Radosna śmierć
Ognista faerie podsunęła mi pewien plan, jak można
spróbować dostać się do pałacu. Dywersja, bardzo płomienna dywersja. Mieliśmy
spalić stadninę, odwrócić uwagę strażników i wejść do pałacu. Wydawało się, że
to nie najgorszy plan, choć Raves kręcił nosem, kiedy mu go przedstawiłam,
zdecydowanie nie podobało mu się wchodzenie z ukrycia. Nie było jednak wyjścia
– trzeba było spróbować. Pojechaliśmy do bocznego wejścia zgodnie z planem,
który udało mi się kupić na czarnym rynku, i czekaliśmy w ukryciu blisko bramy.
Widzieliśmy kupców, przejeżdżających przez nią, wiozących przeróżne towary,
wozy aż uginały się od mięs, owoców i beczek z winami i piwami, więc niebawem
pewnie szykowano tutaj jakieś przyjęcie. Kazaliśmy się ustawić Mikurowi tak, żeby
udawał posąg, po czym faerie sypnęła na niego swoim pyłkiem paraliżującym.
Próbowaliśmy się dostać do pałacu pod pretekstem przyniesienia cennej rzeźby,
podarunku dla barona… tak, to był jeden z głupszych pomysłów, na jaki mogliśmy wtedy wpaść. Strażnik
rozpoznał mnie i Valarada, pokazał nam listy gończe za nami i zasugerował, że
warto szybko się oddalić od bramy i nie zawracać im głowy, bo szykują się na
przyjęcie. Kazali też zabrać ten szpetny kamień, wskazując na Mikura… oj, z
pewnością mu się to nie spodobało.
Choć
pomysł i jego wykonanie okazało się beznadziejne, wyszła z tego wszystkiego
jedna dobra rzecz, wiedzieliśmy już, jak się dostać do środka, teraz
wystarczyło tylko zdobyć zaproszenie. Przez to, że część drużyny powlokła się
za mną, kiedy z rana razem z Valaradem szliśmy po zaproszenia, dostałam miesięczny zakaz
wstępu na czarny rynek, tak więc to kapitan piratów musiał kupić mi
zaproszenie. Przyjęcie miało się odbyć wieczorem dnia następnego, miałam więc
sporo czasu na przygotowania. W południe drużyna zdecydowała, że warto co nieco
zarobić – pójść na cmentarz i zająć się tymi psami. Oferowano nam za to marne
30 sztuk złota, no ale od czegoś trzeba było zacząć, a bez wykonywania zleceń
nie udałoby nam się dostać na wyższy szczebel i mieć możliwości wykonywania
lepiej płatnych zadań. Przygotowaliśmy się więc i ruszyliśmy przed zmierzchem przez
dzielnicę biedoty na cmentarz. Stare, zaniedbane domy, dziurawe drogi, na
których niejeden wóz już pewnie stracił koło, kilka zadymionych spelun, z
których cuchnęło przez wybite okna… współczułam wszystkim, którzy musieli tam
mieszkać, nigdy nie widziałam aż tak okropnej okolicy.
Cmentarz
niczym się nie wyróżniał, zniszczone, ukruszone zębem czasu nagrobki, na
których w większości nie dało się już odczytać nazwisk i parę większych krypt w
opłakanym stanie, nic niezwykłego. Usiedliśmy na nagrobkach i czekaliśmy. Kiedy
słońce zaczęło chylić się już ku zachodowi, usłyszeliśmy wycie pierwszych psów,
po chwili w ciemności pobliskiego lasu zaczęły się jarzyć ślepia. Mikur zerwał
się na nogi, gotowy do krwawej jatki, a my poszliśmy w jego ślady. Psy zaczęły
na nas skakać i próbowały nas przewracać, jednak szybko padały od naszych
ciosów. Mikur nawet urządził sobie zabawę w zgniatarkę i skakał na psy,
miażdżąc je swoją masą, a Raves chyba uznał, że warto upiększyć teren i zaczął
zionąć na wszystko lawą. Ja i Valarad cięliśmy ich mieczami, a ten zidiociały
ork walił w nie młotem. No cóż… nie nazwałabym tej sieczki epicką walką…
Okazało
się, że zabawy steina i smoka nie były zbyt mądrym pomysłem, bo, gdy pokonaliśmy
już niemal wszystkie psy, ziemia pod nami zadrżała i nagle poczułam, że tracę
grunt pod nogami i spadam w dół, w ciemność. Miecz Braterskiej Miłości leżał
pod moimi nogami w czasie botki, żebym mogła skutecznie walczyć, więc musiałam
się szybko zwinąć i chwycić go w locie, na szczęście, dzięki wampirzej
zwinności, udało mi się go chwycić bez większego problemu i osłonić jego kruche
ostrze swoim ciałem. Upadliśmy na twarde skały, i choć czułam ból przez to
uderzenie i spadające na mnie jeszcze przez chwilę odłamki, to nic mi się nie
stało. Nie mogło być inaczej – Brandr’rivor opowiedział mi historię tego
miecza. Ponoć dawno temu dwaj bracia z siostrą wybrali się na przechadzkę do
lasu, ale napotkali na drodze wielkiego jaszczura… mieli tylko ten jeden,
zwykły miecz, więc nie byli w stanie go pokonać, dlatego oddali swoje życie,
aby siostra mogła przeżyć. Siła tamtej ofiary sprawiła, iż miecz ten chronił
przed śmiercią każdego, kto go miał przy sobie, jednak czynił też tę osobę
niezdolną do jakichkolwiek działań mających komuś zagrozić, tak, że korzystając
z nieśmiertelności dawanej przez ten miecz, pozostawało jedynie zwinąć się
wokół niego i chronić go, gdyż był zrobiony z niskiej jakości stopu stali i był
bardzo podatny na uszkodzenia. Dawał mi jednak ochronę przed wszelkimi
obrażeniami, mogącymi zaszkodzić dziecku, zatem ta wada była naprawdę niewielka
i nauczyłam się już sobie z nią radzić.
Kiedy
już przestały sypać się na nas kamienie, wstaliśmy i rozejrzeliśmy się wokół.
Dół był zbyt głęboki, byśmy z niego wyszli, i zbyt wąski, aby Raves mógł
zmienić się w smoka i nas stamtąd wyciągnąć, musieliśmy zatem znaleźć inne
wyjście. Już od jakiegoś czasu zaczynałam coraz lepiej widzieć po zmroku, tak
więc teraz wszystko było dla mnie wyraźnie niemal jak za dnia. Poza mną z całej
grupy jedynie Raves i Mikur byli w stanie widzieć w ciemnościach, dlatego też
Valarad i przeklęty Gyrg musieli trzymać się któregoś z nas. Na szczęście ork
nie zbliżał się do mnie, słyszałam tylko podzwanianie jego dziwacznego,
błazeńskiego stroju i orczy zapach ubarwiony smrodem dawno niepranych ubrań… o
tak, Gyrg raczej nie należał do tych osób, które dbają o czystość i wygląd.
Normalnie orkowie mieli zapach przywodzący na myśl surowe mięso i świeżo ścięte
drewno, Gyrg jednak cuchnął kilkudniowym, kiepsko uwędzonym kawałkiem ścierwa.
Z tunelu, w który z każdym
krokiem coraz bardziej się zagłębialiśmy, dolatywały naprawdę nieprzyjemne
zapachy, silniejsze z każdą chwilą. Czułam odór padliny (i to wcale nie był
smród orka – ten już niestety dobrze znałam) i czegoś jeszcze… usłyszałam, jak
Raves coś mówi, ale nie zrozumiałam dokładnie, co, więc odwróciłam się i go oto
spytałam, jednak on wyparł się, że nic nie powiedział… hm… dziwne… szliśmy
jednak dalej, a po kilkudziesięciu metrach weszliśmy do rozległej groty
oświetlonej licznymi pochodniami. Kiedy tylko zrobiliśmy parę kroków, spod
ziemi wyskoczyły przedziwne istoty, o których wcześniej słyszałam jedynie w
opowieściach – ghule.
Silnie
zbudowane stwory z wydłużonym pyskiem i płaską czaszką, o buroszarej, jakby
pomarszczonej skórze, wyraźnie brudnej od starej krwi i ziemi. Gdyby zechciały
się wyprostować, niektóre zapewne przewyższyłyby Mikura, chodziły jednak
zgarbione, na podkurczonych nogach, ocierając długimi łapami o ziemię. Nie
miały żadnej broni, nawet prymitywnej, ale też jej nie potrzebowały – ich
długie, potężne szpony były wystarczająco groźne. Od razu odłożyłam miecz na
ziemię i chwyciłam łuk, po czym zaczęłam szyć do nich zatrutymi strzałami.
Reszta pobiegła pokonać ich w zwarciu, niestety, bardzo szybko chwyciły
Valarada, a kiedy strzelałam do trzymającego go ghula, ten poruszył się tak, że
dwa razy to pirat oberwał ode mnie strzałą. Valarad po tym był już ledwo żywy, ale,
całe szczęście, trzeci strzał trafił w cel i ghul padł martwy. Kolejne dwa
stwory walczyły z Mikurem, ich szpony nie zdawały się jednak mu robić krzywdy,
więc jeden z ghuli wepchnął mu rękę do ust, a po chwili wyrwał steinowi
żołądek. Mikur warknął z wściekłości i zaczął ich okładać z całych sił, ból
jednak musiał nieco spowolnić jego reakcję, gdyż ghule bez problemu mu uciekły,
po czym z powrotem zapadły się jakby pod ziemię, razem z częścią przewodu
pokarmowego steina.
Mikur
warknął z wściekłości i zaczął szukać jakiegoś przejścia dalej. Valarad łyknął
parę miksturek i odczytał jakiś zwój, dzięki czemu pozbył się ran i zatrucia,
zarówno od moich strzał, jak i pazurów ghuli. Obeszliśmy komnatę i znaleźliśmy
wąski korytarz, prowadzący jeszcze głębiej w ziemię do kolejnej groty. Pełna
była regałów z książkami, a na środku stało wielkie biurko, przed którym dwa
ghule zajadały się żołądkiem Mikura. Nie to jednak najbardziej zwróciło naszą
uwagę, tylko postać, stojąca na środku pomieszczenia… tego nawet nie da się
dobrze opisać… chudy, łysy, stary człowiek z poszarzałą skórą, ale tak dziwny…
miał cztery ręce, a każda z czterech dłoni miała na wierzchu usta. Do tego
trzecie oko na środku czoła… jakby tego było mało, troje oczu jarzyło się w
mroku głęboką czernią, nie sposób było zauważyć w nich białek… niby pachniał jak człowiek, nijaka ludzka woń
mieszała się z ziemią, kurzem i odorem trupa, ale było w nim coś okropnie
nieczłowieczego… demonicznego…
Zdawał
się nie przejmować naszą obecnością, po prostu rozłożył szeroko ręce,
uśmiechając się wszystkimi pięcioma ustami, a wtedy z otworów w ziemi wysunęły
się dwie postaci, nie w pełni materialne, o rozmywających się kształtach, jakby
ich ktoś utkał z mgły. Gdzieś z głębi wielkiej jaskini wyszły też ku nam cztery
inne ghule, wyraźnie większe od tych poprzednich, które nadal niewzruszone
konsumowały wnętrzności steina. Stanęliśmy gotowi do walki, a widząc to, chudy,
zniekształcony człowiek uśmiechnął się jeszcze bardziej, wyraźnie śmieszyły go nasze
plany pokonania go.
Gyrg
rzucił się do walki i bardzo szybko tego pożałował (ja za to patrzyłam na to z
pewną satysfakcją, którą wyraziłam unosząc lekko kącik ust), ponieważ dwa
wielkie ghule chwyciły go w szpony i zaczęły szarpać żywcem. Ghule zajęły się
orkiem i steinem, który również zaszarżował na nich, choć pewnie bardziej
zależało mu na dostaniu się do swojego żołądka i zabiciu jego złodziei, po
drodze miał jednak do pokonania dwa inne stwory. Po chwili zobaczyliśmy, jak
duchy zaczynają gestykulować i usłyszeliśmy inkantację, a po chwili rzucili na
nas serię potężnych ataków mocy ognia i błyskawic… gdyby nie kryształy,
pozwalające tego uniknąć, nie wiem, czy nawet Miecz Braterskiej Miłości
pozwoliłby mi to przetrwać. Po ich atakach byłam naprawdę wściekła, mieliśmy
tylko zabić psy, a znaleźliśmy się tutaj, a teraz musiałam narażać życie
dziecka, żeby opuścić ten wielki, cuchnący grobowiec. Chwyciłam łuk, odrzucając
miecz na ziemię i zaczęłam szyć strzałami w maga, zatruwając każdą i obserwując
z satysfakcją, jak przebijają jego zdeformowane ciało. Chciałam posłać w niego
już ostatnią strzałę, widząc, że mag już słabnie i licząc, że ta będzie
ostatnia, gdy Raves, pokonawszy stojące mu na przeszkodzie ghule, dobiegł do
niego i przeciął go jednym cięciem swojego wielkiego miecza. Duchy mistrzów
mocy zniknęły, a na ziemię opadły dwie połówki tego czegoś, co kiedyś było
pewnie normalnym człowiekiem. Jeszcze tuż przed śmiercią, wraz z ostatnim
tchnieniem, mag posłał Ravesowi dziwny, tajemniczy uśmiech. I zdechł.
Wcześniej
tak skupiłam się na zabiciu tego dziwaka, że nie widziałam nawet, co dzieje się
wokół. Kiedy się rozejrzałam, zobaczyłam trupy ghuli, jedynie jeden jeszcze
żył, ale zdawał się nie przejmować już nami, był zbyt zajęty konsumowaniem
tego, co leżało na ziemi… z radością zauważyłam wystający z pyska ghula kawałek
rażącego materiału, z którego uszyty był strój orka, a na ziemi leżały
tylko marne szczątki i parę ochłapów mięsa, nieprzypominających już w żaden
sposób tego skurwysyna. Z ledwością powstrzymałam głośny okrzyk radości, Mikur
jednak nie krył się ze swoim szczęściem, ciesząc się jak dziecko, że odzyskał
żołądek, choć już na pewno mu się wszystko zregenerowało i miał nowy… dziwne te
tendencje niektórych istot do pamiątek. Raves w czasie naszego tryumfowania
podszedł do ucztującego ghula, uniósł miecz i rozpłatał go jednym ciosem.
Odrzucił truchło na bok i przyjrzał się temu, co pozostało z Gyrga z dość
sceptyczną miną, myśląc pewnie o tym samym, o czym ja – z takiej ilości ciała
nawet legendarny elfi mag nic już by nie wskrzesił… Raves zionął więc na te
pozostałości magmą, skuwając szczątki orka i tego przeklętego zestawu skałą
wulkaniczną.
Przeszukaliśmy
całą jaskinię i przejrzeliśmy księgi, przynajmniej te, których wygląd i zawartość
nas nie odrzucała. Znalazłam parę zwojów, kilka kolorowych mikstur i księgę z
teorią czarnej magii, wrzuciłam więc wszystko do torby, ciesząc się, że będę
miała lekturę na czas, kiedy nie będę już w stanie wykonywać zleceń czy
podróżować. Valarad zabrał księgę z demoniczną magią… mówił, że powie w
inkwizycji, że ją ma i że zabierze ją do elfów, ale kto wie, jakie naprawdę miał
plany, nie za bardzo mnie to jednak obchodziło. Zebraliśmy się po przetrząśnięciu
całej groty i ruszyliśmy dalej, szukając wyjścia. W końcu wyszliśmy już po
zmroku, gdzieś poza miastem i znów musieliśmy przejść przez te okropne zgraje
kurew i rzezimieszków, po walce część z nas wyglądała jednak tak, ze nikt nie
próbował nas zaczepiać – Valarad, Raves i Mikur mieli na sobie wyraźne ślady
krwi, a wszyscy do tego byliśmy brudni od ziemi. Strażnicy widząc nas od razu chwycili
za bronie, ale szybko wyjaśniliśmy, że wykonywaliśmy zlecenie do gildii, więc
bez dalszych oporów nas wpuścili.
Przyjęcie
W
karczmie znów poprosiłam o wodę i znów karczmarz wykazał się nadzwyczajną więc
dbałością o gości, przynosząc mi, tak jak poprzednio, balię z gorącą wodą, mydło
i olejki zapachowe, tym razem jednak dorzucił też do tego miękki, gruby
ręcznik. Razem z nim przyszła jego żona, która na podziękowania skinęła tylko
głową i spojrzała na mnie z troską.
– W tym stanie zasługuje pani na wygody, nie wojaczka
dla ciężarnych – powiedziała, obserwując mnie, jak zdejmowałam pancerz – ojciec
powinien się zająć utrzymywaniem rodziny.
– Ojciec zajmuje się swoimi sprawami – odparłam gorzko,
czując bolesne ukłucie wściekłości, ale też żalu, na myśl o Brandr’rivorze –
jeszcze raz dziękuję – dodałam, a kobieta znów skinęła głową i wyszła, od razu
rozumiejąc, że z drugim podziękowaniem delikatnie zasugerowałam jej, że
chciałabym już zostać sama.
Na
drugi dzień miało się odbyć przyjęcie na dworze barona von Herro, musiałam więc
się bardzo dobrze prezentować. Po dokładnym umyciu całego ciała i włosów,
wybrałam najelegantsze z moich rzeczy – długą, przylegającą suknię w kolorze
głębokiego granatu. Niegdyś uwielbiałam kreacje odsłaniające sporo ciała, odkąd
przestałam być człowiekiem, musiałam z nich jednak zrezygnować – słońce dla
mojej bladej skóry było naprawdę bezlitosne, choć nadal podkreślałam kobiece
atuty, zastępując tylko odkrywanie ciała dopasowanymi materiałami. O tak…
zauważyłam, że to potrafiło naprawdę pobudzić wyobraźnię mężczyzn…
Wieczorem
ubrałam się i misternie ułożyłam włosy, po czym zeszłam do drużyny. Valarad,
gdy tylko mnie zobaczył, zagwizdał, nie kryjąc aprobaty, Mikur tylko posłał mi
ten swój szczery, wręcz rozbrajający uśmiech dziecka, a Raves… obrzucił
Valarada krzywym spojrzeniem i wrócił do picia piwa, zerkając na mnie
ukradkiem, gdy życzyłam im miłej zabawy, a pirat, niezrażony po reakcji smoka,
kazał mi nie złamać zbyt wielu męskich serc. Wychodząc, odwróciłam się jeszcze
na chwilę i zauważyłam, że Raves wiedzie za mną wzrokiem, kiedy jednak napotkał
moje spojrzenie, szybko odwrócił wzrok i podjął jakąś dyskusję z Mikurem, już
na mnie patrząc.
Razem ze mną
do pałacu miała iść faerie, choć nie do końca ufałam temu narwanemu piromanowi,
to stwierdziłam, że może się przydać, do tego łatwo było go przemycić.
Przyjęcie przebiegało bez zakłóceń, boleśnie przypominając mi dawne życie…
niekiedy tęskniłam za wygodami, jakie miałam w pałacu, za spokojem, że
codziennie będę mogła zasnąć w łóżku, w czystej pościeli, i za bezpieczeństwem,
że nikt mnie nie pragnie zabić… przynajmniej myślałam, że nikt mnie nie pragnie
zabić. Wtedy jednak nie znałam jeszcze planów brata, tylko cieszyłam się życiem szlachcianki.
Na tym przyjęciu siedziałam przy stole dość daleko od barona, jednak widziałam i tak
dobrze jego syna, jak z uśmiechem usługiwał siedzącej koło niego dziewczynce.
Patrząc na niego, uświadomiłam sobie, że nie byłabym w stanie odebrać mu życia
tylko dla własnej korzyści, dla wygody. Może i narażałam bezpieczeństwo moje i
mojego dziecka, może nie było to do końca rozsądne… ale nie potrafiłabym wbić
sztyletu w serce tego chłopca i pozbawić go życia, nie byłabym w stanie
spojrzeć sobie w twarz w lustrze, stałabym się gorsza od swojego brata…
opuściłabym przyjęcie bez podjęcia próby wykonania zadania, gdyby nie faeria
piroman. Już wcześniej miał nierówno pod sufitem, miksturki od demonicznego
maga, których próbował ze dwukrotnym skutkiem śmiertelnym (na szczęście w
świątyni bez problemu wskrzesili mojego owada, jak go nazwali, gdy poprosiłam
ich o przywrócenie mu życia), najwyraźniej jeszcze wzmocniły ten efekt. Nie
potrafił odpuścić i podpalił szatę barona, musieliśmy więc szybko ulotnić się z
pałacu, zanim ktokolwiek doszedłby do tego, kto był winien.
Kultowi krwi
bardzo się to nie spodobało, ledwo dotarłam do karczmy, a poprzez sztylet
odebrałam do nich wiadomość, że są bardzo niezadowoleni z takiego przebiegu
sytuacji i będą mnie czujnie obserwować w nadziei, że to się nie powtórzy,
tymczasem mam niebawem oczekiwać kolejnego zlecenia… podziękowałam za
wyrozumiałość, przeprosiłam za nieudolność i zakończyłam rozmowę. Opadłam na
łóżko, przyglądając się swojemu odbiciu w sztylecie. Wsunęłam go z powrotem do
pochwy i ukryłam w stercie ubrań, nie miałam ochoty w najbliższym czasie go
oglądać. Wyjęłam księgę czarnej magii i zaczęłam ją studiować, a kiedy złapałam
się na czytaniu po raz kolejny tego samego fragmentu, rzuciłam ją na ziemię i
zwinęłam się na łóżku… tak bardzo chciałam, aby był ktoś, kto by mi w tamtej
chwili pomógł, kto byłby przy mnie… wtedy poczułam delikatny ruch w dole
brzucha, a kiedy ułożyłam się na plecach, uczucie się powtórzyło, z tym że dużo
wyraźniejsze i niepozostawiające już wątpliwości, że to ruchy dziecka.
Dotknęłam brzucha, czekając na kolejne kopnięcia ze łzami w oczach, myśląc, że
jednak jest ktoś przy mnie, we mnie… ktoś, kogo już tak bardzo kochałam, choć
jeszcze go nawet nie zobaczyłam… moje dziecko, którego bym broniła za wszelką
cenę. Postanowiłam, że czas zakończyć wędrowanie po dzikich ostępach, musiałam znaleźć miejsce, gdzie mogłabym doczekać do porodu, a potem... potem już na pewno jakoś by było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz