wtorek, 7 kwietnia 2015

W krasnoludzkim Morke

Zajazd
   Karczma polecona przez wampirzycę okazała się całkiem przyzwoita i porządna. Piętrowy budynek ze ścianami z ciosanego kamienia oraz drewnianym sufitem i podłogami. Ciężkie dębowe łatwy i stoły rozstawione były tak by zapewnić swobodę poruszania się oraz wygodę siedzenia. Słowem, było to miejsce co przedkłada raczej jakość podróżnych ponad ich ilość więc nie trzeba się było bać że nagle bez powodu dojdzie do tak uwielbianego przez Troya mordobicia, co też raczył nam zakomunikować z pewnym rozczarowaniem i podenerwowaniem. I dobrze, nie miałem ochoty się bić ani potem słuchać jego przechwałek. Ogólnie lubiłem Troya, ale to było w nim naprawdę irytujące.
   Drużyna spokojnie rozeszła się po pokojach by złożyć tam plecaki i (przynajmniej ja) trochę się odświeżyć oraz zmienić ubrania na świeże. Włożyłem potem na nowo zbroję i zszedłem na dół. Jako pierwszy. Dało mi to okazję zająć miejsce przy stole, który nam upatrzyłem i rozsiadłem się wygodnie. Miejsce, które zająłem lokowało mnie bezpiecznie i wygodnie w kącie pomieszczenia oraz z pełnym widokiem na całą salę oraz wejście. Dodatkowo reputacja (a może raczej niesława) Strażnika sprawiła że nikt z gości nie kwapił się by się przysiąść a nowo przybyli zajmowali stoły bardziej oddalone jeśli tylko mogli. Wkrótce zaczęli schodzić też moi kompani i rzeczywiście, zdaje mi się że jedynie ja postanowiłem zmienić ciuchy i się wykąpać. Troy i Valarad zeszli niemal równocześnie i zajęli miejsca przy stole. Niedługo po nich Mikur oraz Otr a Tut właśnie wchodził do karczmy z wyraźnie przytomniejszym spojrzeniem na zielonej twarzy, co pozwalało wnioskować o odwiedzeniu kogoś znającego się na chorobach umysłowych. Ale żadne z nich nie miało takiego wejścia jak Ona.
   Muszę przyznać że była piękna, wręcz zjawiskowa, kiedy schodziła po schodach pozbywszy się ciężkiego płaszcza z głębokim kapturem a zamiast tego przywdziewając atłasową suknię z głębokim dekoltem i odsłoniętymi plecami. Troy zaczął wlepiać się w nią oczyma, Otr, Valarad i  Mikur nie przyglądali się w ogóle, Tut spoglądał pocierając podbródek a i ja omal nie gwizdnąłem cicho. Myśli że jest jedną z istot, którym zwykłem się dłużej przyglądać dopiero kiedy wsadziłem im w pierś nóż lub strzałę przyszła dopiero chwilę później i pozwoliła się uspokoić tak, że kiedy Francesca dotarła do stołu miałem już wzrok wystudiowanie obojętny a twarz na szczęście zakrywała w dużej mierze chusta. W połowie drogi od schodów do stołu zatrzymał ją Tut lecz o czym rozmawiali już mnie nie interesowało. Niedługo później Mikur zaczął z podnieceniem opowiadać o czekającej ich konkurencji i ten temat zainteresował mnie o wiele bardziej gdyż nie tak pamiętałem ze zawody z moich dawniejszych wizyt. Kiedy cała ekipa wymaszerowała na arenę by brać udział w wyścigu rydwanów lub go obserwować, ja wyszedłem na miasto by zasięgnąć języka. Potrzebowałem informacji i byłem zdeterminowany je zdobyć. Wróciłem do karczmy dopiero kiedy wyścig się skończył i czekałem już tylko na drużynę, a gdy przybyli i zaczęli opijać zwycięstwo Mikura ja również dołączyłem do popijawy. Nie był to jednak mój dzień i dość szybko mnie zmogło więc ułożyłem się wygodnie na stole i usnąłem. W jakiś czas później obudziło mnie trzaśnięcie w twarz i niemal odruchowo wyprułbym bebechy łobuzowi szybko wyciągniętym nożem (czego napastnik najwidoczniej nie zauważył) lecz w porę dojrzałem zatroskane i jakby przestraszone oblicze Tuta. Zaraz potem usłyszałem powód tak natrętnego budzenia mnie: nasz skalny przyjaciel miał własnie brać udział w kolejnej konkurencji polegającej na piciu rożnych rzeczy i raczej nie wyszło by mu to na zdrowie a wyciągnąć go z tego mógł tylko jego właściciel - czyli obecnie ja. Jak najszybciej pobiegłem na miejsce i odwołałem jego udział z tej zabawy a następnie udałem się do swojego pokoju by spokojnie się wyspać.
   Następnego dnia wstałem dość wcześnie by wziąć odprężającą kąpiel w balii a następnie uprać znoszone rzeczy i rozwiesić je w pobliżu kanałów grzewczych w ścianie a gdy przebrałem się postanowiłem zejść na śniadanie. Ku mojemu zdziwieniu cała drużyna ruszyła tyłki jedynie chwile później i razem zjedliśmy śniadanie. Przekazałem także Otrowi papiery stwierdzające własność Mikura a Valarad oddalił się na chwilę z wampirzycą i już układałem plan gdzie zaciągnąć języka tym razem gdy moje rozmyślania przerwał melodyjny głos.
- Lancello, pozwolisz na chwilę na stronę, chciałabym z tobą porozmawiać – powiedziała Francesca a ja odłożyłem żelazne sztućce, którymi się bawiłem i wsunąłem jeden z moich mithrillowych noży do rękawa. Gestem pokazałem by prowadziła i poszedłem za nią do jej pokoju a gdy stanęła na środku ja zamknąłem drzwi i oparłszy się o nie wyjąłem uprzednio schowany sztylet i zacząłem go niedbale podrzucać i łapać.
- Chciałam ci tylko wyjaśnić parę spraw, to nie będzie potrzebne - powiedziała jakby urażonym tonem zerkając na nóż co chwila opuszczający moją dłoń i doń wracający - nie zamierzam się na ciebie rzucać.
- Ostrożności nigdy za wiele - odpowiedziałem  cicho, nie spuszczając z niej oka. To że obserwowała nóż było dla mnie wystarczającą wiadomością by wiedzieć ze ma dość instynktu samozachowawczego lub rozsądku by niczego nie próbować (co mnie nawet cieszyło) więc dalej podrzucałem go już tylko dla zabawy i ze złośliwości.
- Cóż… skoro tak… chciałam cię zapytać, skąd wiedziałeś, że jestem wampirem? W listach gończych nikt o tym nie pisze - spytała i przechyliła lekko śliczną główkę odsłaniając nie mniej piękną szyję oraz zdaje mi się nadać oczom równie ostry wyraz co mój.
- Spędziłem sporo czasu jako strażnik w górach, nie raz miałem do czynienia z istotami twojego rodzaju, więc wiem, jak was rozpoznać - wyjaśniłem uprzejmie i uśmiechnąłem się ze złośliwością – to dla mnie dość proste.
- Rozumiem… podejrzewam, że mogłeś mieć więc do czynienia z różnymi wampirami, chcę ci tylko
powiedzieć, że być może masz co do mnie mylne wrażenie. Nie przywykłam do rzucania się do gardła towarzyszy, w ogóle do wpijania się kłami w kogokolwiek. Jeśli potrzebuję krwi, to zwykle starcza mi zwierzęca, jeśli czuję, że muszę wypić inną krew… wtedy proszę o nią, tak jak przed chwilą prosiłam Valarada.
- Możliwe, jednak miałem tyle do czynienia z wampirami, że wolę być ostrożny, jak na razie jednak będę cię tolerował, ale licz się z tym, że jeśli zaczniesz się rzucać na moich towarzyszy, to ukrócę twój wampirzy żywot - poinformowałem i uśmiechnąłem się samymi kącikami ust, obserwując jak zareaguje na tą wiadomość.
- Jeśli do tego by doszło, to prosiłabym, byś mnie powstrzymał, jeśli miałbyś szansę, nie zamierzam
zrobić nikomu tego co mi, albo czegoś jeszcze gorszego… nie stwarzam zagrożenia – zapewniła, i zdaje mi się, że w jej głosie usłyszałem odrobinę niepewności a jej wzrok znowu powędrował w stronę tańczącego w powietrzu raz po raz noża.
- To się okaże i możesz być pewna, że skutecznie cię powstrzymam - powiedziałem powoli, odsuwając się od drzwi i otwierając je - myślę, że możemy już wracać - dodałem i gestem pokazałem by szła przodem. Spojrzała znowu na nóż, jakby się bała że nagle ją zaatakuję lub wbiję go jej w plecy więc schowałem go i ponagliłem ją gestem. Chwilę potem dołączyliśmy do reszty a dzień zszedł nam głownie na rozmowach i piciu (lub w przypadku niektórych - chlaniu) a wieczór zmienił się w kolejną popijawę z okzaji (na stypę chyba) powrotu Francesci do drużyny i tego że ma im od teraz towarzyszyć. Krasnoludzki spirytus był jednak wyjątkowo mocnym alkoholem, na tyle by znów uśpić mnie po kilku szklankach, więc kolejny raz znalazłem sobie wygodny sposób by się ułozyć na stole i przysnąć. Obudziło mnie dośc delikatne szturchanie i gdy podniosłem oczy ujrzałem oblicze Francesci, która zapytała czy nie odprowadzić mnie do pokoju. Szczerze mówiąc, o ile propozycja była całkiem dobra, wolałem odesłać ją i udać się do łóżka odrobinę później o własnych siłach.

Oskarżenia
   Następny dzień zaczęliśmy od pożywnego śniadania, i jak zwykle długiej rozmowy. Mikur był szczególnie podekscytowany udziałem w kolejnych konkurencjach, które miały się odbyć a ja miałem zamiar powęszyć to i ówdzie po bardziej bezprawnych rejonach krasnoludzkiego miasta. Dodatkowo usłyszałem że w mieście zagościł pierwszy książę Drenmgar i zastanawiałem się czy nie byłoby warto walnąć w kąt kamuflaż i nie odwiedzić go by porozmawiać ale potężny ból głowy raczył uświadomić mi że odpoczynek byłby bardziej na miejscu a tym bardziej dlatego że zacząłem się czuć trochę słabo. Wtedy akurat przyszli szanowni panowie strażnicy w swoich uroczych podkutych buciorach oraz przepięknych zbrojach płytowych i kolczugach. Myślałem że zaraz zawyję z powodu całej tej kakofonii metalowych brzdęków i zgrzytów rozlegającej się w mojej głowie z moje przekrwione oczy i paskudny grymas na gębie pewnie skutecznie zniechęcały od rozmowy ze mną. Na szczęście reszta drużyny się tym zajęła i dowiedzieliśmy się, że (o radości) nasz nietoperek w nocy postanowił się zabawić i w samej tylko nocnej koszuli ruszyła na krwawy rajd po mieście zabijając i wysysając krew gubernatora oraz kilku innych. I to by było na tyle jeśli chodziłoby o jej obietnice ale najpierw należałoby to sprawdzić. Ruszyliśmy więc do ratusza.
   Na miejscu był już książę i czekał na nasze przybycie a wampirzyca związana, nadal w dość przejrzystej koszuli nocnej (zakrwawionej) była tam również. Czułem się już wtedy bardzo źle i słaniałem się na nogach więc możecie wyobrazić sobie moją radość gdy rozległ się przenikliwy gwizd Tuta na widok jej dość widocznego przez zakrwawioną materię koszuli ciała. Na tyle przenikliwy bym odczuł go naprawdę boleśnie (czasem niemiło jest mieć wyostrzony zmysł słuchu) i odwrócił się w jego stronę wywrzaskując ku niemu różne epitety zachwalające jego rozsądek i ocenę sytuacji, ku ledwie zauważalnej uciesze księcia, który chyba mnie poznał i przypomniał sobie podobną popijawę i kłótnię sprzed wielu, wielu lat. I wtedy straciłem przytomność ogłuszony czyimś celnym ciosem. Nie zauważyłem nawet czyim, zresztą wątpię bym był w stanie go uniknąć biorąc pod uwagę jak słabo się czułem, i ległem na miękkim dywanie. Obudziłem się, a raczej zostałem dość ostro obudzony przez Tuta (odwdzięczę mu się przy okazji), który bił mnie po twarzy. Chociaż krótki to był odpoczynek to jednak trochę mi pomógł i byłem w stanie lepiej panować nad swoim ciałem i reakcjami więc droga z powrotem do zajazdu była prostsza i zdołałem wypytać resztę o wynik rozmowy z księciem. Wyglądało na to że będziemy mieli dzień lub dwa spokoju aż przyjedzie wezwany przez niego mentat by zbadać rezydencję gubernatora. Jednocześnie były to i dobre i złe wieści, ponieważ nic nie ukryje się przed wyczuciem i rozpoznaniem aury posiadanym przez mentatów więc jeśli wampirzyca jest niewinna to zostanie to udowodnione ale jeśli zawiniła to nie będzie sposobu by ją z tego wyciągnąć. No cóż, trzeba się liczyć z konsekwencjami swoich czynów. Po drodze zauważyłem też, że Francesca owinięta jest moją peleryną lecz uznałem że dziewczynie należy się odrobina intymności i że nie chciałaby paradować w koszuli nocnej środkiem miasta więc nie robiłem z tego problemu. Najwyżej później się wypierze jeśli płaszcz się okrwawił.
   Resztę tego i cały następny dzień poświęciłem na odpoczynek oraz odzyskiwanie sił podczas gdy reszta drużyny bawiła się oglądając Mikura w kolejnych konkurencjach. Forma zawodów cały czas nie dawała mi spokoju ale ważniejsze było odkrycie prawdy o ataku na gubernatora. Czekałem więc. I tak, w dwa dni po ataku, do miasta przybył wspomniany mentat a my dostaliśmy wezwanie na miejsce zbrodni by być świadkami jego pracy i każdy z nas ruszył tam osobno w swoim tempie. Przyszykowałem wcześniej kilka specjalnych strzał na wypadek gdyby wampirzyca okazała się winna - lepiej by zginęła szybko z mojej ręki niż gdyby mieli ją zamęczyć na przesłuchaniach. Gdy wszyscy znaleźliśmy się już na miejscu a krasnolud zabrał się do pracy i ukazały się nam wszystkim ślady aury smoka (Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu. Stało się teraz jasne czemu figurowała w notesach służbowych) posiadanej przez naszą krwiolubną znajomą. Wszyscy zamilknęliśmy czekając na to co więcej ukarze krasnoludzi mentat gdy Tut skomentował całą wesołą sytuację w swoim stylu mówiąc "Smoki, smoki, dobrze tylko że nie jest gwieździsty jak tej słonecznej szmaty!" jak nazywał dawną towarzyszkę podróży. Musiał powiedzieć nie w porę gdyż drzwi stanęły nagle otworem a do pomieszczenia wparowała wysłanniczka solitari, wspomniana właśnie Galadrielle. Gdy tylko ta cholera zobaczyła Tuta, zaraz zaczęła inkantować jakieś zaklęcie a każdy z nas podjął jakieś akcje obronne aby ocalić skórę i być może także i sytuację. Ja i Troy wyskoczyliśmy przez okno (nasze szczęście że dom gubernatora miał duże okna w drewnianych ramach) nie dbając w tym momencie o uprzednie otwarcie go więc naszemu skokowi towarzyszył deszcz szkła i odłamków drewna a zaraz za nami skoczyła wampirka i Valarad. Pirat wylądował lekko na ziemi używając magii (w końcu skok z drugiego piętra wiąże się z ryzykiem) podczas gdy Troy chyba przechwycił Francescę w locie i stał teraz przy ścianie budynku trzymając ją w ramionach co, sądząc po wyrazie jej twarzy, nie było chyba jej zbyt miłe. Chwilę wcześniej słyszałem trzask wyłamywanej drewnianej ściany i odgłos jakiegoś ciężkiego obiektu lądującego w koronie drzewa rosnącego pod budynkiem. Dopiero później dowiedziałem się że to Otr, który nie mieszcząc się jakoś w oknie, wyskoczył razem z resztą ramy okiennej i otaczającej ją ściany po czym wylądował na drzewie. Ja jednak zaraz po skoku użyłem magii zawartej w mym płaszczu by odbić się od powietrza i stanąć na parapecie budynku po przeciwnej stronie ulicy aby zająć dogodną pozycję strzelecką. Jeden rzut oka do wnętrza pomieszczenia powiedział mi wszystko co chciałem. Mikur, Tut i mentat ochronili się przed zaklęciem elfki używając tarczy maga i teraz stali na krawędzi dziury jaka powstała w podłodze, przy czym Tut wrzeszczał coś nad odłamkami zniszczonej drewnianej tarczy. Sama Galadrielle stała zaś w drzwiach pomieszczenia i uśmiechała się wrednie patrząc na trolla. Wykorzystałem ten moment by posłać w stronę jej blond włosej główki strzałę a sekundę później bezwładne ciało czarodziejki upadało na podłogę z lotkami mojej strzały ozdabiającymi jej pierś. Tut wykorzystał to by rantem pawęży odciąć jej głowę i podnieść ją z tryumfalnym okrzykiem a mentat oznajmił że taki wybuch mocy zniekształcił aurę jaka tam była i teraz nie da się odczytać nic więcej. Pozostało nam jedynie wrócić do karczmy i czekać na dalszy rozwój wypadków.
   Sytuacja Francesci w sumie pozostała bez większych zmian. Galadrielle została wtrącona do aresztu za utrudnianie śledztwa (chciałbym widzieć miny jej zwierzchników jak o tym usłyszą) a książę podtrzymał wampirzycy status podejrzanej i kazał czekać na koniec śledztwa. Jeszcze tego samego dnia gdy siedzieliśmy w głównej izbie, zeszła do nas na dół Francesca i raczej nie była w dobrym humorze. Wyglądała na przybitą. Rozumiałem, że wiązała pewne nadzieje z tym co miał odkryć mentat a ta cholerna princitari zaprzepaściła to. Patrząc na jej zasmuconą twarz zrobiło mi się jej żal.
- Masz, napij się – powiedziałem i podsunąłem w jej stronę kufel ciemnego krasnoludzkiego piwa, które chwilę wcześniej przyniósł mi poczciwy karczmarz. Spojrzała na mnie niepewnie i z zaskoczeniem malującym się na twarzy jakbym nagle przebrał się w różową kieckę, doprawił skrzydełka i twierdził że jestem faerie.
- Przecież go nie zatrułem, chcesz to wypij, nie to ja wypiję - powiedziałem wzruszając ramionami
- Hm… może dobrze mi to zrobi – odparła i wzięła kufel by wypić parę łyków. Widać było że nieczęsto pija trunki a ciemne krasnoludzkie piwo pije po raz pierwszy. Wypiwszy większą cześć zawartości kufla spojrzała po nas jakby się na coś decydując i chyba poruszyła temat, który jej ciążył.
- Muszę wam coś powiedzieć – powiedziała a my uciszyliśmy się jednocześnie zastanawiając się co takiego chce powiedzieć – sprawa z wrabianiem mnie w zabójstwo to nie jedyny kłopot. W mieście jest też mój brat, widziałam go jak szłam do rezydencji gubernatora, ponadto zjawił się tu Niosący Śmierć – powiedziała i złożyła na stole notkę, którą trzymała w ręku – swego czasu uczył mnie trochę fachu, ale nigdy nie nadawałam się na zabójcę… potem zobaczył list gończy i dał mi łaskawie dzień na ucieczkę, a teraz mnie odnalazł… nie sądzę, by się cofnął przed zabiciem mnie, żaden zabójca nie zrezygnowałby z takiej nagrody, jaką daje mój brat - w tym miejscu westchnęła lecz moje czułe ucho wychwyciło pojawiające się drżenie w jej głosie - w każdym razie, proszę was o informacje, jeśli zobaczylibyście mężczyznę ubranego całego na czarno, w ciężkim czarnym płaszczu z głębokim kapturem… Moją reakcję mogę określić jedynie jako zaskoczenie, chociaż dobrze ukryte. Francesca miał kłopoty i to niemałe a ja trochę jej współczułem lecz nie wiedzieć czemu odpowiedziałem na jej wyznanie.
- Opisz mi twojego brata, to poinformuję cię, jeśli zobaczę jego lub tego zabójcę - powiedziałem spokojnie znad kufla.
- Mój brat jest półorkiem, zwykle paraduje z oddziałem swoich orków - powiedziała a ja nie mogłem się powstrzymać przed okazaniem odrobiny zainteresowania i pomyślałem że jej ojciec musiał robić niezłe wyskoki – noszą barwy rodowe i herb mojego ojca - dodałam i opisałam ich herb: dwudzielna tarcza z kolumną pośrodku oraz czarnym koniec stającym dęba na lewym czerwonym polu oraz koń biały stający dęba na prawym polu niebieskim.
- Jeśli zobaczę kogoś takiego to dam ci znać, ewentualnie wypuszczę w niego strzałę - powiedziałem uśmiechając się lekko kącikami ust i wróciłem do piwa. Na tym skończył się mój udział w rozmowie gdyż skupiłem się na własnych przemyśleniach i nie bardzo słuchałem co inni mieli do powiedzenia. Przed nami było kilka dni oczekiwania aż śledztwo prowadzone przez straż coś wykaże.
   Czas ten urozmaicił jedynie finał zawodów i zwycięstwo Mikura (muszę przyznać że z tego co opowiadał, miał sporo szczęścia ale też zyskał niejaką reputację) oraz zlecenie od jakiegoś stukniętego ludzkiego maga by znaleźć TO. Czym w ogóle jest "TO" dowiedzieliśmy się po długiej i żmudnej rozmowie ze zleceniodawcą, którym był stuknięty ludzki szary mag. Okazało się że "TO" jest zaklętą butelką zdolną nalewać nieskończone ilości dowolnego alkoholu a temu człowiekowi ukradła je i porwała w podziemia grupka goblinów. Niektórzy z chęcią podjęli się zadania mając nadzieję na beczkę lub dwie darmowego alkoholu a ja nie chcąc puszczać tej zgrai samej ruszyłem z nimi. Gobliny znaleźliśmy stosunkowo szybko a ich obóz przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Wszystkie niemal były nachlane ale przynajmniej nie agresywne. Skierowały nas wgłąb pomieszczenia gdzie rzekomo znajdowała się poszukiwana przez nas butelka. Okazało się że w lochu znajdują się trzy potężne artefakty (Puszka Pandory, róg Gjallarhörn  oraz rękawice Lucipelos) i a my wkraczając na ten teren przebudziliśmy ich strażników. Walka nie należała do najprostszych ale daliśmy radę lecz kiedy nie znaleźliśmy butelki i postanowiliśmy wrócić do goblinów, okazało się że ukrywały ją cały czas i dały drapaka na wszystkie strony gdy tylko rozpoczęliśmy wcześniejszą walkę. "TO" przepadło w mrokach krasnoludzkich podziemi a nam pozostało wrócić do maga i powiadomić go o porażce, za zapłatę mając jedynie artefakty. Niedługo potem Tut (który podczas walki umarł i został wskrzeszony, co bardzo negatywnie wpłynęło na jego psychikę) zniknął gdzieś i nie mówiąc nic nikomu z drużyny udał się do frenologa by ten mu pomógł. Dowiedziałem się o tym po fakcie od wampirki gdy zapytałem gdzie też troll się podziewa i moją uwagę przyciągnął dzwon alarmowy (pamiętałem wyczyny Tuta, którymi się chwalił więc to mogło oznaczać jakiś jego wybryk). Gdy dotarłem pod ratusz zobaczyłem jedynie poruszenie wśród straży i sierżanta strofującego jakiegoś świeżaka za bicie na alarm przy byle napaści. Badając wątek dalej i przepytując strażników dowiedziałem się, że mój trolli towarzysz udał się własnie do jednego z frenologów a jego długa i męcząca terapia nabiła pokaźny rachunek. Którego nie chciał zapłacić i rzucił się na terapeutę jednak został skutecznie i ostatecznie spacyfikowany a jego pochówek miał polegać na wrzuceniu do wspólnego dołu. Na to nie mogłem pozwolić. Po pierwsze był nam towarzyszem, a po drugie wtedy jego ekwipunek zostałby zarekwirowany (w tym posiadana przez niego legendarna tarcza Aegis). Udałem się więc czym prędzej do komendanta i wbrew swoim własnym zasadom powołałem się na moje urodzenie oraz wpływy by jakoś wybrnąć z tej sytuacji i częściowo mi się udało. Tut został pochowany w osobnym grobie pod jakże wdzięcznym imieniem Tutenchamon (za sprawą frenologa, który w oburzeniu zaczął krzyczeć "Tu, ten cham on..." ale został zaraz uciszony kiedy komendant spytał o imię trolla) a mnie po spłaceniu części rachunku jaki narobił Tut udało się odzyskać przedmioty, które posiadał. Wróciłem więc do zajazdu wściekły jak rosomak i złożyłem przedmioty w moim pokoju a po powiadomieniu drużyny o śmierci trolla nasunąłem kaptur głęboko na oczy i usiadłem wściekły w kącie głównej izby. Zachowanie to nie umknęło uwadze moich bystrych jak orły towarzyszy, którzy już po 10 minutach zorientowali się że coś jest nie tak i zaczęli mnie o to wypytywać. Zbywszy ich burkliwymi i złośliwymi komentarzami (za bardzo się chyba od tego odzwyczaili) uzyskałem odrobinę spokoju. Od wszystkich oprócz Troya, który chyba za punkt honoru postawił sobie mnie dzisiaj rozwścieczyć, gdyż nie przyjmował moich odmów i zawzięcie próbował wyciągnąć ode mnie informacje lub wyciągnąć mnie na chlanie. Nie byłem w nastroju na jedno ani drugie o czym dałem mu znać w jedyny sposób jaki myślałem że zrozumie. Dałem mu w mordę. Z tej pełnej emocji odpowiedzi wywiązała się bijatyka na cały zajazd i wkrótce w powietrzu latały całe stoły i ławy. Mikur padł pod solidnym dębowym żyrandolem, który go powalił, Valarad też w końcu padł trafiony czyimś celnym sierpowym a na sam koniec zostaliśmy tylko ja i Troy (wampirzyca schroniła się za kontuarem w pierwszych momentach burdy). Karczmarz nie był zadowolony i obudziwszy wszystkich pobierał od nich opłaty za zniszczenia. My także się dorzuciliśmy. Po prostu tak wypadało. I w tym 
momencie do karczmy wkroczył Mścibor. Zaraz też zauważył go Troy i zaczął przedstawiać drużynę a gdy Mścibor przyuważył wampirzycę i zaczął się nad nią rozpływać w pochwałach, mnie naszła fala wspomnień. Taaaa... Mścibora i Troya uratował niegdyś mój oddział i sprowadził z Martwych Ziem do naszej twierdzy. Spędzili tam wprawdzie jakiś czas jako więźniowie lecz później wypuszczono ich na wolność. Teraz los przygnał go tutaj w tym samym momencie co mnie i Troya. Jeśli ktoś powiedziałby, że to przeznaczenie to z miejsca dostałby ode mnie w pysk. Przeznaczeniu mówię stanowczo "nie".

Ratunek i ucieczka
   Jeszcze tego samego dnia do Francesci, a raczej Vivienne jak prosiła się teraz nazywać, przybył posłaniec z listem od nowego gubernatora nakazującym jej stawić się w jego rezydencji aby omówić postępy w śledztwie. Od Mikura dowiedzieliśmy się gdzie się udała i ruszyliśmy pod wskazany adres. Vivienne dotarła tam kilka chwil po nas (widocznie miała do załatwienia cos po drodze) jednak nie pozwolono nam wejść razem z nią do środka gdyż dwóch krasnali pilnowało wejścia i mieli rozkazy przepuścić tylko ją. Drużyna zniechęcona postanowiła poczekać pod budynkiem na przeciw rezydencji a Mikur i Mścibor urządzili sobie osobliwe zawody. Stein używał mocy gliny by tworzyć małe golemy a ten druid od siedmiu boleści używał nekromancji by z trucheł myszy tworzyć małe kościeje (istoty stworzone ze szkieletów trzech martwych istot i posiadające wielkie kosy zamiast przedramion) i stawiali je do walki przeciw sobie. Wkrótce zaczęli grać tak na pieniądze a Valarad i Troy także zawierali zakłady. Podobnie zresztą jak tłumek gapiów, który zebrał się wokół tej małej areny. Nie wiem ile minęło czasu i ile walk zdołali stoczyć gdy do moich uszu doszedł kobiecy wrzask przepełniony bólem. A jego źródło znajdowało się na drugim piętrze rezydencji gubernatora. Ja, Valarad i Troy podeszliśmy do strażników żądając wpuszczenia do środka a gdy odmówili i ogłuszyliśmy ich, okazało się że drzwi są zdecydowanie zbyt solidne a dodatkowo zamknięte magicznie. Odsunęliśmy się od budynku i dobyłem łuku. Nie łudziłem się że byle strzała może wrotom wyrządzić szkodę ale wcale nie celowałem w drzwi, tylko w ścianę frontową na drugim piętrze i zamierzałem użyć bardzo niezwykłej strzały. Skoncentrowałem się i zacząłem przywoływać dostępną mi moc zimna by przygotować zaklęcie skali katastroficznej i uformować z niego strzałę. Byłem pewien że to w połączeniu z mocą łuku da pożądany rezultat i kilka sekund później miałem okazję to sprawdzić gdy wypuszczona przeze mnie strzała czystego chłodu poleciała nad ulicą zostawiając za sobą smugę opadających płatków śniegu i uderzyła w budynek. Niemal cała ściana frontowa natychmiast została skuta lodem a w miejscu, w które trafiłem ziała ponad dwu metrowa dziura przez którą dosłownie kilka chwil później wtargnęliśmy do wnętrza.
   W środku natychmiast uderzył w moje nozdrza zapach krwi. Nie trzeba mieć wyczulonego zmysłu powonienia aby go rozpoznać, wystarczy spędzić trochę czasu na polach bitwy lub w innych miejscach gdzie nietrudno o trupy a zapach ten na dobre wryje się w waszą pamięć. Obiekt, którego poszukiwałem teraz własnie niezgrabnie starał się pozbierać z podłogi opierając się o ścianę a towarzyszyły jej trupy czterech orków zaścielających tąże podłogę. Gdy tylko podeszliśmy bliżej dało się zauważyć u niej dziurę w brzuchu, kilka mniejszych dziur (zapewne pochodzących od bełtów lub strzał) w jej udach i ramieniu oraz ślad wampirzego ugryzienia na jej kształtnej szyi. Trzeba przyznać że ominęła mnie niezła impreza. Gdy tylko Vivienne zarejestrowała nasza obecność zaczęła coś nieskładnie bredzić o orkach, strzydze, Niosącym Śmierć i jej bracie. Oraz co chwila mówiła że należy uciekać. Postanowiłem usłuchać jej rady zwłaszcza że mój wyczulony słuch odbierał odgłos czterech par ciężkich buciorów zbliżających się do tego miejsca i wkrótce w korytarzu stanęli kolejni zielonoskórzy. Gdy okazało się że nasza droga towarzyszka nie jest w stanie utrzymać się na nogach i stało się jasne że będzie trzeba ją nieść, Troy i Valarad zaczęli rzucać wymówkami że potrzebują obu rąk do walki (Tak jakbym ja nie potrzebował. Widocznie łuk sam wisi w powietrzu i napina się go zębami), podczas gdy ja jak mogłem najdelikatniej uwolniłem ręce dziewczyny, oni stanęli obok siebie by walczyć z nadchodzącymi powoli orkami - od razu widać kto jakie ma priorytety. Wprawdzie wcześniej chciałem by obaj ją wynieśli podczas gdy będę osłaniał ich odwrót i ucieknę razem z nimi by dołączyć do czekających Mścibora i Mikura to teraz zmieniłem plan. Skoro chcieli tak bardzo walczyć zamiast ratować towarzyszkę to niech walczą, ale beze mnie. Szybko przerzuciłem płaszcz przez ramię by jego materia zakryła mithrillowe elementy mojej zbroi i podniosłem wampirkę przekładając ją tak samo przez ramię i ostrzegając by nie dotykała łusek zbroi. Zaraz potem wyniosłem się stamtąd zostawiając tych dwóch głupków by sobie powalczyli. Widocznie uznali że nie mają szans lub dostali łomot gdyż byli niemało poharatani gdy dołączyli do mnie kilka sekund po tym jak znalazłem się na ziemi poza budynkiem.
   Skoro wszyscy znaleźliśmy się w jednym miejscu a wygląd, lub raczej stan, Vivienne zmartwiły obu ulicznych artystów (i gapiów przy okazji), którzy dopiero przed chwilą zauważyli naszą nieobecność, należało działać szybko. Ostrym głosem kazałem im ruszyć dupska i zbierać się na sterowiec a Mikurowi przekazałem naszą ranną towarzyszkę, którą owinąłem moim płaszczem aktywując także jego kamuflaż niewidzialności, z zaznaczeniem by niósł ją delikatnie i żeby cała grupa pod żadnym pozorem nie biegła i nie zwracała na siebie uwagi. Kazawszy im na mnie nie czekać powiedziałem, że zobaczymy się na sterowcu i zniknąłem w tłumie udając się w przeciwną stronę. Cały czas biegłem sprintem przeskakując z dachu na dach (ulice były zbyt zatłoczone bym mógł utrzymać odpowiednie tempo) i kierując się prosto do ratusza by spotkać się z księciem Denmgarem. Już na miejscu gdy tylko przeszedłem przez straże i spotkałem księcia, uścisnęliśmy się serdecznie jak starzy znajomi (którymi faktycznie byliśmy) po czym szybko wyłożyłem mu sytuację. Ten natychmiast posłał jednego ze swoich ludzi by wziął automobil i ruszył zabrać drużynę na sterowiec podczas gdy my wsiedliśmy do drugiego i zostałem odwieziony na dworzec gdyż parowozem miałem lepsze szanse by dogonić moich uciekających towarzyszy. Czas spędzony razem z księciem przeznaczyłem na wyjaśnienie całej sytuacji i uzyskałem uniewinnienie dla naszej powabnej krwiolubnej kompanki a gdy się żegnaliśmy Denmgar zaprosił mnie jeszcze bym odwiedził go z drużyną kiedyś w stolicy gdzie pewnie znalazłoby się dla nas co nieco do zrobienia. Podziękowałem i pożegnaliśmy się ponownie a kilka minut później znajdowałem się już w wagonie pędzącego parowozu. Kiedy dotarłem do sterowca dowiedziałem się że Valarad udał się jeszcze tylko do zajazdu po nasze rzeczy a następnie mnie odszukać lecz na szczęście pirat dołączył niewiele później i mogliśmy opuścić podnóże gór i skierować sterowiec na północ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz