wtorek, 13 stycznia 2015

Kolejne problemy

Niespokojne miasto

            
           Po otrzymaniu licencji ruszyliśmy do najbliższego, większego miasta. Byliśmy nieco zmęczeni ostatnimi tygodniami, kiedy ciągle musieliśmy albo być w drodze, albo mierzyć się z kolejnymi zadaniami. Zwłaszcza ja nalegałam na przerwę. Myślałam nawet, czy nie opuścić na jakiś czas drużyny i nie zatrzymać się w jakimś przyjemniej wyglądającym mieście, widziałam po ich minach, że zaczyna ich irytować to, że ich spowalniam. Prosiłam o częstsze postoje, poranki zdarzało mi się spędzać na uboczu walcząc z własnym organizmem… czasami miałam wrażenie, że zwrócę nawet posiłki jedzone jeszcze w pałacu ojca… o tak, ciąża coraz bardziej dawała mi się we znaki. W dodatku coraz ciężej byłoby ją ukryć – wcześniej wystarczyła luźniejsza suknia, teraz jednak nie pomagały. Ledwo też mogłam założyć pancerz, gdybym nie mogła go regulować skórzanymi paskami, pozostałoby mi wyłącznie noszenie mojej starej, ćwiekowanej skórzni, którą wkładałam pod elfią zbroję, żeby wygodniej mi się ją nosiło. Jakoś jednak sobie radziłam, ale bardzo tęskniłam za możliwością odpoczynku, spędzenia choć paru dni w jednym miejscu, w przyzwoitej karczmie. Chciałam wyspać się w czystej pościeli, na łóżku, a nie musieć zrywać się skoro świt do dalszej drogi. Wyglądało na to, że tym razem drużyna podzielała moje zdanie, bo bez większych oporów zgodzili się na zatrzymanie się jakiś czas w mieście, postawili tylko jeden warunek – musi być na tyle duże, by była w nim siedziba gildii, żebyśmy mogli podjąć jeszcze jakieś zlecenia.
                Po paru dniach wędrówki trafiliśmy do Hoffen, niczym niewyróżniającego się miasteczka na południowy zachód od Verdany. No, w każdym razie z oddali sądziliśmy, że niczym się nie wyróżniało. Gdy tylko podeszliśmy pod mury dało się zauważyć, że w Hoffen źle się dzieje. Pamiętałam jeszcze skargi ojca na to, jak ciężko wyplenić całą hołotę zza muru, ale jeszcze w żadnym mieście nie widziałam pod bramą takich zgraj przeróżnej maści istot z półświatka. Co pół kroku zaczepiały nas jakieś dziwki, Gyrg nawet wydawał się być zainteresowany wychędożeniem paru z nich… no tak… z taką gębą to może zdobyć kobietę tylko płacąc jej albo biorąc siłą… nikt z nas jednak nie zamierzał się tam zatrzymywać, żeby ork mógł się zabawić, więc mógł obejść się smakiem. Chociaż, patrząc na wygląd tych kurew… naprawdę, niektóre portowe ladacznice lepiej się prezentowały, te tutaj w większości były wychudzone, brudne, śmierdzące… podejrzewam, że wielu mężczyzn nie zgodziłoby się z nimi przespać nawet jakby im za to zapłacono. Tak gdzie tyle dziwek, musiało być też paru sutenerów. Gdy tak przechodziliśmy w stronę bram, jeden z nich podszedł do mnie i chwycił mnie za ramię. Śmierdziało od niego brudem i tanią gorzałką, a odór dolatujący z jego niemal bezzębnych ust był wprost powalający, zwłaszcza, że zaczął mi charczeć niemal do ucha:
– Lalunia, może chcesz zarobić parę groszy? Nie we… – nie dowiedziałam się, czego by nie zrobił, bo Raves, idący tuż za mną, chwycił go za kark i odrzucił na parę metrów, skutecznie zniechęcając tym kogokolwiek innego do zaczepiania nas.
– Dziękuję – odwróciłam się przez ramię i posłałam smokowi serdeczny uśmiech.
– Drobiazg – wzruszył ramionami – dziwię się, że zarządcy miasta nie kazali wytępić stąd tego całego ścierwa – dodał, wiodąc wzrokiem po obrazie nędzy i rozpaczy otaczającym nas z obydwu stron.
– Być może mają większe zmartwienia – dodałam, wiedząc już, że na pewno nie zatrzymam się na dłużej w tym mieście; skoro ktoś rządzący miastem dopuścił do takiej sytuacji przed nim, nie lepiej pewnie radził sobie za murami.
                Do miasta wpuszczono nas bez większych problemów, wystarczyło, że pokazaliśmy licencje z gildii. Kiedy tylko przekroczyliśmy bramy, okazało się, że sytuacja na podmurzu nie wygląda o wiele lepiej niż po drugiej stronie. Też wszędzie pełno było dziwnych typów i, choć życie nauczyło mnie, że niekiedy największe zło potrafi się kryć nawet za najbardziej zdobnymi szatami, to i tak kontakt z kimkolwiek z tego towarzystwa nie sprawiłby mi przyjemności, chociażby ze względu na walory estetyczne i zapachowe. Bardzo czuły, wampirzy węch był z jednej strony prawdziwym błogosławieństwem, z drugiej najgorszym przekleństwem, zwłaszcza w takich miejscach… zapach rynsztoku wgryzał się boleśnie i porażał delikatny zmysł, więc przyspieszyłam kroku, marszcząc nos.
                Chcieliśmy najpierw dotrzeć do gildii, zobaczyć, czy mają jakieś ciekawe zlecenia i dowiedzieć się, gdzie można znaleźć w miarę przyzwoity nocleg za rozsądną cenę. Im bardziej zagłębialiśmy się w wąskie uliczki miasta, tym coraz mniej podejrzanych typów mijaliśmy, za to wszędzie kręciło się coraz więcej straży, na co przezornie jeszcze bardziej osłoniłam twarz kapturem. Budynek gildii był porządnym, ceglastym budynkiem, stojącym w rzędzie wielu jemu podobnych. W środku stało kilkanaście stołów, przy których siedziało, piło i głośno się targowało paru zabijaków. Przy długim blacie na wprost wejścia, za którym wisiały różne ogłoszenia, stał wysoki mężczyzna w średnim wieku, który przedstawił nam parę możliwości. Najwięcej zleceń dotyczyło dodatkowej obstawy muru czy schwytania paru dziwnych typów… o tak, Hoffen miało wyraźne problemy…
                W gildii podano nam namiary na karczmę, w której mogliśmy liczyć na zniżki za okazaniem licencji. Udało mi się dostać całkiem przyjemny, skromny i schludny pokoik z niewielkim oknem, do tego z zasłonami nieprzepuszczającymi ani promyka słońca. Pierwszym co zrobiłam, było zasłonięcie ich i poproszenie karczmarza o balię pełną gorącej wody… dawno nie cieszyłam się tak bardzo z możliwości zrzucenia z siebie całego ekwipunku i zanurzenia się w czystej wodzie, pachnącej olejkami, które karczmarz albo żona musieli do niej wlać… pomyślałam, że będę musiała podziękować im za to. W większości karczm pewnie dostałabym ledwo ciepłą wodę, nie mając co marzyć o jakimkolwiek najzwyklejszym mydle do tego, więc to było naprawdę miłą odmianą. Rozplotłam też długie włosy, splecione w ciasny warkocz na czas podróży i zanurzyłam je w wodzie, tak że okrywały ponad połowę mojego ciała, unosząc się na powierzchni. Przyglądałam się im, wspominając obietnicę, którą kiedyś złożyłam… przysięgłam, że nie zetnę ich, póki nie dokonam zemsty na bracie…

Krwawe zlecenie

                Po kąpieli przebrałam się w czyste ubrania i już miałam zejść zobaczyć, co robi reszta drużyny, gdy zobaczyłam, że sztylet od kultu krwi zaczął świecić. Wyjęłam go więc z pochwy i, starając się nie okazywać strachu, skontaktowałam się z nimi. Otrzymałam informację, że mają dla mnie zadanie i że mam się spotkać w umówionym miejscu z ich informatorem, który przekaże mi dokładne informacje. Do spotkania nie zostało wiele czasu, zatem od razu wyszłam z karczmy, tłumacząc się potrzebą załatwienia paru spraw związanych z moim stanem, co bardzo szybko ucięło dalsze pytania członków drużyny. Ta… Raves może i nie widział oporu w rozbieraniu się tuż przed moimi oczami, ale za to wszelkie sugestie co do… kobiecych spraw, sprawiały, że najchętniej uciekłby daleko, tak jak zresztą zachowywała się większość znanych mi mężczyzn, zwłaszcza wojowników.
                W omówionym miejscu czekał już na mnie Balbus Korello, ów gruby kupiec, u którego parę miesięcy wcześniej zdarzyło nam się robić zakupy. Poinformował mnie, że mam zabić młodego baroneta Romero, syna Osvalda von Herro, wbijając mu sztylet w serce i pobierając z niego krew… rytualiści, pomyślałam z przekąsem, ale skinęłam głową. Pomyślałam, że mogę uśpić ich czujność, wykonując dla nich poprawnie choć jedno zlecenie. Dostałam na wykonanie zadania ledwie trzy dni… koniecznie musiałam znaleźć jakieś wsparcie.
Wróciłam do karczmy spotkać się z drużyną. Raves, jak zwykle, popijał jakiś trunek… zawsze mnie zastanawiało, jak może pić alkohol jak wodę i nie odczuwać z tego powodu jakiś negatywnych skutków… no tak, ale mnie potrafił pokonać kieliszek elfiego wina, więc raczej nie byłam znawczynią mocnej głowy. Obok niego siedział Valarad, już nieco wstawiony, ale i tak wyglądający lepiej niż jego piraci, którzy częściowo leżeli na stole, a częściowo już pod nim, w dalszej części sali. Również Mikur zdawał się relaksować przy alkoholu, popijając coś z wielkiego, drewnianego kufla… chwila… kiedy dokładniej przyjrzałam się naczyniu, trzymanemu przez steina, zauważyłam, że to beczułka…
– Mikur, tobie już kufle nie wystarczają? – spytałam, dosiadając się do nich, na co stein posłał mi szeroki, kamienny uśmiech.
– Karczmarz się wkurzył, kiedy stłukłem mu trzeci kufel… jakieś takie cienkie to szkło mają tutaj – wyjaśnił, jakby z nieco zawstydzoną miną.
– Jasne – zaśmiałam się, doskonale znając jego tendencję do psucia wszystkiego, nawet tego, czego, na pierwszy rzut oka, zdawałoby się, że nie da się popsuć… o tak, w tej kwestii był bardzo zdolny.
– Udało ci się załatwić, co chciałaś? – spytał Raves, spoglądając na mnie uważnym, nieco podejrzliwym spojrzeniem.
– Tak – zbyłam go krótko, posyłając lekki uśmiech, a on utrzymał jeszcze na chwilę na mnie swoje smocze oczy, po czym wzruszył ramionami i dopił do dna piwo z kufla.
                Dołączyłam do picia z nimi, z tą tylko różnicą, że popijałam krew upolowanego w drodze tutaj dzika – jak wspominałam, alkohol zawsze na mnie źle działał, a od czasu zajścia w ciążę… szkoda nawet tracić czas na opowiadanie tego. Wspominaliśmy parę zabawnych sytuacji z ostatnich dni i zastanawialiśmy się, co też będziemy robić dalej. Ostatecznie ustaliliśmy, że warto przyjąć chociażby zlecenie oczyszczenia cmentarza przy biednej dzielnicy ze stada zdziczałych psów. Raves spytał, zdawało mi się, że nawet nieco drwiącym tonem, czy to nie ponad moje siły, ale uznałam, że przecież to tylko kilka zapchlonych psów. Miałam zresztą dużo większe zmartwienie na głowie… zmartwienie, którym chętnie bym się z nimi podzieliła, akurat ta trójka wiedziała o moich powiązaniach z kultem, jednak, niestety, wydawali się niezbyt chętni na ruszenie się od stołu. W końcu jednak raczyli łaskawie udać się ze mną w ustronne miejsce.
                Tam powiedziałam im o zadaniu, jakie mi zlecono, nie wspomniałam jednak, że chodzi o baroneta, ale o barona, również ich domysłom zostawiłam, skąd zlecenie pochodzi, nie musiałam tego mówić - wszyscy zapewne szybko się zorientowali. Valarad i Raves byli skłonni mi pomóc, spytali, co będę z tego miała, a kiedy powiedziałam, że nic, skrzywili się tylko i stwierdzili, że no trudno, ale w końcu jesteśmy drużyną, jestem kobietą, do tego ciężarną, więc nie wypada zostawić mnie z tym samą. Mikur jedynie się wahał… nie był do końca pewien, czy chce brać w tym udział, zawsze starał się postępować w zgodzie z własnym sumieniem, a ono mu mówiło, że zabójstwo, ot tak, dla krwi nie jest dobrym pomysłem. Z drugiej strony chyba mnie lubił, więc nie wiedział, jak się zachować, w końcu jednak sympatia do mnie zwyciężyła i zgodził się mi pomóc. Mieliśmy już wychodzić, kiedy usłyszałam trzask za zasłoną. Szybko tam podbiegłam i moim oczom ukazała się dość niecodzienna istota. Na początku myślałam, że to jakiś duży insekt, ale kiedy mu się przyjrzałam, zauważyłam, że to faerie, bardzo ognista faerie.
 – Ty planujesz kogoś zabić! Ja słyszałem! – krzyknął do mnie piskliwym głosikiem, wzlatując na poziom moich oczu; już zamierzałam go pacnąć ręką, gdy dodał – ja to bardzo lubię! Mogę pomóc! O, patrz, patrz, co umiem! – zapiszczał i podpalił zasłonę, na co Raves szybko podszedł do niej i zadusił ogień.
– Czy ty jesteś nienormalny – wysyczałam i chwyciłam fearię w pasie; nie udało mu się tego uniknąć tylko dzięki temu, że wpatrywał się ze smutkiem w zagaszony płomyk. – Zresztą, to nieważne, gadaj, co słyszałeś – powiedziałam, trzymając go mocno, gotowa zabić, jeśli się okaże szpiegiem – i co tutaj robisz.
– Chciałem tylko podpalić karczmę, lubię ogień – odparł, a oczka mu się zaświeciły jak małemu szaleńcowi.
– Wariat – skwitował krótko Raves, patrząc na niego z politowaniem – szurnięty robak.
– Hej, ty! Uważaj sobie! – krzyknął, machając małymi łapkami, więc unieruchomiłam mu je. – Puszczaj mnie!
– Mam dość tych wrzasków, sama zdecyduj, co zrobić z tym… czymś – powiedział Raves i spojrzał na Mikura, który przyglądał się całej sytuacji z dość dziwną miną – choć, drogi przyjacielu, wypijemy jeszcze coś – rzucił, a stein tylko skinął głową i oboje wyszli.
– Tak więc, daj mi choć jeden powód, dla którego mam cię nie zabić – powiedziałam, patrząc na faerię z irytacją.
– Bo ja mogę ci pomóc, mogę spalić cały pałac! – krzyknął, a ja spojrzałam na niego jakby miał naprawdę poważne problemy z głową – nic nie chcę, daj mi po prostu coś zrobić. Ciągle tylko latam i podpalam wszystko bez celu, a tak chociaż bym się przyczynił do czyjejś śmierci – powiedział i oczka znów mu się zapaliły.
– Nie interesuje cię, kogo chcę zabić, czy nie słyszałeś tego? – spytałam, a on szeroko się uśmiechnął.
– Wiem, kogo chcecie zabić, panienka mówiła o jakimś tam zleceniu na pana barona, ja nie lubię barona, nikt go nie lubi, więc chętnie pomogę, nie musisz mnie zabijać – powiedział i spojrzał na mnie, a mi wydawało się, że nie kłamie.
– Powiedz mi więcej o baronie – kazałam, a on bez problemu zaczął mi opowiadać o sytuacji w mieście.
                Dowiedziałam się, że nieciekawa sytuacja spowodowana była sposobem rządzenia barona von Herro. Ponoć trudnił się handlem niewolnikami, dorobił się niezłej fortuny, sprzedając żywy towar i ściągając haracze za przemyty. O tak, baron był prawdziwym wrzodem dla Hoffen. Problem w tym, że jego syn, którego miałam zabić, był jedyną nadzieją dla miasta, żeby jakoś stanęło na nogi po rządach tego skurwysyna. Ludzie nie mogli się doczekać, aż Romero dorośnie na tyle, by móc przejąć władzę ojca… zabijając go, rozwiałabym te nadzieje mieszkańców. Z drugiej strony wiedziałam, że muszę choć spróbować to zrobić, dla siebie i dla swojego dziecka… nie mogłam narazić się na niebezpieczeństwo, nie chciałam zawieźć kultu krwi i tym samym skupić ich uwagi na sobie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz