Wiele razy
wspominałem o sterowcu. Tak, drużyna ta posiada sterowiec. Choć wchodząc do
składu nie mieliśmy o tym pojęcia i okazało się, że naszą pierwszą wspólną
przygodą było odzyskanie tego sterowca z rąk wroga. Tak przynajmniej mi mówili,
do dziś nie mam pewności czy po prostu go nie ukradliśmy właścicielom. Drużyna
do, której się przyłączyliśmy dostała informacje, że ich sterowiec, który im
skradziono dawno temu stacjonuje w mieście w którym, się znajdujemy. Wszystko
wskazywało na to, że jest to pułapka. Zero straży, zero problemów, ze zbliżeniem
się. Jednak pozorne szczęście trwało dosyć krótko. Tuż po zbliżeniu się na
pewien dystans do sterowca nagle zewsząd otoczyli nas ludzie w czarnych
płaszczach. Ich liczba była przytłaczająca jak na naszą mała grupkę. Plan
pojawił się nagle- dostać się do sterowca i uciec nim. Jednak ze sterowca
wylazła jakaś kreatura, a Pan Wąż zniknął pod czarną kopułą, która nagle
utworzyła się w miejscu, gdzie się znajdował. Ktoś z załogi przykuł swoją uwagę
kreatury, kiedy reszta skrupulatnie poczęła wślizgiwać się do sterowca. Kiedy
wszyscy oprócz Pana Węża znaleźli się na sterowcu zaczęliśmy uciekać. Oni chyba
naprawdę nie lubią Pana Węża… Jakoś udało nam się uciec. Szczerze mówiąc nie
pamiętam jak, ale w końcu i Pan Wąż znalazł się z nami. Zaczęło się wypytywanie
go co się stało. Mówił coś o umowie z Malarem i drużyna stwierdziła, że trzeba
go wydać Lady Marian, władczyni Marianburgu. Marianburg to chyba najbardziej
spokojne wolne miasto w całym Oneiros. Przestępczość tutaj osiąga poziom
sporadyczności, a ja miałem okazję przekonać się na własnej skórze dlaczego.
Złe wspomnienia… które z chęcią odłożę na później. W każdym bądź razie Manro
uwięził w klatce z aury Pana Węża, a ja wraz z Mikurem mieliśmy go pilnować
dopóki nie przyjdzie Lady Marian. Nie miałem nic przeciwko temu- i tak byłem
nowy tutaj i jeszcze nie ogarniałem do końca kto jest kim, więc to, że drużyna
wydawała swojego władczyni jakiegoś tam miasta? Naprawdę miałem to gdzieś. Była
tam też ta Słoneczna… na szczęście była zbyt zajęta opierniczaniem się w pokoju
i nie stała nam nad głową gadając trzy po trzy. Może jeszcze kiedyś spotkam
tego Pana Węża. Przybyła Lady Marian na statek wraz ze swoimi Różowymi Misiami.
Nie wiem, czym sobie zasłużyli na taką niewdzięczną nazwę, ale wyglądali
naprawdę postawnie i wojowniczo. Nie śmiałbym wtedy zaatakować żadnego z nich,
na pewno nie w pojedynkę. No chyba, że za tarczę używałbym tej słonecznej
szmaty, nawet bym się poświęcił chwytając ją w ręce. Stein widząc zbliżającą
się władczynię wraz z niewielką eskortą delikatnie usunął się w cień, choć w
jego przypadku „delikatnie” oznacza coś zupełnie innego niż w przypadku innych
ras. Lady Marian to istny babochłop, gdyby ktoś nie powiedział mi, że to
kobieta, spytałbym się czy generał wie kiedy przyjdzie władczyni. Nawet Orcze
kobiety są ładniejsze od niej… Choć umięśnienia pewnie nie jeden mężczyzna by
jej pozazdrościł, tak samo jak i zarostu, to i tak była najbrzydszą kobietą
jaką widziałem i już sam nie wiem czy bardziej wzbudzała we mnie obrzydzenie,
czy jakiś niewiadomego pochodzenia strach. Lady przyjrzała się mi przez chwilę
z ciekawością w oczach (nadal przechodzą mnie ciarki), ale zaraz zwróciła się
do Pana Węża i zabrała go ze sobą. Słyszałem potem, że ponoć chciał zabić ową
Lady i został gdzieś zesłany. My natomiast ruszyliśmy w dalszą podróż. Razem z
Tashą stwierdziliśmy iż skoro jesteśmy teraz częścią drużyny, to moglibyśmy
dostać niedawno pożyczone nam rzeczy, które zresztą obiecał nam Lancello, kiedy
nas werbował. Tak też dostała mi się piękna pawęż żmija, która służyła mi
bardzo długo oraz niedźwiedź, który chronił mi plecy, ramiona, jak i głowę.
Udało mi się też dozbroić w pełni w kolczugę. Jednak nie wyrzuciłem tamtej
pamiętnej tarczy drewnianej- nadal trzymam ją jak mówiłem wcześniej na pamiątkę
i nie tylko oraz dbam o jej dobry stan.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz