wtorek, 27 stycznia 2015

Ich cel?

Dołączenie? Samotnik w grupie?
Dwie sprawy w tym momencie. Po pierwsze- sterowiec? Troy umiał się zakręcić ze swoją gadaną, ale że aż tak? Gdyby zamontować na nim jakieś działka można by pięknie siać zniszczenie tym gigantem. Zaiste, piękna maszyna. Po drugie- jak to się stało? Bez pytania, bez jakiegokolwiek namysłu zostałem wciągnięty do ich grupy? Czy to dobry pomysł żebyśmy byli w tym samym miejscu z Troyem? O ile mi nie zależy, podejrzewam, że on raczej jest odmiennego zdania niż ja. Z jednej strony moja dusza czuje coś na kształt radości- będę mógł odbyć wiele rozmów ze Steinem i poznać jego martwą naturę, będę mógł obserwować jakże ciekawą Wampirzyce- posłańca śmierci, obdarowaną hojnie przez Nelmnara, a także dowiedzieć się czym jest ta otoczka mordu nad Krwawym Elfem, a może nawet zobaczyć jak Lancello odbiera życie swoim łukiem. A może będąc blisko Troya ściągnę na siebie to co wydaje się być niechybne? Ale mimo wszystko- jak? Większość istot nie ufa tym co posługują się śmiercią, a nawet przeganiają czasem. Nawet nie pytali o mój dziwaczny chód spowodowany dwoma stawami w prawym udzie. Swoją drogą dobrze, że nie widzieli też mojej lewej stopy, która posiada palce jak u dłoni, czy prawego ramienia owłosionego niczym u wilkołaka. Czyżby to z pożałowania do tak marnego robaka jak ja? Litość nad istotą „ułomną”? Choć tak naprawdę wszystko mi jedno, to i tak pozostaje to dla mnie zagadką.
                Na sterowcu Valarad wtajemniczył mnie w celu ich podróży. Lecieli odnaleźć Oko Magii. Każdy kto pała się nieco magią słyszał chociażby pogłoski o tym artefakcie. Nie jeden mag chciałby go posiadać. Zaiste, to bardzo ciekawy artefakt- mógłbym nim poczynić więcej śmierci i rozkładu w tej marnej naturze, która dąży tylko do martwicy… Valarad, jak się okazało sam pała się magią- zresztą bardzo interesującą- magią podróży, choć z tego co mi mówił nie tylko tą magią się interesuje, najlepiej jednak czuje się ze swoimi mieczami.  A wracając do martwicy natury. Na sterowcu trzymają jednorożca. Pfu! Jedno ze stworzeń, których wręcz nienawidzę, symbol odwrotności wszelkich moich poglądów. Jak wszystko co w naturze- powinno umrzeć jak najprędzej. Gdybym tylko nie był tak beznadziejnie marny… Zabiłbym to stworzenie z ogromną radością. Jego ciało i kości posłużyć mogłyby wielu obserwacją oraz badaniom. A ożywieniec stworzony z tego truchła mógłby posłużyć w bardzo interesujących doświadczeniach. Oglądanie jego rozkładu byłoby kwintesencją jestestwa rozpadu pojedynczych komórek jego ciała i duszy. Byłaby to najbardziej fascynująca chwila mego wegetowania.
Chyba jestem winien tu małe wyjaśnienia- większość istot kojarzy miłośników natury- druidów, mało jednak wie, że istnieją ich przeciwnicy, potocznie zwani naturobójcami. Nie rozumiem tych, którzy zostają druidami, na siłę próbujących przedłużyć to co niechybnie musi nadejść. Większość z nich nie wie co to cierpienie- może gdyby wiedzieli nie czynili by tych bzdur. My, natomiast dobrze wiemy czym kończą się narodziny i co towarzyszy marnej wegetacji każdego z istnień. Przybliżanie istot do progów Nelmnara oraz rozkładu i śmierci to jedyny sposób na ukojenie, którego szuka każdy z nas. Jak mówią niektórzy z mądrych mnichów „Forma jest pustką i pustka jest formą”. Kto to pojmie wie iż nie warto sprzeczać się z nadchodzącym końcem. Druidzi to naprawdę głupcy…

Podróż
Wracając jednak do tematu. Podróż z istotami, z którymi zaznajomił mnie Troy okazała się dosyć interesująca. Z przyczyn, które opisałem wyżej, a także innych doznań. Mikur nadal ćwiczył ze mną nasze walki kościej kontra golem. Wyniki były różne, więc jednak to nie zmiana kończyn golema decydowała wtedy o jego zwycięstwie. Może więc to wina myszy, z których powstał kościej, muszę baczniej wybierać okazy. Jak już wspominałem, Wampirzyca na tym sterowcu jest jedną z bardziej interesujących istot. Potwierdziła to pewnego dnia kiedy siedziałem i miałem zabrać się z Mikurem do naszych sparingów magia-moc.
-Przydałaby się jakaś kreda, żeby zaznaczyć „arenę”- powiedział Mikur rozglądając się wokół siebie.
-Jeju…- jakby z lekkim politowaniem wampirzyca przewróciła oczami widząc tą rozrywkę.
Po krótkiej inkantacji przede mną i Steinem pojawił się obrys z krwi, a kiedy władca golemików zaczął kręcić nosem Vivienne wyinkantowała kościaną arenę, wokół której spływały falbany krwi… Cóż za cudowny widok. Jakież piękne zdolności ma Vivienne. Czyż może być coś cudowniejszego? Wampirzyca, która ze śmierci powstała i żyjąc sieje śmierć wokół siebie, żywiąc się cudzą śmiercią, władająca zarówno kośćmi jak i krwią? Mogąca wzburzyć krew i „poustawiać” kości istotom. Nelmnar był bardzo hojny obdarzając ją tyloma darami. Ona MUSI być posłańcem śmierci. Jej zdolności przekraczają pojęcie piękna, nikt kogo widziałem do tej pory tak bardzo nie był uzdolniony do siania śmierci i marności. Zaiste, cudowna to istota.
                Po paru dniach podróży dotarliśmy do miasta Słonecznych Elfów. Lancello od razu poinformował nas, że on tam nie idzie. Reszta również niezbyt wydawała się chętna do spacerowania pośród tych wkurzających elfów. Valarad wyjaśnił, że mamy tu poszukać zapisków o Oku Magii i wziął swoich dwóch piratów. Jak się okazało inne rasy w mieście Słonecznych Elfów muszą chodzić na smyczy.
-Słuchajcie- przeciągle powiedział Valarad- Jest sprawa. Inni mogą tam wejść, ale jedynie na smyczy. Ktoś chętny?- rozejrzał się po nas, a wszyscy patrzyli zdziwienie tym co powiedział i machali niechętnie głowami.
-Ja pójdę- odezwałem się spokojnym tonem- i tak jestem marnym robakiem, nic nie wartym, więc co to za różnica czy wejdę tam w jakiejś obroży , czy też bez?
Krwawy Elf spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale po krótkiej chwili odparł:
-No ok. Chodźmy w takim razie.
Przy bramach miasta Elfy powiedziały, że widzą, że zwierzątko jest bardzo ułożone. Tak bardzo mnie to nie obeszło, że nawet nie posłałem spojrzenia temu gburowi. W bibliotece przypomniała nam się mała istotna kwestia- to elficka biblioteka, więc w ludzkim języku raczej nie poczytam. Jednak postanowiłem doszukać się po symbolach, obrazkach i innych graficznych szczegółach. Kilka razy nawet udało mi się doszukać pomocne informacje. Po kilku dniach mieliśmy 4 lokacje, w których może znajdować się Oko Magii. Dowiedzieliśmy się też, że wcześniejsze ekspedycje wracały z niczym, albo po prostu nie wracały. No tak, w końcu to legendarny, magiczny artefakt. Pewnie zginiemy próbując go zdobyć… W najgorszym razie wrócimy z niczym.
                Po kilku dniach siedzenia w bibliotece, gdy mieliśmy już potrzebne informacje przyszedł jeden ze słonecznych elfów i wystawił nam rachunek za siedzenie w bibliotece… bardzo pokaźny rachunek… Valarad spojrzał na mnie, a ja tylko cicho burknąłem, ze zdecydowanie nie mam tylu pieniędzy. Stwierdził, że wystawi za mnie te pieniądze i sam zostanie jeszcze poszperać w jakiś księgach. Ja zaś udałem się powrotem na pokład sterowca.
                Wchodząc usłyszałem odgłosy mordobicia. To mógł być albo Troy albo piraci Krwawego Elfa. Tak przynajmniej myślałem. Dochodząc do odgłosów zauważyłem jak się spodziewałem Troya, ale oprócz niego byli tam też Lancello oraz Vivienne. Cóż za zaskoczenie- Wampirzyca właśnie ocierała krew z ust i wbiegała wręcz z powrotem do miejsca gdzie stał Lancello. Wymierzyła mu cios z pięści, a ten oddał jej bez wahania. Troy wytłumaczył mi, że uczy ich jak się bić, a Wampirzyca uczy Lancello wytrzymałości. Hmm to może być ciekawa zdolność. Słyszałem, że wprawni wojownicy potrafią ustać i wyprowadzać kolejne ataki, nawet kiedy ich ciało jest już tak poranione, że praktycznie są martwi. To musi być cudowne uczucie stać i trwać w obliczu śmierci. Ciekawe czy to uczucie tak jakby stać na progu przepaści i kołysać się licząc na los w którą stronę bardziej się przechylimy… Zaiste, ciekawe jak to jest…
-A może ogłuszania?- głos posłańca śmierci wyrwał mnie z zadumy.
-Słucham?
-Może ogłuszania cie nauczyć?
-W sumie z chęcią- odpowiedziałem świeżo wyrwany z zadumy.
O dziwo, bardzo szybko załapałem o co chodziło. Może kiedyś przyda się ta zdolność. Np. do sprowadzenia do nieprzytomności jakiegoś obiektu badań.
                Po jakimś czasie Valarad wrócił zadowolony. Widocznie musiał wyczytać coś bardzo interesującego w księgach. Oddawałem się rozmyślaniom, kiedy spostrzegłem, że Krwawy Elf rozmawia o czymś z Lancello, poczym zniknął i pojawił się po jakimś czasie.
-Słuchaj, używasz magii i mocy z tego co zauważyłem, prawda?
-Owszem, posługuje się nieco tymi zdolnościami- Oj i to nawet bardzo, pokazałem dopiero mały zadatek tego co kryje w rękawie o ile mogę tak powiedzieć.
-No to trzymaj. To jest Turban Daar’Kannana- wspomoże twoją moc albo magię na krótki czas, a i czasem dodaje trochę charyzmy heh- dodał sprzedając mi kuksańca- To jest Płaszcz Podniebnych Spacerów. Chyba nie muszę tłumaczyć co robi, ale uważaj bo mocno pochłania moc użytkownika. Tu masz fifne Sandałki Daar’Kannana. Nieźle chronią od piorunów a i zaklęcia będziesz miał nieco silniejsze. Zauważyłem, że śmierć całkiem cię jara i lubisz się bawić w nekromancje, więc to może Ci się przydać- ten pierścień zwiększa możliwość kontroli nieumartych, więc pewnie ci się spodoba. No i trzymaj ten Kostur Trudów, może i jest kruchy jak na broń, ale jest w nim zaklęcie blinku. Będziesz mógł przesuwać się nim na znaczniejsze odległości bez przemęczania nóg. Ja często się tym posługuje, naprawdę przydatne- uwierz mi.- Valarad po kolei kładł na moje ręce następne przedmioty pokrótce wyjaśniając każdy z nich i patrząc na moją zdezorientowaną i zdziwiona minę śmiał się.
-U nas na sterowcu nikt nie chodzi nagi- dodał na koniec
-Dziękuję- odpowiedziałem nieco zmieszany, ale jednak nauczony dziękować za to co dostaje.
Nadal nie mam pojęcia dlaczego mnie przyłączyli do siebie… Zaiste, bardzo to ciekawe.

Rozmowy o śmierci

Kierowaliśmy swoją podróż do lasów otulających wschodnie półwyspy Kontynentu Elfów, między miastami Mar Kinan, a Mar Noss. To tu mieściła się jedna z najbliższych lokacji ruin, w których potencjalnie miało być Oko Magii. Postanowiłem wykorzystać ten czas na rozmowę z członkami podróży. Usiadłem w kantynie i przyglądałem się otoczeniu. Nagle wszedł Blargh. Było czuć od niego nieumarłym na kilometr. A więc był tu jeszcze jakiś nekromanta? Miałem nadzieję- moglibyśmy prowadzić długie i ciekawe rozmowy.
- Gdzie twój Pan Blarghu?- spytałem się dumnym głosem.
- Mój Pan?- zaczął wodzić wzrokiem jakby instynktownie szukając- Nie mam Pana.
- Zaiste, interesujące. Nieumarły bez Pana- widocznie nie przepadali tu za nekromancją skoro jego Pan się krył, a może wydał mu rozkaz, aby nie ujawniał jego tożsamości. Rozmowa z nim nie wydawała się nazbyt interesująca i mogąca wnieść coś więcej w moje obserwacje, więc zupełnie go zbyłem.
 Póki co najbardziej interesującą istotą w tej latającej puszce wydawała mi się Wampirzyca.
- Witaj moja droga- powiedziałem lekko się skłaniając i przysiadając się tuż obok niej.
- Witaj…- powiedziała jakby z lekkim lękiem.
- Przyszedłem porozmawiać.
- O czym?
- O tym jakie piękne masz dary aby nieść śmierć.
- Ale ja wcale nie chce nieść śmierci.
- Ale niesiesz ją, dzięki niej żyjesz. Zaiste, to bardzo ciekawe- jak utrzymujesz się przy życiu czerpiąc ze śmierci.
- Nie zawsze muszę zabijać.
- Pozbawiasz istoty krwi. Większość istot, która ją posiada przez to umiera. A nawet jeśli sama ich nie zabijasz, przyczyniasz się do ich umierania. Ależ nie patrz tak na mnie- powiedziałem, widząc jej wzrok lekko wystraszony- To co czynisz jest piękne. Nelmnar wybrał cię na swego posłańca. Abyś niosła wśród tych wszystkich istot śmierć, była Jego żniwiarzem i głosem. Moce jakie posiadłaś są cudownym darem od Nelmnara. W dodatku jesteś istotą żywą- jesteś pięknym dowodem na to, że życie może oprzeć się na śmierci, a śmierć być wybawieniem.
- Śmierć wcale nie musi być taka piękna i zbawienna jak mówisz- powiedziała lekko smutniejąc- może być utrapieniem.
No tak, mało kto widzi pełnie wybawienia w śmierci jak ja. Postanowiłem powiedzieć Vivienne coś co ją przekona.
- Mylisz się. Spójrz na prosty przykład. Matka rodzi dziecko, ale nie chce go, więc ma dwa wyjścia- pozostawić je przy życiu i porzucić, albo zabić. Jeżeli daruje mu życie, ale porzuci je, to skazuje je na wieczne męczarnie. Dziecko będzie żyć, w przekonaniu, że nie może osiągnąć tego co pragnie, że nie może zaznać szczęścia jakie posiadają inni, którzy posiadają rodziny. Będzie w wiecznym bólu dążyć do swoich ostatnich dni, pogłębiając się w samotności i smutku- ech… nawet nie wiem, w którym momencie przeszedłem do wspomnień, ale byłem zbyt pochłonięty aby przerwać…- nie zazna szczęścia, a jedyne czego będzie pragnąć to śmierci jednocześnie nienawidząc i przeklinając rodziców, którzy je porzucili… odda się jedynemu co da jej ukojenie- dążeniu do śmierci, bólu, który ukoi smutny ból życia w samotności… Lub też- matka mogłaby zabić dziecko. Jeżeli by to uczyniła, oszczędzi mu wszelkiego cierpienia jakie daje ten świat. Jego dusza będzie w bezpiecznym miejscu, gdzie nigdy nie zazna krzywdy, ani smutku- u sprawiedliwego Nelmnara.
Skończyłem swój wywód i jakby otrząsając się z zamyślenia spojrzałem w stronę Wampirzycy.
- Zamknij się! Jesteś kompletnie pojebany! Ty cholerny, fanatyczny psychopato! Co ty możesz wiedzieć o tym!- histerycznie zaczęła wykrzykiwać z płaczem w oczach w moją stronę. Widziałem, że ma ochotę mnie uderzyć, ale jakby zupełnie opadła z sił. Po prostu wybiegła i usłyszałem po chwili tylko jak zamyka z trzaskiem drzwi do swojego pokoju.
Wszyscy spojrzeli się w moją stronę, a rozmowy w kantynie ucichły. Nawet piraci zamarli w bezruchu. W końcu odezwał się znany mi głos:
- Coś ty jej powiedział?- Lancello wręcz z karcącym wzrokiem spojrzał w moją stronę.
- No co? Rozmawialiśmy sobie o śmierci i takich tam i podałem jej przykład, że lepiej, kiedy matka zabije swoje dziecko, niż kiedy je porzuci i każe mu trwać w bólu- już miałem tłumaczyć im dlaczego, ale przerwał mi Blargh.
- Idioto, ona niedawno straciła dziecko.
- Auć… Nie wiedziałem- no co? Nawet ja mam resztki serca…- Słuchaj- spojrzałem w stronę Steina- Twoja przyjaciółka może cię potrzebować. Idź do niej.
- Najpierw załatwię ci dekapitacje- Mikur z całą złością mi pogroził. Gdyby tylko wiedział jak bardzo to na mnie nie działa…- Jak ciągle będziesz pierniczył o tej śmierci, to ciebie do niej przybliżę i to baaaardzo mocno.
-No dobra- odparłem mu od niechcenia.
-To ona była…?- wtrącił się Troy, który przysiadł się do mnie i Steina i pokazał ręką kształt ciążowego brzucha - Ej! Mikur! Napijmy się! No dawaj!
- Eee- chwila konsternacji wkradła się na twarz Steina- No dobrze. Skoro polewasz- zupełnie stracił zainteresowanie dekapitacją, jak i swoją przyjaciółką, która jak podejrzewałem, może za niedługi czas stać się już bliższa wampirom, które znam- martwa.
                Reszta drużyny powróciła do rozmów, które prowadzili przed chwilą. Piraci grali w kości i karty przygryzając śniadanie. Blargh i Valarad z Lancello mówili o jakiś broniach i sztuczkach jakie potrafią nimi wyczyniać, oraz mocach i magiach. Kombinowali jak mogliby pokonać potencjalnych wrogów i zajmowali się taktycznymi sztuczkami. A Troy i Stein po prostu pili, a wkrótce pił już tylko Troy, gdyż Mikur padł na stół z wielkim łomotem. Najbliższy świat nagle zapomniał o Wampirzycy… Ech… strata dziecka, co? To nigdy nie jest łatwe na początku… Ci co poznali ból wiedzą, że ten fizyczny nigdy nie będzie najsilniejszym, bardziej boli to co w naszym sercu i duszy, aż oba staną się puste i pozbawione energii i sensu do życia…
Wstałem niezauważenie i spokojnym krokiem poszedłem w stronę drzwi z których im byłem bliżej dobiegał mnie wyraźniejszy glos łkania. Usiadłem pod jej drzwiami.
- Słuchaj…
- Odejdź!
Nagle wokół mnie rozpostarła się ogromna ciemność, a mnie przeszył ból jakby przestrzeń przecięła moje ciało.
-Posłuchaj. Wiem co się stało. Teraz przynajmniej twoje dziecko może zaznać spokoju. Na pewno jest szczęśliwe, więc nie troskaj się. Jest bezpieczne.
Kolejna fala ciemności otoczyła mnie i rozdarła moje ciało.
-Odejdź! Bo zginiesz!
Nawet nie wie jak bardzo tego pragnę, ale czy, gdybym ją prowokował nie byłoby to niczym samobójstwo? Nie mogę przecież decydować, kiedy oddać swoją duszę Nelmnarowi. Oddaliłem się więc i wróciłem do kantyny, gdzie siedzieli wszyscy. Poinformowałem ich o stanie ich przyjaciółki i Manro jakby od niechcenia ruszył w jej stronę, jednak szybko wrócił z obrażoną miną. Łatwo było wywnioskować, że raczej nie udało mu się pomóc Wampirzycy. Stein wstał właśnie i jakby mu się przypomniało coś wstał człapiąc w stronę Vivienne. Po chwili usłyszeliśmy łomot drzwi, jęk bólu Steina- no tak, kac- i jakieś nieporadne tłumaczenia. Lancello wstał od stołu i ruszył w stronę Steina i Wampirzycy, a za nim ruszył Troy i Manro. Co miałem tak sam siedzieć? Poszedłem popatrzeć cóż też wymyślili. Stein za każdym razem kiedy wszedłem do pokoju wyrzucał mnie z niego, więc zagroziłem mu, aby tego nie robił, ten zaś zagroził mi bronią. Nagle wokół nas znalazła się kula z aury. Ten nieumarlak bez pana uwięził nas, po czym poszedł z nami do sterowni i zamknął nas w klatkach, skutych i zakneblowanych. W sumie to wszystko mi jedno, więc usiadłem sobie patrząc na widoki za oknem. Mikur za to się szamotał i ciągle cos pojękiwał. Jak się dowiedziałem Lancello zastosował bardzo szokową terapię na Wampirzycy. Skoro tak bardzo chciała umrzeć- zadał jej ból i rany z mitlirowego sztyletu. Szybko ponoć zrezygnowała ze swoich zamiarów. Kiedy byłem pod aurą Blargha przemyślałem wszystko jeszcze raz. Jak już wspominałem, wiem czym może być ból na sercu i duszy i jak bardzo może być wyniszczający… może i moje serce jest już od dawna puste i umarłe, ale coś ostatnio jakby na tym sterowcu nie daje mi spokoju… jakby gdzieś tu był sens, który utraciłem lata temu… Ale w co ja wierze? Ech… jak zawsze jestem beznadziejny i nic nie warty… egzystencja jaka mnie podtrzymuje to chyba jakiś głupi żart… Postanowiłem, że powinienem przeprosić Wampirzycę, za moje nierozważne słowa. Dlatego też kiedy zostaliśmy uwolnieni poszedłem zapukać do drzwi Vivienne, gdzie stały już wstawione na nowo drzwi. Zapukałem, a drzwi otworzyła mi Wampirzyca z mieczem wykierowanym w moje gardło. Przybliżyłem się do ostrza, żeby ją uspokoić i pokazać, że nie boję się cięcia nim.
- Czego?- oburzona i zła Vivienne spojrzała na mnie jak na niższego rzędu koscieja.
- Słuchaj… Rozumiem, że nie wszyscy są tak pojebani na temat śmierci jak ja…
- Tak…?
- Chciałem Cię przeprosić. Rozumiem, że strata dziecka musi boleć. Wybacz, nie wiedziałem.
- Dobrze - lekko niepewna odpowiedziała Wampirzyca, jakby zupełnie się tego nie spodziewała po mnie- Coś jeszcze?
-Nie. Tylko tyle- odwróciłem się nie czekając na jej reakcję i odszedłem
                Kiedy wróciłem do kantyny Troy zaproponował mi się napić. A co mi tam? Wziąłem łyka, ale zawsze miałem słabą głowę do alkoholu, więc od razu padłem na stół pijany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz