W tym
dzienniku będę opisywać niektóre sytuacje i zachowanie towarzyszy.
Rytuał
godowy u nieznanego gatunku
Podróżował z
nami ćwierć smok. Był okazałym gatunkiem z ciekawą historią. Jego powłoką
niestety był smok. Na co dzień chodził w futrze. W kolejnej ćwiartce był gatte.
Przypominał trochę wilka ze spłaszczonym pyskiem. Gdy zmieniał swoją powłokę na
smoka, futro pozostawało, zaś łuski w ogóle nie występowały na powierzchni.
Kolejne dwie ćwiartki nie są godne uwagi.
Podczas
jednej z wypraw spotkaliśmy osobę, kobietę, podobną do ćwierć smoka. Ćwierć
smok nosił imię Othr, imienia tej drugiej osoby nie zapamiętałam. Od razu mieli
się ku sobie. Wszyscy towarzysze nazwali ich parą. Othr trochę zaprzeczał, za
to kobieta zaprzeczała zupełnie. Choć widać było, że są parą zaprzeczali oboje.
- To wy nie jesteście parą? – spytałam pełna
zdziwienia. Zaprzeczali własnym uczuciom. Z tym się jeszcze nie spotkałam,
dlatego postanowiłam się bliżej temu przyjrzeć.
- A niby
czemu mieliśmy być parą?
- A to tak
nie działa? – spytałam się w skrócie. Jak dla mnie samo ich spotkanie było
jakimś wielkim wyczynem. Przez całą swoją podróż nie spotkaliśmy nikogo
podobnego.
Kobieta się
uniosła.
- Ty znasz
jego – wskazała na Ravisa – to czemu nie jesteście parą? To tak nie działa?
Spojrzałam
na Ravisa, on uniósł ręce do góry mówiąc:
- jestem od
niedawna
Ravis był
smokiem w ludzkiej powłoce. Nie rozmawialiśmy ze sobą, ogólnie go nie znałam.
Nie widziałam sensu w porównaniu obu tych sytuacji. Między mną a Ravisem nie
było żadnej nici porozumienia. Othr z tą kobietą za to świetnie się dogadywali.
Patrząc na postawę tej kobiety przemilczałam resztę. Widocznie to część
rytuału. Najpierw zaprzecza się uczuciom, udając, że wcale nie jest tak jak
jest. A potem oficjalnie uznają się parą.
Żal zakryty
zemstą
Zdarzyło mi się
pewnego razu zabić jednego z towarzyszy. To był czas kiedy jeszcze nie
dopracowałam celności. Moje zionięcie, które chciałam skierować na wrogów,
skierowałam na Manro. Okazało się potem, że jest przeklęty i zamienił się w
blarka.
Blark to
niby duch, który musi co jakiś czas zmieniać skórę. Choć nie wiem do końca czy
to duch. Na oko ludzkie wygląda to obrzydliwie, zaś dla smoka to tylko zmiana
skóry.
Nie mógł
wybaczyć mi tego morderstwa i przy każdej możliwej okazji pokazywał mi jaki ma
do mnie żal za ten czyn. Przeprosiłam go wiele razy, jednak przeprosiny nie
wystarczały. Nie dziwiłam się jego postawy. O dziwo mimo tego jak się do mnie
odnosił, gdy miałam kłopoty to mnie ratował. Trochę dziwna postawa.
Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Bardziej braku pomocy, większej
pogardy. Widziałam, że tłumił w sobie niektóre uczucia. Byłam mu wdzięczna za
pomoc i próbowałam jakoś zadośćuczynić.
Byliśmy przy
portalach, już po długiej podróży. Wszyscy moi towarzysze wrośli w siłę, ja
skupiłam się na czymś innym. Tym razem nie mogłam nikomu zagrozić swoim
zionięciem. Mieliśmy wejść do zatopionego statku.
- Kto chce
iść? – spytał Valarad, elf pirat.
- Ja pójdę –zgłosił
się Manro. Valarad spojrzał po pozostałej reszcie.
- Ja też
mogę iść – zgłosiłam się.
- Ty zostaniesz
– odpowiedział gniewnie Manro i popędził Valarada by weszli do środka.
W jego
odezwie było więcej nienawiści niż na samym początku. Tłumione uczucia urosły.
My smoki nie mamy takich problemów, w sensie smoki nie uczłowieczone. Gdy
uczucia, emocje rosną w głowie i nie mają żadnego upustu, to ludzie czy inne
emocjonalne osoby, stają się gniewne. Przez złość, mściwość, okrucieństwo
wyrażają swoje niezadowolenie. Czułam, że tym razem by mi nie pomógł i pozwolił
by mi umrzeć.
Nie
dyskutowałam, nic nie powiedziałam. Z obojętnym wyrazem twarzy skinęłam głową.
Nie warto dyskutować, kłócić się z taką postawą u innych gatunków. Najlepszym
sposobem jest milczenie.
Nowa książka
Nauczyli
mnie czytać, gdy dowiedzieli się, że nie mogę użyć zwoju wskrzeszenia, bo nie
potrafię czytać. Z początku pomysł samej nauki wydał mi się niepotrzebny, ale
zgodziłam się. Będąc w podróży trzeba się dostosować, a ja jako jedyna nie
potrafiłam czytać. Nauka czytania okazała się dobrym pomysłem. Ludzie czy inne
gatunki zapisują swoje spostrzeżenia w książkach. Te spostrzeżenia często mogą
uratować życie. Spisywanie swoich doświadczeń czy obserwacji by ktoś mógł to
przeczytać wydawało mi się dobrym pomysłem. Dzięki temu młodzi mogli ustrzec
się przed niektórymi błędami. Ja zaczęłam swoją przygodę z czytaniem od czegoś
prostszego. Byłam ciekawa jakie legendy krążą po kontynencie ludzi, dlatego
zakupiłam taką księgę. W wolnej chwili lub gdy na coś czekałam czytałam.
Poznawałam wtedy mentalność ludzi, ich wierzenia. Dzięki temu łatwiej było
udawać. Nie chciałam być ludzka, widziałam co się dzieje ze smokami jak się
uczłowieczą. Choć czułam, że powoli staję się człowiecza. Odpychałam człowieczą
świadomość, by móc lepiej poznać mentalność ludzką. Jeśli nie chcesz się kimś stać
lepiej go poznaj.
Gdy
skończyłam czytać legendy, nie miałam innej książki. Czekałam aż Manro z
Valaradem wrócą z tej swojej wyprawy.
- Książka mi
się skończyła – oznajmiłam na głos. Obok mnie stał Othr i kobieta innego
gatunku. Jeszcze nie dowiedziałam się jak się owy gatunek nazywa.
- Chyba mam
tu coś – powiedział, szukając w swojej torbie. Wyciągnął dość opasły tom. –
proszę.
- Dziękuję –
powiedziałam chwytając książkę. Nauczyłam się pewnego zachowania ludzkiego. Gdy
ktoś zrobi coś miłego należy użyć słowa dziękuję by wyrazić wdzięczność,
niekiedy wystarczy uśmiech, ale słowo jest potwierdzeniem wdzięczności.
Dostałam do
rąk księgę alchemiczną. Otworzyłam pierwszą stronę i zaczęłam czytać.
Większości słów nie rozumiałam, więc pytałam się o poszczególną definicję słowa
właściciela księgi. Jego kobieta była niezadowolona. Robiła wielkie pretensje,
że on spędza ze mną czas zamiast z nią. Othr się tłumaczył, że jest dla mnie
jakby mentorem. Nie słuchałam tego dokładnie. Patrzyłam na gesty. Kolejny
rytuał. Kłótnia, zazdrość, zwracanie na siebie uwagi. Kobiety oczekują pełnej
uwagi od swojego partnera, a gdy zbliża się do innej i spędza z nią czas
naradza się zazdrość. Jeszcze nie do końca rozumiem znaczenia tego słowa.
Dom
Zobaczyłam
swój dom. Serce mi ścisnęło. Niczego nie pokazałam po sobie, a towarzysze
patrzyli bardziej na portale niż na moją reakcję. Nie myślałam, że zobaczę dom
i swoje młodsze rodzeństwo. Nawet nie wiedziałam, że tęsknimy. Do tej pory
przyjmowałam wszystko co dawał mi świat. Gdy opuszczali nas towarzysze i
pojawiali się nowi, nie przywiązywałam do tego wagi. Widząc własny dom poczułam
tęsknotę. Obok był portal do gospodarstwa domowego. Bez chwili zastanowienia
tam weszłam. Nie chciałam by towarzysze zobaczyli u mnie jakiekolwiek uczucia.
Udałam, że się zastanawiam gdzie wejść. Chodząc po gospodarstwie walczyłam z
własnymi uczuciami. Kusiło mnie by wrócić do domu. Być na powrót po prostu
zwyczajną smoczycą. Miałam dość powłoki ludzkiej, ciągłego ubierania się,
rozbierania i dbania o ubrania. Byłam odwrócona tyłem do portalu by towarzysze
nic nie widzieli. Powoli mijałam krowy, świnie ciesząc się zapachem ich życia.
Powoli się uspokajałam. Doszłam do miejsca, gdzie były już zabite zwierzęta.
Chciałam zabić jedną ze świń, ale zwróciłabym na siebie uwagę. Mogłyby uczucia wziąć
wtedy górę nade mną. Gdy ma się walkę z własnymi emocjami trzeba się po prostu
uspokoić i zdusić. Nie chciałam skończyć tak jak Manro. Chwyciłam kilka
kurczaków. Nie były mi do niczego potrzebne, w sumie nie chciałam niczego brać,
ale to było silniejsze ode mnie.
Wyszłam z
portalu już spokojna z obojętnym wyrazem twarzy. Weszłam do swojego domu.
Młodsze rodzeństwo zdziwiło się na mój widok, a ja cieszyłam się, że ich
zobaczyłam. Choć lepiej nie wracać do swojego domu gdy jest się w podróży. Po
to wyruszamy by poznać świat. Wracając skazujemy się na tęsknotę. Rozejrzałam
się trochę. Nic się nie zmieniło. Wyciągnęłam kurczaki ze swojej torby i dałam
rodzeństwu. Chciałam wtedy zabrać choć jednego z nich by mi towarzyszyli. Moi
towarzysze ciągle się zmieniali, a rodzeństwo znałam bardzo dobrze. Nawet miło
by było mieć przy sobie kogoś kogo dobrze znam i mnie choć trochę rozumie.
Przez swoich towarzyszy byłam uznawana za dziecko, taką głupią i naiwną smoczycę.
Nie wyprowadzałam ich z tego błędu.
Złodziej
Podczas
jednej z wypraw znaleźliśmy skrzynię. Ze skrzyni wydobył się głos:
- Weź mnie –
a ja bez zastanowienia chwyciłam. Właściciel głosu był nieznanym dla mnie
gatunkiem, potem dowiedziałam się, że ma w sobie demona. Miał tylko czaszkę i
kręgosłup. Okręciłam go sobie wokół pasa, by mieć go przy sobie przez cały
czas. Długo się nie odzywał po tych pierwszych słowach. Odezwał się dopiero
kiedy byliśmy przy portalach.
- Głodny
jestem – jego głowa wysunęła się w moją stronę.
- Ja także
jestem głodna – zaczęłam rozglądać się po towarzyszach, jednak Francesca
uprzedziła mój ruch.
- Tam są
świeże trupy – wskazała na jaskinię obok.
- Ok. –
odpowiedziałam obojętnie udając się w tamtą stronę. Chciałam skosztować z
żywego ciała. Jedzenie padlin nie jest w żadnym wypadku zabawne. By zagłuszyć
głód swój i mojego towarzysza ugryzłam jedną z padlin. A potem już jadłam.
W między
czasie towarzysze weszli do kolejnego portalu. Ja potem weszłam za nimi, gdy
było po wszystkim. Miałam przeczucie by wcześniej nie wchodzić. Nie chciałam
zobaczyć tego co się wydarzyło. Niektórych rzeczy lepiej nie widzieć.
Malar
Wszyscy bali
się wejść do jednego z portali, które otworzył Pan Wąż. Nie byłam tym
zaskoczona. Ten elf sprowadzał na naszą drużynę same nieszczęścia. Ja nie
czułam strachu. Spojrzałam się na ten portar. Od razu zrozumiałam czego się
wystraszyli.
- Ja mogę
pójść – zgłosiłam się. Wszyscy się zgodzili. O to mi chodziło.
Weszłam do
portalu i znalazłam się tuż przy stole Malara. Spodziewałam się tego. Byłam
ciekawa co do mnie powie.
- Zapraszam –
wskazał na miejsce obok siebie.
- Ok. –
odpowiedziałam krótko. Wiedziałam jak zareagowali na to towarzysze. Spisali
mnie na straty. A ja z ciekawością usiadłam przy Malarze. Nie wydawał się
groźny, ale Malarowie już tak mają. Oni są bardzo przyjaźni, wręcz niemożliwie
uprzejmi. Niczym nie zdradzają swojej prawdziwej natury dopóki im się ktoś nie
sprzeciwi. To są bardzo potężne istoty, z nimi nie ma się szans. Jeśli nie
chcesz żyć w męczarniach lepiej się mu nie narażać. Mimo tej wiedzy poszłam.
Ciekawość prowadzi do piekła – takie krąży zdanie wśród ludzi i ma w sobie
ziarno prawdy. A ja chciałam lepiej poznać Malara, byłam ciekawa co chce ode
mnie. Należałam do osób najmniej groźnych ze swoich towarzyszy, w niczym mu nie
zagrażałam. W moim umyśle krążyła ciekawość jego osobą, a także pewne
informacje o mnie samej. Nie myślałam o towarzyszach, jedynie o Panu Wężu. Nie
przepadałam za tym osobnikiem. Jakoś nie mogłam pozbyć się go z mojej głowy. A
spodziewałam się, że Malar penetruje mój umysł. A umysł nastawiłam przyjaźnie
do niego, w sumie nie czułam strachu, ani jakiejś niechęci, więc nie musiałam
się wysilać. Z ciekawością na niego patrzyłam podczas jedzenia – pozwolił mi
zamówić co chcę. Wiedział, że go obserwuje. W pewnym momencie podał mi dzwonek.
Dzwonek wyglądał ciekawie, przyjęłam podarek. Choć uprzedzam wszystkich, którzy
to czytają, nie przyjmujcie niczego od Malara, bo na ogół jest to nasycone
czymś co może wam zaszkodzić.
Ja przyjęłam
dzwonek i bez zastanowienia przywiesiłam go sobie do szyi, obok mojego medalionu.
Byłam ciekawa co to za dzwonek, ale wiedziałam, że dowiem się po czasie.
Chciałam wydać Malarowi Pana Węża, a to może być dobry sposób na to. Towarzyszy
się nie wydaje, o towarzyszy się dba. Powinnam o tym wtedy pamiętać, ale jakoś
tak wyszła cała niechęć do niego. Może to wina tego Malara? Nie wiedziałam czy
zdradziłam miejsce naszego pobytu. Zapomniałam o tym gdzie jesteśmy by nie zdradzić
pozostałych towarzyszy. Nie chciałam by coś im się stało i także w myślach
poprosiłam o to Malara, choć wiedziałam, że pewnie i tak nic to nie da.
Po chwili
dał mi kolczyki, bo stwierdził, że dzwonek to za mało. Dla mnie dzwonek był
bardzo pięknym podarunkiem, ale nie dyskutowałam. Podziękowałam za drugi
podarek. Chciałam na początku je przywiesić, jednak z czasem zrezygnowałam. Do
smoka kolczyki nie pasują. Schowałam je do torby by mieć je przy sobie.
Zazdrość
Odkryłam
uczucie zazdrości. Po spotkaniu z Malarem coraz ciężej było odpychać emocje.
Odblokował mi to co ja usilnie blokowałam. Widząc Pana Węża czułam niechęć,
jednak kiedy mój towarzysz, którego trzymałam na swojej talii przyszedł do
niego poczułam pewne ukłucie żalu. Poszłam za nim i zobaczyłam jak Pan Wąż
przymila się do mojego kolegi.
- Czy ty go
będziesz używać? – spytał z nadzieją w głosie. Oburzyłam się na to pytanie.
Wiedziałam, że czegoś chciał od Złodzieja – takie imie nosi kolega – chciał go
po prostu wykorzystać.
- To mój
kolega. Kolegi się nie używa – oznajmiłam ze złością. Złość wykiełkowała w moim
gadzim sercu. Czułam coś na wzór nienawiści. Chciałam go skrzywdzić, zadać mu
ból.
- Smagnij
mną – usłyszałam od Złodzieja, niczego więcej do zachęty nie potrzebowałam.
Zaatakowałam go, niezbyt mocno. Gdy uświadomiłam sobie swój czyn postanowiłam
się oddalić. Miałam nie atakować swoich towarzyszy.
Pan Wąż
potem zrobił drugie podejście. Wyraźnie chciał mi odebrać mojego kolegę.
- My nie
jesteśmy tylko kolegami, ale przyjaciółmi – usłyszałam i zaraz potem
zaatakowałam pięścią.
Zazdrość to
połączenie obawy przed utratą kogoś bliskiego połączona z gniewem. Tu nie ma
miejca na logikę. Zobaczyłam iskry wściekłości u Pana Węża, ale musiał grać by
zdobyć sympatię Złodzieja. Złodziej zaś przejął się tym, że jego nowy kolega
nie jest lubiany przeze mnie. Złączył nas razem swoim kręgosłupem. Pierwszy raz
poczułam obrzydzenie. Stłumiłam te uczucia by nie smucić Złodzieja, ale
narastała we mnie nienawiść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz