Niespokojne miasto
Po otrzymaniu licencji ruszyliśmy do najbliższego, większego miasta. Byliśmy nieco zmęczeni ostatnimi tygodniami, kiedy ciągle musieliśmy albo być w drodze, albo mierzyć się z kolejnymi zadaniami. Zwłaszcza ja nalegałam na przerwę. Myślałam nawet, czy nie opuścić na jakiś czas drużyny i nie zatrzymać się w jakimś przyjemniej wyglądającym mieście, widziałam po ich minach, że zaczyna ich irytować to, że ich spowalniam. Prosiłam o częstsze postoje, poranki zdarzało mi się spędzać na uboczu walcząc z własnym organizmem… czasami miałam wrażenie, że zwrócę nawet posiłki jedzone jeszcze w pałacu ojca… o tak, ciąża coraz bardziej dawała mi się we znaki. W dodatku coraz ciężej byłoby ją ukryć – wcześniej wystarczyła luźniejsza suknia, teraz jednak nie pomagały. Ledwo też mogłam założyć pancerz, gdybym nie mogła go regulować skórzanymi paskami, pozostałoby mi wyłącznie noszenie mojej starej, ćwiekowanej skórzni, którą wkładałam pod elfią zbroję, żeby wygodniej mi się ją nosiło. Jakoś jednak sobie radziłam, ale bardzo tęskniłam za możliwością odpoczynku, spędzenia choć paru dni w jednym miejscu, w przyzwoitej karczmie. Chciałam wyspać się w czystej pościeli, na łóżku, a nie musieć zrywać się skoro świt do dalszej drogi. Wyglądało na to, że tym razem drużyna podzielała moje zdanie, bo bez większych oporów zgodzili się na zatrzymanie się jakiś czas w mieście, postawili tylko jeden warunek – musi być na tyle duże, by była w nim siedziba gildii, żebyśmy mogli podjąć jeszcze jakieś zlecenia.
Po
paru dniach wędrówki trafiliśmy do Hoffen, niczym niewyróżniającego się
miasteczka na południowy zachód od Verdany. No, w każdym razie z oddali
sądziliśmy, że niczym się nie wyróżniało. Gdy tylko podeszliśmy pod mury dało
się zauważyć, że w Hoffen źle się dzieje. Pamiętałam jeszcze skargi ojca na to,
jak ciężko wyplenić całą hołotę zza muru, ale jeszcze w żadnym mieście nie
widziałam pod bramą takich zgraj przeróżnej maści istot z półświatka. Co pół
kroku zaczepiały nas jakieś dziwki, Gyrg nawet wydawał się być zainteresowany
wychędożeniem paru z nich… no tak… z taką gębą to może zdobyć kobietę tylko
płacąc jej albo biorąc siłą… nikt z nas jednak nie zamierzał się tam
zatrzymywać, żeby ork mógł się zabawić, więc mógł obejść się smakiem. Chociaż,
patrząc na wygląd tych kurew… naprawdę, niektóre portowe ladacznice lepiej się
prezentowały, te tutaj w większości były wychudzone, brudne, śmierdzące…
podejrzewam, że wielu mężczyzn nie zgodziłoby się z nimi przespać nawet jakby
im za to zapłacono. Tak gdzie tyle dziwek, musiało być też paru sutenerów. Gdy
tak przechodziliśmy w stronę bram, jeden z nich podszedł do mnie i chwycił mnie
za ramię. Śmierdziało od niego brudem i tanią gorzałką, a odór dolatujący z
jego niemal bezzębnych ust był wprost powalający, zwłaszcza, że zaczął mi
charczeć niemal do ucha:
– Lalunia, może chcesz zarobić parę groszy? Nie we… – nie
dowiedziałam się, czego by nie zrobił, bo Raves, idący tuż za mną, chwycił go
za kark i odrzucił na parę metrów, skutecznie zniechęcając tym kogokolwiek
innego do zaczepiania nas.
– Dziękuję – odwróciłam się przez ramię i posłałam
smokowi serdeczny uśmiech.
– Drobiazg – wzruszył ramionami – dziwię się, że
zarządcy miasta nie kazali wytępić stąd tego całego ścierwa – dodał, wiodąc
wzrokiem po obrazie nędzy i rozpaczy otaczającym nas z obydwu stron.
– Być może mają większe zmartwienia – dodałam, wiedząc
już, że na pewno nie zatrzymam się na dłużej w tym mieście; skoro ktoś rządzący
miastem dopuścił do takiej sytuacji przed nim, nie lepiej pewnie radził sobie
za murami.
Do
miasta wpuszczono nas bez większych problemów, wystarczyło, że pokazaliśmy
licencje z gildii. Kiedy tylko przekroczyliśmy bramy, okazało się, że sytuacja
na podmurzu nie wygląda o wiele lepiej niż po drugiej stronie. Też wszędzie pełno
było dziwnych typów i, choć życie nauczyło mnie, że niekiedy największe zło
potrafi się kryć nawet za najbardziej zdobnymi szatami, to i tak kontakt z
kimkolwiek z tego towarzystwa nie sprawiłby mi przyjemności, chociażby ze
względu na walory estetyczne i zapachowe. Bardzo czuły, wampirzy węch był z
jednej strony prawdziwym błogosławieństwem, z drugiej najgorszym przekleństwem,
zwłaszcza w takich miejscach… zapach rynsztoku wgryzał się boleśnie i porażał
delikatny zmysł, więc przyspieszyłam kroku, marszcząc nos.
Chcieliśmy
najpierw dotrzeć do gildii, zobaczyć, czy mają jakieś ciekawe zlecenia i
dowiedzieć się, gdzie można znaleźć w miarę przyzwoity nocleg za rozsądną cenę.
Im bardziej zagłębialiśmy się w wąskie uliczki miasta, tym coraz mniej
podejrzanych typów mijaliśmy, za to wszędzie kręciło się coraz więcej straży,
na co przezornie jeszcze bardziej osłoniłam twarz kapturem. Budynek gildii był
porządnym, ceglastym budynkiem, stojącym w rzędzie wielu jemu podobnych. W
środku stało kilkanaście stołów, przy których siedziało, piło i głośno się
targowało paru zabijaków. Przy długim blacie na wprost wejścia, za którym
wisiały różne ogłoszenia, stał wysoki mężczyzna w średnim wieku, który
przedstawił nam parę możliwości. Najwięcej zleceń dotyczyło dodatkowej obstawy
muru czy schwytania paru dziwnych typów… o tak, Hoffen miało wyraźne problemy…
W
gildii podano nam namiary na karczmę, w której mogliśmy liczyć na zniżki za
okazaniem licencji. Udało mi się dostać całkiem przyjemny, skromny i schludny
pokoik z niewielkim oknem, do tego z zasłonami nieprzepuszczającymi ani promyka
słońca. Pierwszym co zrobiłam, było zasłonięcie ich i poproszenie karczmarza o
balię pełną gorącej wody… dawno nie cieszyłam się tak bardzo z możliwości
zrzucenia z siebie całego ekwipunku i zanurzenia się w czystej wodzie,
pachnącej olejkami, które karczmarz albo żona musieli do niej wlać… pomyślałam,
że będę musiała podziękować im za to. W większości karczm pewnie dostałabym
ledwo ciepłą wodę, nie mając co marzyć o jakimkolwiek najzwyklejszym mydle do
tego, więc to było naprawdę miłą odmianą. Rozplotłam też długie włosy,
splecione w ciasny warkocz na czas podróży i zanurzyłam je w wodzie, tak że
okrywały ponad połowę mojego ciała, unosząc się na powierzchni. Przyglądałam
się im, wspominając obietnicę, którą kiedyś złożyłam… przysięgłam, że nie zetnę
ich, póki nie dokonam zemsty na bracie…
Krwawe zlecenie
Po kąpieli przebrałam się w czyste ubrania i już
miałam zejść zobaczyć, co robi reszta drużyny, gdy zobaczyłam, że sztylet od
kultu krwi zaczął świecić. Wyjęłam go więc z pochwy i, starając się nie
okazywać strachu, skontaktowałam się z nimi. Otrzymałam informację, że mają dla
mnie zadanie i że mam się spotkać w umówionym miejscu z ich informatorem, który
przekaże mi dokładne informacje. Do spotkania nie zostało wiele czasu, zatem od
razu wyszłam z karczmy, tłumacząc się potrzebą załatwienia paru spraw
związanych z moim stanem, co bardzo szybko ucięło dalsze pytania członków
drużyny. Ta… Raves może i nie widział oporu w rozbieraniu się tuż przed moimi
oczami, ale za to wszelkie sugestie co do… kobiecych spraw, sprawiały, że najchętniej
uciekłby daleko, tak jak zresztą zachowywała się większość znanych mi mężczyzn,
zwłaszcza wojowników.
W
omówionym miejscu czekał już na mnie Balbus Korello, ów gruby kupiec, u którego
parę miesięcy wcześniej zdarzyło nam się robić zakupy. Poinformował mnie, że
mam zabić młodego baroneta Romero, syna Osvalda von Herro, wbijając mu sztylet
w serce i pobierając z niego krew… rytualiści, pomyślałam z przekąsem, ale
skinęłam głową. Pomyślałam, że mogę uśpić ich czujność, wykonując dla nich
poprawnie choć jedno zlecenie. Dostałam na wykonanie zadania ledwie trzy dni…
koniecznie musiałam znaleźć jakieś wsparcie.
Wróciłam do karczmy spotkać
się z drużyną. Raves, jak zwykle, popijał jakiś trunek… zawsze mnie
zastanawiało, jak może pić alkohol jak wodę i nie odczuwać z tego powodu jakiś
negatywnych skutków… no tak, ale mnie potrafił pokonać kieliszek elfiego wina,
więc raczej nie byłam znawczynią mocnej głowy. Obok niego siedział Valarad, już
nieco wstawiony, ale i tak wyglądający lepiej niż jego piraci, którzy częściowo
leżeli na stole, a częściowo już pod nim, w dalszej części sali. Również Mikur
zdawał się relaksować przy alkoholu, popijając coś z wielkiego, drewnianego
kufla… chwila… kiedy dokładniej przyjrzałam się naczyniu, trzymanemu przez steina,
zauważyłam, że to beczułka…
– Mikur, tobie już kufle nie wystarczają? – spytałam,
dosiadając się do nich, na co stein posłał mi szeroki, kamienny uśmiech.
– Karczmarz się wkurzył, kiedy stłukłem mu trzeci
kufel… jakieś takie cienkie to szkło mają tutaj – wyjaśnił, jakby z nieco
zawstydzoną miną.
– Jasne – zaśmiałam się, doskonale znając jego
tendencję do psucia wszystkiego, nawet tego, czego, na pierwszy rzut oka,
zdawałoby się, że nie da się popsuć… o tak, w tej kwestii był bardzo zdolny.
– Udało ci się załatwić, co chciałaś? – spytał Raves,
spoglądając na mnie uważnym, nieco podejrzliwym spojrzeniem.
– Tak – zbyłam go krótko, posyłając lekki uśmiech, a
on utrzymał jeszcze na chwilę na mnie swoje smocze oczy, po czym wzruszył
ramionami i dopił do dna piwo z kufla.
Dołączyłam
do picia z nimi, z tą tylko różnicą, że popijałam krew upolowanego w drodze
tutaj dzika – jak wspominałam, alkohol zawsze na mnie źle działał, a od czasu
zajścia w ciążę… szkoda nawet tracić czas na opowiadanie tego. Wspominaliśmy
parę zabawnych sytuacji z ostatnich dni i zastanawialiśmy się, co też będziemy
robić dalej. Ostatecznie ustaliliśmy, że warto przyjąć chociażby zlecenie
oczyszczenia cmentarza przy biednej dzielnicy ze stada zdziczałych psów. Raves
spytał, zdawało mi się, że nawet nieco drwiącym tonem, czy to nie ponad moje siły,
ale uznałam, że przecież to tylko kilka zapchlonych psów. Miałam zresztą dużo
większe zmartwienie na głowie… zmartwienie, którym chętnie bym się z nimi
podzieliła, akurat ta trójka wiedziała o moich powiązaniach z kultem, jednak,
niestety, wydawali się niezbyt chętni na ruszenie się od stołu. W końcu jednak
raczyli łaskawie udać się ze mną w ustronne miejsce.
Tam
powiedziałam im o zadaniu, jakie mi zlecono, nie wspomniałam jednak, że chodzi
o baroneta, ale o barona, również ich domysłom zostawiłam, skąd zlecenie pochodzi, nie musiałam tego mówić - wszyscy zapewne szybko się zorientowali. Valarad i Raves byli skłonni mi pomóc, spytali, co
będę z tego miała, a kiedy powiedziałam, że nic, skrzywili się tylko i
stwierdzili, że no trudno, ale w końcu jesteśmy drużyną, jestem kobietą, do
tego ciężarną, więc nie wypada zostawić mnie z tym samą. Mikur jedynie się
wahał… nie był do końca pewien, czy chce brać w tym udział, zawsze starał się
postępować w zgodzie z własnym sumieniem, a ono mu mówiło, że zabójstwo, ot tak,
dla krwi nie jest dobrym pomysłem. Z drugiej strony chyba mnie lubił, więc nie
wiedział, jak się zachować, w końcu jednak sympatia do mnie zwyciężyła i
zgodził się mi pomóc. Mieliśmy już wychodzić, kiedy usłyszałam trzask za
zasłoną. Szybko tam podbiegłam i moim oczom ukazała się dość niecodzienna
istota. Na początku myślałam, że to jakiś duży insekt, ale kiedy mu się
przyjrzałam, zauważyłam, że to faerie, bardzo ognista faerie.
– Ty planujesz
kogoś zabić! Ja słyszałem! – krzyknął do mnie piskliwym głosikiem, wzlatując na
poziom moich oczu; już zamierzałam go pacnąć ręką, gdy dodał – ja to bardzo
lubię! Mogę pomóc! O, patrz, patrz, co umiem! – zapiszczał i podpalił zasłonę, na
co Raves szybko podszedł do niej i zadusił ogień.
– Czy ty jesteś nienormalny – wysyczałam i chwyciłam fearię
w pasie; nie udało mu się tego uniknąć tylko dzięki temu, że wpatrywał się ze
smutkiem w zagaszony płomyk. – Zresztą, to nieważne, gadaj, co słyszałeś –
powiedziałam, trzymając go mocno, gotowa zabić, jeśli się okaże szpiegiem – i co
tutaj robisz.
– Chciałem tylko podpalić karczmę, lubię ogień –
odparł, a oczka mu się zaświeciły jak małemu szaleńcowi.
– Wariat – skwitował krótko Raves, patrząc na niego z
politowaniem – szurnięty robak.
– Hej, ty! Uważaj sobie! – krzyknął, machając małymi
łapkami, więc unieruchomiłam mu je. – Puszczaj mnie!
– Mam dość tych wrzasków, sama zdecyduj, co zrobić z
tym… czymś – powiedział Raves i spojrzał na Mikura, który przyglądał się całej
sytuacji z dość dziwną miną – choć, drogi przyjacielu, wypijemy jeszcze coś –
rzucił, a stein tylko skinął głową i oboje wyszli.
– Tak więc, daj mi choć jeden powód, dla którego mam
cię nie zabić – powiedziałam, patrząc na faerię z irytacją.
– Bo ja mogę ci pomóc, mogę spalić cały pałac! – krzyknął,
a ja spojrzałam na niego jakby miał naprawdę poważne problemy z głową – nic nie
chcę, daj mi po prostu coś zrobić. Ciągle tylko latam i podpalam wszystko bez
celu, a tak chociaż bym się przyczynił do czyjejś śmierci – powiedział i oczka
znów mu się zapaliły.
– Nie interesuje cię, kogo chcę zabić, czy nie
słyszałeś tego? – spytałam, a on szeroko się uśmiechnął.
– Wiem, kogo chcecie zabić, panienka mówiła o jakimś
tam zleceniu na pana barona, ja nie lubię barona, nikt go nie lubi, więc
chętnie pomogę, nie musisz mnie zabijać – powiedział i spojrzał na mnie, a mi wydawało
się, że nie kłamie.
– Powiedz mi więcej o baronie – kazałam, a on bez
problemu zaczął mi opowiadać o sytuacji w mieście.
Dowiedziałam
się, że nieciekawa sytuacja spowodowana była sposobem rządzenia barona von
Herro. Ponoć trudnił się handlem niewolnikami, dorobił się niezłej fortuny,
sprzedając żywy towar i ściągając haracze za przemyty. O tak, baron był
prawdziwym wrzodem dla Hoffen. Problem w tym, że jego syn, którego miałam
zabić, był jedyną nadzieją dla miasta, żeby jakoś stanęło na nogi po rządach
tego skurwysyna. Ludzie nie mogli się doczekać, aż Romero dorośnie na tyle, by
móc przejąć władzę ojca… zabijając go, rozwiałabym te nadzieje mieszkańców. Z
drugiej strony wiedziałam, że muszę choć spróbować to zrobić, dla siebie i dla
swojego dziecka… nie mogłam narazić się na niebezpieczeństwo, nie chciałam zawieźć kultu krwi i tym samym skupić ich uwagi na sobie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz