piątek, 6 lutego 2015

Nowe życie

List gończy

                Leżałam na łóżku i odpoczywałam, sącząc przyniesioną mi przez Tristrię krew któregoś z elfów. Widząc, jak bardzo byłam osłabiona, kiedy tylko opanowała sytuację, wybiegła i po chwili wróciła z półlitrowym kuflem pełnym krwi. Wcześniej próbowała zatamować jakoś krwawienie magią, jednak na nic się to zdawało, jakby moje ciało przestało na to reagować… piłam więc krew, czując, jak powoli wracają mi siły, a moje ciało zaczyna się goić. Obserwowałam przy tym córeczkę, śpiącą spokojnie obok mnie i delikatnie gładziłam jej miękkie, czerwone włoski.
                Wyglądała tak cudownie… większość cech odziedziczyła po Brandr’rivorze, wyglądała niemal jak mały elf, część człowieczej natury zdradzał tylko ludzki wykrój oczu i usta, dużo pełniejsze niż elfie. Jej uszka były wyraźnie spiczaste, nosek drobny, a budowa tak smukła i delikatna, że obawiałam się ją wziąć na ręce, żeby nie zrobić jej krzywdy. Słyszałam bicie jej serca, tak szybkie, jakby w jej piersi szamotał się motyl. Widywałam już wcześniej małe dzieci, jednak żadne z nich nie było tak piękne, jak moja mała Bairre… była doskonała, w każdym calu.
                Podziwianie córki przerwało mi pukanie do drzwi, zaprosiłam więc gościa do środka, unosząc się na przedramionach, co i tak było już sporym wyczynem, bo nadal wszystko mnie bolało i nie miałam zbyt wiele sił. Do kajuty cicho wszedł kapitan, przywitał się i uśmiechnął do mnie już od progu, choć nie tak szeroko, jak zwykle, jakby coś go trapiło. Nie było widać po nim żadnych śladów walki, nawet jego ubranie było nienaruszone. Skłonił mi się lekko, podszedł do łóżka i przyklęknął przy nim, przyglądając się dziecku.
– Jest śliczna – powiedział,  gładząc lekko jej maleńką rączkę – advi’proeli – uśmiechnął się do siebie i spojrzał na mnie. – Jak się czujesz? Tristria, kiedy prosiła załogę o krew dla ciebie, mówiła, że coś poszło nie tak.
– Już jest dobrze – uśmiechnęłam się do niego niemrawo i wypiłam jeszcze nieco krwi – upadłam w kantynie, uderzyłam się w brzuch… potem wszystko potoczyło się tak szybko… nie wszystko pamiętam, momentami niemal traciłam przytomność z bólu i wyczerpania – mówiłam, krzywiąc się lekko na wspomnienie tamtych chwil – nie miałam już sił, cały czas jeszcze kołysało statkiem, wszędzie było słychać ciągłe wybuchy. Tristria się przewróciła, pomieszała chyba przez to składniki eliksiru, który mi podała… nigdy nie czułam takiego bólu, jakbym cała płonęła od wewnątrz – kiedy to powiedziałam, zauważyłam znaczącą zmianę na twarzy Bel’salana, już się nie uśmiechał ani trochę, wpatrywał się we mnie surowym wzrokiem z oczekiwaniem. – Dała mi swoją krew, odzyskałam nieco sił… na tyle, by dać radę urodzić… potem Tristria próbowała mnie leczyć, ale tak jakby moje ciało przestało reagować na zaklęcia, więc poszła po krew, a ta od razu zaczęła pomagać i wszystko zaczęło się goić.
                Kapitan zerwał się z podłogi i zaczął gorączkowo chodzić po kajucie, wyrzucając z siebie wiązankę niezrozumiałych dla mnie słów w różnych językach i dialektach. Bairre nerwowo zadrżała, gdy podniósł głos, więc spojrzałam na niego nieco karcąco i poprosiłam, żeby się trochę uciszył. Pochodził jeszcze chwilę po pokoju, burcząc coś pod nosem, po czym stanął przed łóżkiem i spojrzał na mnie jakby przepraszająco.
– Wybacz wybuch złości, ale nie znoszę niekompetencji, miałaś być bezpieczna, a niemal umarłaś na pokładzie mojego statku – powiedział, nadal wyraźnie wzburzony – postaram się znaleźć sposób, żeby naprawić to, co Tristria spieprzyła.
– Naprawdę, nie…
– Odpoczywaj – przerwał mi wręcz rozkazującym tonem – przyślę kogoś za chwilę, żeby dali ci więcej krwi – dodał, widząc, że kufel jest już niemal pusty – tymczasem, wybacz, Francesco, obowiązki wzywają – skłonił się, pożegnał i wyszedł, a jego chód już nie był tak lekki jak zazwyczaj, tylko bardziej marszowy, dużo cięższy.
                Po chwili usłyszałam trzaśnięcie drzwiami kajuty, sąsiadującej z moją, a następnie głośną tyradę po elficku. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Bel’salan był tak wściekły, w ogóle nigdy nie zdarzyło mi się go widzieć bez uśmiechu na twarzy, ale na wieść o błędzie elfki wyraźnie stracił nad sobą panowanie. Nie słyszałam, co mówi Tristria – albo nawet się nie tłumaczyła, albo mówiła na tyle cicho, że jej słowa nie przebiły się przez drewnianą ścianę. Cieszyłam się wtedy, że nie znam elfickiego, to co krzyczał kapitan brzmiało naprawdę nieprzyjemnie, wolałam więc nie wiedzieć, co znaczyły jego słowa. Jedyne, co wyraźniej usłyszałam, to jakieś słowo brzmiące jak aiolia, choć zupełnie nie wiedziałam, co może oznaczać, ale naprawdę często się powtarzało w tyradzie kapitana i zdawało mi się, że jakoś wyraźniej je podkreślał.
                Nie sądziłam, że aż tak się za to oburzy, przecież wypadki się zdarzają… żal mi było Tristrii, widziałam, jak bardzo przejęła się swoim błędem i jego konsekwencjami, nie chciałam, żeby przez to jej smutek jeszcze się pogłębił… byłam jednak wtedy zbyt zmęczona, by się tym zamartwiać. Po jakimś czasie do mojej kajuty przyszedł elf, z litrowym kuflem pełnym krwi, pogratulował mi i wyszedł. Wypiłam trochę, smakując różnorodną mieszankę krwi paru elfów, po czym wróciłam do podziwiania córeczki i tak zasnęłam w końcu, znużona ciężką nocą…
               Kolejne dni były najszczęśliwszymi w moim dotychczasowym życiu. Mogłabym godzinami obserwować Bairre jak śpi i słuchać jej oddechu. Nigdy jeszcze nie czułam czegoś podobnego… nagle najważniejszym moim celem stała się obrona tej małej, cudownej istotki. Byłam pewna, że gdyby ktoś kazał mi oddać za nią własne życie, zrobiłabym to bez wahania. Kochałam ją całą sobą. Mój zachwyt po części podzielili też ci członkowie załogi, z którymi zdążyłam nawiązać dobry kontakt, na tyle, że zechcieli mnie odwiedzić. Ograniczyli się jednak tylko do krótkiej pogawędki i powiedzenia paru miłych słów o dziecku, po czym zostawiali mnie samą, tłumacząc się obowiązkami. Poza odpoczynkiem też miałam sporo zajęć, Tristria uczyła mnie, jak się dobrze zająć dzieckiem, w końcu wychowywałam się w pałacu, więc nigdy mnie tego nie nauczono, a nie miałam też młodszego rodzeństwa.
                Żyłam w cudownej błogości przez przeszło dwa tygodnie, jak w bańce, odporna na wszystko, co się działo wokół, nie myślałam o niczym innym, tak bardzo pochłonęło mnie uczenie się, jak być matką. Do rzeczywistości przywrócił mnie kapitan, przychodząc pewnego dnia z niezbyt radosną miną. Bairre dopiero co zasnęła, gdy wszedł, więc rozmawialiśmy niemal szeptem, by jej nie obudzić.
– Mam dla ciebie dwie informacje, jedną złą, a drugą chyba raczej dobrą, choć nie wiem, jak się na to zapatrujesz – powiedział Bel’salan i usiadł na krześle, wyjmując zza pasa zwój i podając mi go – najpierw powinnaś to zobaczyć.
                Rozwinęłam pergamin i zobaczyłam mój wizerunek i cyfry, które sprawiły, że zachciało mi się płakać. Czterdzieści tysięcy… tyle było warte moje życie, dla mojego brata…

Poszukiwana żywa lub martwa.
40 000 złotych koron
Francesca Vicanis
Winna zdrady rodu i honoru, oskarżona o liczne morderstwa i kradzieże.
Za głowę odartej z tytułu i majątku 40 tysięcy oferuje jej brat, 
Bugdush bo-Ragrash van der Vicanis.

– Wisi w każdym większym mieście na kontynencie ludzi – powiedział kapitan, widząc, że nie byłam w stanie nic powiedzieć, tylko wpatrywałam się w kwotę – wśród elfów ich nie ma, nie martw się, będzie dobrze – poklepał mnie pocieszająco.
– Jak on mnie musi nienawidzić… przecież ta kwota niemal przekracza wartość mojej części majątku – wyszeptałam, nie mogąc zrozumieć jego działań.
– Niekiedy zemsta jest dużo więcej warta niż góry złota, a on na brak tego drugiego pewnie nie narzeka – znów poklepał mnie po ramieniu i uśmiechnął się – ale tym się teraz nie musisz przejmować, na kontynencie elfów nie będą cię szukać. I tu przechodzimy do drugiej, mam nadzieję dobrej wiadomości, niedługo będziesz mogła opuścić okręt.
– Jak to? – spojrzałam na niego zdziwiona.
– Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej i że jesteś już bezpieczna – poinformował mnie i zaśmiał się serdecznie – chyba mi nie chcesz powiedzieć, że będzie ci brakować tej hołoty?
– Polubiłam większość z nich – uśmiechnęłam się lekko, zwijając list gończy i rzucając go w kąt – dla nich nie było ważne, kim jestem, mogłam po prostu miło z nimi spędzać czas.
– No zauważyłem, że zwykłaś z nimi przesiadywać. Kto wie, może kiedyś jeszcze do nas zawitasz? – uśmiechnął się i zerknął na Bairre. – Możesz zostać na okręcie jeszcze jakiś czas, razem z małą musicie dojść do siebie po porodzie, Tristria mówiła, że za dwa, góra trzy tygodnie, obie powinniście być gotowe. Wysadzimy was w pobliżu elfich miast, nawet dostaniesz ode mnie w prezencie konia – obiecał.
– Konie się mnie boją – stwierdziłam i spojrzałam na niego.
– Dostaniesz takiego, co się nie będzie bał. Myślisz, że o tym nie pomyślałem? – zaśmiał się rubasznie, zapominając, żeby nie obudzić Bairre – Oj, przepraszam – dodał, widząc, że jego śmiech przebudził moją córeczkę.
– Nic się nie stało – odparłam, wzięłam dziecko w ramiona i zaczęłam śpiewać jej kołysankę, którą kiedyś, dawno temu, śpiewała mi moja mama A la nanita nana, nanita ella, nanita ella, mi niña tiene sueno bendito sea, bendito sea – nuciłam cicho, kwilenie Bairre od razu ucichło; kapitan posłał mi promienny uśmiech, posłuchał chwilę, po czym po cichu wyszedł.

Carmen Eleri

                Nie zdążyłam zaśpiewać kołysanki do końca, kiedy oddech Bairre z powrotem się uspokoił, a jej oczka zamknęły i zasnęła w moich ramionach. Uśmiechnęłam się, patrząc jak promienie słońca igrają w jej czerwonych włoskach i wsłuchując się w szybkie trzepotanie jej małego serduszka, po czym położyłam ją na poduszkę i wstałam, żeby podnieść list gończy. Wiedziałam, że niezjawienie się na spotkaniu z bratem będzie miało swoje konsekwencje… ale nie spodziewałam się, że aż takie, nie miałam jednak wyboru – po zdradzie kultu, straciłam ich ochronę przed bratem, ciąży nie byłabym w stanie już ukryć, no i poza tym byłam na pokładzie statku, z którego raczej by mnie nie wypuszczono, więc nawet nie prosiłam o możliwość odwiedzenia brata. Nie spodziewałam się jednak, że tak zareaguje na moje niestawienie się, oczerniając mnie w nowym liście jeszcze bardziej, niż w poprzednim.
                Zgniotłam pergamin i rzuciłam go w kąt, po czym spojrzałam na córeczkę i od razu na moich ustach zagościł uśmiech. Położyłam się obok niej i, podpierając głowę na ramieniu, zaczęłam rozmyślać, wpatrując się w nią. Imię brata i śpiewana przeze mnie kołysanka przywołały wspomnienia mojego dzieciństwa... 
                Moja matka nie należała do zamożnych osób, żyła ze służby w pobliskim pałacu, za to słynęła z niezwykłej urody i to pewnie zachwyciło mojego ojca, kiedy odwiedzał barona, u którego ona służyła. Nie wiem, czy to był dłuższy romans, czy jednorazowa zabawa, w każdym razie, z kontaktu z baronem van der Vicanis piękna mieszczanka Katherina wyniosła rosnący brzuch. Wychowywała mnie samotnie i, choć miała wielu zalotników, wszystkich oddalała, skupiając się tylko na mnie. Nie wiedziałam, kim dokładnie jest mój ojciec, mama kiedyś mi tylko powiedziałam że jest ważnym i zajętym człowiekiem i kazała mi więcej już o niego nie pytać. Nie żyłyśmy w luksusie, ale miałam wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia – chodziłam czysta i schludnie ubrana, zawsze najedzona, i miałam kochającą mnie nade wszystko matkę, czegóż mogłam chcieć więcej? Problem pojawił się, kiedy mama zachorowała i nie miała wystarczająco pieniędzy, żeby zapłacić za leczenie. Miałam wtedy niespełna siedem lat i nie wiedziałam, jak jej pomóc, gdy z dnia na dzień marniała w oczach, przestała chodzić do pracy, nawet wychodzić z domu i ledwie miała siły na obowiązki domowe, więc musiałam przejąć ich znaczną część.
                Pewnego dnia do drzwi zapukał uzbrojony oficer z kilkoma żołnierzami. Na płaszczach nosili tarczę herbową, której nigdy wcześniej nie widziałam. Dwa kolory oddzielała biała kolumna, po obydwu jej stronach widniały dorodne rumaki, z głowami skierowanymi na zewnątrz kolumny, wspięte na tylnych nogach. Rumak z lewej był czarny na niebieskim tle, ten z prawej natomiast biały, na krwistoczerwonym tle. Oficer wszedł do domu, gdy tylko otwarłam mu drzwi i rozejrzał się po izbie.
– Gdzie twoja matka? – spytał, patrząc na mnie surowo.
– Tu jestem – odezwała się mama, zanim zdążyłam odpowiedzieć, wchodząc do pokoju chwiejnym krokiem – o co chodzi?
– Katherina Eleri? – zapytał, wyjmując zapieczętowany zwój, a kiedy potwierdziła, podał jej go – wiadomość od barona Rigarda van der Vicanis.
                Mama drżącymi rękoma wzięła list i zaczęła go czytać. Z każdym kolejnym przeczytanym słowem jej ręce trzęsły się coraz bardziej, w końcu opadła ciężko na krzesło, jakby straciła siły. Rzuciła list na stół i spojrzała na oficera błagającym wzrokiem.
– Nie możecie mi jej zabrać, ona jest wszystkim, co mam – powiedziała, a po jej twarzy zaczęły płynąć łzy.
– Taki mamy rozkaz od barona. Mamy ją przywieść do pałacu. Dobrowolnie, albo siłą – odparł stanowczo i postąpił o krok w naszą stronę.
– Mamusiu, o co chodzi? – spytałam, podchodząc do niej, a ona przytuliła mnie z całą siłą, jaka jej pozostała… czyli niewielką.
– Nie martw się, córeczko, wszystko będzie dobrze – wyszeptała, gładząc mnie po włosach i unosząc moją twarz, żeby spojrzeć mi w oczy – ale musisz iść teraz z panem, zaprowadzi cię do tatusia, wiesz? Tatuś się tobą zajmie.
– Chcę, żebyś poszła ze mną – wtuliłam się w nią… dobrze pamiętam, jak bardzo nie chciałam jej wtedy zostawiać – niech mama idzie ze mną – niemal rozkazałam oficerowi, ale ten zignorował moje słowa.
– Kochanie, mamusia musi zostać tutaj, wiesz? Panowie zapłacą za leczenie mamusi i za jakiś czas do ciebie dołączę, prawda? – spytała, patrząc na oficera a ten, po chwili wahania, skinął głową – Widzisz? Spakuj grzecznie swoje rzeczy i idź z panem, teraz będziesz mieszkać w pałacu.
– Jak księżniczka? – uśmiechnęłam się, wspominając opowiadane mi przez nią bajki.
– Jak księżniczka – potwierdziła.
– Musimy już iść, dziewczynka nic nie musi brać ze sobą, wszystko dostanie na miejscu – powiedział oficer, wzięłam więc tylko swoją ulubioną zabawkę, przytuliłam się jeszcze do mamy, która zapewniała mnie z łzami w oczach, że już niedługo się zobaczymy, po czym chwyciłam wielką dłoń oficera i wyszłam razem z nim, tuląc do siebie pluszowego misia.
                Zaprowadzili mnie do powozu, gdzie czekała na mnie uśmiechnięta dziewczyna, która od razu zaczęła mnie czymś zabawiać. Zanim ruszyliśmy, spojrzałam jeszcze przez ramię na dom, w którym się urodziłam i wychowałam… już nigdy więcej później go nie zobaczyłam. Po niespełna dwóch tygodniach drogi, w czasie której zapewniano mi wszelkie możliwe wygody, by mi umilić podróż, dotarliśmy do Histenburga, miasta położonego nieopodal Rity, wielkiej metropolii. Pałac wzniesiono na niewielkim wzgórzu w samym centrum zabudowań; prezentował się naprawdę dumnie – strzeliste wieże zdawały się sięgać samych chmur, zdobienia migotały srebrem i złotem w świetle słońc, a liczne proporce z herbem, takim samym jak na płaszczach żołnierzy, łopotały na wietrze. Dwór, w którym pracowała mama, był okazały, jednak pewnie zmieściłby się w tym ze dwa razy, a jeszcze zostałoby trochę miejsca.
– Chodź, musimy cię ładnie ubrać i uczesać, żebyś wyglądała jak prawdziwa mała baronessa, kiedy poznasz swojego ojca – powiedziała dziewczyna, która była moją służką, choć bardziej traktowałam ją jak starszą koleżankę, nie potrafiłam wydawać rozkazów… przynajmniej jeszcze nie wtedy.
                Skinęłam głową i pozwoliłam się zaprowadzić do komnat. Przepych pałacu sprawił, że wręcz oniemiałam z zachwytu. Sukienkę, którą mi założyła służka, ledwo czułam na sobie, z tak delikatnego materiału ją uszyto, i pewnie warta była więcej niż mój dom… nie potrafiłam jeszcze wtedy nazwać tego miejsca domem, to wszystko było jak ze snu i bałam się, że się obudzę i zdam sobie sprawę z tego, że to tylko bajka…
                W końcu zaprowadzono mnie do dużej sali, gdzie przy długim stole, uginającym się od jadła, siedziało kilku bogato ubranych ludzi. Na mój widok, wysoki, rosły i przystojny mężczyzna wstał i gestem ręki kazał mi do siebie podejść, z serdecznym uśmiechem na twarzy.
– Witaj moje dziecko – powiedział i wyciągnął dłoń, którą pogłaskał mnie po policzku – cieszę się, że cię odnalazłem. Będziesz jeszcze piękniejsza, niż twoja matka, chłopcy będą się za tobą uganiać, błagać o choć jedno twe spojrzenie, Francesco...
– Tęsknię za mamą – odparłam cicho z łzami w oczach, a mężczyzna szybko je przetarł - i mam na imię Carmen...
– Cii… teraz jesteś ze mną, ze swoim tatą i od dzisiaj nazywasz się Francesca... baronessa Francesca van der Vicanis – pogłaskał mnie po włosach – nic ci nie grozi, ale twoja mama… przykro mi, że akurat ja ci musze to mówić, w dzień, kiedy powinnaś się cieszyć, że zaczynasz nowe życie… ale Katherina była bardzo chora, medycy próbowali jej pomóc, ale za długo zwlekała i choroba rozwinęła się na tyle, że nic nie byli w stanie zrobić – powiedział, a widząc moją drżącą brodę i łzy cieknące po policzkach, szybko mnie przytulił i dodał – nie martw się, zaopiekuję się tobą. A teraz musisz być dzielną i silną dziewczynką, jesteś baronessą, moją córką, kiedyś być może odziedziczysz po mnie część majątku… ale zanim to się stanie, czeka cię długa droga. A teraz siądź koło mnie, Francesco, i częstuj się, czym zechcesz – dodał, pokazując na stół zastawiony licznymi smakołykami.
                Zrobiłam, co kazał, ukrywając ciche chlipanie i ocierając łzy rękawem. Przeraziła mnie liczba sztućców, które leżały obok talerza, nie miałam pojęcia, które powinnam wziąć, więc wzięłam te, które mi najbardziej pasowały do ręki, co ojciec skwitował tylko dobrotliwym uśmiechem i powiedział, że już niedługo będę wiedziała, jak z nich korzystać i że nauczę się jak być prawdziwą damą. Milczałam cały czas, słuchając pogawędek o interesach. Inni siedzący przy stole, obserwowali mnie ukradkiem z zainteresowaniem, nikt jednak nie odezwał się do mnie ani słowem.

Baronessa

                Po paru dniach zaczęły się lekcje etykiety, manier, języków i wszelkie inne, obejmujące szeroko rozumiane wychowanie szlacheckie, z czasem dochodziło tych zajęć coraz więcej, na początku jednak miałam też mnóstwo czasu na zabawę. Ojciec często mnie odwiedzał, niekiedy zdarzyło mu się nawet przeczytać mi bajkę na dobranoc. Z czasem przywykłam nawet do nowego imienia i nie miałam już oporów, by przedstawiać się jako Francesca, szło mi to coraz naturalniej. Niczego mi nie brakowało i miałam tyle zajęć, że zapomnienie o śmierci mamy przyszło mi zdumiewająco lekko… żal i smutek wykupiono przepychem, drogimi sukniami i najwyższej jakości zabawkami, o których niegdyś nawet nie ośmieliłabym się śnić.
                Szybko zadomowiłam się w pałacu, dużo szybciej niż Bugdush… dobrze pamiętam, jak pewnego dnia ojciec po mnie przyszedł i powiedział, że poznam za chwilę starszego brata. Spodziewałam się zobaczyć szczupłego młodzieńca o ładnych rysach twarzy i z szerokim uśmiechem, natomiast zobaczyłam… półorka, z zielonkawą skóra, wystającymi kłami z dolnej szczęki i długimi, zmierzwionymi włosami w kolorze brudnego żyta. Ubrany był w okazały strój, jednak poodpinał zaczepy kamizelki i rozchełstał koszulę. Nie miałam co marzyć o uśmiechu… spojrzał na mnie z góry, kiedy tylko podeszłam i lekko dygnęłam na powitanie, po czym zwrócił się n do ojca jakby zawiedziony i wściekły.
– To ma być moja siostra? Nie zmusisz mnie, żebym miał z nią spędzać czas – parsknął, patrząc na ojca buńczucznie.
– Będziesz robił, co ci nakażę – odparł ojciec surowo i spojrzał na mnie z uśmiechem – Francesco, to twój przyrodni brat, Bugdush. Nie bój się go, jest półorkiem, stąd taki kolor skóry, ale to nic złego – dodał i lekko popchnął mnie w stronę chłopaka, żebym się przywitała.
– Witaj, bracie – posłusznie postąpiłam krok i wyciągnęłam dłoń, jak mnie uczono, oczekując, że ją uchwyci i skłoni się, by musnąć jej wierzch ustami, jak robili inni młodzi szlachcice, których miałam już okazję poznać.
– Witaj siostrzyczko – uśmiechnął się złośliwie i boleśnie ścisnął moją rękę, aż pisnęłam, a w oczach zaszkliły mi się łzy.
                Ojciec nakrzyczał na niego, że musi się nauczyć manier i ma czekać w swojej komnacie, aż on przyjdzie. Brat wychodził z jednym z gwardzistów, a ojciec przykucnął przede mną, chwycił moją dłoń w swoje ręce i ją pocałował.
– Już nie boli, prawda, księżniczko? – spytał, a ja skinęłam głową i uśmiechnęłam się, po czym przytuliłam się do niego.
                Tuląc się do ojca, zobaczyłam, jak Bugdush zerka na mnie przez ramię i uśmiecha się wrednie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek okazał mi choć odrobinę życzliwości, zawsze szukał okazji, by tylko uprzykrzyć mi życie i sprawić przykrość, nie zważając na konsekwencję. Widząc, jak bardzo lubię zabawkę, zabraną z domu, jedyną pamiątkę po matce, którą ojciec łaskawie pozwolił mi zachować, choć wyglądała bardzo marnie i ubogo na tle reszty zabawek, Budgush ukradł mi ją kiedyś, podarł i spalił, podrzucając potem pod drzwi mojej komnaty to, co pozostało z misia. Ojciec był wściekły na niego, dobrze pamiętam, że przez tydzień zakazał mu opuszczać komnatę, z wyjątkiem lekcji. Często na początku skarżyłam się ojcu, a ten zawsze dawał Bugdushowi surową reprymendę, jednak jego złośliwości z każdym razem tylko się wzmagały, więc w końcu przestałam, przełykając łzy i złość, pokazując mu za to, że jestem na tyle silna i dumna, by być ponad jego żartami, co na jakiś czas sprawiło, że spokorniał.
                Lata mijały, Bugdush szybko wyrósł na rosłego mężczyznę, z którym wielu bałoby się zadrzeć, choć szlachetną walkę mieczem odrzucił na rzecz topora i buławy, ale ojciec przymykał oko na jego dziwactwa i napady szału, znając w końcu jego pochodzenie. Nieco mniej łaskawe było arystokratyczne środowisko... ale ojciec miał na tyle silną pozycję, że nikt nie ważył się otwarcie komentować zachowań brata. Ja natomiast stałam się piękną kobietą, której, zgodnie z przewidywaniami ojca, wielu pożądało. Na licznych balach nie miałam chwili wytchnienia, ciągle proszono mnie do tańca czy do rozmów... a byłam mistrzynią tańców, ojciec zadbał, bym miała najlepszego nauczyciela w okolicy. Niemal nie było miesiąca, by których ze szlachciców nie starał się ubiegać o moje względy, wielu przesyłało mi liczne podarki, licząc, że zaproszę ich do swoich komnat. Życie w luksusie i uwielbieniu sprawiło, że stałam się niemal ślepa na drobiazgi, chciałam coraz więcej i więcej, potrafiłam zawsze zdobyć to, czego pragnęłam. Brat miał do dyspozycji siłę i strach, ja – spryt i urok.
                Mężczyźni wręcz jedli mi z ręki… a ja odrzucałam każdego, gdy tylko mi się znudził, niewielu jednak dostąpiło zaszczytu poznania wnętrza moich komnat… wpuściłam do nich jedynie dwóch młodych, przystojnych szlachciców. Jeden, poza bogactwem większym nawet niż majątek ojca, był też zręcznym szermierzem i potrafił mnie zabawiać żartami i opowiastkami ze swojego dworu, drugi natomiast… może i nie miał wielkiej posiadłości czy bardzo liczącego się nazwiska, ale miał coś w sobie, co mnie urzekło. Podarki od niego nie były zbyt kosztowne, jednak poruszyły moje serce, skute do tej pory złotymi łańcuchami i bijące silniej tylko na widok drogiej i kunsztownej biżuterii. Nasz romans trwał niemal rok, ojciec o wszystkim wiedział, jednak zdarzały mu się gorsze wyskoki, więc przymykał na to oko. Z czasem jednak zaczął mi sugerować, że warto byłoby rozejrzeć się za kandydatem na męża, który zapewni mi dostatnie życie, a jemu szersze wpływy w Imperium, było więc oczywiste, że mój kochanek nie spełnia jego oczekiwań. Planowałam oddalić go po cichu, dla jego dobra, Bugdush miał jednak o wiele lepszy pomysł. Jakimś cudem udało mu się uknuć intrygę i tak podpuścić Williama, by go obraził, po czym wyzwał go na pojedynek. Wynik walki mógł być tylko jeden… brat choć wolał buławę, mieczem również walczył świetnie, bardzo szybko więc go pokonał, a ja musiałam patrzeć na śmierć mężczyzny, którego może i nie kochałam całym sercem i ponad własne życie, ale darzyłam go pewną estymą. Bugdush był tak zadowolony ze zwycięstwa, że, orczym zwyczajem, odciął Williamowi głowę i rzucił mi ją pod nogi, kłaniając mi się w pas z wrednym, pełnym nienawiści uśmiechem i słowami „twój wybranek, siostrzyczko”. Takim zachowaniem wywołał niemały skandal i ogromny gniew ojca, jednak uważał najwidoczniej, że było warto, nawet powiedział ojcu, że nie zamierza mnie przeprosić, bo ten „drań” na to zasłużył, a on zrobił to tylko i wyłącznie po to, by bronić mojej czci, choć ja tego nie rozumiem i stąd moja wściekłość… do dziś nie wiem, jakim cudem, ale ojciec uwierzył mu w te brednie…
                Potem wszystko zaczynało się sypać. Ojciec nagle zmienił stosunek do mnie, był pod wyraźnym wpływem Bugdusha, który na każdym kroku uprzykrzał mi życie. Starał się, by przedstawiani mi kandydaci na mężów byli grubymi, podstarzałymi gburami, za to by każdy miał opasłą kiesę przy pasie, za nic jednak nie pozwoliłabym żadnemu z nich tknąć się w łożu, już wolałabym chyba któregoś ze stajennych. Ojciec zaczął się irytować na moją rzekomą wybredność i nakazał mi wybrać w końcu kandydata. Przedstawił też mi i bratu drugą perspektywę – widząc, że mi niespieszno do ożenku, a brat nie zamierza oddać mi ani odrobiny majątku i władzy, kazał nam wyruszyć na wyprawę po czarny metal do Puszczy Felmaria, jednakże… mieliśmy wyruszyć w przeciwnych ekspedycjach. I tak, za namową brata, odesłano mnie do wyprawy z Imperium Błyskawic, razem z Dieną, moją powiernicą.
                Diena… poznałam ją kiedyś podczas wizyty w klasztorze i od razu polubiłam. Cicha, skromna i tak daleka od świata rządzonego bogactwem i siłą, w którym przyszło mi nauczyć się żyć, pomagała mi nie zatracić się w tym wszystkim jeszcze bardziej. Ślubowała czystość jeszcze w klasztorze, a mi przysięgała oddanie... okazało się jednak, że przeceniałam jej wierność  widać nie ma ceny, za którą nie dałoby się kupić wierności, a cena, jaką zaoferował w czasie wyprawy mój brat, za zdradzenie mnie, na pewno mogła zaimponować dziewczynie, wychowanej w ubóstwie…
                Bugdush uknuł naprawdę zręczny spisek, angażując w niego ucznia Niosącego Śmierć i Dienę… muszę przyznać, że nie posądzałabym go o taką zmyślność. Nie spodziewałam się niczego, aż do ostatniej chwili, kiedy zatargał mnie za włosy do obozu i rzucił przed swoich orków. Wiedziałam, że potrafił być okrutny i bezwzględny, ba, nie raz widziałam to na własne oczy, ale nie sądziłam, że aż tak bardzo mnie nienawidził. Jak bardzo niskie musiał mieć o mnie zdanie, jak bardzo musiał mną gardzić, żeby zrobić coś takiego… był bezwzględny i wiedziałam, że nie cofnie się przed niczym.
                Wyrwałam się z nieprzyjemnych wspomnień, zadrżałam lekko i spojrzałam na śpiącą Bairre. Nie mogłam jej narazić na niebezpieczeństwo, nie wybaczyłabym sobie nigdy, gdyby coś jej się stało. Zdałam sobie sprawę, że już niedługo utracę ochronę, którą zapewniono mi na okręcie, przecież nie mogłam tutaj zostać całe życie. Musiałam podjąć decyzję, od której miało zależeć życie mojej córki, dla której tak bardzo chciałam być równie dobrą matką, jak zapamiętałam moją, coraz bardziej byłam jednak świadoma, że nie będzie mi to dane. Łzy skapywały z mojej twarzy raz za razem, kiedy uświadomiłam sobie, co muszę zrobić… wiedziałam, że nigdy sobie tego nie wybaczę, ale też nie potrafiłabym żyć, gdyby Bairre coś się stało. Musiałam ją zostawić z daleka ode mnie… dla jej dobra… dla jej bezpieczeństwa… opuścić ją, licząc, że kiedyś być może mi to wybaczy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz