sobota, 3 stycznia 2015

Od tego się wszystko zaczęło...

Nazywam się Francesca van der Vicanis i jestem córką barona, który ma rozległe posiadłości w Imperium Ziemi. Wychowywałam się w pałacu, w przepychu i dostatku, ze służbą na każde zawołanie. Moja matka była nikim ważnym, za to ojciec ma daleko sięgające wpływy i swoją armię. Sporą jej częścią dowodzi mój przyrodni brat, Bugdush... skurwysyn jakich mało. Może jego parszywy charakter ma związek z orczą krwią płynącą w jego żyłach po matce, może tak wpłynęło na niego wychowanie ojca, który zawsze go faworyzował jako swojego najstarszego syna. Jedno jest pewne - jego widok wzbudza we mnie bezgraniczne obrzydzenie, za każdym razem, gdy widzę jego zielonkawą gębę.

Wyprawa do Puszczy Felmaria
Ponad rok temu oboje mieliśmy udowodnić, kto jest bardziej godzien dostąpić zaszczytu dziedziczenia majątku. W tym celu wyruszyliśmy na wyprawę po czarny metal do Puszczy Felmaria. To, co się tam zdarzyło przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Znaleźliśmy to, po co ruszyliśmy, ale niektórzy zgubuli w puszczy honor i okazali się zdradliwymi szczurami, jak Geralt, uczeń Niosącego Śmierć.
Wyruszyłam na wyprawę, aby zdobyć należną mi część majątku ojca, ale nie poprzez knucia i przemoc, lecz poprzez udowodnienie mu, iż jestem warta więcej od mojego brata, który nawet nie może w pełni szczycić się mianem człowieka. To… stworzenie wypełzło z orczych nor i miałoby być więcej warte ode mnie? Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ojciec darzył go względami większymi niż mnie, skoro Bugdush nie miał ani błękitnej krwi, ani również nie potrafił zachować się w towarzystwie innych arystokratów, opowiadając nieprzystające szlachcicowi historie, wpadając w szał z niewartych uwagi powodów i wykazując się rażącą nieznajomością zasad dworskiej etykiety. Po tej wyprawie ojciec miał zrozumieć, że to ja, choć również z nieprawego łoża, lepiej zajmę się jego majątkiem po jego śmierci i będę godnie reprezentować nasz herb i rodowe nazwisko.
Muszę przyznać, że Geraltowi, uczniowi Niosącego Śmierć, niespodziewanie skutecznie udało się uknuć spisek z moim godnym pożałowania bratem, który to spisek znacznie odmienił moje do tej pory ustatkowane i spokojne życie. Zostałam napadnięta przez brata i srodze okaleczona pod koniec wyprawy, w której nasze Imperium Błyskawic zdecydowanie zdobyło przewagę. Na szczęście mieliśmy medyczkę, posługującą się białą magią, która szybko wyleczyła rany. Później powierzono mi czarny metal, odebrany Technomancie oskarżonemu o zdradę, i już w czasie odwrotu zostałam znów napadnięta przez brata, który tym razem nie ograniczył się jedynie do zadania mi kolejnych ciosów, ale również zaciągnął moje ciało do swojego obozu. Na szczęście, udało mi się w akcie skrajnej desperacji przekazać czarny metal Niosącemu Śmierć tuż pod nosem mojego brata, zanim ten zdążyłby mi go odebrać i tym samym przekreślić naszą szansę na zdobycie tego jakże cennego surowca.
Zostałam więc zawleczona do wrogiego obozu przez Bugdusha, który tam bardzo wyraźnie pokazał mi, jak wiele dla niego znaczę. Kilkakrotnie uderzył mnie w twarz, wyzywając od kurwy i wywłoki, po czym rzucił mnie na ziemię i podarował kilka solidnych kopnięć. Na koniec napluł na mnie i powiedział swoim żołnierzom, że mogą się ze mną zabawić jak chcą, bylebym tak cierpiała, żebym błagała o śmierć. Nie mogłam się w żaden sposób bronić, byłam skrępowana, sama w obozie wroga, do tego dotkliwie poraniona. Nie pamiętam już, ilu ich było, może kilku, może kilkunastu... jedno wiem - wykonali rozkaz mojego brata bezbłędnie - pod koniec już błagałam o śmierć... w końcu jeden z orków łaskawie mi ją dał, podżynając mi gardło...

Zrodzona z nienawiści i cierpienia
Obudziło mnie pragnienie. Nawet po całonocnych przyjęciach, na których szlachta nigdy nie żałowała wina, ba, wszelkie trunki wręcz lały się strumieniami, nie czułam aż takiego palącego pragnienia w gardle. Musiałam je jakoś zagasić, czułam, że inaczej spali mnie od środka. Wstałam i rozejrzałam się wokół.
Po obozie orków nie było żadnego śladu, poza wydeptaną ziemią. Podniosłam ręce i zobaczyłam, że są całe ubrudzone krwią, cała byłam we krwi, czułam krew wszędzie wokół, wwiercała się w mój nos, boleśnie go kalecząc, kłując w płucach... Dziwiło mnie, że żyję, przecież zabili mnie, a nie miał mnie kto uratować, nikomu by nie zależało już na moim życiu, zdradziła mnie nawet Diena, której ufałam od tylu lat... a jednak żyłam, a poza palącym pragnieniem czułam się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, choć porwana w strzępy suknia boleśnie przypominała, co działo się tuż przed moją śmiercią.
Rozejrzałam się, łudząc się, że może jednak gdzieś został choć bukłak z wodą, ale nic nie znalazłam. Pragnienie stawało się już nie do zniesienia, więc ruszyłam w las w poszukiwaniu wody, wytężając słuch. Wszystko w lesie wydawało się być wyraźniejsze, wszelkie dźwięki były dużo głośniejsze, słyszałam nawet bardzo subtelne odgłosy z lasu, jak szum traw czy komary podrywające się do lotu, gdy trącałam kolejne gałęzie. Wcześniej las był nieprzebyty, teraz zaczynał się coraz bardziej przerzedzać. Z początku przez konary prześwitywały tylko pojedyncze promyczki, z czasem jednak pojawiały się całkiem spore prześwity. Weszłam w jeden z nich i wrzasnęłam z bólu. Moja skóra w miejscach, gdzie była odkryta, zaczęła palić mnie żywym ogniem. Szybko uskoczyłam w cień, jednak na skórze w kilku miejscach zaczęły rosnąć bąble od oparzeń.
Nie wiedziałam co o tym myśleć, ale pragnienie zaczynało być już coraz bardziej męczące, ciężko było mi się na czymkolwiek skupić. Szłam więc dalej, unikając już światła, aż usłyszałam zbawienny szum strumyka. Ruszyłam biegiem, uklękłam w zacienionym miejscu i zaczęłam łapczywie pić wodę. Nie wiem jak długo piłam, jednak pragnienie ani na moment nie ustawało. Wtedy po drugiej stronie wąskiej rzeczki coś zaszeleściło i z krzewów wyłonił się jeleń, który szybko począł uciekać, gdy tylko mnie zobaczył.
Nie myślałam wtedy, co robię, liczyła się tylko pulsująca tętnica na jego szyi, zapraszająca gorącem, dająca obietnice zaspokojenia tego okropnego ognia palącego w gardle. Nie sądziłam, że potrafię tak szybko biegać... dogonienie go nie zajęło mi wiele czasu, skoczyłam na niego i wbiłam się zębami prosto w jego tętnicę. Na twarz, szyję i dekolt trysnęła mi gorąca posoka, a ja zaczęłam ją łapczywie pić. Była cudowna... gorąca, słodka, kojąca te przeklęte pragnienie. Jeleń wierzgał parę razy, próbując się wyrwać, na nic jednak się to zdało… w końcu przestał i osunął się na ziemię, gdzie jeszcze jakby chciał z powrotem wstać, walczyć o życie, ale było go w nim coraz mniej padł bez ruchu. Piłam jeszcze jakiś czas, aż niemal osuszyłam całe truchło, po czym opadłam obok niego, czując cudowną sytość i przypływ sił.
Oblizałam usta i poczułam jak o język ocierają się ostre jak brzytwa zęby, cienkie jak szpileczki, z których sączył się płyn o smaku, jakiego nigdy dotąd nie znałam. Mój umysł, już nie nękany pragnieniem, zaczął składać wszystko w jedną całość... powstanie z martwych, palące światło, woda niedająca ukojenia, spiszaste zęby... wampirzyca. Nie wiedziałam jak, ale jakimś cudem stałam się wampirzycą...
Siedziałam na trawie, wpatrując się w puste, martwe oczy młodego jelenia i zastanawiając się, co teraz mam zrobić. Braciszek, ten skurwiel, z pewnością już świętował hucznie moją śmierć, rozpowiadając o tym gdzie tylko się dało. Wątpię jednak, by opowiadał prawdziwą historię - nie zdziwiłabym się, gdybym usłyszała, że baronessa van der Vicanis zginęła na własne życzenie, a on choć próbował, nie dał rady jej odratować.
Nie wiedziałam, gdzie mam iść, co robić... wróciłam do strumienia i zaczęłam zmywać z siebie krew, tę świeżą jak i tę zaschniętą, moją krew, z czasów, gdy byłam jeszcze człowiekiem. Chciałam rozplątać krwawe strąki z moich długich włosów, ale nie miałam czym, a lodowata woda nie nadawała się do zmywania zakrzepłej krwi. Nabrałam w dłonie wody, żeby obmyć twarz i wtedy ujrzałam swoje odbicie… niby nic się nie zmieniło, z wyjątkiem ostrych zębów, a jednak przeraziłam się samej siebie. Oczy z wymalowanym w nich obłędem, twarz pokryta zakrzepłą krwią i brudem, z wyżłobionymi ścieżkami od łez i spierzchnięte usta, które niegdyś tak skrupulatnie pielęgnowałam i pokrywałam balsamem…
Zerwałam się na nogi pobiegłam w puszczę, szukając gęstych i nieprzebytych terenów, byle skryć się jak najgłębiej w lesie, byle nikt nie zobaczył kim… czym się stałam. W dzieciństwie słyszałam podania o wampirach, kiedyś nawet ojciec podejrzewał, że na jego włościach jeden się panoszy, okazało się jednak, że to tylko zwykły przygłup, któremu się zdawało, że jest wampirem. Ja byłam najprawdziwszą wampirzycą, istotą z horrorów, potworem dużo gorszym od Bugdusha… niegodnym, by żyć…
Błąkałam się po puszczy, dnie przesypiając ukryta w jakiś norach, noce wędrując i polując na napotkane zwierzęta. Nie chciałam tego, starałam się panować nad pragnieniem, jednak musiałam pić, ten ogień w gardle stawał się nie do zniesienia. Po jakimś czasie udało mi się panować nad sobą na tyle, że nie musiałam już osuszać zwierząt do końca, piłam tyle ile musiałam,  do tego nie polowałam na wszystko – po paru dniach zauważyłam już, która krew jest smaczniejsza i potrafiłam szukać po lesie wilków.  Raz nawet spotkałam niedźwiedzia, był ranny pewnie po jakiejś walce, ale i tak próbował mnie atakować. Trochę mnie wtedy poobijał i poranił, ale w końcu dorwałam się do jego tętnicy i wypiłam z niego resztki życia. Warto było z nim walczyć dla tego smaku…
Najpierw liczyłam dni, ale po tygodniu przestałam… parę razy, siedząc nad martwym zwierzęciem, ubrudzona jego krwią, rozważałam czy nie odebrać sobie życia. Nie potrafiłam pogodzić się z tym, jak nisko upadłam. Jedną jedyną rzeczą, jaka trzymała mnie przy życiu, była chęć zemsty na Bugdushu… poprzysięgłam sobie, że przeżyję, że przetrwam, tylko po to, żeby go zabić, zafundować mu cierpienia jeszcze gorsze niż on mi…
Zdecydowałam, że najwyższy czas wyjść z ukrycia i nauczyć się żyć… Szukałam traktu parę dni, aż w końcu  usłyszałam stukot kół powozu gdzieś niedaleko. Pobiegłam w tamtą stronę, czując już z daleka zapach dwojga ludzi i dwóch koni. Obserwowałam ich pod osłoną cienia drzew, ledwo powstrzymując się przed skoczeniem im do gardeł, choć ani mężczyźni siedzący na lichym wozie, ani konie nie wyglądali na zbyt zadbanych. Czułam też zapach drewna i spirytusu, a gdy się przyjrzałam balom leżącym na wozie, w promieniach słońca ujrzałam odbłysk. No tak, przemytnicy, pewnie przewozili pędzony w domu alkohol żeby opchnąć go na czarnym rynku. Pamiętałam, ile ojciec miał z nimi zmartwień.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, więc szłam brzegiem lasu równo z ich wozem.
         Widocznie się nie spieszyli, stanęli na postój przy pierwszym napotkanym miejscu, gdzie drzewa rosły rzadziej. Przywiązali konie do drzew, rozpalili ognisko i rozsiedli się, wyjmując spod drewna butelkę spirytusu i jakieś kawałki mięsa, które upiekli na ognisku. Zaczęli pić, a ja tylko czekałam, aż alkohol zamgli im umysły i spowolni reakcje. Zaczynałam robić się coraz bardziej głodna, ale nie miałam ochoty na ich pieczone mięso, zresztą marnej świeżości, sądząc po zapachu... chciałam wbić zęby w ich pulsujące tętnice...
Kiedy zasnęli, wyszłam zza drzew i zakradłam się do bliższego, po czym zakryłam mu usta zabraną po drodze szmatą i wbiłam zęby w jego szyję. Zaczęłam łapczywie pić krew, mężczyzna się szamotał, jednak nie miał siły mnie odepchnąć, był na straconej pozycji. Obudził jednak kompana, który zerwał się i chwycił nóż. Odrzuciłam już nieprzytomne ciało i chwyciłam siekierkę wbitą w pobliski pieniek. Był zupełny mrok, ognisko już zgasło, więc mężczyzna ledwo mnie widzał w nikłym świetle cienkiego sierpa księżyca, ja za to widziałam równie dobrze jak za dnia. Próbował mnie dźgnąć nożem z rozpędu, jednak chybił o paręnaście centymetrów i potknął się o wystający korzeń. Wtedy wbiłam mu siekierę w plecy. Zamach był tak mocny, że od razu stracił przytomność. Nie chciało już mi się pić, ale pomyślałam, że warto by było mieć coś na później, nie chciałam znów przeżywać tego okropnego pragnienia. Wzięłam kilka butelek z ich wozu, wylałam alkohol i napełniłam krwią. Korkowałam ostatnią, gdy usłyszałam tętent kopyt na trakcie, więc szybko skryłam się znów w mroku w lesie.

Niosący Śmierć
Na polanę zajechał mężczyzna na wielkim, czarnym koniu, w czarnej długiej pelerynie i kubraku, z kapturem zasłaniającym całą twarz. Zeskoczył z konia i rozejrzał się wokół, rozpalając pochodnię. Szturchnął nogą tego, z którego piłam krew i pochylił się nad nim.
 Cholerne wampiry  wyszeptał i wstał, a ja wtedy poznałam ten głos.
 Niosący Śmierć?  spytałam, wychodząc z lasu.
 Kto pyta?  odwrócił się błyskawicznie, dobywając miecz z pochwy i kierując płomień pochodni w moją stronę.
 Francesca van der Vicanis, byliśmy razem na wyprawie.
 A, to ty... nie poznałem cię… jak to możliwe, że żyjesz? I co tu się do cholery działo? – dodał, wskazując mieczem na trupy przemytników – dlaczego tak wyglądasz?  spytał, kierując ostrze na mnie.
No tak, byłam w tej samej, podartej sukni w której mnie widział na wyprawie, z tym że teraz już nie można ją było nazwać suknią. Ledwo osłaniała moje ciało, a w wielu miejscach przez przedarcia było widać skórę ubrudzoną krwią i ziemią, choć nie wiem, czy był w stanie to zauważyć w półmroku. Wyjaśniłam mu wszystko, a on przez całą historię nie spuszczał ze mnie wzroku ani nie schował miecza. Kiedy skończyłam, chwilę stał nieruchomo, po czym schował miecz i zdjął pelerynę, podając mi ją.
 Załóż to, w najbliższym mieście znajdzie się dla ciebie jakąś suknię. Wezmę jednego z tych koni, ty pojedziesz na moim, widział już niejedno, nie powinien się ciebie wystraszyć. Tylko postaraj się łaskawie go nie zabić, lubię go  powiedział, odwrócił się i odwiązał konie od powozu, wziął jednego, drugiego klepnął w zad, a ten pognał przed siebie jak dziki.
Do najbliższego miasta dojechaliśmy jeszcze pod osłoną nocy. Niosący Śmierć zapłacił za mój pokój w karczmie i kazał mi się z niego nie ruszać. O świcie karczmarz wniósł do kwatery wielką balię z gorącą wodą, mydło i olejki zapachowe, po czym szybko wyszedł. Kąpiel była błogosławieństwem… mogłam zmyć z siebie smród krwi i błąkania się nie wiadomo jak długo w lesie. Nad ranem Niosący Śmierć przyniósł mi ubrania i przeprosił, że nie podjął się zabicia mojego brata i stchórzył, co było niegodne ani mężczyzny, ani tym bardziej zabójcy. Do tego jego uczeń zdradził jego i całą drużynę, a kartą przetargową było moje życie. Zaproponował mi w zamian za zachowanie tego w tajemnicy, że nauczy mnie jak wprawnie zabijać, żebym mogła sama dokonać zemsty.
Zgodziłam się. Nie miałam już nic do stracenia, a dzięki podróżowaniu z nim mogłam się wiele nauczyć, przede wszystkim – jak żyć inaczej niż w pałacu. Przynajmniej na to liczyłam, jak ruszaliśmy, współpraca z Niosącym okazała się być jednak dużo trudniejsza, niż myślałam. Czasami przestawałam się nawet dziwić jego uczniowi, że go zdradził, choć i tak mógł odejść od niego w bardziej honorowy sposób. Ten człowiek był skryty i cichy, niemal nic nie mówił, chyba że coś mi tłumaczył, choć i tak rzadko kiedy miał ochotę czegoś mnie uczyć. Większość czasu albo spędzaliśmy w podróży, albo zamykał się w pokoju, robiąc nie wiadomo co. Może przeglądał kolejne zlecenia, może liczył pieniądze, nie mam pojęcia i nie wiem, czy chciałabym wiedzieć. W każdym razie – niby miał być moim mentorem, ale ciągle był gdzieś obok mnie.
W jednym mieście osiedliśmy na dłużej i Niosący przysłał mi jakiegoś zabijakę z karczmy, dezertera, który miał mnie uczyć podstaw walki różnymi broniami i uników. Parę dni ćwiczyliśmy na dziedzińcu przed karczmą, aż w końcu zaczęłam dorównywać mu w walce a nawet momentami byłam lepsza, szybsza od niego, więc stwierdził, że on już mnie niczego nie potrafi nauczyć. Wtedy przyszedł Niosący Śmierć i zaprowadził mnie na czarny rynek, mówiąc co tam mogę załatwić i jakie zlecenia najlepiej brać. Po chwili kazał mi wracać do karczmy, a sam podszedł do podejrzanego typa za jedną lada, na której leżały dziwne przedmioty. Wyszłam stamtąd z przyjemnością, bo wszędzie tam roiło się od osobników, którym nie wiem czy bym zaufała, nawet gdyby miało od tego zależeć moje życie.
Wróciłam do karczmy i zabrałam się za czytanie jakiś ksiąg od Niosącego Śmierć, popijając krew niedźwiedzia, którą udało mi się kupić od myśliwego. Po zmroku, gdy już zamierzałam pójść spać, do mojej kwatery wszedł Niosący, rzucając mi na stół zwój papieru.
- Czytaj! – rozkazał.
Rozwinęłam rulon. Na plakacie widniał mój wizerunek, namalowany może i niezbyt wprawną ręką, jednak nie miałam wątpliwości, że to ja. Pod spodem bardzo wyraźnie napisano kwotę 4000 sztuk złota za żywą lub martwą. Spojrzałam na Niosącego, który już trzymał w ręce swój nóż, którego zawsze używał do cichych zabójstw.
- Dam ci dzień czasu, jestem ci to winien. Później znajdę cię, zabiję i zgłoszę się po nagrodę – oświadczył suchym tonem, a ja od razu poznałam, że nie mam szans z nim dyskutować – jutro o tej porze wyruszę cię szukać – dodał i wyszedł, jak zwykle niemal bezszelestnie.
Zerwałam się i spakowałam wszystkie rzeczy. Nóż, suknie, pieniądze, które od czasu do czasu udawało mi się zarobić na pomniejszych zleceniach. Założyłam skórznię i narzuciłam na siebie obszerny, czarny płaszcz z kapturem. Zbiegłam do stadniny i osiodłałam konia, po czym pognałam w noc, żeby czym prędzej dostać się do brzegu.  Liczyłam, że tam znajdę jakiś sposób, żeby dotrzeć na inny kontynent, nie liczyło się dla mnie, na który...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz