Mentat i słoneczna elfka
Dwa następne dni upłynęły mi w nerwowej atmosferze
oczekiwania na wezwanie do domu gubernatora. Większość drużyny zdawała się być
przekonana o mojej niewinności, przynajmniej ci co już zdążyli mnie poznać
wcześniej, choć Tut również nie wierzył, żebym to zrobiła. Odbyliśmy nawet
interesującą rozmowę na temat dobra i zła, kroczenia drogą trudniejszą lub
wybierania wąskich ścieżek na skróty; okazało się, że troll ma w wielu
kwestiach podobne podejście do mojego, choć wyczuwałam u niego chęć do jednak dużo większego… radykalizmu
w postępowaniach. Otra nie dane mi było zobaczyć przez te dni, wrócił na
sterowiec, zakonserwować coś w silniku, opowiadał o tym, ale zupełnie się nie
znałam, więc szybko przestałam go słuchać. Jedynie Lancello mierzył mnie ostrym
wzrokiem, mrużąc przy tym oczy tak, że czułam się w jego towarzystwie jak
najgorszego sortu zbir, parias, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. Nie
zdziwiłabym się, gdyby miał już przygotowaną dla mnie strzałę…
Z
kolei jeszcze tego samego dnia wieczorem do drzwi mojego pokoju zapukał Salus,
wyraźnie przejęty sytuacją. Na mieście sporo się mówiło o oszalałej wampirzycy,
która zapolowała na gubernatora, i o tym, jaką to widowiskową egzekucję można
jej będzie przygotować, nic więc dziwnego, że się zmartwił o mój dalszy los.
Wierzył mi jednak, że tego nie zrobiłam, pamiętał jak kiedyś rzuciłam się na niego w szale, ale dodał, że tamta sytuacja była zupełnie zrozumiała i że sam
zawinił, podjudzając mnie pytaniami, natomiast nie wyobrażał sobie, żebym mogła
zrobić coś takiego z własnej woli. Pojawił się też problem związany z tym, że
musiałam pozostać w mieście, on z kolei musiał już wracać, uspokoiłam go
jednak, że i tak planowałam powrócić do dawnych towarzyszy. Uśmiechnął się i
życzył mi szczęścia, dodał też, że znalazł dla mnie coś, co z pewnością mi się
podoba. Wyszedł na chwilę, a kiedy wrócił, niósł w dłoniach czarny napierśnik.
Byłam pod wrażeniem – zbroja wykonana była z solidnych łusek i płytek i
chroniła przed dość silnymi nawet ciosami, ponadto posiadała pewne zdolności
magiczne. Podziękowałam i poprosiłam, by zabrał ze sobą Nixa, w końcu na
sterowcu w żaden sposób nie przydałby mi się koń; kiedy się zgodził, odłożyłam
pancerz na stół i poszłam za nim do stadniny, pożegnać się z koniem, któremu,
choć był zwierzęciem, też trochę zawdzięczałam.
Późnym
rankiem, dwa dni po wizycie u księcia Drenmgara, w zajeździe zjawił się młody
krasnolud z wiadomością, że do miasta przybył już mentat i mam się stawić w
domu gubernatora jak najszybciej. Ruszyłam za nim, zostawiając niedojedzony
posiłek i informując jedynie po drodze Mikura, gdzie się wybieram. Po drodze
krasnolud zakomunikował mi, że ma jeszcze sprawę do załatwienia i mam dalej iść
sama, tak więc, nie zwlekając, niemal pobiegłam w stronę okazałego budynku.
Pozostał mi ostatni zakręt, gdy z przeciwległej uliczki wyszedł niewielki
oddział orków w barwach rodowych mojego ojca. Na czele żołnierzy kroczył dumnie
Bugdush, kiedy tylko mnie zobaczył, stojącą oszołomioną tym spotkaniem, mrugnął
do mnie jednym okiem i uśmiechnął się drapieżnie, po czym przeszedł obok, dalej
już mnie ignorując. Wzięłam kilka głębokich oddechów i ruszyłam dalej – miałam
teraz ważniejszą sprawę na głowie, bratem mogłam zająć się później.
Na
miejscu spotkałam już Lancello, Valarada, Mikura, Otra, Troya i Tuta –
najwyraźniej mój kamienny przyjaciel powiedział o wezwaniu drużynie i czym
prędzej ruszyli za mną, żeby mnie wesprzeć lub też, w przypadku Lancello, być
może przyglądać się mojemu skazaniu. Mentat, podstarzały krasnolud,
porozstawiał moich towarzyszy przy ścianach, zabraniając im dotykać czegokolwiek,
po czym sprawił, że obok mnie pojawił się obraz mojej aury… wielki, czarny smok
z lekko rozmazującymi się krawędziami. Tak, no i to by było na tyle, jeśli
chodzi o ukrywanie tego… nawet Lancello nie potrafił ukryć zaskoczenia na
twarzy, gdy to zobaczył, tylko Tutowi najwyraźniej kształt mojej aury skojarzył
się ze zgoła czymś innym, w każdym razie powiedział z irytacją, klnąc cicho pod
nosem.
– Smoki, smoki… dobrze tylko, że nie jest gwieździsty
jak tej słonecznej szmaty!
Jakby
na zawołanie otwarły się drzwi od sypialni gubernatora i stanęła w nich wysoka,
niezwykle smukła elfka o długich, jasnozłotych włosach i bliźnie, biegnącej
ukośnie od policzka do kącika wargi. Miała wyjątkowo nieprzyjemny wyraz twarzy,
w dodatku, kiedy tylko zobaczyła Tuta, zaczęła wyrzucać z siebie jakąś elficką
inkantację. Nie miałam pojęcia, co się dzieje, usłyszałam tylko brzdęk szkła i
po chwili Valarad chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę okna, rozbitego przez wcześniejszy skok Lancello i Troya. Wyskoczyliśmy przez nie tuż przed
tym, jak rozległ się głośny huk, a na nas posypała się lawina odłamków
kamiennej ściany. Spadałam bez większej kontroli nad ciałem, zdawało mi się
przez moment, że wylądowałam na rękach Valarada, który dzięki butom miał
możliwość chodzenia w powietrzu, jednak już po chwili tkwiłam w ramionach
Troya, który uśmiechał się do mnie z wyraźnym zadowoleniem. Podziękowałam mu,
starając się ukryć niechęć, i jak najszybciej wyswobodziłam się z jego ramion –
ciągle nosił na sobie tylko i wyłącznie skórzaną kamizelkę i naprawdę nie
pachniała ona zbyt przyjemnie, do tego dotyk jego nagiej piersi… nie było to
coś, o czym bym śniła po nocach. Kiedy już stanęłam na nogach spojrzałam w górę
i zobaczyłam ogromną wyrwę w ścianie budynku oraz strzałę, wypuszczoną przez
Lancello i mknącą do wnętrza ruiny… po chwili słychać było głuchy łomot
bezwładnego ciała opadającego piętro w dół, na posadzkę pokrytą odłamkami
podłogi wyższego piętra.
– Co to do cholery miało być? – spytałam zaskoczona
Valarada, obserwując zdobiony sufit sypialni gubernatora.
– Galadriella – burknął, otrzepując się z resztek
szkła – dawniej z nami podróżowała… – dodał tonem sugerującym, że nie wspomina
tamtego czasu zbyt mile.
– Dlaczego to zrobiła? Zniszczyła wszystkie dowody… –
powiedziałam, zerkając na pirata ze smutkiem – jak teraz udowodnią, że jestem
niewinna?
– Coś wymyślą – usłyszałam nad sobą głos Otra,
zdrapującego się z drzewa, na które najwyraźniej wylądował po ucieczce z
budynku, zastanawiałam się, jak sobie poradził Mikur i mentat… co do Tuta nie
miałam obaw, bardzo wyraźnie słyszałam jego długie wiązanki o jakiejś
zniszczonej tarczy.
– Nie przejmuj się, to wariatka – rzucił Valarad,
podążając w stronę wejścia do budynku – pójdę zobaczyć, co tam się dzieje.
– Ja lepiej poczekam tutaj – westchnęłam cicho,
siadając pod drzewem.
– Wariatka czy nie, ale musicie przyznać, że ma
pierdolnięcie – skomentował Troy, jak zwykle beztrosko podchodząc do tego, że przez
działania elfki komuś obok niego może się właśnie za chwile zawalić cały świat.
Do
budynku wszedł jeszcze Lancello, dołączając się do podniesionych głosów
zgromadzonych tam osób; odetchnęłam z ulgą, gdy usłyszałam wśród nich głos Mikura. Najpierw debatowali co zrobić z elfką, w końcu, po
długich rozmowach, zdecydowali się ją wskrzesić. Mentat wezwał straż i
wyprowadzili Galadriellę do aresztu, mimo kajdan wychodziła jak jakaś wielka
królowa… ah, jak chciałam w tamtej chwili zetrzeć jej z twarzy ten parszywy
uśmiech… Po chwili mentat poinformował mnie, że on nie jest w stanie nic więcej
tutaj zrobić i, w związku z tym, muszę poczekać na wyniki śledztwa prowadzonego
bez jego pomocy. Po jego minie wnioskowałam, że ma bardzo niskie mniemanie o
takich metodach dochodzenia do prawdy, nie miał jednak wyboru i musiał pogodzić
się z tym, że to nie jemu przypadnie chluba rozwiązania zagadki śmierci gubernatora.
Zagrożenie czyha zwesząd
Byłam
zdruzgotana… wiązałam spore nadzieje z interwencją mentata, ale też obawy z
racji mojego pochodzenia… a w obecnej sytuacji drużyna dowiedziała się o aurze
smoka bez większego sensu, skoro i tak zniszczono wszelkie dowody. Jakby tego
wszystkiego jeszcze było mało, kiedy wróciłam po tym zdarzeniu do swojego
pokoju, na łóżku znalazłam niewielki rulonik pergaminu zawinięty czarną
wstążką. Gdy tylko ją rozwinęłam i przeczytałam treść wiadmości, opadłam na łóżko z
drżącymi rękoma, upuszczając kartkę na ziemię. Dopiero po chwili byłam w stanie
ją podnieść i dokładniej jej się przyjrzeć, choć łzy zaczęły już wypełniać moje
oczy… na wysokiej jakości papierze, doskonale mi znanym stylem napisano krótkie
zdanie: „Znalazłem Cię. N.Ś.”. Zwinęłam się na łóżku w kłębek i pozwoliłam łzom
płynąc, zastanawiając się, ile jeszcze dane mi będzie wycierpieć i czy to
wszystko jest karą za to, że porzuciłam dziecko, moją jedyną, najdroższą
córeczkę… nie wiem, ile czasu spędziłam na płaczu, nie potrafiłam się
powstrzymać…
W
końcu jednak udało mi się jakoś pozbierać, chociażby na tyle, żebym była w
stanie zejść do karczmy i poprosić o coś do picia. Suknia, w której byłam u
gubernatora, miała w sobie odłamki drewna i szkła, była też cała zakurzona od
pyłu, który wzbił się wraz z opadającymi częściami budynku. Zrzuciłam ją i
założyłam pierwszą lepszą, która wpadła mi w ręce, nie zawracałam już sobie
jednak głowy czesaniem i myciem włosów – wygląd obecnie był jedną z ostatnich
rzeczy, które się dla mnie liczyły. Zeszłam na dół do karczmy i przysiadłam się
do towarzyszy, po drodze prosząc karczmarza o wodę. Reszta drużyny chyba
zauważyła, że jestem nie w humorze, nawet Lancello zdawał się patrzeć na mnie
trochę inaczej, jakby mu było mnie żal… pewnie sobie myślał, że jestem żałosna
i nie zdziwi mnie, jeśli zechce ukrócić niedługo moje męki na tym świecie… być
może to nie byłoby aż tak głupim pomysłem…
– Masz, napij się – z zamyślenia wyrwał mnie głos
Lancello, który podsunął w moją stronę kufel krasnoludzkiego piwa; spojrzałam
na niego z wahaniem, nie mierzył mnie już jak wcześniej, ale nadal nie wyczułam
ani odrobiny ciepła w jego spojrzeniu, musiał zauważyć moją niepewność, bo
westchnął z irytacją i dodał – przecież go nie zatrułem, chcesz to wypij, nie
to ja wypiję.
– Hm… może dobrze mi to zrobi – odparłam i chwyciłam
kufel, upijając parę łyków.
Nigdy
nie lubiłam za bardzo alkoholu, nie odpowiadał mi smak wielu trunków, był za
mocny i za ostry lub za gorzki, do tego jeszcze dochodziła moja słaba głowa… to
skutecznie utrudniało zostanie smakoszem. Piwo krasnoludzkie było jednak
zadziwiająco wręcz smaczne, delikatna gorycz była wymieszana w idealnych
proporcjach ze słodyczą, z przyjemnością więc piłam kolejne łyki z zacnej
wielkości kufla. Po wypiciu połowy, nieco poprawił mi się humor, zobaczyłam
uśmiechających się do mnie Mikura i Tuta, Otr, wychodząc z karczmy, poklepał
mnie po ramieniu, rzucając krótkie „głowa do góry”, nawet Lancello zdawał się
być mi przychylniejszy… postanowiłam więc podzielić się z nimi moim problemem,
zdjąć ze swoich barków choć część tego ciężaru.
– Muszę wam coś powiedzieć – odezwałam się, a wszelkie
dyskusje przy stole od razu ucichły – sprawa z wrabianiem mnie w zabójstwo to
nie jedyny kłopot. W mieście jest też mój brat, widziałam go jak szłam do
rezydencji gubernatora, ponadto zjawił się tu Niosący Śmierć – powiedziałam i
położyłam na stole list od niego, który po kolei przeczytali – swego czasu
uczył mnie trochę fachu, ale nigdy nie nadawałam się na zabójcę… potem zobaczył
list gończy i dał mi łaskawie dzień na ucieczkę, a teraz mnie odnalazł… nie
sądzę, by się cofnął przed zabiciem mnie, żaden zabójca nie zrezygnowałby z
takiej nagrody, jaką daje mój brat – dodałam i westchnęłam ciężko,
powstrzymując drżenie głosu – w każdym razie, proszę was o informacje, jeśli
zobaczylibyście mężczyznę ubranego całego na czarno, w ciężkim czarnym płaszczu
z głębokim kapturem…
– Opisz mi twojego brata, to poinformuję cię, jeśli
zobaczę jego lub tego zabójcę – odezwał się Lancello, patrząc na mnie znad
kufla z ciemnym, krasnoludzkim piwem.
– Mój brat jest półorkiem, zwykle paraduje z oddziałem
swoich orków – wyjaśniłam, a elf, słysząc kim jest mój brat ledwo zauważalnie
uniósł jedną brew, w żaden inny sposób nie okazując emocji, jakie wzbudziła w nim
ta informacja – noszą barwy rodowe i herb mojego ojca – dodałam i opisałam im
wygląd tarczy herbowej.
– Jeśli zobaczę kogoś takiego to dam ci znać,
ewentualnie wypuszczę w niego strzałę – dodał, uśmiechając się zawadiacko kącikiem ust,
co dodało mu sporej dozy nonszalancji, z taką miną nawet jego blizna tak bardzo
nie raziła w oczy i wyglądał całkiem przystojnie; gdyby tylko nie czekał na
moje najmniejsze potknięcie, żeby posłać we mnie strzałę... aż dziw nawet, że
jeszcze tego nie zrobił…
Reszta
drużyny też obiecała, że mnie poinformuje, jak tylko zobaczą kogoś podejrzanego
i że jestem teraz znów ich częścią, więc będą mnie chronić i mi pomogą. Część z
nich znała doskonale moją historię i przejścia z bratem, wiedzieli więc, z czym
się może wiązać jego obecność w tym mieście. Łudziłam się jednak, że Bugdush
będzie miał ważniejsze sprawy na głowie, niż gnębienie mnie, niestety zdawałam
sobie sprawę z tego, jak złudne są te nadzieje. Przez myśl mi nawet przemknęło,
czy wmieszanie mnie w zabójstwo gubernatora nie jest jego sprawką, wolałam
jednak nie wierzyć, że posunąłby się aż tak daleko, by mnie zgnębić… chociaż,
nigdy nie słynął z racjonalności, zapamiętałam go za to jako wyjątkowego
okrutnika… tak, być może byłby zdolny coś takiego uknuć…
Postanowiłam
jednak podzielić się z kimś moimi przemyśleniami, poprosiłam więc Mikura, aby
towarzyszył mi podczas wizyty u księcia krasnoludów. Bez problemu udało mi się
dostać przed jego oblicze i wyjawiłam mu moje wątpliwości, prosząc, by
uwzględniono to w śledztwie i zapewniając jeszcze raz, że nie miałam nic
wspólnego z zabójstwem gubernatora i że ktoś próbuje mnie wrobić. Zaznaczyłam,
że wszystko zdaje się być aż nazbyt oczywiste, przecież znaleziono mnie
zakrwawioną pod domem gubernatora w koszuli nocnej, ale też irracjonalne –
jeśli faktycznie wpadłabym w szał, to po co miałabym iść i zabić akurat jego,
skoro po drodze miałabym zapewne równie interesujące ofiary? Nigdy wcześniej
nie byłam też w tym mieście, nie znałam tutaj nikogo i nie miałam absolutnie
żadnych powodów, by pragnąc śmierci gubernatora. Książę Denmgar wysłuchał mnie
w spokoju, po czym powiedział, że biorą pod uwagę wszystkie możliwości i że nie muszę się obawiać o rzetelność
przeprowadzanego przez nich śledztwa. Tymi słowami subtelnie zakomunikował mi,
że zostałam wysłuchana i powinnam dać mu już spokój, razem z Mikurem wyszliśmy
więc i wróciliśmy do zajazdu, w którym się zatrzymaliśmy.
W poszukiwaniu Tego
Siedzieliśmy
w karczmie, gdy do naszego stołu podszedł zdziwaczały człowiek, opatulony szarą
peleryną. Wokół niego unosił się fetor potu i brudu i jeszcze ostrzejszy zapach alkoholu kiepskiego sortu. Po wyglądzie, zachowaniu maga i jego
trzęsących się rękach dało się łatwo wywnioskować, że cierpiał na dość silne
uzależnienie od tej substancji. Zaczął bełkotać coś o tym, żebyśmy odzyskali
„to”, nie chciał jednak powiedzieć, o co konkretnie chodzi, zbywając nas
odpowiedziami w rodzaju „to jest tym, to wygląda jak to, to jest do tego”. W
końcu jednak wspólnymi siłami udało nam się wyciągnąć od ów człowieka, że „to”
jest niczym innym, jak butelką dającą niekończący się alkohol… no tak, to by
wyjaśniało alkoholizm tego typa. Podał nam lokalizację, gdzie według niego
mogłaby się znajdować jego zguba – były to krasnoludzkie podziemia, nie
czekając więc, przywdzialiśmy zbroje i ruszyliśmy.
W
pierwszej komnacie spotkaliśmy grupkę sponiewieranych alkoholem goblinów, które
pokierowały nas w głąb jaskiń, zapewniając, że tam znajdziemy butelkę. Okazało
się jednak, że to zlecenie nie będzie aż tak proste jakby nam się mogło zdawać.
Najpierw zaatakowały nas nietoperze, które kąsały nas, wpuszczając do krwi
truciznę, ledwie jednak odczułam jej działanie, gdy kilku udało się mnie
ugryźć, kiedy otoczyły mnie zbitą grupą. Moi towarzysze skutecznie je
odstraszyli, a ja, gdy tylko znalazły się dalej od nas, potraktowałam ich jedną
z moich mocy. Biorąc pod uwagę, że sama nie raz zamieniałam się w nietoperza,
aż boleśnie było patrzeć, jak wszystkie ich kości łamią się i wyginają w różne
strony, a trzask temu towarzyszący wywołał wręcz nieprzyjemny dreszcz wzdłuż
mojego kręgosłupa. Później pomogłam reszcie drużyny rozgromić gromadkę mniej
przyjaźnie nastawionych goblinów - nie mieli z nami żadnych szans.
Mieliśmy
już przeszukać komnatę, gdy przed nami pojawili się jej strażnicy, strzegący,
jak się okazało, znajdujących się tam artefaktów – stein, gnom i wampir… walka
była ciężka, każdego z przeciwników należało zniszczyć trzy razy, aby dać
duszom wieczny spokój, wspólnymi siłami udało nam się ich jednak pokonać. Udało
nam się też zyskać przedmioty, które strzegli – Puszkę Pandory, która zdawała
się powodować efekty nie tylko sprzyjające jej użytkownikowi, Lucipelosy –
mithrillowe rękawice, które z radością zabrał Troy, który z tego co widziałam w
czasie walk, potrafił posługiwać się wyłącznie walką wręcz, oraz Gjalnhörnn –
Róg Heimdalla. Ostatni przedmiot udało mi się podnieść jeszcze w czasie walk i
pozostał moją własnością, gdyż nikt z drużyny nie był chętny do jego używania.
Nie zależało mi na nim specjalnie, ale skoro mogłam dzięki niemu weprzeć
drużynę, to dlaczego nie?
Karczemna burda i niepokojący przybysz
Ostatecznie nie udało nam
się odzyskać Tego, ale zdobyliśmy cenne przedmioty, bilans wyprawy w
ostatecznym rozrachunku był więc bardzo korzystny. Niestety, walkę tę Tut
przypłacił życiem, miałam na szczęście jeszcze zwój wskrzeszenia, więc udało mi się
go przywrócić do żywych, za co szczerze mi dziękował, wyrzucając jednak z
siebie przeróżne, sprośne uwagi i przekleństwa, co wcześniej się mu nie
zdarzało, przewyższał grubiaństwem nawet Troya, a to niezłe osiągnięcie, coś
więc było nie tak. Wysłałam go później ponownie do frenologa… cóż, niestety, okazało
się to bardziej mu zaszkodzić, niż pomóc i parę godzin później Lancello, który
poszedł go poszukać, wrócił do nas z przykrą informacją, że nasz towarzysz
zginął. Usiadł później w kącie, ukrywając się w cieniu kaptura, tak jak ja to
nie raz robiłam na kontynencie centralnym, gdy nie chciałam zostać rozpoznana.
Wszystkich nas zmartwiła wiadomość o śmierci Tuta w mniejszym lub większym
stopniu, mnie chyba najmniej, z racji tego, że poznałam go ledwie parę dni
wcześniej – był dla mnie miły, nawet przyniósł mi beczkę z krwią, jednak
spędziliśmy razem zbyt mało czasu i zbyt mało przeszliśmy wspólnie, by wieść o
jego śmierci mogła mną wstrząsnąć.
Zdawało się jednak, że
wstrząsnęła Lancello, staraliśmy się więc jakoś poprawić mu humor, ale byl uparty i wszystkich od siebie odganiał, rzucając burkliwe komentarze z wielce
poirytowanym, skwaszonym wyrazem twarzy. Troy nie dawał za wygraną,
doprowadzając elfa najwyraźniej do granic cierpliwości, gdyż chwycił go za
kołnierz i przywalił mu pięścią w szczękę. Awanturnik nie pozostał mu dłużny i
niewiele minęło, aż oboje zaczęli się tarzać po parkiecie. Doskonale
wiedziałam, czym się to może skończyć w krasnoludzkiej karczmie i ani trochę
się nie pomyliłam – już po chwili większość gości zajazdu, wstała od stołów i
zaczęła się bić, nawet nie zastanawiając się, jaki był powód bójki. Poza paroma
krasnoludzicami w wojującej się masie byli sami mężczyźni, poza tym, przy walce
zawsze pojawia się krew, a ta z kolei oznacza konieczność kontrolowania się, co
w ferworze walki zawsze przychodzi z trudem, wolałam więc wycofać się zawczasu.
Stanęłam za kontuarem, kucając momentami za ladą, gdy w jej stronę leciały
przeróżnego rodzaju przedmioty.
Karczmarz w pośpiechu chował
co cenniejsze trunki, widać było jednak, że ma w tym już wprawę. Pozwolił mi
się skryć za kontuarem, podał mi tylko czysty ręcznik i nakazał wycierać
kielichy, co też bez większego problemu zrobiłam. W pewnym momencie, gdy akurat
kucałam, kryjąc się przed serią lecących w moją stronę odłamków krzesła, poczułam
znajomy zapach, który sprawił, że wszystkie moje mięśnie spięły się, gotowe
odpowiedzieć na atak. Przy kontuarze stanął Niosący Śmierć i spokojnym głosem
zamówił spirytus krasnoludzki. Karczmarz bez zwłoki podał mu pełen kielich,
który zabójca wychylił za jednym razem, po czym położył na ladzie sztukę złota,
kolejną rzucając mi pod nogi.
– To dla pięknej kelnerki – powiedział cicho i
odszedł, szeleszcząc długim, obszernym płaszczem.
Spojrzałam
pod moje stopy i zobaczyłam zakrwawioną monetę, chwyciłam ją przez chusteczkę i
schowałam do sakwy, nie chcąc, by karczmarz zaczął coś podejrzewać, gdyby
zobaczył krew. Bójka powoli dobiegała końca, pod koniec stali już tylko i
wyłącznie Troy i Lancello, oboje z wyraźnymi śladami ciosów na twarzach,
Valarad leżał oszołomiony na jakimś krasnoludzie, a Mikur ze zirytowaną miną
próbował się wyrwać spod ciężkiego, dębowego żyrandola. Karczmarz ze wściekłą
miną zaczął zbierać z podłogi uczestników bójki, nie siląc się na delikatność –
bił ich po prostu po twarzach otwartą dłonią. Od każdego przebudzonego zbierał
też po parę sztuk złota, żeby pokryć koszty naprawy zniszczeń, wszyscy bez
problemów wrzucali brzęczące monety do mieszka, najwyraźniej czując, że więcej
by ich kosztowały konsekwencje nieuiszczenia tej rekompensaty.
Cały
czas zostałam za kontuarem, woląc nawet wycierać pozostawione mi przez
karczmarza kufle i kielichy, zamiast chodzić po pijanych i półżywych
krasnoludach, żeby przedrzeć się do stołu. Kiedy parkiet zaczął pustoszeć, już miałam podejść do stołu,
gdy w drzwiach stanął nieznany mi człowiek, po okrzyku Troya jednak dało się
wywnioskować, że to jakiś jego dawny znajomy.
– Mścibór! Przyjacielu! – wykrzyknął awanturnik z
entuzjazmem.
– Troy… – burknął przybysz, chyba nie do końca
zadowolony z tego spotkania – Witaj. Dawno się już nie widzieliśmy. A więc
nadal żyjesz, Troy?
– Myścibór, stary! Widzę, że jesteś cały! – radośnie
odparł Troy, klepnął nieznajomego po ramieniu i zaczął prowadzić do stołu –
Napij się z nami, przedstawię ci drużynę!
Przyprowadził
swojego znajomego do stołu, a ja od razu zauważyłam, że coś z nim jest nie tak,
a raczej z jego chodem – poruszał się, jakby jego prawa noga miała dodatkowe
stawy, przez co kołysał się na boki, sprawiając wrażenie kogoś pijanego, kto
zaraz miałby się przewrócić. Jego twarz natomiast wyrażała irytację, jednak nie
taką gniewną, jak ta u Lancello, która wywołała dopiero co skończoną bójkę, a
taką zmęczoną, jakby przedstawienie towarzyszy Troya zupełnie go nie
obchodziło. Awanturnik przedstawił mu Lancello, Valarada i Mikura w typowy dla
siebie sposób, czyli nie siląc się na zbyt wyszukane określenia, woląc za to
prostackie słowa idealnie pasujące akurat do kogoś, kto zapewne większość życia
spędził w karczmach.
– To jest Lancello, nieźle napierdala z łuku, chociaż
bić to się nie potrafi – Troy wskazał na leśnego elfa, który uśmiechnął się,
jakby znał Mścibora i skinął głową, masując sobie knykcie – to jest Valarad,
nieźle wymachuje mieczami! Jest kapitanem piratów i ma kilku przyzwoitych
kolesi! Można się z nimi trochę ponaparzać – Mścibór obrzucił krótkim
spojrzeniem krwawego elfa, sączącego piwo z kufla, które chwilę wcześniej
zabrał z kontuaru, a Troy kontynuował przedstawianie towarzyszy – ten
drogocenny kamienny przyjaciel to Mikur – dodał, a ja zmrużyłam oczy, mając
ochotę mu przywalić za tę drwinę ze steina, nie znosiłam, gdy ktoś tak go
nazywał, ponieważ on naprawdę był dla mnie drogocennym przyjacielem, ale nie ze
względu na wartość kruszcu, z którego go wykonano.
– Hm… zaiste jesteś interesującym przedstawicielem
martwej natury kamieniu. Niby martwa natura, a jednak żywy. Zaiste, jesteś
wielce interesujący – odezwał się Mścibór cichym, smutnym głosem, przepełnionym
jakąś niezdrową fascynacją, co też wyczuł Mikur, bo jego twarz wykrzywił grymas
złości.
– Zaraz. Ci. Jebnę – warknął, akcentując każde słowo i
zaciskając pięści.
Postanowiłam
już dłużej nie przyglądać się sytuacji z boku, wyszłam zza kontuaru i podeszłam
do stołu, który zajęła drużyna, dosiadając się do nich i przedstawiając się z
uśmiechem. Przybysz nie wywarł na mnie zbyt dobrego wrażenia, zawsze jednak
starałam się być uprzejma w miarę możliwości, a w tej sytuacji serdeczność nic
mnie nie kosztowała.
– Vivienne – powiedziałam, uznając też, że najwyższy
czas zacząć używać imienia do którego przywykłam w ciągu ostatnich miesięcy;
moje dawne imię, Francesca, zdawało mi się być… obce, jakby pochodziło z innego
życia, czyjegoś życia.
– Tej! Przecież jesteś Francesca! – zawołał Troy z
lekkim oburzeniem.
– Byłam. Nie mam już ochoty nosić dawnego imienia
odkąd… od jakiegoś czasu – powiedziałam, co wysłuchały również inne osoby,
znajdujące się przy stole; Valarad i Lancello nie pytali o nic, tylko skinęli
głowami, przyjmując to jakby do wiadomości.
– Macie własną kelnerkę? Fajnie – skomentował Mścibór
z nutką złośliwości w głosie, już chciałam coś odpowiedzieć, ale ubiegł mnie
Troy.
– Ta cycata laska to wampirzyca! – zawołał jak na mój
gust zbyt głośno z szerokim uśmiechem pełnym zadowolenia, zmierzyłam go więc ze
wściekłością… gdybym potrafiła zabijać spojrzeniem, pewnikiem padłby wtedy
trupem, co zdawał się odczuć, gdyż od razu się poprawił – znaczy się… ta
kobieta z wysoce interesującymi walorami.
– Wampirzyca? Miło mi cię poznać, Francesco –
powiedział, a w jego głosie wyczułam jeszcze większą fascynację niż wcześniej,
gdy mówił o Mikurze – a więc jesteś tworem śmierci. To cudowne…
– Ale ja jestem żywa – oburzyłam się, tym razem to
jego mierząc wzrokiem – i jestem Vivienne.
– Czy to różnica? Nieważne, jak się nazywamy, i tak
każdy umrze… ale dobrze, Vivienne… a więc jesteś wampirzycą, ale jesteś żywa?
Przecież wampiry to twory śmierci. Zaiste, fascynujące – mówił, a ja patrzyłam
na niego uważnie, zastanawiając się, co też roi się w jego najwyraźniej chorym,
ludzkim umyśle – musisz być posłańcem śmierci. Otrzymałaś piękny dar…
– Owszem, mam piękny… dar, ale co masz na myśli,
mówiąc, że jestem posłańcem śmierci?
– No, chociażby to, że mimo iż jesteś tworem śmierci,
to jesteś żywa Nelmnar wybrał cię, abyś niosła śmierć, swoje życie czerpiesz ze
śmierci – powiedział, a jego fascynacja śmiercią stała się odrobinę jaśniejsza,
skoro wyznawał wiarę w bóstwo śmierci… zdecydowanie wolałam już oddawać cześć
Torpowi, niż sławić Nelmnara – Napędzasz śmierć, masz takie cudowne dary,
korzystaj z nich jak najlepiej – kontynuował Mścibór, jakby się rozmarzył i
dopiero, gdy skończył swój wywód, spojrzał na mnie przytomniejszym wzrokiem i
urwał, widząc moje wręcz przerażone spojrzenie… nie bałam się go, ale
przerażały mnie jego po prostu chore poglądy…
W pułapce
Od
dalszego towarzystwa i rozmów z Mściborem wybawiło mnie przybycie młodego
krasnoluda. Podał mi kartkę z adresem i powiedział, ze nowy gubernator nakazuje
mi się natychmiast stawić. Powiedziałam towarzyszom, gdzie mam iść i ruszyłam
za posłańcem, tuż przed wyjściem zauważając, jak reszta drużyny wstaje, by
pójść za mną. Krasnolud też to zauważył, jednak w żaden sposób tego nie
skomentował, tylko raźnym krokiem zaczął pruć przez tłum przechodniów. Kiedy
już dotarliśmy do okazałego, zdobionego budynku, miałam wrażenie, że dałoby się
tam dojść prostszą drogą, w czym upewniło mnie to, że zastałam tam już moich
towarzyszy razem z Mściborem, ale nie znałam miasta więc nie miałam pewności,
poza tym nie widziałam też powodu, dla którego miałam być tam prowadzona
okrężną drogą.
Przy
drzwiach stało dwóch strażników, którzy zdecydowanie zabronili wejść do budynku
komukolwiek poza mną, toteż reszta drużyny rozsiadła się pod drzwiami, ja
natomiast weszłam przez drzwi do wnętrza budowli. Znalazłam się w długim,
wąskim korytarzu, na którego końcu ujrzałam pokój z okazałym biurkiem
ustawionym na wprost drzwi. Przekonana, że to gabinet nowego gubernatora,
ruszyłam tam pewnym krokiem, już po chwili wiedziałam jednak, że coś jest nie
tak. Jakby znikąd za mną pojawiły się postaci, kroczące za mną w milczeniu, ale
nie dałam po sobie w żaden sposób poznać strachu, który zaczął mnie ogarniać,
tylko szłam dalej… prosto w zastawione na mnie sidła.
Za
biurkiem stał wysoki mężczyzna w szarym płaszczu z kapturem skrywającym jego
twarz w cieniu. Kiedy tylko weszłam do pomieszczenia, osoby za mną zatrzasnęły
drzwi i stanęły przy nich, zagradzając mi drogę odwrotu. Skupiłam się na tym,
co rejestrowały moje zmysły… poza dwojgiem mężczyzn za mną i tym za biurkiem, w
pomieszczeniu obok słyszałam oddechy i czułam zapach czterech krasnoludów,
dwóch elfów i nawet jednego avianina. Mężczyzna przede mną uśmiechnął się tak,
że wzdłuż kręgosłupa przeszedł mnie dreszcz…
– Miło, że raczyłaś odpowiedzieć na zaproszenie,
Francesco Vicanis, mój pan bardzo pragnie się z tobą zobaczyć – powiedział
cicho z zimnym opanowaniem – mam dla ciebie dwie propozycje, albo poddasz się
nam i bez oporu udasz się do mojego pana, albo będziesz się stawiać… wtedy też
trafisz do mojego pana, ale będziesz już w dużo gorszym stanie. Co
wybierasz?
– Wolę trzecią opcję – odparłam, nie mając zamiaru
godzić się na żadną z przedstawionych przez niego ofert – wypuścicie mnie wolno
i pożegnamy się w zgodzie, a nikomu nie stanie się krzywda.
– Oh, ale naszemu panu bardzo zależy na spotkaniu z
tobą, nie możemy go zawieźć – mówił głosem, jakby naprawdę się zmartwił, po
czym sięgnął do szuflady biurka i wyjął z niego skórzany, szeroki pas z długim,
cienkim łańcuchem, połyskującym srebrem, a może nawet mithrillem – wobec tego
widzę, że wybrałaś drugą opcję… przykre…
– Nie będę się stawiać, nie sądzę, by to było
konieczne – zapewniłam, woląc w razie co mieć wolne ręce, by móc próbować jakoś
uciec… choć miałam wrażenie, że może to być zadanie wręcz niewykonalne.
– Myślę jednak, że nie masz innego wyboru. Podasz ręce
dobrowolnie, czy mamy cię do tego zmusić? To mithrill… jeśli będziesz się
rzucać, możemy przez zupełny przypadek zadać ci ból, a tego przecież byś nie
chciała, prawda? – spytał, wiedziałam jednak, że nie oczekuje odpowiedzi;
skinął głową na mężczyzn stojących przy drzwiach, wyciągnęłam więc ręce przed
siebie… nie miałam szans, z karczmy nie wzięłam żadnej broni, jedynie miałam
róg przewieszony przez ramię, a ten w walce nijak mi nie mógł pomóc… – bardzo
mądry wybór – pochwalił mnie mężczyzna i otworzył drzwi z boku pomieszczenia, w
stronę których mnie poprowadzili.
Zanim
wyszliśmy z pokoju, zatrzymali się na moment i ktoś zawiązał mi oczy, mogłam
więc polegać już tylko na słuchu i węchu. Po odgłosach kroków zorientowałam
się, że prowadzili mnie we czwórkę (musiał dołączyć do nich ktoś z tamtych osób
zza drzwi), trzymając mnie w środku, a ja gorączkowo myślałam, jak się
uratować. Nie zdążyliśmy jednak nawet dojść do pierwszych drzwi, gdy usłyszałam
szelest peleryny i poczułam znajomy zapach… zapach mojego dawnego nauczyciela –
Niosącego Śmierć. Po chwili mój węch zarejestrował aromat krwi, kuszący… ale
udało mi się powstrzymać wampirze rządze, a wokół rozległ się głuchy łomot ciał
uderzających o podłogę.
Poczułam,
jak ktoś zdziera mi opaskę i ujrzałam twarz Niosącego Śmierć, jak zwykle bez
wyrazu, wyglądała jednak zupełnie inaczej, niż jak ją zapamiętałam. Jej prawą
połowę zdobiła paskudna blizna od poparzenia… najwyraźniej komuś nie spodobały
się jego działania albo podjął się zlecenia ponad swoje siły. Otarł materiałem
sztylet i rzucił zakrwawioną opaskę na ziemię, po czym zwrócił się do mnie
spokojnym głosem.
– Na co czekasz? Uciekaj, masz dziesięć sekund, zanim wbiegnie tutaj reszta – poinformował mnie, przekrzywił głowę na moment, jakby się
nad czymś zastanawiał, już jednak na niego nie patrzyłam, tylko puściłam się
biegiem korytarzem, sprawdzając kolejno drzwi.
Otwierałam
pierwsze drzwi, gdy usłyszałam szelest peleryny – Niosiący Śmierć zniknął już w
cieniu. Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie uratował, nie miałam jednak czasu się
nad tym zastanawiać. W pierwszym pomieszczeniu poza biurkiem nie było żadnych
mebli, ale nie było też okna, przeklęłam więc i ruszyłam dalej. Dwa kolejne
pokoje miały w ścianach szpary, które z kolei bardziej przypominały otwory
wentylacyjne niż okna – były tak
niewielkie, że mogłabym mieć problemy, by przecisnąć się przez nie w postaci
nietoperza. Kolejna była jakaś skrytka z miotłami… ruszyłam biegiem po
schodach, klnąc w myślach na krasnoludzkie budownictwo.
Byłam
na półpiętrze, gdy usłyszałam otwierane z hukiem drzwi i stukot stóp kilkunastu
biegnących osób. Ruszyłam pędem od razu na drugie piętro, licząc, że będą mnie
szukali w pomieszczeniach piętro niżej. Odeszłam po cichu od schodów i zaczęłam
ostrożnie podrzucać róg. Liczyłam, że zadęcie w niego zwróci uwagę moich
towarzyszy, stojących przed budynkiem. To jednak nie był mój dobry dzień –
starając się podrzucić go biodrem jak najciszej, tak niefortunnie ustawiłam
nogę, że zamiast osiągnąć cel, wystawiłam sobie biodro. Ból był tak silny i
nieoczekiwany, że nie udało mi się powstrzymać wrzasku… po chwili kroki na dole
zamarły, ktoś krzyknął „na górze” i moich uszu dobiegły odgłosy wbiegających po
schodach osób.
Ledwo
trzymałam się na nogach, gdy pierwszych dwóch mężczyzn wpadło na piętro, jeden
z nich od razu ruszył w moją stronę, drugi natomiast wyciągnął kuszę i zaczął
we mnie celować. Nie dałam rady nic zrobić, ból biodra za bardzo mnie
paraliżował nawet przy braku ruchu, nie byłabym w stanie unikać… zaatakował
mnie kopnięciem w klatkę piersiową, przewracając mnie na kamienną posadzkę.
Ledwo mogłam w pierwszej chwili złapać oddech, ale dzięki temu przynajmniej
uniknęłam mknącego w stronę mojej piersi bełtu, nie uniknęłam jednak trzech
kolejnych…
– A mogłaś być spokojna i nie cierpieć – powiedział
mężczyzna, który mnie przewrócił, przygniótł mnie, opierając ciężką stopę na
moim mostku, i wyrwał kuszę swojemu towarzyszowi, gry ten do nas podszedł – ale
sama tak wybrałaś – dodał i wystrzelił we mnie trzy bełty, jeden trafił mnie w
ramię, dwa pozostałe przebiły moje uda.
Mithrill…
byłam pewna, że bełty zrobiono z mithrillu… nic innego nie piecze, nie pali tak
rany jak on… wrzasnęłam z bólu, nie mogąc i nawet nie chcąc się powstrzymać –
skoro już mnie dorwali, zamierzałam zrobić jak najwięcej hałasu, żeby być może
ktoś mnie usłyszał i przybył mi na ratunek… do cholery, ledwie kilkanaście,
może kilkadziesiąt metrów ode mnie stały sobie spokojnie dwa elfy, od czegoś
przecież mają wydłużone uszy, mogliby łaskawie zrobić z nich użytek i usłyszeć
moje wrzaski…
– Zamknij się – rozkazał mi oprawca, zdjął za mnie
stopę i podniósł mnie do góry, chwytając moje ramiona – mam jeszcze dla ciebie
jedną niespodziankę, po tym już nie będziesz miała sił ani nam uciekać, ani
wrzeszczeć – dodał, a ja usłyszałam cichy zgrzyt sztyletu i ujrzałam srebrzysty
błysk w okolicy mojego brzucha…
Poczułam
wbijające się w moje ciało ostrze, przeszywające po kolei, powoli moje tkanki,
boleśnie palące… ten ogień, rozprzestrzeniający się z rany przypominał mi żar w
moich żyłach, który poczułam po wypiciu mikstury przygotowanej przez Tristrię,
ten jednak był skoncentrowany tylko wokół miejsca, gdzie był wbity sztylet.
Liczyłam, że ustąpi, gdy mój oprawca wyjmie ostrze, ale nic takiego się nie
stało, palący ból trwał i trwał, ciągle narastając… był tak silny, że
zachwiałam się na nogach. Byłam zbyt rozkojarzona bólem promieniującym z
różnych miejsc mojego ciała, żeby zwracać uwagę na to, co się wokół dzieje…
dopiero po chwili zaczęłam coś rejestrować…
– Mieliście ją doprowadzić w nienaruszonym stanie, pan
chce ją pełną sił umysłowych – usłyszałam oburzony, zupełnie nieznany mi głos,
a po chwili jakiś mężczyzna strącił z moich ramion ręce tamtego i chwycił mnie
pewną ręką, drugą wyrywając bełty, czym wywołał jeszcze większy ból i kolejne
moje wrzaski – uspokój się – powiedział do mnie, a widząc, mój wzrok, którego
nie mogłam na niczym skupić i zapewne wykrzywioną bólem twarz, westchnął i
uderzył mnie otwartą dłonią w twarz, co nieco mnie otrzeźwiło… na tyle, że
spojrzałam na niego wściekle, co zdawał się przyjąć z wręcz… ulgą? w każdym
razie zdawał się być z tego powodu usatysfakcjonowany, co potwierdziły jego
słowa. – Zdaje się, że jesteś jeszcze zdolna kontaktować. Bez numerów, bo
uszkodzę cię jeszcze bardziej – zagroził i zaczął mnie prowadzić za łańcuch.
Widząc,
że nie daję rady iść, skinął głową na dwóch ze zgrai, która za mną pobiegła, a
ci natychmiast podeszli do mnie i chwycili mnie pod ramiona. Zaprowadzili mnie
do jednego z pokoi wzdłuż szerokiego i długiego korytarza. Tam, na dużym, zdobionym
fotelu siedział ubrany w wysokiej jakości szaty mężczyzna, który uśmiechnął się
lekko, widząc, jak wprowadzają mnie do pomieszczenia i sadzają bez zbędnej
delikatności na krześle naprzeciwko niego. Mój umysł nadal otumaniony był
bólem, udało mi się jednak jakoś odsunął myśli o nim na dalszy plan… tylko
wyćwiczona w bojach wytrwałość mi na to pozwoliła, a i tak przyszło mi to z
niemałym trudem…
– Witaj, wampirzyco. Ubolewam, że doprowadziłaś do
tego, by trafić tutaj w tak opłakanym stanie, ponieważ świadczy to o tym, że
niemiłe ci jest spotkanie ze mną. Zdaje się też, że niezbyt cenisz swoje ciało…
ciekawi mnie jednak, na ile cenisz swoje życie i ile jesteś mi w stanie za nie
zaoferować? – wygłosił swoją mowę, wpatrując się we mnie uważnym, przenikliwym
spojrzeniem.
– Nie wiem, co by cię satysfakcjonowało – odparłam
drżącym, bardzo słabym głosem, a on uśmiechnął się szeroko.
– Czekam na twoje propozycje. Co jesteś w stanie mi
dać za twoje życie? – ponowił pytanie, przyglądając mi się z uśmieszkiem pozwalającym
sądzić, że naprawdę świetnie się bawi moim kosztem.
Zastanawiałam
się gorączkowo, o co konkretnie mogłoby mu chodzić i kim w ogóle był…
wiedziałam, że nie był człowiekiem, pomimo ciężkiego, intensywnego zapachu
perfum wyczuwałam wyraźną woń krwi… musiał być wampirem, byłam tego niemalże
pewna. Nie wiedziałam, co mógłby chcieć, na ile on wycenił moje życie… ja
równie dobrze mogłabym nie dać mu nic. W końcu, ile warte może być życie
kobiety, która porzuca własne dziecko? Niewiele, jeśli nie nic…
– Nie wiem – wyszeptałam ledwie słyszalnie, on jednak
bez problemu to usłyszał.
– Przykro mi to słyszeć – wyjął z kieszeni chusteczkę
i zaczął nią przecierać spiczaste kły… a więc miałam rację, był wampirem – oh,
lubię wyczyścić zęby przed posiłkiem – wyjaśnił, widząc moje spojrzenie.
– Mamy puszkę… puszkę Pandory – powiedziałam pierwsze,
co mi przyszło na myśl… wyczułam w jego głosie groźbę, a nie chciałam skończyć
jako posiłek innego wampira, nie czułam sensu, by dalej żyć, ale też nie
chciałam odejść w ten sposób…
– Interesujące. Możesz mi ją pokazać?
– Jest u moich towarzyszy – wyszeptałam, a on spojrzał
na mnie rozczarowany.
– Szkoda… zatem nie jesteś w stanie zaoferować mi nic
lepszego, niż twój brat – odparł i skinął na kogoś przy drzwiach – przyprowadź jednego
z orków.
– Tak, panie.
Po
chwili do pokoju wszedł rosły ork, którego pamiętałam z Felmarii. On też mnie
rozpoznał – gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się jakby na wspomnienie tego,
co ze mną robił i z nadzieją, że dane mu będzie to powtórzyć. Położył na stole
opasły worek brzęczących monet… zakładałam, że było tam równe czterdzieści
tysięcy złotych monet. Wampir obrzucił worek przelotnym spojrzeniem i, nie
zaszczycając swoją uwagą orka, przeniósł wzrok na mnie.
– No nic, czas się pożegnać – powiedział i wstał, w
tym momencie dwoje z jego ludzi podniosło mnie tak, ze stałam naprzeciwko
niego; mężczyzna podszedł do mnie, delikatnie odsunął mi włosy i niemal czułym
gestem położył dłoń na moim karku, odsłaniając w ten sposób moją szyję, po czym
pochylił się, żeby wyszeptać mi do ucha – widzisz, moja droga… ja nie jestem
zwykłym wampirem, jestem strzygą…
Ledwie
ostatnie słowa skończyły brzmieć, a już poczułam jego kły wbijające się w moją
szyję. Kolejna rana, kolejny ból, było mi to już jednak obojętne… chciałam,
żeby to wszystko się skończyło… poczułam, jak z każdym wypitym przez niego
łykiem mojej krwi, ubywa mi mocy, sił magicznych, słabłam fizycznie…
pociemniało mi przed oczami i zachwiałam się, ale zachowałam przytomność… znów
pozwoliła mi na to moja wytrwałość… przeklęta wytrwałość…
Mężczyzna
odsunął się ode mnie i otarł chusteczką usta, posłał mi jeszcze uśmiech i
skinął głową orkowi ze słowami „jest wasza”, po czym zasiadł z powrotem na
fotelu. Ork chwycił łańcuch i zaczął wychodzić z pokoju, ja jednak postąpiłam
ledwie parę kroków, gdy ból promieniujący z biodra poraził mnie na tyle, że
upadłam. Zielonoskóry nie zwracał jednak na to uwagi, zaczął mnie ciągnąć po
posadzce, co tylko potęgowało już i tak potężny ból, do tego mithrillowy
łańcuch przesunął się tak, że zaczął parzyć moje dłonie… znów zaczęłam
wrzeszczeć, choć zdawałoby się, że nie znajdę już sił na krzyk. Wrzeszczałam
już nie by kogoś przywołać… ból był po prostu na tyle potężny, że nie mogłam
sobie z nim inaczej poradzić. Dopiero to zainteresowało ciągnącego mnie orka,
który podniósł mnie i zaczął nieść, po chwili na korytarzu dołączyło do niego
trzech innych, ale wolałam im się nie przyglądać, w obawie, że ich też
rozpoznam…
Przymknęłam
oczy, modląc się, by tym razem czekał mnie szybki koniec, by Bugdush znów nie
nakazał orkom się nade mną znęcać… chciałam odejść, szybko i bezboleśnie… nagle usłyszałam znów szelest peleryny, zduszone dźwięki orków, gdy podrzynano im
gardła. Opadłam na podłogę, a z moich ust znów wydarł się głośny okrzyk bólu.
Świat rozmazał się na moment, a kiedy odzyskałam ostrość widzenia, zobaczyłam
przed sobą oszpeconą twarz Niosącego Śmierć i poczułam ostrze sztyletu na
gardle.
– Mógłbym cię teraz zabić bez większych problemów –
powiedział głosem takim, jakby ta perspektywa była dla niego niezwykle kusząca,
dodał jednak po chwili milczenia, którą przerywało tylko moje głośne dyszenie i
bulgotanie dogorywających orków – ale wolę wymyślić coś dużo bardziej
efektownego –wyjawił i odsunął ode mnie sztylet.
Spojrzał
mi na moment w oczy… przeraziła mnie pustka zionąca z jego ciemnych tęczówek… po
czym odsunął się i zniknął w tak charakterystycznym dla siebie szmerze szat,
jak zwykle czarnych i obszernych. Zaczynałam się zbierać powoli z podłogi,
chcąc się choć wyczołgać, gdy usłyszałam głośny huk i poczułam powiew chłodnego
powietrza. Spojrzałam w stronę, z którego dochodził ów hałas i zobaczyłam
Valarada, Lancello i Troya, biegnących w moim kierunku oraz ziejącą za nimi
wyrwę w budynku. Byłam słaba… coraz słabsza… musiałam im jednak wytłumaczyć,
ostrzec ich jakoś…
– Niebezpieczeństwo… tu jest strzyga… i mój brat, on
wszystko zaplanował… ci orkowie… zabił ich Niosący Śmierć, nie wiem dlaczego…
musicie uciekać, tu nie jest bezpiecznie – mówiłam bezładnie, choć starałam się
skleić sensowne zdania, nie byłam w stanie skupić myśli.
– Uspokój się – powiedział Lancello i pomógł mi się
podnieść, chwytając mnie delikatnie pod ramię i przytrzymując mnie, gdy
zobaczył, że słaniam się na nogach – jesteś w stanie iść? – spytał niemalże z
troską, o którą wcześniej bym go nie podejrzewała; kiedy zaprzeczyłam,
westchnął i spojrzał po chłopakach, uwalniając jednocześnie moje ręce bardzo
ostrożnie, jakby nie chciał dotknąć mojej skóry łańcuchem. – Trzeba będzie ją
wynieść – powiedział do nich, chowając gdzieś łańcuch, gdy tylko uwolnił moje
nadgarstki.
Troy
i Valarad rozpoczęli nawzajem się przegadywać, że potrzebują wolne ręce do
walki, że nie mogą… zza zakrętu korytarza dobiegały już odgłosy ciężkich kroków
czterech kolejnych orków, Lancello westchnął więc z irytacją, nie wiem czy
związaną z zapałem tej dwójki do ratowania mnie czy tym, że w ogóle tu się
znalazł, i najwyraźniej podjął decyzję, że musi sam mnie wynieść. Przełożył
przez ramię płaszcz i pochylił się, ostrożnie obejmując moje uda, po czym przerzucił
mnie na plecy… mimo że zdawał się starać nie sprawić mi bólu, znów wrzasnęłam,
nie mogąc się powstrzymać. Lancello ostrzegł mnie, żebym uważała na mithrillowe
elementy jego zbroi… a więc miałam rację… to był mithrill…
Nigdy
wcześniej nie pomyślałabym, że to właśnie on uratuje mi życie… jawnie mną
gardził, a jednak, widząc mnie w potrzebie, postanowił mi pomóc. Przyspieszył
kroku, gdy usłyszeliśmy okrzyki Troya i Valarada, którzy stanęli do walki z
orkami… poczułam zapach elfiej i ludzkiej krwi… krew Lancello zdawała się teraz pachnieć lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, powstrzymałam się jednak… cudem,
ale się powstrzymałam…
Zniósł
mnie na ziemię, dzięki swoim butom mógł stąpać w powietrzu bez problemów i
postawił przed Mikurem i Mściborem, nadal jednak podtrzymywał mnie ramieniem,
żebym nie upadła. Stein spojrzał na mnie przerażony – zdawało się, że nasze
pojawienie się przerwało im zabawę w walki golemami i jakimiś kościanymi
istotami wielkości myszy. Zaraz zaczął dopytywać, co się stało, Lancello jednak
nie uznał za stosowne mu wytłumaczyć, tylko powiedział, jakby wydawał rozkaz...
brzmiało to, jakby często to robił… jakby miał to we krwi…
– Mikur, weź ją i idźcie na sterowiec. Tylko ostrożnie
– powiedział, widząc jak stein zabiera się by mnie chwycić, znów westchnął i
pomógł mu przełożyć moje niemal bezwładne już ciało… byłam coraz słabsza…
– Ja muszę wyjaśnić… wrabiali mnie… książę… – zaczęłam szeptać, Lancello jednak
był na tyle blisko, że zrozumiał moje słowa.
– Nie ma czasu. wszyscy na sterowiec –
rozkazał i dotknął płaszcza, który sprawił, że stałam się jakby niewidzialna –
idźcie ze spokojem, żadnego biegu, bo zwrócicie na siebie uwagę i
będziecie jeszcze sprawiać jej dodatkowy ból – dodał, a ja resztką świadomości
znów zdziwiłam się, że okazuje mi troskę.
Mikur
coś jeszcze pytał o nasz rzeczy z zajazdu, zauważyłam też, że Valarad i Troy do nas dołączyli,
ale wszystko to odbierałam już ledwie świadoma otaczającego mnie świata. Kiedy
Mikur ruszył, choć szedł powoli, ból przy każdym jego kroku wręcz mnie
paraliżował… w końcu przyszło to, na co tak długo czekałam… obraz przed oczami
zupełnie mi się rozmazał, wszystko ucichło… straciłam przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz