Opuszczenie okrętu
Ostatnie dni na statku należały do najtrudniejszych w
moim życiu. Potrafiłam z godziny na godzinę zmieniać decyzję, raz byłam
przekonana, że nie mogę zostać z Bairre, po chwili znów ogarniała mnie pewność,
że nie byłabym w stanie przeżyć bez niej choćby jednego dnia. Wiedziałam, że od momentu
opuszczenia okrętu będę musiała liczyć tylko i wyłącznie na siebie, nie było w
okolicy nikogo, kto chciałby mi pomóc. Decyzję, gdzie się udać i co dalej
zrobić ze swoim życiem, też musiałam podjąć sama…
– Wszystko gotowe, Francesco – rozmyślania przerwał mi
głos Tristrii, która po cichu weszła do pustej już kajuty – twoje rzeczy są w jukach, dotarliśmy na miejsce – dodała, a ja skinęłam głową i
spojrzałam na nią.
– Dziękuję ci za wszystko i proszę cię, nie obwiniaj
się o ten wypadek przy porodzie, to nie była twoja wina – powiedziałam i
uśmiechnęłam się do niej delikatnie – żegnaj, Tristrio, mam nadzieję, że jeśli
jeszcze raz się spotkamy, będziesz potrafiła znowu cieszyć się życiem.
– Nie sądzę, żeby to się kiedykolwiek stało... żegnaj – odparła jak zwykle bez uśmiechu i spojrzała
na Bairre, pochyliła się i musnęła ustami jej główkę – ty też, maleńka. Liczę,
że jeszcze zobaczę was obie, a teraz idź już, kapitan czeka – dodała i wyszła,
a po chwili usłyszałam ciche zamknięcie drzwi od jej kajuty.
Na
pokładzie był kapitan i paru elfów. Szybko pożegnałam się ze wszystkimi, na
dłużej zatrzymując się przy Bel’salanie, który miał mi parę słów do
powiedzenia.
– Wysadzimy cię na skrzyżowaniu dwóch traktów, jednym
dojedziesz do Sil Thran, drugim do Sil Cel, myślę, że w obydwu powinnyście zostać
przyjęte bez większych problemów – powiedział i pogłaskał moją córeczkę po
główce, a ta uśmiechnęła się lekko przez sen – uważaj na siebie, Francesco, na
siebie i na ten mały cud – posłał mi promienny uśmiech i podał mi rękę – miło było
cię gościć na pokładzie.
– Dziękuję – odparłam i uścisnęłam jego dłoń – powiesz
mi może w końcu, skąd ten wyjątkowy zapach?
– To wolność, moja droga – zaśmiał się radośnie,
najwyraźniej nadal nie mając ochoty zdradzić mi prawdy.
Poprawiłam
nosidełko, które pomogła mi przygotować Tristria, żebym bez problemu mogła
jechać konno, włożyłam nogę w strzemię i usiadłam w siodle. Koń, podarowany mi
przez Bel’salana, był rosłym, siwym ogierem z bujną grzywą i spokojnym
usposobieniem. Wcześniej kilka razy schodziłam do niego, żeby przywykł do
mojego zapachu i obecności, ale nigdy ani razu się nie spłoszył. Teraz też stał
spokojnie, jakby wcale nie siedziała na nim istota, której powinien się bać.
– Żegnaj! – zawołał Bel’salan i wyciągnął z kieszeni
białą chustkę, którą mi pokiwał.
Poczułam
powiew wolności… jakby na chwilę zniknęły wszystkie złe rzeczy z tego
świata, wszelkie zakazy i nakazy, to, przez co musiałam się ukrywać i nie
mogłam zaznać spokoju. Przez moment, zaledwie ułamki sekund, czułam się… naprawdę
wolna. Potem błysnęło oślepiające światło i, ledwo zdążyłam mrugnąć oczami,
znalazłam się na polanie przy trakcie. Spojrzałam w górę, na oddalający się
okręt, licząc w głębi serca, że jeszcze kiedyś będę mogła spotkać kapitana i
jego załogę, naprawdę, szczerze ich polubiłam i wiele mnie nauczyli, choć
najpewniej nie zdawali sobie nawet z tego sprawy. Najważniejszą nauką, jaką wyniosłam z
kontaktów z nimi, było to, że nie jest ważne kim jesteś i skąd pochodzisz.
Istotne są czyny i to one tak naprawdę nas definiują, słowa są ważne, ale
zawsze pozostaną tylko słowami, które łatwo można cofnąć czy zapomnieć. Liczy
się to, jaką osobą się jest, a nie kim się jest.
Sil Tran i świątynia Raistra
Rozejrzałam
się wokół i wciągnęłam do nosa zapach traw i lasu, którego dawno nie dane było
mi poczuć, po czym wbiłam pięty w boki konia i pognałam traktem w stronę Sil
Thran, pochylając się, by pęd powietrza nie zrzucił mi kaptura. Po niemal całym
dniu drogi, tuż przed zmierzchem, udało mi się dotrzeć na miejsce. Do miasta
faktycznie wpuszczono mnie bez większych problemów, choć strażnicy wydawali się
być zdziwieni widokiem kobiety z dzieckiem, w długiej sukni i płaszczu skrywającym
twarz pod głębokim kapturem, do tego z koniem obwieszonym różnego rodzaju
brońmi, chyba jednak uznali mnie za niegroźną, bo pozwolili mi przekroczyć bramę.
Zajechałam do pierwszego lepszego zajazdu i wynajęłam pokój, choć i tak nie zamierzałam
spać – wiedziałam, co będę musiała zrobić następnego dnia i byłam pewna, że nie
zmrużę oka.
Nakarmiłam
córeczkę i ułożyłam ją do snu, usiadłam przy stole z kawałkiem pergaminu i
piórem i drżącą dłonią zaczęłam pisać list. Kilka razy zmieniałam jego wersję,
zgniatałam papier i odrzucałam na bok, w końcu jednak udało mi się skleić parę
zdań. Przez cały czas z oczu leciały mi łzy, a niekiedy moim ciałem wstrząsał
płacz… ale robiłam to, co musiałam. Słońca zaczynały już oświetlać miasto, gdy
skończyłam.
Kochana Bairre
Shanley.
Pewnie czytając to, myślisz, jak śmiem tak się do Ciebie zwracać
i, jeśli tak czujesz, zapewne masz rację i nie mam do tego prawa. Mimo to,
chciałabym Cię prosić o choć krótką chwilę z Twojego życia i o przeczytanie
tego listu. Chciałabym móc Ci wszystko wyjaśnić sama, kiedy nadejdzie czas, ale
nie wiem czy będzie mi to dane, a nie chcę, żebyś przez całe swoje życie
zastanawiała się, dlaczego wychowywałaś się w świątyni, a nie z kochającą Cię
rodziną.
Nie jest mi łatwo pisać ten list, nigdy pewnie nie pogodzę
się z decyzją, że Cię opuściłam, chociaż podjęłam ją, by zapewnić Ci
bezpieczeństwo. Wokół mnie ostatnio zbyt wiele złego się działo i na pewno
jeszcze dziać się będzie, zbyt wiele osób pragnie mnie zabić, bym mogła żyć w
spokoju. Wiele z nich, gdyby się dowiedziało o Twoim istnieniu, zapewne
zachciałoby również i Twojej śmierci. Nie byłabym w stanie zapewnić Ci ochrony
i spokoju, ani zadbać o Twoje bezpieczeństwo i chronić Twojego życia, choć jestem
pewna, że bez wahania poświęciłabym własne, bylebyś Ty mogła żyć. Twój ojciec,
Brandr’rivor, zostawił mnie, gdy nosiłam Cię jeszcze w sobie, nie mogłam więc
liczyć na pomoc z jego strony… może kiedyś dane Ci będzie go spotkać, może już
go poznałaś… jesteś bardzo do niego podobna…
Wcześniej nigdy nie spodziewałam się, że przyjdzie mi stanąć
przed takim wyborem, tak jak nie sądziłam, że można kochać kogoś tak mocno, jak
pokochałam Ciebie jeszcze na długo zanim się urodziłaś. Przy porodzie niemal
straciłam życie, pod koniec jedynie wyuczona w wielu bojach wytrwałość
pozwoliła mi utrzymać świadomość, a kiedy Cię zobaczyłam… wszystko nagle stało
się mniej ważne. Potrafiłam godzinami przyglądać Ci się, jak spałaś, oddałabym
wszystko, naprawdę wszystko, by móc być z Tobą każdego dnia… ale wiem, że są
ludzie na tym świecie, którzy mi na to nigdy nie pozwolą.
Ciebie też będą szukać. Jesteś moją córką, potomkinią Wroga…
zapewne już wiesz, że masz aurę smoka, odziedziczyłaś ją po mnie. Są ludzie,
którzy wiele poświęcą, by dostać Cię w swoje ręce, dlatego musisz być ostrożna
i uważać, komu ufasz. Ja zaufałam niewłaściwym osobom i teraz muszę za to
odpokutować…
Mam nadzieję, że jesteś choć po części szczęśliwa tak, jak
chciałabym, byś była. Jeśli kiedykolwiek chciałabyś mnie odszukać… będę czekać…
Twoja matka,
Vivienne Eleri
Odłożyłam
pióro i otarłam łzy, jednak po chwili pojawiły się kolejne. Zapieczętowałam
list i usiadłam przy łóżku, żeby móc ostatnie chwile podziwiać moją ukochaną
córeczkę. Byłam z nią tylko miesiąc, a już wiedziałam, że niełatwo przyjdzie mi
opuszczenie jej. Nauczenie się życia bez niej miało być jeszcze cięższe…
Kiedy
słońca wisiały już wysoko na niebie, schowałam list i wzięłam córeczkę w
ramiona, po czym ruszyłam do świątyni Raistra, znajdującej się nieopodal.
Stwierdziłam, że elficka świątynia będzie dla niej najlepszym miejscem, była
bardzo podobna do ojca, liczyłam, że nie będzie wyróżniać się spośród innych
elfów przez te nieliczne, ludzkie cechy. Zapukałam do drzwi świątyni z drżącym
sercem i łzami cisnącymi się do oczu, ze wszelkich sił chciałam jednak ukryć
emocje. Otworzył mi młody kapłan, a kiedy przedstawiłam mu prośbę, zaprowadził
mnie do kogoś wyższego stopniem.
– Czym mogę pani służyć? – spytał elf, podchodząc do
mnie i przyglądając mi się z uwagą.
– Chciałabym oddać córkę na służbę do waszej świątyni –
powiedziałam z ledwo wyczuwalnym drżeniem w głosie.
– Jest pani pewna? Dlaczego, jeśli mogę spytać? –
dociekał, spoglądając na Bairre, która akurat nie spała, tylko obserwowała
ciemnoniebieskimi oczkami sklepienie sufitu i co jakiś czas starała się chwycić
rączką moje włosy, co tylko utrudniało mi wypowiadanie słów.
– Nie jestem w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa –
wyjaśniłam, a mała cicho, ale radośnie zakwiliła na dźwięk mojego głosu, więc
powstrzymywałam się resztką sił od zabrania jej stamtąd i nie oddania nigdy
nikomu – sądzę, że tutaj będzie jej najlepiej, a kiedy podrośnie, przysłuży się
szerzeniu równowagi.
– Rozumiem – odparł, choć bez większego przekonania,
po czym skinął na stojącą w rogu dziewczynę, a ta od razu do nas podeszła –
przyjmiemy pani córkę, jak się nazywa?
– Bairre Shanley Eleri – powiedziałam, a elf skinął
głową i gestem pokazał mi, żebym oddała córkę elfce, odruchowo przytuliłam ją jednak do siebie jeszcze silniej, jakbym nie chciała pozwolić mu jej zabrać.
– Chciałabym zostawić dla niej list, jeśli… jeśli nie uda mi się jej już
zobaczyć, chciałabym, żeby wiedziała – odparłam, już nie potrafiąc pohamować
emocji, więc mój głos drżał, stając się ledwo zrozumiały, a w oczach szkliły mi
się łzy.
– Dobrze, zachowam go i przekażę jej, kiedy nadejdzie
czas – obiecał elf i wyciągnął rękę po list, zerkając na mnie ze współczuciem.
Skinęłam
głową, dziękując mu, i pochyliłam się, żeby pożegnać się z Bairre. Kiedy całowałam
jej główkę, uniosła rączkę i dotknęła mojego policzka, a ja miałam wrażenie,
jakby moje serce pękało, jakbym za chwilę cała miała się rozpaść na kawałeczki
od tego bólu, że musiałam ją zostawić. Moje łzy kapały na jej twarzyczkę, a ona
wpatrywała się we mnie, machając rączkami, jakby chcąc znów mnie dotknąć, kiedy uniosłam
głowę poza jej zasięg.
– Perdóname, mi niña – wyszeptałam do niej,
tłumiąc szloch – volveré para usted.
Podałam
córkę młodej elfce, dałam list kapłanowi, rzucając krótkie podziękowanie, i
niemal wybiegłam ze świątyni, nie mogąc słuchać płaczu córki, przestraszonej, że nagle znalazła się w ramionach obcej osoby.
Dobiegłam do gospody, szybko spakowałam swoje rzeczy do juków i wyprowadziłam
konia poza miasto. Kiedy tylko znalazłam się poza murami Sil Thran, zmusiłam
ogiera do szaleńczego galopu, byle znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.
Robiłam jedynie krótkie postoje, żeby nie zamęczyć konia, po czym znów pędziłam
przed siebie, a wiatr rozwiewał moje włosy i osuszał łzy…
Pustka
Tempo
zwolniłam dopiero następnego dnia wieczorem. Zjechałam wcześniej w boczną
ścieżkę, nie chciałam jechać głównym traktem, mijać innych podróżnych, często
beztrosko rozmawiających czy śpiewających, by umilić sobie drogę, wolałam wtedy
samotność i ciszę. Przestałam już płakać, z godziny na godzinę rozpacz i smutek
zaczęła zastępować pustka i obojętność, jechałam jednak dalej, nie wiedząc
nawet dokąd, nie mając żadnego celu. Rozglądałam się za dobrym miejscem na
postój, słońca skryły się już za horyzontem i drogę spowijał coraz gęstszy
mrok, kiedy usłyszałam za sobą tętent kopyt kilku koni i męskie głosy, nie
zareagowałam na to jednak w żaden sposób – cóż mi mogli zrobić, czego jeszcze
nie przeżyłam? Zbliżali się powoli, z czasem mogłam poczuć ich zapach… krwawy
elf i troje ludzi, wszyscy wyraźnie gardzący kąpielami i nieuznający prania
ubrań. Jechałam dalej nieugięta, dopóki dwoje z nich nie popędziło swoich koni do
galopu, żeby mnie wyprzedzić i zagrodzić drogę ucieczki.
– Patrzcie panowie, jaka długowłosa piękność nam się
trafiła – powiedział z obrzydliwym uśmiechem mężczyzna, który zatrzymał się tuż
przede mną. – Co śliczna, nie cieszysz się na mój widok?
– Odejdźcie – odparłam zmęczonym głosem, naprawdę nie
miałam siły ani ochoty z nimi walczyć i się bronić, było mi obojętne, co się
stanie.
– Uzbrojona po zęby, jakby z całą armią miała zamiar
walczyć – zaśmiał się drugi i podjechał bliżej, próbowałam poprowadzić konia
między nimi, jednak schwycili wodze i wyrwali mi je. – Co ty taka potulna? –
zdziwił się, kiedy nie zareagowałam.
– Jak się za nią zabierzemy, to już nie będzie taka
cicha i spokojna – zagroził elf, zeskakując z siodła razem z drugim oprychem i
skinął tamtemu głową, jakby wydając jakiś rozkaz.
Mężczyzna
podszedł do mnie, schwycił moją nogę i suknię w talii, po czym szarpnął,
zrzucając mnie z konia. Nie broniłam się, było mi wszystko jedno, co ze mną
zrobią… zasłużyłam sobie na to tym, że porzuciłam córkę. Elf podszedł do konia, nerwowo drącego kopytem ziemię, jakby był gotowy w każdej chwili stanąc dęba i wierzgnąć potężnymi kopytami, i zaczął mu się przyglądać, pozostali dwaj mężczyźni zeskoczyli z siodeł i
podeszli do mnie. Jeden już zaczął kucać obok i zadzierać moją suknię, gdy
usłyszałam tętent kopyt cwałującego konia. Oni też po chwili zdawali się to
usłyszeć, bo zerwali się na nogi i chwycili bronie, zostawiając mnie w spokoju
i pozwalając mi zwinąć się w kłębek na ziemi. Ledwo to zrobiłam, powietrze nade
mną przeszył świst wielu strzał i leśną ciszę rozdarły krzyki bólu, a ja poczułam zapach świeżej, ludzkiej krwi.
– Spierdalamy stąd – powiedział elf, wskoczył na konia
i popędził go, nie zabierając zupełnie nic z moich rzeczy, jego kompani szybko
do niego dołączyli i już po chwili zostałam sama.
Nie
miałam siły ani ochoty się ruszać, czekałam co będzie, godząc się zupełnie na
wszystko. Kaptur opadł mi na twarz, zasłaniając widok, ale nie czułam potrzeby,
by go poprawić. Obok mnie zatrzymał się koń, ciężko dyszący po szybkim biegu,
usłyszałam zgrzyt strzały chowanej do kołczanu i miękki zeskok z siodła. Kilka
kroków i po chwili poczułam delikatny dotyk leśnego elfa, co rozpoznałam po
zapachu.
– Nie bój się, już jesteś bezpieczna – odezwał się
mężczyzna uspokajająco i odsłonił mój kaptur, żeby zobaczyć moją twarz. –
Zrobili ci coś? Jesteś ranna?
– Nie – zaprzeczyłam krótko i bez wyrazu, nie
zmieniając ani trochę pozycji.
– Pomóc ci jakoś? Jeśli chcesz…
– Zostaw mnie w spokoju – powiedziałam cicho.
– Dlaczego się nie broniłaś? Nie wierze, że wozisz
broń dla ozdoby – odparł, ignorując moje słowa i chwycił moje ramiona, starając
się mnie podnieść.
– Nie chciałam się bronić – wyjaśniłam sucho i
wyrwałam mu się, po czym bardzo szybko zerwałam się na nogi – odejdź.
– Jesteś pewna, że nic ci nie zrobili? Dziwnie się
zachowujesz – nie przestawał, a we mnie nagle zrodziła się wściekłość, jakiej
dawno nie czułam, jakby wampirza natura wzięła nade mną górę.
– Powiedziałam odejdź, zanim pożałujesz, że się tu
zjawiłeś – warknęłam na niego, odsłaniając zęby, na co cofnął się, wyraźnie
zaskoczony.
– Na pewno nie chcesz zrobić mi nic złego, jesteś
wystraszona, to dlatego – mówił, unosząc ręce jakby próbował mnie tym gestem
uspokoić, jego głos jednak drżał lekko, już zdecydowanie nie nazwałabym go
uspokajającym.
– Odejdź – rozkazałam, a kiedy nie zareagował, tylko
już otwierał usta, żeby znowu coś powiedzieć, warknęłam wściekle, aż mój koń
drgnął i odsunął się ode mnie – wynoś się!
– Nie. Chcę ci pomóc – nie ustępował wytrwale, choć
widziałam, że wiele go kosztuje ta odwaga.
– Ostrzegałam cię, sam tego chciałeś.
Rzuciłam
się na niego, obnażając zęby i celując w jego szyję. Dawno nie piłam krwi z
żywej istoty, która nie byłaby zwierzęciem… do tego doszła wściekłość, furia na
cały świat, na to wszystko, przez co znalazłam się w takiej sytuacji. Miał
pecha, znalazł się w niewłaściwym momencie, w niewłaściwym czasie i podjął niewłaściwe
decyzje. Moje zęby gładko przeszły przez jego skórę i mogłam poczuć ciepłą
krew, smakującą tak cudownie, pachnącą świeżą trawą, lasem… po chwili jednak
poczułam tępe uderzenie w tył głowy, świat mi się rozmazał przed oczami i
straciłam świadomość. Ostatnie, co zobaczyłam, to elf pochylający się nade mną
z kawałkiem liny. A potem była już tylko ciemność…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz