zbierać z podłogi uczestników bójki, nie siląc się na delikatność – bił ich po prostu po twarzach otwartą dłonią. Od każdego przebudzonego zbierał też po parę sztuk złota, żeby pokryć koszty naprawy zniszczeń, wszyscy bez problemów wrzucali brzęczące monety do mieszka, najwyraźniej czując, że więcej by ich kosztowały konsekwencje nieuiszczenia tej rekompensaty.
                Cały czas zostałam za kontuarem, woląc nawet wycierać pozostawione mi przez karczmarza kufle i kielichy, zamiast chodzić po pijanych i półżywych krasnoludach, żeby przedrzeć się do stołu. Kiedy parkiet  zaczął pustoszeć, już miałam podejść do stołu, gdy w drzwiach stanął nieznany mi człowiek, po okrzyku Troya jednak dało się wywnioskować, że to jakiś jego dawny znajomy.
– Mścibór! Przyjacielu! – wykrzyknął awanturnik z entuzjazmem.
– Troy… – burknął przybysz, chyba nie do końca zadowolony z tego spotkania – Witaj. Dawno się już nie widzieliśmy. A więc nadal żyjesz, Troy?
– Myścibór, stary! Widzę, że jesteś cały! – radośnie odparł Troy, klepnął nieznajomego po ramieniu i zaczął prowadzić do stołu – Napij się z nami, przedstawię ci drużynę!
                Przyprowadził swojego znajomego do stołu, a ja od razu zauważyłam, że coś z nim jest nie tak, a raczej z jego chodem – poruszał się, jakby jego prawa noga miała dodatkowe stawy, przez co kołysał się na boki, sprawiając wrażenie kogoś pijanego, kto zaraz miałby się przewrócić. Jego twarz natomiast wyrażała irytację, jednak nie taką gniewną, jak ta u Lancello, która wywołała dopiero co skończoną bójkę, a taką zmęczoną, jakby przedstawienie towarzyszy Troya zupełnie go nie obchodziło. Awanturnik przedstawił mu Lancello, Valarada i Mikura w typowy dla siebie sposób, czyli nie siląc się na zbyt wyszukane określenia, woląc za to prostackie słowa idealnie pasujące akurat do kogoś, kto zapewne większość życia spędził w karczmach.
– To jest Lancello, nieźle napierdala z łuku, chociaż bić to się nie potrafi – Troy wskazał na leśnego elfa, który uśmiechnął się, jakby znał Mścibora i skinął głową, masując sobie knykcie – to jest Valarad, nieźle wymachuje mieczami! Jest kapitanem piratów i ma kilku przyzwoitych kolesi! Można się z nimi trochę ponaparzać – Mścibór obrzucił krótkim spojrzeniem krwawego elfa, sączącego piwo z kufla, które chwilę wcześniej zabrał z kontuaru, a Troy kontynuował przedstawianie towarzyszy – ten drogocenny kamienny przyjaciel to Mikur – dodał, a ja zmrużyłam oczy, mając ochotę mu przywalić za tę drwinę ze steina, nie znosiłam, gdy ktoś tak go nazywał, ponieważ on naprawdę był dla mnie drogocennym przyjacielem, ale nie ze względu na wartość kruszcu, z którego go wykonano.
– Hm… zaiste jesteś interesującym przedstawicielem martwej natury kamieniu. Niby martwa natura, a jednak żywy. Zaiste, jesteś wielce interesujący – odezwał się Mścibór cichym, smutnym głosem, przepełnionym jakąś niezdrową fascynacją, co też wyczuł Mikur, bo jego twarz wykrzywił grymas złości.
– Zaraz. Ci. Jebnę – warknął, akcentując każde słowo i zaciskając pięści.
                Postanowiłam już dłużej nie przyglądać się sytuacji z boku, wyszłam zza kontuaru i podeszłam do stołu, który zajęła drużyna, dosiadając się do nich i przedstawiając się z uśmiechem. Przybysz nie wywarł na mnie zbyt dobrego wrażenia, zawsze jednak starałam się być uprzejma w miarę możliwości, a w tej sytuacji serdeczność nic mnie nie kosztowała.
– Vivienne – powiedziałam, uznając też, że najwyższy czas zacząć używać imienia do którego przywykłam w ciągu ostatnich miesięcy; moje dawne imię, Francesca, zdawało mi się być… obce, jakby pochodziło z innego życia, czyjegoś życia.
– Tej! Przecież jesteś Francesca! – zawołał Troy z lekkim oburzeniem.
– Byłam. Nie mam już ochoty nosić dawnego imienia odkąd… od jakiegoś czasu – powiedziałam, co wysłuchały również inne osoby, znajdujące się przy stole; Valarad i Lancello nie pytali o nic, tylko skinęli głowami, przyjmując to jakby do wiadomości.
– Macie własną kelnerkę? Fajnie – skomentował Mścibór z nutką złośliwości w głosie, już chciałam coś odpowiedzieć, ale ubiegł mnie Troy.
– Ta cycata laska to wampirzyca! – zawołał jak na mój gust zbyt głośno z szerokim uśmiechem pełnym zadowolenia, zmierzyłam go więc ze wściekłością… gdybym potrafiła zabijać spojrzeniem, pewnikiem padłby wtedy trupem, co zdawał się odczuć, gdyż od razu się poprawił – znaczy się… ta kobieta z wysoce interesującymi walorami.
– Wampirzyca? Miło mi cię poznać, Francesco – powiedział, a w jego głosie wyczułam jeszcze większą fascynację niż wcześniej, gdy mówił o Mikurze – a więc jesteś tworem śmierci. To cudowne…
– Ale ja jestem żywa – oburzyłam się, tym razem to jego mierząc wzrokiem – i jestem Vivienne.
– Czy to różnica? Nieważne, jak się nazywamy, i tak każdy umrze… ale dobrze, Vivienne… a więc jesteś wampirzycą, ale jesteś żywa? Przecież wampiry to twory śmierci. Zaiste, fascynujące – mówił, a ja patrzyłam na niego uważnie, zastanawiając się, co też roi się w jego najwyraźniej chorym, ludzkim umyśle – musisz być posłańcem śmierci. Otrzymałaś piękny dar…
– Owszem, mam piękny… dar, ale co masz na myśli, mówiąc, że jestem posłańcem śmierci?
– No, chociażby to, że mimo iż jesteś tworem śmierci, to jesteś żywa Nelmnar wybrał cię, abyś niosła śmierć, swoje życie czerpiesz ze śmierci – powiedział, a jego fascynacja śmiercią stała się odrobinę jaśniejsza, skoro wyznawał wiarę w bóstwo śmierci… zdecydowanie wolałam już oddawać cześć Torpowi, niż sławić Nelmnara – Napędzasz śmierć, masz takie cudowne dary, korzystaj z nich jak najlepiej – kontynuował Mścibór, jakby się rozmarzył i dopiero, gdy skończył swój wywód, spojrzał na mnie przytomniejszym wzrokiem i urwał, widząc moje wręcz przerażone spojrzenie… nie bałam się go, ale przerażały mnie jego po prostu chore poglądy…

W pułapce

                Od dalszego towarzystwa i rozmów z Mściborem wybawiło mnie przybycie młodego krasnoluda. Podał mi kartkę z adresem i powiedział, ze nowy gubernator nakazuje mi się natychmiast stawić. Powiedziałam towarzyszom, gdzie mam iść i ruszyłam za posłańcem, tuż przed wyjściem zauważając, jak reszta drużyny wstaje, by pójść za mną. Krasnolud też to zauważył, jednak w żaden sposób tego nie skomentował, tylko raźnym krokiem zaczął pruć przez tłum przechodniów. Kiedy już dotarliśmy do okazałego, zdobionego budynku, miałam wrażenie, że dałoby się tam dojść prostszą drogą, w czym upewniło mnie to, że zastałam tam już moich towarzyszy razem z Mściborem, ale nie znałam miasta więc nie miałam pewności, poza tym nie widziałam też powodu, dla którego miałam być tam prowadzona okrężną drogą.
                Przy drzwiach stało dwóch strażników, którzy zdecydowanie zabronili wejść do budynku komukolwiek poza mną, toteż reszta drużyny rozsiadła się pod drzwiami, ja natomiast weszłam przez drzwi do wnętrza budowli. Znalazłam się w długim, wąskim korytarzu, na którego końcu ujrzałam pokój z okazałym biurkiem ustawionym na wprost drzwi. Przekonana, że to gabinet nowego gubernatora, ruszyłam tam pewnym krokiem, już po chwili wiedziałam jednak, że coś jest nie tak. Jakby znikąd za mną pojawiły się postaci, kroczące za mną w milczeniu, ale nie dałam po sobie w żaden sposób poznać strachu, który zaczął mnie ogarniać, tylko szłam dalej… prosto w zastawione na mnie sidła.
                Za biurkiem stał wysoki mężczyzna w szarym płaszczu z kapturem skrywającym jego twarz w cieniu. Kiedy tylko weszłam do pomieszczenia, osoby za mną zatrzasnęły drzwi i stanęły przy nich, zagradzając mi drogę odwrotu. Skupiłam się na tym, co rejestrowały moje zmysły… poza dwojgiem mężczyzn za mną i tym za biurkiem, w pomieszczeniu obok słyszałam oddechy i czułam zapach czterech krasnoludów, dwóch elfów i nawet jednego avianina. Mężczyzna przede mną uśmiechnął się tak, że wzdłuż kręgosłupa przeszedł mnie dreszcz…
– Miło, że raczyłaś odpowiedzieć na zaproszenie, Francesco Vicanis, mój pan bardzo pragnie się z tobą zobaczyć – powiedział cicho z zimnym opanowaniem – mam dla ciebie dwie propozycje, albo poddasz się nam i bez oporu udasz się do mojego pana, albo będziesz się stawiać… wtedy też trafisz do mojego pana, ale będziesz już w dużo gorszym stanie. Co wybierasz?
– Wolę trzecią opcję – odparłam, nie mając zamiaru godzić się na żadną z przedstawionych przez niego ofert – wypuścicie mnie wolno i pożegnamy się w zgodzie, a nikomu nie stanie się krzywda.
– Oh, ale naszemu panu bardzo zależy na spotkaniu z tobą, nie możemy go zawieźć – mówił głosem, jakby naprawdę się zmartwił, po czym sięgnął do szuflady biurka i wyjął z niego skórzany, szeroki pas z długim, cienkim łańcuchem, połyskującym srebrem, a może nawet mithrillem – wobec tego widzę, że wybrałaś drugą opcję… przykre…
– Nie będę się stawiać, nie sądzę, by to było konieczne – zapewniłam, woląc w razie co mieć wolne ręce, by móc próbować jakoś uciec… choć miałam wrażenie, że może to być zadanie wręcz niewykonalne.
– Myślę jednak, że nie masz innego wyboru. Podasz ręce dobrowolnie, czy mamy cię do tego zmusić? To mithrill… jeśli będziesz się rzucać, możemy przez zupełny przypadek zadać ci ból, a tego przecież byś nie chciała, prawda? – spytał, wiedziałam jednak, że nie oczekuje odpowiedzi; skinął głową na mężczyzn stojących przy drzwiach, wyciągnęłam więc ręce przed siebie… nie miałam szans, z karczmy nie wzięłam żadnej broni, jedynie miałam róg przewieszony przez ramię, a ten w walce nijak mi nie mógł pomóc… – bardzo mądry wybór – pochwalił mnie mężczyzna i otworzył drzwi z boku pomieszczenia, w stronę których mnie poprowadzili.
                Zanim wyszliśmy z pokoju, zatrzymali się na moment i ktoś zawiązał mi oczy, mogłam więc polegać już tylko na słuchu i węchu. Po odgłosach kroków zorientowałam się, że prowadzili mnie we czwórkę (musiał dołączyć do nich ktoś z tamtych osób zza drzwi), trzymając mnie w środku, a ja gorączkowo myślałam, jak się uratować. Nie zdążyliśmy jednak nawet dojść do pierwszych drzwi, gdy usłyszałam szelest peleryny i poczułam znajomy zapach… zapach mojego dawnego nauczyciela – Niosącego Śmierć. Po chwili mój węch zarejestrował aromat krwi, kuszący… ale udało mi się powstrzymać wampirze rządze, a wokół rozległ się głuchy łomot ciał uderzających o podłogę.
                Poczułam, jak ktoś zdziera mi opaskę i ujrzałam twarz Niosącego Śmierć, jak zwykle bez wyrazu, wyglądała jednak zupełnie inaczej, niż jak ją zapamiętałam. Jej prawą połowę zdobiła paskudna blizna od poparzenia… najwyraźniej komuś nie spodobały się jego działania albo podjął się zlecenia ponad swoje siły. Otarł materiałem sztylet i rzucił zakrwawioną opaskę na ziemię, po czym zwrócił się do mnie spokojnym głosem.
– Na co czekasz? Uciekaj, masz dziesięć sekund, zanim wbiegnie tutaj reszta – poinformował mnie, przekrzywił głowę na moment, jakby się nad czymś zastanawiał, już jednak na niego nie patrzyłam, tylko puściłam się biegiem korytarzem, sprawdzając kolejno drzwi.
                Otwierałam pierwsze drzwi, gdy usłyszałam szelest peleryny – Niosiący Śmierć zniknął już w cieniu. Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie uratował, nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać. W pierwszym pomieszczeniu poza biurkiem nie było żadnych mebli, ale nie było też okna, przeklęłam więc i ruszyłam dalej. Dwa kolejne pokoje miały w ścianach szpary, które z kolei bardziej przypominały otwory wentylacyjne niż okna –  były tak niewielkie, że mogłabym mieć problemy, by przecisnąć się przez nie w postaci nietoperza. Kolejna była jakaś skrytka z miotłami… ruszyłam biegiem po schodach, klnąc w myślach na krasnoludzkie budownictwo.
                Byłam na półpiętrze, gdy usłyszałam otwierane z hukiem drzwi i stukot stóp kilkunastu biegnących osób. Ruszyłam pędem od razu na drugie piętro, licząc, że będą mnie szukali w pomieszczeniach piętro niżej. Odeszłam po cichu od schodów i zaczęłam ostrożnie podrzucać róg. Liczyłam, że zadęcie w niego zwróci uwagę moich towarzyszy, stojących przed budynkiem. To jednak nie był mój dobry dzień – starając się podrzucić go biodrem jak najciszej, tak niefortunnie ustawiłam nogę, że zamiast osiągnąć cel, wystawiłam sobie biodro. Ból był tak silny i nieoczekiwany, że nie udało mi się powstrzymać wrzasku… po chwili kroki na dole zamarły, ktoś krzyknął „na górze” i moich uszu dobiegły odgłosy wbiegających po schodach osób.
                Ledwo trzymałam się na nogach, gdy pierwszych dwóch mężczyzn wpadło na piętro, jeden z nich od razu ruszył w moją stronę, drugi natomiast wyciągnął kuszę i zaczął we mnie celować. Nie dałam rady nic zrobić, ból biodra za bardzo mnie paraliżował nawet przy braku ruchu, nie byłabym w stanie unikać… zaatakował mnie kopnięciem w klatkę piersiową, przewracając mnie na kamienną posadzkę. Ledwo mogłam w pierwszej chwili złapać oddech, ale dzięki temu przynajmniej uniknęłam mknącego w stronę mojej piersi bełtu, nie uniknęłam jednak trzech kolejnych…
– A mogłaś być spokojna i nie cierpieć – powiedział mężczyzna, który mnie przewrócił, przygniótł mnie, opierając ciężką stopę na moim mostku, i wyrwał kuszę swojemu towarzyszowi, gry ten do nas podszedł – ale sama tak wybrałaś – dodał i wystrzelił we mnie trzy bełty, jeden trafił mnie w ramię, dwa pozostałe przebiły moje uda.
                Mithrill… byłam pewna, że bełty zrobiono z mithrillu… nic innego nie piecze, nie pali tak rany jak on… wrzasnęłam z bólu, nie mogąc i nawet nie chcąc się powstrzymać – skoro już mnie dorwali, zamierzałam zrobić jak najwięcej hałasu, żeby być może ktoś mnie usłyszał i przybył mi na ratunek… do cholery, ledwie kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów ode mnie stały sobie spokojnie dwa elfy, od czegoś przecież mają wydłużone uszy, mogliby łaskawie zrobić z nich użytek i usłyszeć moje wrzaski…
– Zamknij się – rozkazał mi oprawca, zdjął za mnie stopę i podniósł mnie do góry, chwytając moje ramiona – mam jeszcze dla ciebie jedną niespodziankę, po tym już nie będziesz miała sił ani nam uciekać, ani wrzeszczeć – dodał, a ja usłyszałam cichy zgrzyt sztyletu i ujrzałam srebrzysty błysk w okolicy mojego brzucha…
                Poczułam wbijające się w moje ciało ostrze, przeszywające po kolei, powoli moje tkanki, boleśnie palące… ten ogień, rozprzestrzeniający się z rany przypominał mi żar w moich żyłach, który poczułam po wypiciu mikstury przygotowanej przez Tristrię, ten jednak był skoncentrowany tylko wokół miejsca, gdzie był wbity sztylet. Liczyłam, że ustąpi, gdy mój oprawca wyjmie ostrze, ale nic takiego się nie stało, palący ból trwał i trwał, ciągle narastając… był tak silny, że zachwiałam się na nogach. Byłam zbyt rozkojarzona bólem promieniującym z różnych miejsc mojego ciała, żeby zwracać uwagę na to, co się wokół dzieje… dopiero po chwili zaczęłam coś rejestrować…
– Mieliście ją doprowadzić w nienaruszonym stanie, pan chce ją pełną sił umysłowych – usłyszałam oburzony, zupełnie nieznany mi głos, a po chwili jakiś mężczyzna strącił z moich ramion ręce tamtego i chwycił mnie pewną ręką, drugą wyrywając bełty, czym wywołał jeszcze większy ból i kolejne moje wrzaski – uspokój się – powiedział do mnie, a widząc, mój wzrok, którego nie mogłam na niczym skupić i zapewne wykrzywioną bólem twarz, westchnął i uderzył mnie otwartą dłonią w twarz, co nieco mnie otrzeźwiło… na tyle, że spojrzałam na niego wściekle, co zdawał się przyjąć z wręcz… ulgą? w każdym razie zdawał się być z tego powodu usatysfakcjonowany, co potwierdziły jego słowa. – Zdaje się, że jesteś jeszcze zdolna kontaktować. Bez numerów, bo uszkodzę cię jeszcze bardziej – zagroził i zaczął mnie prowadzić za łańcuch.
                Widząc, że nie daję rady iść, skinął głową na dwóch ze zgrai, która za mną pobiegła, a ci natychmiast podeszli do mnie i chwycili mnie pod ramiona. Zaprowadzili mnie do jednego z pokoi wzdłuż szerokiego i długiego korytarza. Tam, na dużym, zdobionym fotelu siedział ubrany w wysokiej jakości szaty mężczyzna, który uśmiechnął się lekko, widząc, jak wprowadzają mnie do pomieszczenia i sadzają bez zbędnej delikatności na krześle naprzeciwko niego. Mój umysł nadal otumaniony był bólem, udało mi się jednak jakoś odsunął myśli o nim na dalszy plan… tylko wyćwiczona w bojach wytrwałość mi na to pozwoliła, a i tak przyszło mi to z niemałym trudem…
– Witaj, wampirzyco. Ubolewam, że doprowadziłaś do tego, by trafić tutaj w tak opłakanym stanie, ponieważ świadczy to o tym, że niemiłe ci jest spotkanie ze mną. Zdaje się też, że niezbyt cenisz swoje ciało… ciekawi mnie jednak, na ile cenisz swoje życie i ile jesteś mi w stanie za nie zaoferować? – wygłosił swoją mowę, wpatrując się we mnie uważnym, przenikliwym spojrzeniem.
– Nie wiem, co by cię satysfakcjonowało – odparłam drżącym, bardzo słabym głosem, a on uśmiechnął się szeroko.
– Czekam na twoje propozycje. Co jesteś w stanie mi dać za twoje życie? – ponowił pytanie, przyglądając mi się z uśmieszkiem pozwalającym sądzić, że naprawdę świetnie się bawi moim kosztem.
                Zastanawiałam się gorączkowo, o co konkretnie mogłoby mu chodzić i kim w ogóle był… wiedziałam, że nie był człowiekiem, pomimo ciężkiego, intensywnego zapachu perfum wyczuwałam wyraźną woń krwi… musiał być wampirem, byłam tego niemalże pewna. Nie wiedziałam, co mógłby chcieć, na ile on wycenił moje życie… ja równie dobrze mogłabym nie dać mu nic. W końcu, ile warte może być życie kobiety, która porzuca własne dziecko? Niewiele, jeśli nie nic…
– Nie wiem – wyszeptałam ledwie słyszalnie, on jednak bez problemu to usłyszał.
– Przykro mi to słyszeć – wyjął z kieszeni chusteczkę i zaczął nią przecierać spiczaste kły… a więc miałam rację, był wampirem – oh, lubię wyczyścić zęby przed posiłkiem – wyjaśnił, widząc moje spojrzenie.
– Mamy puszkę… puszkę Pandory – powiedziałam pierwsze, co mi przyszło na myśl… wyczułam w jego głosie groźbę, a nie chciałam skończyć jako posiłek innego wampira, nie czułam sensu, by dalej żyć, ale też nie chciałam odejść w ten sposób…
– Interesujące. Możesz mi ją pokazać?
– Jest u moich towarzyszy – wyszeptałam, a on spojrzał na mnie rozczarowany.
– Szkoda… zatem nie jesteś w stanie zaoferować mi nic lepszego, niż twój brat – odparł i skinął na kogoś przy drzwiach – przyprowadź jednego z orków.
– Tak, panie.
                Po chwili do pokoju wszedł rosły ork, którego pamiętałam z Felmarii. On też mnie rozpoznał – gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się jakby na wspomnienie tego, co ze mną robił i z nadzieją, że dane mu będzie to powtórzyć. Położył na stole opasły worek brzęczących monet… zakładałam, że było tam równe czterdzieści tysięcy złotych monet. Wampir obrzucił worek przelotnym spojrzeniem i, nie zaszczycając swoją uwagą orka, przeniósł wzrok na mnie.
– No nic, czas się pożegnać – powiedział i wstał, w tym momencie dwoje z jego ludzi podniosło mnie tak, ze stałam naprzeciwko niego; mężczyzna podszedł do mnie, delikatnie odsunął mi włosy i niemal czułym gestem położył dłoń na moim karku, odsłaniając w ten sposób moją szyję, po czym pochylił się, żeby wyszeptać mi do ucha – widzisz, moja droga… ja nie jestem zwykłym wampirem, jestem strzygą…
                Ledwie ostatnie słowa skończyły brzmieć, a już poczułam jego kły wbijające się w moją szyję. Kolejna rana, kolejny ból, było mi to już jednak obojętne… chciałam, żeby to wszystko się skończyło… poczułam, jak z każdym wypitym przez niego łykiem mojej krwi, ubywa mi mocy, sił magicznych, słabłam fizycznie… pociemniało mi przed oczami i zachwiałam się, ale zachowałam przytomność… znów pozwoliła mi na to moja wytrwałość… przeklęta wytrwałość…
                Mężczyzna odsunął się ode mnie i otarł chusteczką usta, posłał mi jeszcze uśmiech i skinął głową orkowi ze słowami „jest wasza”, po czym zasiadł z powrotem na fotelu. Ork chwycił łańcuch i zaczął wychodzić z pokoju, ja jednak postąpiłam ledwie parę kroków, gdy ból promieniujący z biodra poraził mnie na tyle, że upadłam. Zielonoskóry nie zwracał jednak na to uwagi, zaczął mnie ciągnąć po posadzce, co tylko potęgowało już i tak potężny ból, do tego mithrillowy łańcuch przesunął się tak, że zaczął parzyć moje dłonie… znów zaczęłam wrzeszczeć, choć zdawałoby się, że nie znajdę już sił na krzyk. Wrzeszczałam już nie by kogoś przywołać… ból był po prostu na tyle potężny, że nie mogłam sobie z nim inaczej poradzić. Dopiero to zainteresowało ciągnącego mnie orka, który podniósł mnie i zaczął nieść, po chwili na korytarzu dołączyło do niego trzech innych,  ale wolałam im się nie przyglądać, w obawie, że ich też rozpoznam…
                Przymknęłam oczy, modląc się, by tym razem czekał mnie szybki koniec, by Bugdush znów nie nakazał orkom się nade mną znęcać… chciałam odejść, szybko i bezboleśnie… nagle usłyszałam znów szelest peleryny, zduszone dźwięki orków, gdy podrzynano im gardła. Opadłam na podłogę, a z moich ust znów wydarł się głośny okrzyk bólu. Świat rozmazał się na moment, a kiedy odzyskałam ostrość widzenia, zobaczyłam przed sobą oszpeconą twarz Niosącego Śmierć i poczułam ostrze sztyletu na gardle.
– Mógłbym cię teraz zabić bez większych problemów – powiedział głosem takim, jakby ta perspektywa była dla niego niezwykle kusząca, dodał jednak po chwili milczenia, którą przerywało tylko moje głośne dyszenie i bulgotanie dogorywających orków – ale wolę wymyślić coś dużo bardziej efektownego –wyjawił i odsunął ode mnie sztylet.
                Spojrzał mi na moment w oczy… przeraziła mnie pustka zionąca z jego ciemnych tęczówek… po czym odsunął się i zniknął w tak charakterystycznym dla siebie szmerze szat, jak zwykle czarnych i obszernych. Zaczynałam się zbierać powoli z podłogi, chcąc się choć wyczołgać, gdy usłyszałam głośny huk i poczułam powiew chłodnego powietrza. Spojrzałam w stronę, z którego dochodził ów hałas i zobaczyłam Valarada, Lancello i Troya, biegnących w moim kierunku oraz ziejącą za nimi wyrwę w budynku. Byłam słaba… coraz słabsza… musiałam im jednak wytłumaczyć, ostrzec ich jakoś…
– Niebezpieczeństwo… tu jest strzyga… i mój brat, on wszystko zaplanował… ci orkowie… zabił ich Niosący Śmierć, nie wiem dlaczego… musicie uciekać, tu nie jest bezpiecznie – mówiłam bezładnie, choć starałam się skleić sensowne zdania, nie byłam w stanie skupić myśli.
– Uspokój się – powiedział Lancello i pomógł mi się podnieść, chwytając mnie delikatnie pod ramię i przytrzymując mnie, gdy zobaczył, że słaniam się na nogach – jesteś w stanie iść? – spytał niemalże z troską, o którą wcześniej bym go nie podejrzewała; kiedy zaprzeczyłam, westchnął i spojrzał po chłopakach, uwalniając jednocześnie moje ręce bardzo ostrożnie, jakby nie chciał dotknąć mojej skóry łańcuchem. – Trzeba będzie ją wynieść – powiedział do nich, chowając gdzieś łańcuch, gdy tylko uwolnił moje nadgarstki.
                Troy i Valarad rozpoczęli nawzajem się przegadywać, że potrzebują wolne ręce do walki, że nie mogą… zza zakrętu korytarza dobiegały już odgłosy ciężkich kroków czterech kolejnych orków, Lancello westchnął więc z irytacją, nie wiem czy związaną z zapałem tej dwójki do ratowania mnie czy tym, że w ogóle tu się znalazł, i najwyraźniej podjął decyzję, że musi sam mnie wynieść. Przełożył przez ramię płaszcz i pochylił się, ostrożnie obejmując moje uda, po czym przerzucił mnie na plecy… mimo że zdawał się starać nie sprawić mi bólu, znów wrzasnęłam, nie mogąc się powstrzymać. Lancello ostrzegł mnie, żebym uważała na mithrillowe elementy jego zbroi… a więc miałam rację… to był mithrill…
                Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że to właśnie on uratuje mi życie… jawnie mną gardził, a jednak, widząc mnie w potrzebie, postanowił mi pomóc. Przyspieszył kroku, gdy usłyszeliśmy okrzyki Troya i Valarada, którzy stanęli do walki z orkami… poczułam zapach elfiej i ludzkiej krwi… krew Lancello zdawała się teraz pachnieć lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, powstrzymałam się jednak… cudem, ale się powstrzymałam…
                Zniósł mnie na ziemię, dzięki swoim butom mógł stąpać w powietrzu bez problemów i postawił przed Mikurem i Mściborem, nadal jednak podtrzymywał mnie ramieniem, żebym nie upadła. Stein spojrzał na mnie przerażony – zdawało się, że nasze pojawienie się przerwało im zabawę w walki golemami i jakimiś kościanymi istotami wielkości myszy. Zaraz zaczął dopytywać, co się stało, Lancello jednak nie uznał za stosowne mu wytłumaczyć, tylko powiedział, jakby wydawał rozkaz... brzmiało to, jakby często to robił… jakby miał to we krwi…
– Mikur, weź ją i idźcie na sterowiec. Tylko ostrożnie – powiedział, widząc jak stein zabiera się by mnie chwycić, znów westchnął i pomógł mu przełożyć moje niemal bezwładne już ciało… byłam coraz słabsza…
– Ja muszę wyjaśnić… wrabiali mnie…  książę… – zaczęłam szeptać, Lancello jednak był na tyle blisko, że zrozumiał moje słowa.
– Nie ma czasu. wszyscy na sterowiec – rozkazał i dotknął płaszcza, który sprawił, że stałam się jakby niewidzialna – idźcie ze spokojem, żadnego biegu, bo zwrócicie na siebie uwagę i będziecie jeszcze sprawiać jej dodatkowy ból – dodał, a ja resztką świadomości znów zdziwiłam się, że okazuje mi troskę.
                Mikur coś jeszcze pytał o nasz rzeczy z zajazdu, zauważyłam też, że Valarad i Troy do nas dołączyli, ale wszystko to odbierałam już ledwie świadoma otaczającego mnie świata. Kiedy Mikur ruszył, choć szedł powoli, ból przy każdym jego kroku wręcz mnie paraliżował… w końcu przyszło to, na co tak długo czekałam… obraz przed oczami zupełnie mi się rozmazał, wszystko ucichło… straciłam przytomność.           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz