czwartek, 15 stycznia 2015

Ostatnie zlecenie

Radosna śmierć

               Ognista faerie podsunęła mi pewien plan, jak można spróbować dostać się do pałacu. Dywersja, bardzo płomienna dywersja. Mieliśmy spalić stadninę, odwrócić uwagę strażników i wejść do pałacu. Wydawało się, że to nie najgorszy plan, choć Raves kręcił nosem, kiedy mu go przedstawiłam, zdecydowanie nie podobało mu się wchodzenie z ukrycia. Nie było jednak wyjścia – trzeba było spróbować. Pojechaliśmy do bocznego wejścia zgodnie z planem, który udało mi się kupić na czarnym rynku, i czekaliśmy w ukryciu blisko bramy. Widzieliśmy kupców, przejeżdżających przez nią, wiozących przeróżne towary, wozy aż uginały się od mięs, owoców i beczek z winami i piwami, więc niebawem pewnie szykowano tutaj jakieś przyjęcie. Kazaliśmy się ustawić Mikurowi tak, żeby udawał posąg, po czym faerie sypnęła na niego swoim pyłkiem paraliżującym. Próbowaliśmy się dostać do pałacu pod pretekstem przyniesienia cennej rzeźby, podarunku dla barona… tak, to był jeden z głupszych pomysłów, na jaki mogliśmy wtedy wpaść. Strażnik rozpoznał mnie i Valarada, pokazał nam listy gończe za nami i zasugerował, że warto szybko się oddalić od bramy i nie zawracać im głowy, bo szykują się na przyjęcie. Kazali też zabrać ten szpetny kamień, wskazując na Mikura… oj, z pewnością mu się to nie spodobało.
                Choć pomysł i jego wykonanie okazało się beznadziejne, wyszła z tego wszystkiego jedna dobra rzecz, wiedzieliśmy już, jak się dostać do środka, teraz wystarczyło tylko zdobyć zaproszenie. Przez to, że część drużyny powlokła się za mną, kiedy z rana razem z Valaradem szliśmy po zaproszenia, dostałam miesięczny zakaz wstępu na czarny rynek, tak więc to kapitan piratów musiał kupić mi zaproszenie. Przyjęcie miało się odbyć wieczorem dnia następnego, miałam więc sporo czasu na przygotowania. W południe drużyna zdecydowała, że warto co nieco zarobić  pójść na cmentarz i zająć się tymi psami. Oferowano nam za to marne 30 sztuk złota, no ale od czegoś trzeba było zacząć, a bez wykonywania zleceń nie udałoby nam się dostać na wyższy szczebel i mieć możliwości wykonywania lepiej płatnych zadań. Przygotowaliśmy się więc i ruszyliśmy przed zmierzchem przez dzielnicę biedoty na cmentarz. Stare, zaniedbane domy, dziurawe drogi, na których niejeden wóz już pewnie stracił koło, kilka zadymionych spelun, z których cuchnęło przez wybite okna… współczułam wszystkim, którzy musieli tam mieszkać, nigdy nie widziałam aż tak okropnej okolicy.
                Cmentarz niczym się nie wyróżniał, zniszczone, ukruszone zębem czasu nagrobki, na których w większości nie dało się już odczytać nazwisk i parę większych krypt w opłakanym stanie, nic niezwykłego. Usiedliśmy na nagrobkach i czekaliśmy. Kiedy słońce zaczęło chylić się już ku zachodowi, usłyszeliśmy wycie pierwszych psów, po chwili w ciemności pobliskiego lasu zaczęły się jarzyć ślepia. Mikur zerwał się na nogi, gotowy do krwawej jatki, a my poszliśmy w jego ślady. Psy zaczęły na nas skakać i próbowały nas przewracać, jednak szybko padały od naszych ciosów. Mikur nawet urządził sobie zabawę w zgniatarkę i skakał na psy, miażdżąc je swoją masą, a Raves chyba uznał, że warto upiększyć teren i zaczął zionąć na wszystko lawą. Ja i Valarad cięliśmy ich mieczami, a ten zidiociały ork walił w nie młotem. No cóż… nie nazwałabym tej sieczki epicką walką…
                Okazało się, że zabawy steina i smoka nie były zbyt mądrym pomysłem, bo, gdy pokonaliśmy już niemal wszystkie psy, ziemia pod nami zadrżała i nagle poczułam, że tracę grunt pod nogami i spadam w dół, w ciemność. Miecz Braterskiej Miłości leżał pod moimi nogami w czasie botki, żebym mogła skutecznie walczyć, więc musiałam się szybko zwinąć i chwycić go w locie, na szczęście, dzięki wampirzej zwinności, udało mi się go chwycić bez większego problemu i osłonić jego kruche ostrze swoim ciałem. Upadliśmy na twarde skały, i choć czułam ból przez to uderzenie i spadające na mnie jeszcze przez chwilę odłamki, to nic mi się nie stało. Nie mogło być inaczej – Brandr’rivor opowiedział mi historię tego miecza. Ponoć dawno temu dwaj bracia z siostrą wybrali się na przechadzkę do lasu, ale napotkali na drodze wielkiego jaszczura… mieli tylko ten jeden, zwykły miecz, więc nie byli w stanie go pokonać, dlatego oddali swoje życie, aby siostra mogła przeżyć. Siła tamtej ofiary sprawiła, iż miecz ten chronił przed śmiercią każdego, kto go miał przy sobie, jednak czynił też tę osobę niezdolną do jakichkolwiek działań mających komuś zagrozić, tak, że korzystając z nieśmiertelności dawanej przez ten miecz, pozostawało jedynie zwinąć się wokół niego i chronić go, gdyż był zrobiony z niskiej jakości stopu stali i był bardzo podatny na uszkodzenia. Dawał mi jednak ochronę przed wszelkimi obrażeniami, mogącymi zaszkodzić dziecku, zatem ta wada była naprawdę niewielka i nauczyłam się już sobie z nią radzić.
                Kiedy już przestały sypać się na nas kamienie, wstaliśmy i rozejrzeliśmy się wokół. Dół był zbyt głęboki, byśmy z niego wyszli, i zbyt wąski, aby Raves mógł zmienić się w smoka i nas stamtąd wyciągnąć, musieliśmy zatem znaleźć inne wyjście. Już od jakiegoś czasu zaczynałam coraz lepiej widzieć po zmroku, tak więc teraz wszystko było dla mnie wyraźnie niemal jak za dnia. Poza mną z całej grupy jedynie Raves i Mikur byli w stanie widzieć w ciemnościach, dlatego też Valarad i przeklęty Gyrg musieli trzymać się któregoś z nas. Na szczęście ork nie zbliżał się do mnie, słyszałam tylko podzwanianie jego dziwacznego, błazeńskiego stroju i orczy zapach ubarwiony smrodem dawno niepranych ubrań… o tak, Gyrg raczej nie należał do tych osób, które dbają o czystość i wygląd. Normalnie orkowie mieli zapach przywodzący na myśl surowe mięso i świeżo ścięte drewno, Gyrg jednak cuchnął kilkudniowym, kiepsko uwędzonym kawałkiem ścierwa.
Z tunelu, w który z każdym krokiem coraz bardziej się zagłębialiśmy, dolatywały naprawdę nieprzyjemne zapachy, silniejsze z każdą chwilą. Czułam odór padliny (i to wcale nie był smród orka – ten już niestety dobrze znałam) i czegoś jeszcze… usłyszałam, jak Raves coś mówi, ale nie zrozumiałam dokładnie, co, więc odwróciłam się i go oto spytałam, jednak on wyparł się, że nic nie powiedział… hm… dziwne… szliśmy jednak dalej, a po kilkudziesięciu metrach weszliśmy do rozległej groty oświetlonej licznymi pochodniami. Kiedy tylko zrobiliśmy parę kroków, spod ziemi wyskoczyły przedziwne istoty, o których wcześniej słyszałam jedynie w opowieściach – ghule.
                Silnie zbudowane stwory z wydłużonym pyskiem i płaską czaszką, o buroszarej, jakby pomarszczonej skórze, wyraźnie brudnej od starej krwi i ziemi. Gdyby zechciały się wyprostować, niektóre zapewne przewyższyłyby Mikura, chodziły jednak zgarbione, na podkurczonych nogach, ocierając długimi łapami o ziemię. Nie miały żadnej broni, nawet prymitywnej, ale też jej nie potrzebowały – ich długie, potężne szpony były wystarczająco groźne. Od razu odłożyłam miecz na ziemię i chwyciłam łuk, po czym zaczęłam szyć do nich zatrutymi strzałami. Reszta pobiegła pokonać ich w zwarciu, niestety, bardzo szybko chwyciły Valarada, a kiedy strzelałam do trzymającego go ghula, ten poruszył się tak, że dwa razy to pirat oberwał ode mnie strzałą. Valarad po tym był już ledwo żywy, ale, całe szczęście, trzeci strzał trafił w cel i ghul padł martwy. Kolejne dwa stwory walczyły z Mikurem, ich szpony nie zdawały się jednak mu robić krzywdy, więc jeden z ghuli wepchnął mu rękę do ust, a po chwili wyrwał steinowi żołądek. Mikur warknął z wściekłości i zaczął ich okładać z całych sił, ból jednak musiał nieco spowolnić jego reakcję, gdyż ghule bez problemu mu uciekły, po czym z powrotem zapadły się jakby pod ziemię, razem z częścią przewodu pokarmowego steina.
                Mikur warknął z wściekłości i zaczął szukać jakiegoś przejścia dalej. Valarad łyknął parę miksturek i odczytał jakiś zwój, dzięki czemu pozbył się ran i zatrucia, zarówno od moich strzał, jak i pazurów ghuli. Obeszliśmy komnatę i znaleźliśmy wąski korytarz, prowadzący jeszcze głębiej w ziemię do kolejnej groty. Pełna była regałów z książkami, a na środku stało wielkie biurko, przed którym dwa ghule zajadały się żołądkiem Mikura. Nie to jednak najbardziej zwróciło naszą uwagę, tylko postać, stojąca na środku pomieszczenia… tego nawet nie da się dobrze opisać… chudy, łysy, stary człowiek z poszarzałą skórą, ale tak dziwny… miał cztery ręce, a każda z czterech dłoni miała na wierzchu usta. Do tego trzecie oko na środku czoła… jakby tego było mało, troje oczu jarzyło się w mroku głęboką czernią, nie sposób było zauważyć w nich białek…  niby pachniał jak człowiek, nijaka ludzka woń mieszała się z ziemią, kurzem i odorem trupa, ale było w nim coś okropnie nieczłowieczego… demonicznego…
                Zdawał się nie przejmować naszą obecnością, po prostu rozłożył szeroko ręce, uśmiechając się wszystkimi pięcioma ustami, a wtedy z otworów w ziemi wysunęły się dwie postaci, nie w pełni materialne, o rozmywających się kształtach, jakby ich ktoś utkał z mgły. Gdzieś z głębi wielkiej jaskini wyszły też ku nam cztery inne ghule, wyraźnie większe od tych poprzednich, które nadal niewzruszone konsumowały wnętrzności steina. Stanęliśmy gotowi do walki, a widząc to, chudy, zniekształcony człowiek uśmiechnął się jeszcze bardziej, wyraźnie śmieszyły go nasze plany pokonania go.
                Gyrg rzucił się do walki i bardzo szybko tego pożałował (ja za to patrzyłam na to z pewną satysfakcją, którą wyraziłam unosząc lekko kącik ust), ponieważ dwa wielkie ghule chwyciły go w szpony i zaczęły szarpać żywcem. Ghule zajęły się orkiem i steinem, który również zaszarżował na nich, choć pewnie bardziej zależało mu na dostaniu się do swojego żołądka i zabiciu jego złodziei, po drodze miał jednak do pokonania dwa inne stwory. Po chwili zobaczyliśmy, jak duchy zaczynają gestykulować i usłyszeliśmy inkantację, a po chwili rzucili na nas serię potężnych ataków mocy ognia i błyskawic… gdyby nie kryształy, pozwalające tego uniknąć, nie wiem, czy nawet Miecz Braterskiej Miłości pozwoliłby mi to przetrwać. Po ich atakach byłam naprawdę wściekła, mieliśmy tylko zabić psy, a znaleźliśmy się tutaj, a teraz musiałam narażać życie dziecka, żeby opuścić ten wielki, cuchnący grobowiec. Chwyciłam łuk, odrzucając miecz na ziemię i zaczęłam szyć strzałami w maga, zatruwając każdą i obserwując z satysfakcją, jak przebijają jego zdeformowane ciało. Chciałam posłać w niego już ostatnią strzałę, widząc, że mag już słabnie i licząc, że ta będzie ostatnia, gdy Raves, pokonawszy stojące mu na przeszkodzie ghule, dobiegł do niego i przeciął go jednym cięciem swojego wielkiego miecza. Duchy mistrzów mocy zniknęły, a na ziemię opadły dwie połówki tego czegoś, co kiedyś było pewnie normalnym człowiekiem. Jeszcze tuż przed śmiercią, wraz z ostatnim tchnieniem, mag posłał Ravesowi dziwny, tajemniczy uśmiech. I zdechł.
                Wcześniej tak skupiłam się na zabiciu tego dziwaka, że nie widziałam nawet, co dzieje się wokół. Kiedy się rozejrzałam, zobaczyłam trupy ghuli, jedynie jeden jeszcze żył, ale zdawał się nie przejmować już nami, był zbyt zajęty konsumowaniem tego, co leżało na ziemi… z radością zauważyłam wystający z pyska ghula kawałek rażącego materiału, z którego uszyty był strój orka, a na ziemi leżały tylko marne szczątki i parę ochłapów mięsa, nieprzypominających już w żaden sposób tego skurwysyna. Z ledwością powstrzymałam głośny okrzyk radości, Mikur jednak nie krył się ze swoim szczęściem, ciesząc się jak dziecko, że odzyskał żołądek, choć już na pewno mu się wszystko zregenerowało i miał nowy… dziwne te tendencje niektórych istot do pamiątek. Raves w czasie naszego tryumfowania podszedł do ucztującego ghula, uniósł miecz i rozpłatał go jednym ciosem. Odrzucił truchło na bok i przyjrzał się temu, co pozostało z Gyrga z dość sceptyczną miną, myśląc pewnie o tym samym, o czym ja – z takiej ilości ciała nawet legendarny elfi mag nic już by nie wskrzesił… Raves zionął więc na te pozostałości magmą, skuwając szczątki orka i tego przeklętego zestawu skałą wulkaniczną.
                Przeszukaliśmy całą jaskinię i przejrzeliśmy księgi, przynajmniej te, których wygląd i zawartość nas nie odrzucała. Znalazłam parę zwojów, kilka kolorowych mikstur i księgę z teorią czarnej magii, wrzuciłam więc wszystko do torby, ciesząc się, że będę miała lekturę na czas, kiedy nie będę już w stanie wykonywać zleceń czy podróżować. Valarad zabrał księgę z demoniczną magią… mówił, że powie w inkwizycji, że ją ma i że zabierze ją do elfów, ale kto wie, jakie naprawdę miał plany, nie za bardzo mnie to jednak obchodziło. Zebraliśmy się po przetrząśnięciu całej groty i ruszyliśmy dalej, szukając wyjścia. W końcu wyszliśmy już po zmroku, gdzieś poza miastem i znów musieliśmy przejść przez te okropne zgraje kurew i rzezimieszków, po walce część z nas wyglądała jednak tak, ze nikt nie próbował nas zaczepiać – Valarad, Raves i Mikur mieli na sobie wyraźne ślady krwi, a wszyscy do tego byliśmy brudni od ziemi. Strażnicy widząc nas od razu chwycili za bronie, ale szybko wyjaśniliśmy, że wykonywaliśmy zlecenie do gildii, więc bez dalszych oporów nas wpuścili.
                

Przyjęcie

                W karczmie znów poprosiłam o wodę i znów karczmarz wykazał się nadzwyczajną więc dbałością o gości, przynosząc mi, tak jak poprzednio, balię z gorącą wodą, mydło i olejki zapachowe, tym razem jednak dorzucił też do tego miękki, gruby ręcznik. Razem z nim przyszła jego żona, która na podziękowania skinęła tylko głową i spojrzała na mnie z troską.
– W tym stanie zasługuje pani na wygody, nie wojaczka dla ciężarnych – powiedziała, obserwując mnie, jak zdejmowałam pancerz – ojciec powinien się zająć utrzymywaniem rodziny.
– Ojciec zajmuje się swoimi sprawami – odparłam gorzko, czując bolesne ukłucie wściekłości, ale też żalu, na myśl o Brandr’rivorze – jeszcze raz dziękuję – dodałam, a kobieta znów skinęła głową i wyszła, od razu rozumiejąc, że z drugim podziękowaniem delikatnie zasugerowałam jej, że chciałabym już zostać sama.
                Na drugi dzień miało się odbyć przyjęcie na dworze barona von Herro, musiałam więc się bardzo dobrze prezentować. Po dokładnym umyciu całego ciała i włosów, wybrałam najelegantsze z moich rzeczy – długą, przylegającą suknię w kolorze głębokiego granatu. Niegdyś uwielbiałam kreacje odsłaniające sporo ciała, odkąd przestałam być człowiekiem, musiałam z nich jednak zrezygnować – słońce dla mojej bladej skóry było naprawdę bezlitosne, choć nadal podkreślałam kobiece atuty, zastępując tylko odkrywanie ciała dopasowanymi materiałami. O tak… zauważyłam, że to potrafiło naprawdę pobudzić wyobraźnię mężczyzn…
                Wieczorem ubrałam się i misternie ułożyłam włosy, po czym zeszłam do drużyny. Valarad, gdy tylko mnie zobaczył, zagwizdał, nie kryjąc aprobaty, Mikur tylko posłał mi ten swój szczery, wręcz rozbrajający uśmiech dziecka, a Raves… obrzucił Valarada krzywym spojrzeniem i wrócił do picia piwa, zerkając na mnie ukradkiem, gdy życzyłam im miłej zabawy, a pirat, niezrażony po reakcji smoka, kazał mi nie złamać zbyt wielu męskich serc. Wychodząc, odwróciłam się jeszcze na chwilę i zauważyłam, że Raves wiedzie za mną wzrokiem, kiedy jednak napotkał moje spojrzenie, szybko odwrócił wzrok i podjął jakąś dyskusję z Mikurem, już na mnie patrząc.
Razem ze mną do pałacu miała iść faerie, choć nie do końca ufałam temu narwanemu piromanowi, to stwierdziłam, że może się przydać, do tego łatwo było go przemycić. Przyjęcie przebiegało bez zakłóceń, boleśnie przypominając mi dawne życie… niekiedy tęskniłam za wygodami, jakie miałam w pałacu, za spokojem, że codziennie będę mogła zasnąć w łóżku, w czystej pościeli, i za bezpieczeństwem, że nikt mnie nie pragnie zabić… przynajmniej myślałam, że nikt mnie nie pragnie zabić. Wtedy jednak nie znałam jeszcze planów brata, tylko cieszyłam się życiem szlachcianki. 
Na tym przyjęciu siedziałam przy stole dość daleko od barona, jednak widziałam i tak dobrze jego syna, jak z uśmiechem usługiwał siedzącej koło niego dziewczynce. Patrząc na niego, uświadomiłam sobie, że nie byłabym w stanie odebrać mu życia tylko dla własnej korzyści, dla wygody. Może i narażałam bezpieczeństwo moje i mojego dziecka, może nie było to do końca rozsądne… ale nie potrafiłabym wbić sztyletu w serce tego chłopca i pozbawić go życia, nie byłabym w stanie spojrzeć sobie w twarz w lustrze, stałabym się gorsza od swojego brata… opuściłabym przyjęcie bez podjęcia próby wykonania zadania, gdyby nie faeria piroman. Już wcześniej miał nierówno pod sufitem, miksturki od demonicznego maga, których próbował ze dwukrotnym skutkiem śmiertelnym (na szczęście w świątyni bez problemu wskrzesili mojego owada, jak go nazwali, gdy poprosiłam ich o przywrócenie mu życia), najwyraźniej jeszcze wzmocniły ten efekt. Nie potrafił odpuścić i podpalił szatę barona, musieliśmy więc szybko ulotnić się z pałacu, zanim ktokolwiek doszedłby do tego, kto był winien.

Kultowi krwi bardzo się to nie spodobało, ledwo dotarłam do karczmy, a poprzez sztylet odebrałam do nich wiadomość, że są bardzo niezadowoleni z takiego przebiegu sytuacji i będą mnie czujnie obserwować w nadziei, że to się nie powtórzy, tymczasem mam niebawem oczekiwać kolejnego zlecenia… podziękowałam za wyrozumiałość, przeprosiłam za nieudolność i zakończyłam rozmowę. Opadłam na łóżko, przyglądając się swojemu odbiciu w sztylecie. Wsunęłam go z powrotem do pochwy i ukryłam w stercie ubrań, nie miałam ochoty w najbliższym czasie go oglądać. Wyjęłam księgę czarnej magii i zaczęłam ją studiować, a kiedy złapałam się na czytaniu po raz kolejny tego samego fragmentu, rzuciłam ją na ziemię i zwinęłam się na łóżku… tak bardzo chciałam, aby był ktoś, kto by mi w tamtej chwili pomógł, kto byłby przy mnie… wtedy poczułam delikatny ruch w dole brzucha, a kiedy ułożyłam się na plecach, uczucie się powtórzyło, z tym że dużo wyraźniejsze i niepozostawiające już wątpliwości, że to ruchy dziecka. Dotknęłam brzucha, czekając na kolejne kopnięcia ze łzami w oczach, myśląc, że jednak jest ktoś przy mnie, we mnie… ktoś, kogo już tak bardzo kochałam, choć jeszcze go nawet nie zobaczyłam… moje dziecko, którego bym broniła za wszelką cenę. Postanowiłam, że czas zakończyć wędrowanie po dzikich ostępach, musiałam znaleźć miejsce, gdzie mogłabym doczekać do porodu, a potem... potem już na pewno jakoś by było. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz