Nazywam się Francesca
van der Vicanis i jestem córką barona, który ma rozległe posiadłości w Imperium
Ziemi. Wychowywałam się w pałacu, w przepychu i dostatku, ze służbą na każde
zawołanie. Moja matka była nikim ważnym, za to ojciec ma daleko sięgające wpływy i swoją armię. Sporą jej częścią
dowodzi mój przyrodni brat, Bugdush... skurwysyn jakich mało. Może jego
parszywy charakter ma związek z orczą krwią płynącą w jego żyłach po matce,
może tak wpłynęło na niego wychowanie ojca, który zawsze go faworyzował jako swojego
najstarszego syna. Jedno jest pewne - jego widok wzbudza we mnie bezgraniczne
obrzydzenie, za każdym razem, gdy widzę jego zielonkawą gębę.
Wyprawa
do Puszczy Felmaria
Ponad rok temu oboje mieliśmy
udowodnić, kto jest bardziej godzien dostąpić zaszczytu dziedziczenia majątku.
W tym celu wyruszyliśmy na wyprawę po czarny metal do Puszczy Felmaria. To, co
się tam zdarzyło przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Znaleźliśmy to, po
co ruszyliśmy, ale niektórzy zgubuli w puszczy honor i okazali się zdradliwymi
szczurami, jak Geralt, uczeń Niosącego Śmierć.
Wyruszyłam na
wyprawę, aby zdobyć należną mi część majątku ojca, ale nie poprzez knucia i
przemoc, lecz poprzez udowodnienie mu, iż jestem warta więcej od mojego brata,
który nawet nie może w pełni szczycić się mianem człowieka. To… stworzenie
wypełzło z orczych nor i miałoby być więcej warte ode mnie? Nigdy nie
rozumiałam, dlaczego ojciec darzył go względami większymi niż mnie, skoro
Bugdush nie miał ani błękitnej krwi, ani również nie potrafił zachować się w
towarzystwie innych arystokratów, opowiadając nieprzystające szlachcicowi
historie, wpadając w szał z niewartych uwagi powodów i wykazując się rażącą
nieznajomością zasad dworskiej etykiety. Po tej wyprawie ojciec miał zrozumieć,
że to ja, choć również z nieprawego łoża, lepiej zajmę się jego majątkiem po
jego śmierci i będę godnie reprezentować nasz herb i rodowe nazwisko.
Muszę przyznać, że
Geraltowi, uczniowi Niosącego Śmierć, niespodziewanie skutecznie udało się
uknuć spisek z moim godnym pożałowania bratem, który to spisek znacznie
odmienił moje do tej pory ustatkowane i spokojne życie. Zostałam napadnięta
przez brata i srodze okaleczona pod koniec wyprawy, w której nasze Imperium
Błyskawic zdecydowanie zdobyło przewagę. Na szczęście mieliśmy medyczkę, posługującą się białą
magią, która szybko wyleczyła rany. Później powierzono mi czarny metal, odebrany
Technomancie oskarżonemu o zdradę, i już w czasie odwrotu zostałam znów napadnięta
przez brata, który tym razem nie ograniczył się jedynie do zadania mi kolejnych
ciosów, ale również zaciągnął moje ciało do swojego obozu. Na szczęście, udało
mi się w akcie skrajnej desperacji przekazać czarny metal Niosącemu Śmierć tuż
pod nosem mojego brata, zanim ten zdążyłby mi go odebrać i tym samym
przekreślić naszą szansę na zdobycie tego jakże cennego surowca.
Zostałam więc
zawleczona do wrogiego obozu przez Bugdusha, który tam bardzo wyraźnie pokazał
mi, jak wiele dla niego znaczę. Kilkakrotnie uderzył mnie w twarz, wyzywając od
kurwy i wywłoki, po czym rzucił mnie na ziemię i podarował kilka solidnych
kopnięć. Na koniec napluł na mnie i powiedział swoim żołnierzom, że mogą się ze
mną zabawić jak chcą, bylebym tak cierpiała, żebym błagała o śmierć. Nie mogłam
się w żaden sposób bronić, byłam skrępowana, sama w obozie wroga, do tego
dotkliwie poraniona. Nie pamiętam już, ilu ich było, może kilku, może
kilkunastu... jedno wiem - wykonali rozkaz mojego brata bezbłędnie - pod koniec
już błagałam o śmierć... w końcu jeden z orków łaskawie mi ją dał, podżynając
mi gardło...
Zrodzona
z nienawiści i cierpienia
Obudziło mnie
pragnienie. Nawet po całonocnych przyjęciach, na których szlachta nigdy nie
żałowała wina, ba, wszelkie trunki wręcz lały się strumieniami, nie czułam aż
takiego palącego pragnienia w gardle. Musiałam je jakoś zagasić, czułam, że
inaczej spali mnie od środka. Wstałam i rozejrzałam się wokół.
Po obozie orków nie
było żadnego śladu, poza wydeptaną ziemią. Podniosłam ręce i zobaczyłam, że są
całe ubrudzone krwią, cała byłam we krwi, czułam krew wszędzie wokół, wwiercała
się w mój nos, boleśnie go kalecząc, kłując w płucach... Dziwiło mnie, że żyję,
przecież zabili mnie, a nie miał mnie kto uratować, nikomu by nie zależało już
na moim życiu, zdradziła mnie nawet Diena, której ufałam od tylu lat... a
jednak żyłam, a poza palącym pragnieniem czułam się lepiej niż kiedykolwiek
wcześniej, choć porwana w strzępy suknia boleśnie przypominała, co działo się
tuż przed moją śmiercią.
Rozejrzałam się,
łudząc się, że może jednak gdzieś został choć bukłak z wodą, ale nic nie
znalazłam. Pragnienie stawało się już nie do zniesienia, więc ruszyłam w las w
poszukiwaniu wody, wytężając słuch. Wszystko w lesie wydawało się być
wyraźniejsze, wszelkie dźwięki były dużo głośniejsze, słyszałam nawet bardzo
subtelne odgłosy z lasu, jak szum traw czy komary podrywające się do lotu, gdy
trącałam kolejne gałęzie. Wcześniej las był nieprzebyty, teraz zaczynał się
coraz bardziej przerzedzać. Z początku przez konary prześwitywały tylko
pojedyncze promyczki, z czasem jednak pojawiały się całkiem spore prześwity.
Weszłam w jeden z nich i wrzasnęłam z bólu. Moja skóra w miejscach, gdzie była
odkryta, zaczęła palić mnie żywym ogniem. Szybko uskoczyłam w cień, jednak na
skórze w kilku miejscach zaczęły rosnąć bąble od oparzeń.
Nie wiedziałam co o
tym myśleć, ale pragnienie zaczynało być już coraz bardziej męczące, ciężko
było mi się na czymkolwiek skupić. Szłam więc dalej, unikając już światła, aż
usłyszałam zbawienny szum strumyka. Ruszyłam biegiem, uklękłam w zacienionym
miejscu i zaczęłam łapczywie pić wodę. Nie wiem jak długo piłam, jednak
pragnienie ani na moment nie ustawało. Wtedy po drugiej stronie wąskiej rzeczki
coś zaszeleściło i z krzewów wyłonił się jeleń, który szybko począł uciekać,
gdy tylko mnie zobaczył.
Nie myślałam wtedy,
co robię, liczyła się tylko pulsująca tętnica na jego szyi, zapraszająca
gorącem, dająca obietnice zaspokojenia tego okropnego ognia palącego w gardle.
Nie sądziłam, że potrafię tak szybko biegać... dogonienie go nie zajęło mi
wiele czasu, skoczyłam na niego i wbiłam się zębami prosto w jego tętnicę. Na twarz, szyję i dekolt
trysnęła mi gorąca posoka, a ja zaczęłam ją łapczywie pić. Była cudowna...
gorąca, słodka, kojąca te przeklęte pragnienie. Jeleń wierzgał parę razy,
próbując się wyrwać, na nic jednak się to zdało… w końcu przestał i osunął się na ziemię, gdzie jeszcze jakby chciał z powrotem wstać,
walczyć o życie, ale było go w nim coraz mniej… padł bez ruchu. Piłam
jeszcze jakiś czas, aż niemal osuszyłam całe truchło, po czym opadłam obok
niego, czując cudowną sytość i przypływ sił.
Oblizałam usta i
poczułam jak o język ocierają się ostre jak brzytwa zęby, cienkie jak
szpileczki, z których sączył się płyn o smaku, jakiego nigdy dotąd nie znałam.
Mój umysł, już nie nękany pragnieniem, zaczął składać wszystko w jedną
całość... powstanie z martwych, palące światło, woda niedająca ukojenia,
spiszaste zęby... wampirzyca. Nie wiedziałam jak, ale jakimś cudem stałam się
wampirzycą...
Siedziałam na trawie,
wpatrując się w puste, martwe oczy młodego jelenia i zastanawiając się, co
teraz mam zrobić. Braciszek, ten skurwiel, z pewnością już świętował
hucznie moją śmierć, rozpowiadając o tym gdzie tylko się dało. Wątpię jednak,
by opowiadał prawdziwą historię - nie zdziwiłabym się, gdybym usłyszała, że
baronessa van der Vicanis zginęła na własne życzenie, a on choć próbował, nie
dał rady jej odratować.
Nie wiedziałam, gdzie
mam iść, co robić... wróciłam do strumienia i
zaczęłam zmywać z siebie krew, tę świeżą jak i tę zaschniętą, moją krew, z
czasów, gdy byłam jeszcze człowiekiem. Chciałam rozplątać krwawe strąki z moich
długich włosów, ale nie miałam czym, a lodowata woda nie nadawała się do
zmywania zakrzepłej krwi. Nabrałam w dłonie wody, żeby obmyć twarz i wtedy
ujrzałam swoje odbicie… niby nic się nie zmieniło, z wyjątkiem ostrych zębów, a
jednak przeraziłam się samej siebie. Oczy z wymalowanym w nich obłędem, twarz
pokryta zakrzepłą krwią i brudem, z wyżłobionymi ścieżkami od łez i spierzchnięte
usta, które niegdyś tak skrupulatnie pielęgnowałam i pokrywałam balsamem…
Zerwałam się na nogi pobiegłam w puszczę,
szukając gęstych i nieprzebytych terenów, byle skryć się jak najgłębiej w
lesie, byle nikt nie zobaczył kim… czym się stałam. W dzieciństwie słyszałam
podania o wampirach, kiedyś nawet ojciec podejrzewał, że na jego włościach
jeden się panoszy, okazało się jednak, że to tylko zwykły przygłup, któremu się
zdawało, że jest wampirem. Ja byłam najprawdziwszą wampirzycą, istotą z
horrorów, potworem dużo gorszym od Bugdusha… niegodnym, by żyć…
Błąkałam się po puszczy, dnie przesypiając
ukryta w jakiś norach, noce wędrując i polując na napotkane zwierzęta. Nie
chciałam tego, starałam się panować nad pragnieniem, jednak musiałam pić, ten
ogień w gardle stawał się nie do zniesienia. Po jakimś czasie udało mi się
panować nad sobą na tyle, że nie musiałam już osuszać zwierząt do końca, piłam
tyle ile musiałam, do tego nie polowałam na wszystko – po paru dniach
zauważyłam już, która krew jest smaczniejsza i potrafiłam szukać po lesie
wilków. Raz nawet spotkałam niedźwiedzia, był ranny pewnie po jakiejś
walce, ale i tak próbował mnie atakować. Trochę mnie wtedy poobijał i poranił,
ale w końcu dorwałam się do jego tętnicy i wypiłam z niego resztki życia. Warto
było z nim walczyć dla tego smaku…
Najpierw liczyłam dni, ale po tygodniu
przestałam… parę razy, siedząc nad martwym zwierzęciem, ubrudzona jego krwią,
rozważałam czy nie odebrać sobie życia. Nie potrafiłam pogodzić się z tym, jak
nisko upadłam. Jedną jedyną rzeczą, jaka trzymała mnie przy życiu, była chęć
zemsty na Bugdushu… poprzysięgłam sobie, że przeżyję, że przetrwam, tylko po
to, żeby go zabić, zafundować mu cierpienia jeszcze gorsze niż on mi…
Zdecydowałam, że najwyższy czas wyjść z
ukrycia i nauczyć się żyć… Szukałam traktu parę dni, aż w końcu usłyszałam stukot kół powozu gdzieś niedaleko.
Pobiegłam w tamtą stronę, czując już z daleka zapach dwojga ludzi i dwóch koni.
Obserwowałam ich pod osłoną cienia drzew, ledwo powstrzymując się przed skoczeniem
im do gardeł, choć ani mężczyźni siedzący na lichym wozie, ani konie nie
wyglądali na zbyt zadbanych. Czułam też zapach drewna i spirytusu, a gdy się
przyjrzałam balom leżącym na wozie, w promieniach słońca ujrzałam odbłysk. No
tak, przemytnicy, pewnie przewozili pędzony w domu alkohol żeby opchnąć go na
czarnym rynku. Pamiętałam, ile ojciec miał z nimi zmartwień.
Słońce chyliło się już ku
zachodowi, więc szłam brzegiem lasu równo z ich wozem.
Widocznie
się nie spieszyli, stanęli na postój przy pierwszym napotkanym miejscu, gdzie
drzewa rosły rzadziej. Przywiązali konie do drzew, rozpalili ognisko i
rozsiedli się, wyjmując spod drewna butelkę spirytusu i jakieś kawałki mięsa,
które upiekli na ognisku. Zaczęli pić, a ja tylko czekałam, aż alkohol zamgli
im umysły i spowolni reakcje. Zaczynałam robić się coraz bardziej głodna, ale
nie miałam ochoty na ich pieczone mięso, zresztą marnej świeżości, sądząc po
zapachu... chciałam wbić zęby w ich pulsujące tętnice...
Kiedy zasnęli,
wyszłam zza drzew i zakradłam się do bliższego, po czym zakryłam mu usta
zabraną po drodze szmatą i wbiłam zęby w jego szyję. Zaczęłam łapczywie pić
krew, mężczyzna się szamotał, jednak nie miał siły mnie odepchnąć, był na
straconej pozycji. Obudził jednak kompana, który zerwał się i chwycił nóż.
Odrzuciłam już nieprzytomne ciało i chwyciłam siekierkę wbitą w pobliski
pieniek. Był zupełny mrok, ognisko już zgasło, więc mężczyzna ledwo mnie widzał
w nikłym świetle cienkiego sierpa księżyca, ja za to widziałam równie dobrze
jak za dnia. Próbował mnie dźgnąć nożem z rozpędu, jednak chybił o paręnaście
centymetrów i potknął się o wystający korzeń. Wtedy wbiłam mu siekierę w plecy.
Zamach był tak mocny, że od razu stracił przytomność. Nie chciało już mi się
pić, ale pomyślałam, że warto by było mieć coś na później, nie chciałam znów
przeżywać tego okropnego pragnienia. Wzięłam kilka butelek z ich wozu, wylałam
alkohol i napełniłam krwią. Korkowałam ostatnią, gdy usłyszałam tętent kopyt na
trakcie, więc szybko skryłam się znów w mroku w lesie.
Niosący
Śmierć
Na polanę zajechał
mężczyzna na wielkim, czarnym koniu, w czarnej długiej pelerynie i kubraku, z
kapturem zasłaniającym całą twarz. Zeskoczył z konia i rozejrzał się wokół,
rozpalając pochodnię. Szturchnął nogą tego, z którego piłam krew i pochylił się
nad nim.
– Cholerne wampiry – wyszeptał i wstał, a ja wtedy poznałam ten głos.
– Niosący Śmierć? – spytałam, wychodząc z lasu.
– Kto pyta? – odwrócił się
błyskawicznie, dobywając miecz z pochwy i kierując płomień pochodni w moją
stronę.
– Francesca van der Vicanis, byliśmy razem na wyprawie.
– A, to ty... nie poznałem cię… jak to możliwe, że żyjesz? I co tu
się do cholery działo? – dodał, wskazując mieczem na trupy
przemytników – dlaczego
tak wyglądasz? – spytał, kierując ostrze na mnie.
No tak, byłam w tej samej, podartej sukni
w której mnie widział na wyprawie, z tym że teraz już nie można ją było nazwać
suknią. Ledwo osłaniała moje ciało, a w wielu miejscach przez przedarcia było
widać skórę ubrudzoną krwią i ziemią, choć nie wiem, czy był w stanie to
zauważyć w półmroku. Wyjaśniłam
mu wszystko, a on przez całą historię nie spuszczał ze mnie wzroku ani nie
schował miecza. Kiedy skończyłam, chwilę stał nieruchomo, po czym schował miecz
i zdjął pelerynę, podając mi ją.
– Załóż to, w najbliższym mieście znajdzie się dla
ciebie jakąś suknię. Wezmę jednego z tych koni, ty pojedziesz na moim, widział
już niejedno, nie powinien się ciebie wystraszyć. Tylko postaraj się łaskawie
go nie zabić, lubię go – powiedział, odwrócił
się i odwiązał konie od powozu, wziął jednego, drugiego klepnął w zad, a ten
pognał przed siebie jak dziki.
Do najbliższego miasta
dojechaliśmy jeszcze pod osłoną nocy. Niosący Śmierć zapłacił za mój pokój w
karczmie i kazał mi się z niego nie ruszać. O świcie karczmarz
wniósł do kwatery wielką balię z gorącą wodą, mydło i olejki zapachowe, po czym
szybko wyszedł. Kąpiel była błogosławieństwem… mogłam zmyć z siebie smród krwi
i błąkania się nie wiadomo jak długo w lesie. Nad ranem Niosący Śmierć przyniósł mi ubrania i przeprosił, że nie podjął się
zabicia mojego brata i stchórzył, co było niegodne ani mężczyzny, ani tym
bardziej zabójcy. Do tego jego uczeń zdradził jego i całą
drużynę, a kartą przetargową było moje życie. Zaproponował mi w zamian za zachowanie tego w
tajemnicy, że nauczy mnie jak wprawnie zabijać, żebym mogła sama dokonać
zemsty.
Zgodziłam się. Nie miałam już nic do
stracenia, a dzięki podróżowaniu z nim mogłam się wiele nauczyć, przede
wszystkim – jak żyć inaczej niż w pałacu. Przynajmniej na to liczyłam, jak
ruszaliśmy, współpraca z Niosącym okazała się być jednak dużo trudniejsza, niż
myślałam. Czasami przestawałam się nawet dziwić jego uczniowi, że go zdradził,
choć i tak mógł odejść od niego w bardziej honorowy sposób. Ten człowiek był
skryty i cichy, niemal nic nie mówił, chyba że coś mi tłumaczył, choć i tak
rzadko kiedy miał ochotę czegoś mnie uczyć. Większość czasu albo spędzaliśmy w
podróży, albo zamykał się w pokoju, robiąc nie wiadomo co. Może przeglądał
kolejne zlecenia, może liczył pieniądze, nie mam pojęcia i nie wiem, czy
chciałabym wiedzieć. W każdym razie – niby miał być moim mentorem, ale ciągle był
gdzieś obok mnie.
W jednym mieście osiedliśmy na dłużej i
Niosący przysłał mi jakiegoś zabijakę z karczmy, dezertera, który miał mnie
uczyć podstaw walki różnymi broniami i uników. Parę dni ćwiczyliśmy na
dziedzińcu przed karczmą, aż w końcu zaczęłam dorównywać mu w walce a nawet
momentami byłam lepsza, szybsza od niego, więc stwierdził, że on już mnie
niczego nie potrafi nauczyć. Wtedy przyszedł Niosący Śmierć i zaprowadził mnie
na czarny rynek, mówiąc co tam mogę załatwić i jakie zlecenia najlepiej brać.
Po chwili kazał mi wracać do karczmy, a sam podszedł do podejrzanego typa za
jedną lada, na której leżały dziwne przedmioty. Wyszłam stamtąd z
przyjemnością, bo wszędzie tam roiło się od osobników, którym nie wiem czy bym
zaufała, nawet gdyby miało od tego zależeć moje życie.
Wróciłam do karczmy i zabrałam się za
czytanie jakiś ksiąg od Niosącego Śmierć, popijając krew niedźwiedzia, którą
udało mi się kupić od myśliwego. Po zmroku, gdy już zamierzałam pójść spać, do
mojej kwatery wszedł Niosący, rzucając mi na stół zwój papieru.
- Czytaj! – rozkazał.
Rozwinęłam rulon. Na plakacie widniał mój
wizerunek, namalowany może i niezbyt wprawną ręką, jednak nie miałam
wątpliwości, że to ja. Pod spodem bardzo wyraźnie napisano kwotę 4000 sztuk
złota za żywą lub martwą. Spojrzałam na Niosącego, który już trzymał w ręce
swój nóż, którego zawsze używał do cichych zabójstw.
- Dam ci dzień czasu, jestem ci to winien. Później znajdę cię, zabiję i
zgłoszę się po nagrodę – oświadczył suchym tonem, a ja od razu poznałam, że nie
mam szans z nim dyskutować – jutro o tej porze wyruszę cię szukać – dodał i
wyszedł, jak zwykle niemal bezszelestnie.
Zerwałam się i spakowałam wszystkie
rzeczy. Nóż, suknie, pieniądze, które od czasu do czasu udawało mi się zarobić
na pomniejszych zleceniach. Założyłam skórznię i narzuciłam na siebie obszerny,
czarny płaszcz z kapturem. Zbiegłam do stadniny i osiodłałam konia, po czym
pognałam w noc, żeby czym prędzej dostać się do brzegu. Liczyłam, że tam
znajdę jakiś sposób, żeby dotrzeć na inny kontynent, nie liczyło się dla mnie,
na który...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz