List gończy
Leżałam na łóżku i odpoczywałam, sącząc przyniesioną
mi przez Tristrię krew któregoś z elfów. Widząc, jak bardzo byłam osłabiona, kiedy tylko opanowała sytuację, wybiegła i po chwili wróciła z półlitrowym kuflem
pełnym krwi. Wcześniej próbowała zatamować jakoś krwawienie magią, jednak na
nic się to zdawało, jakby moje ciało przestało na to reagować… piłam więc krew,
czując, jak powoli wracają mi siły, a moje ciało zaczyna się goić. Obserwowałam
przy tym córeczkę, śpiącą spokojnie obok mnie i delikatnie gładziłam jej
miękkie, czerwone włoski.
Wyglądała
tak cudownie… większość cech odziedziczyła po Brandr’rivorze, wyglądała niemal
jak mały elf, część człowieczej natury zdradzał tylko ludzki wykrój oczu i
usta, dużo pełniejsze niż elfie. Jej uszka były wyraźnie spiczaste, nosek
drobny, a budowa tak smukła i delikatna, że obawiałam się ją wziąć na ręce,
żeby nie zrobić jej krzywdy. Słyszałam bicie jej serca, tak szybkie, jakby w
jej piersi szamotał się motyl. Widywałam już wcześniej małe dzieci, jednak żadne
z nich nie było tak piękne, jak moja mała Bairre… była doskonała, w każdym
calu.
Podziwianie
córki przerwało mi pukanie do drzwi, zaprosiłam więc gościa do środka, unosząc
się na przedramionach, co i tak było już sporym wyczynem, bo nadal wszystko mnie
bolało i nie miałam zbyt wiele sił. Do kajuty cicho wszedł kapitan, przywitał
się i uśmiechnął do mnie już od progu, choć nie tak szeroko, jak zwykle, jakby
coś go trapiło. Nie było widać po nim żadnych śladów walki, nawet jego ubranie
było nienaruszone. Skłonił mi się lekko, podszedł do łóżka i przyklęknął przy
nim, przyglądając się dziecku.
– Jest śliczna – powiedział, gładząc lekko jej maleńką rączkę – advi’proeli – uśmiechnął się do siebie i
spojrzał na mnie. – Jak się czujesz? Tristria, kiedy prosiła załogę o krew dla
ciebie, mówiła, że coś poszło nie tak.
– Już jest dobrze – uśmiechnęłam się do niego niemrawo
i wypiłam jeszcze nieco krwi – upadłam w kantynie, uderzyłam się w brzuch…
potem wszystko potoczyło się tak szybko… nie wszystko pamiętam, momentami
niemal traciłam przytomność z bólu i wyczerpania – mówiłam, krzywiąc się lekko
na wspomnienie tamtych chwil – nie miałam już sił, cały czas jeszcze kołysało
statkiem, wszędzie było słychać ciągłe wybuchy. Tristria się przewróciła,
pomieszała chyba przez to składniki eliksiru, który mi podała… nigdy nie czułam
takiego bólu, jakbym cała płonęła od wewnątrz – kiedy to powiedziałam,
zauważyłam znaczącą zmianę na twarzy Bel’salana, już się nie uśmiechał ani
trochę, wpatrywał się we mnie surowym wzrokiem z oczekiwaniem. – Dała mi swoją
krew, odzyskałam nieco sił… na tyle, by dać radę urodzić… potem Tristria
próbowała mnie leczyć, ale tak jakby moje ciało przestało reagować na zaklęcia,
więc poszła po krew, a ta od razu zaczęła pomagać i wszystko zaczęło się goić.
Kapitan
zerwał się z podłogi i zaczął gorączkowo chodzić po kajucie, wyrzucając z
siebie wiązankę niezrozumiałych dla mnie słów w różnych językach i dialektach.
Bairre nerwowo zadrżała, gdy podniósł głos, więc spojrzałam na niego nieco
karcąco i poprosiłam, żeby się trochę uciszył. Pochodził jeszcze chwilę po
pokoju, burcząc coś pod nosem, po czym stanął przed łóżkiem i spojrzał na mnie
jakby przepraszająco.
– Wybacz wybuch złości, ale nie znoszę niekompetencji,
miałaś być bezpieczna, a niemal umarłaś na pokładzie mojego statku –
powiedział, nadal wyraźnie wzburzony – postaram się znaleźć sposób, żeby
naprawić to, co Tristria spieprzyła.
– Naprawdę, nie…
– Odpoczywaj – przerwał mi wręcz rozkazującym tonem –
przyślę kogoś za chwilę, żeby dali ci więcej krwi – dodał, widząc, że kufel
jest już niemal pusty – tymczasem, wybacz, Francesco, obowiązki wzywają –
skłonił się, pożegnał i wyszedł, a jego chód już nie był tak lekki jak
zazwyczaj, tylko bardziej marszowy, dużo cięższy.
Po
chwili usłyszałam trzaśnięcie drzwiami kajuty, sąsiadującej z moją, a następnie głośną tyradę po elficku. Nigdy wcześniej nie
widziałam, żeby Bel’salan był tak wściekły, w ogóle nigdy nie zdarzyło mi się
go widzieć bez uśmiechu na twarzy, ale na wieść o błędzie elfki wyraźnie
stracił nad sobą panowanie. Nie słyszałam, co mówi Tristria – albo nawet się
nie tłumaczyła, albo mówiła na tyle cicho, że jej słowa nie przebiły się przez
drewnianą ścianę. Cieszyłam się wtedy, że nie znam elfickiego, to co krzyczał
kapitan brzmiało naprawdę nieprzyjemnie, wolałam więc nie wiedzieć, co znaczyły
jego słowa. Jedyne, co wyraźniej usłyszałam, to jakieś słowo brzmiące jak
aiolia, choć zupełnie nie wiedziałam, co może oznaczać, ale naprawdę często się
powtarzało w tyradzie kapitana i zdawało mi się, że jakoś wyraźniej je
podkreślał.
Nie
sądziłam, że aż tak się za to oburzy, przecież wypadki się zdarzają… żal mi
było Tristrii, widziałam, jak bardzo przejęła się swoim błędem i jego
konsekwencjami, nie chciałam, żeby przez to jej smutek jeszcze się pogłębił…
byłam jednak wtedy zbyt zmęczona, by się tym zamartwiać. Po jakimś czasie do
mojej kajuty przyszedł elf, z litrowym kuflem pełnym krwi, pogratulował mi i
wyszedł. Wypiłam trochę, smakując różnorodną mieszankę krwi paru elfów, po czym
wróciłam do podziwiania córeczki i tak zasnęłam w końcu, znużona ciężką nocą…
Kolejne
dni były najszczęśliwszymi w moim dotychczasowym życiu. Mogłabym godzinami obserwować Bairre jak śpi i słuchać jej oddechu. Nigdy jeszcze nie czułam
czegoś podobnego… nagle najważniejszym moim celem stała się obrona tej małej,
cudownej istotki. Byłam pewna, że gdyby ktoś kazał mi oddać za nią własne
życie, zrobiłabym to bez wahania. Kochałam ją całą sobą. Mój zachwyt po części
podzielili też ci członkowie załogi, z którymi zdążyłam nawiązać dobry kontakt,
na tyle, że zechcieli mnie odwiedzić. Ograniczyli się jednak tylko do krótkiej
pogawędki i powiedzenia paru miłych słów o dziecku, po czym zostawiali mnie samą, tłumacząc się obowiązkami. Poza odpoczynkiem też miałam sporo zajęć,
Tristria uczyła mnie, jak się dobrze zająć dzieckiem, w końcu wychowywałam się w
pałacu, więc nigdy mnie tego nie nauczono, a nie miałam też młodszego
rodzeństwa.
Żyłam
w cudownej błogości przez przeszło dwa tygodnie, jak w bańce, odporna na
wszystko, co się działo wokół, nie myślałam o niczym innym, tak bardzo
pochłonęło mnie uczenie się, jak być matką. Do rzeczywistości przywrócił mnie
kapitan, przychodząc pewnego dnia z niezbyt radosną miną. Bairre dopiero co
zasnęła, gdy wszedł, więc rozmawialiśmy niemal szeptem, by jej nie obudzić.
– Mam dla ciebie dwie informacje, jedną złą, a drugą
chyba raczej dobrą, choć nie wiem, jak się na to zapatrujesz – powiedział
Bel’salan i usiadł na krześle, wyjmując zza pasa zwój i podając mi go –
najpierw powinnaś to zobaczyć.
Rozwinęłam
pergamin i zobaczyłam mój wizerunek i cyfry, które sprawiły, że zachciało mi
się płakać. Czterdzieści tysięcy… tyle było warte moje życie, dla mojego brata…
Poszukiwana
żywa lub martwa.
40 000
złotych koron
Francesca
Vicanis
Winna zdrady rodu i honoru, oskarżona o
liczne morderstwa i kradzieże.
Za głowę odartej z tytułu i majątku 40
tysięcy oferuje jej brat,
Bugdush bo-Ragrash van der Vicanis.
Bugdush bo-Ragrash van der Vicanis.
– Wisi w każdym większym mieście na kontynencie ludzi
– powiedział kapitan, widząc, że nie byłam w stanie nic powiedzieć, tylko
wpatrywałam się w kwotę – wśród elfów ich nie ma, nie martw się, będzie dobrze
– poklepał mnie pocieszająco.
– Jak on mnie musi nienawidzić… przecież ta kwota
niemal przekracza wartość mojej części majątku – wyszeptałam, nie mogąc
zrozumieć jego działań.
– Niekiedy zemsta jest dużo więcej warta niż góry
złota, a on na brak tego drugiego pewnie nie narzeka – znów poklepał mnie po
ramieniu i uśmiechnął się – ale tym się teraz nie musisz przejmować, na
kontynencie elfów nie będą cię szukać. I tu przechodzimy do drugiej, mam nadzieję dobrej wiadomości, niedługo będziesz mogła opuścić okręt.
– Jak to? – spojrzałam na niego zdziwiona.
– Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej i że jesteś już
bezpieczna – poinformował mnie i zaśmiał się serdecznie – chyba mi nie chcesz
powiedzieć, że będzie ci brakować tej hołoty?
– Polubiłam większość z nich – uśmiechnęłam się lekko,
zwijając list gończy i rzucając go w kąt – dla nich nie było ważne, kim jestem,
mogłam po prostu miło z nimi spędzać czas.
– No zauważyłem, że zwykłaś z nimi przesiadywać. Kto
wie, może kiedyś jeszcze do nas zawitasz? – uśmiechnął się i zerknął na Bairre.
– Możesz zostać na okręcie jeszcze jakiś czas, razem z małą musicie dojść do siebie po porodzie, Tristria mówiła, że za dwa, góra trzy tygodnie, obie powinniście być gotowe. Wysadzimy was w pobliżu elfich miast, nawet
dostaniesz ode mnie w prezencie konia – obiecał.
– Konie się mnie boją – stwierdziłam i spojrzałam na
niego.
– Dostaniesz takiego, co się nie będzie bał. Myślisz,
że o tym nie pomyślałem? – zaśmiał się rubasznie, zapominając, żeby nie obudzić
Bairre – Oj, przepraszam – dodał, widząc, że jego śmiech przebudził moją
córeczkę.
– Nic się nie stało – odparłam, wzięłam dziecko w
ramiona i zaczęłam śpiewać jej kołysankę, którą kiedyś, dawno temu, śpiewała mi
moja mama –
A la nanita nana, nanita ella, nanita ella, mi niña tiene sueno bendito sea, bendito sea – nuciłam cicho, kwilenie Bairre
od razu ucichło; kapitan posłał mi promienny uśmiech, posłuchał chwilę, po czym
po cichu wyszedł.
Carmen Eleri
Nie
zdążyłam zaśpiewać kołysanki do końca, kiedy oddech Bairre z powrotem się
uspokoił, a jej oczka zamknęły i zasnęła w moich ramionach. Uśmiechnęłam się,
patrząc jak promienie słońca igrają w jej czerwonych włoskach i wsłuchując się
w szybkie trzepotanie jej małego serduszka, po czym położyłam ją na poduszkę i
wstałam, żeby podnieść list gończy. Wiedziałam, że niezjawienie się na
spotkaniu z bratem będzie miało swoje konsekwencje… ale nie spodziewałam się,
że aż takie, nie miałam jednak wyboru – po zdradzie kultu, straciłam ich
ochronę przed bratem, ciąży nie byłabym w stanie już ukryć, no i poza tym byłam
na pokładzie statku, z którego raczej by mnie nie wypuszczono, więc nawet nie
prosiłam o możliwość odwiedzenia brata. Nie spodziewałam się jednak, że tak
zareaguje na moje niestawienie się, oczerniając mnie w nowym liście jeszcze
bardziej, niż w poprzednim.
Zgniotłam
pergamin i rzuciłam go w kąt, po czym spojrzałam na córeczkę i od razu na moich
ustach zagościł uśmiech. Położyłam się obok niej i, podpierając głowę na
ramieniu, zaczęłam rozmyślać, wpatrując się w nią. Imię brata i śpiewana przeze
mnie kołysanka przywołały wspomnienia mojego dzieciństwa...
Moja
matka nie należała do zamożnych osób, żyła ze służby w pobliskim pałacu, za to
słynęła z niezwykłej urody i to pewnie zachwyciło mojego ojca, kiedy odwiedzał
barona, u którego ona służyła. Nie wiem, czy to był dłuższy romans, czy
jednorazowa zabawa, w każdym razie, z kontaktu z baronem van der Vicanis piękna
mieszczanka Katherina wyniosła rosnący brzuch. Wychowywała mnie samotnie i,
choć miała wielu zalotników, wszystkich oddalała, skupiając się tylko na mnie. Nie wiedziałam, kim dokładnie jest mój ojciec, mama kiedyś mi tylko powiedziałam że jest ważnym i zajętym człowiekiem i kazała mi więcej już o niego nie pytać. Nie żyłyśmy w luksusie, ale miałam wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia –
chodziłam czysta i schludnie ubrana, zawsze najedzona, i miałam kochającą mnie
nade wszystko matkę, czegóż mogłam chcieć więcej? Problem pojawił się, kiedy
mama zachorowała i nie miała wystarczająco pieniędzy, żeby zapłacić za
leczenie. Miałam wtedy niespełna siedem lat i nie wiedziałam, jak jej pomóc,
gdy z dnia na dzień marniała w oczach, przestała chodzić do pracy, nawet
wychodzić z domu i ledwie miała siły na obowiązki domowe, więc musiałam przejąć ich znaczną część.
Pewnego
dnia do drzwi zapukał uzbrojony oficer z kilkoma żołnierzami. Na płaszczach
nosili tarczę herbową, której nigdy wcześniej nie widziałam. Dwa kolory
oddzielała biała kolumna, po obydwu jej stronach widniały dorodne rumaki, z
głowami skierowanymi na zewnątrz kolumny, wspięte na tylnych nogach. Rumak z
lewej był czarny na niebieskim tle, ten z prawej natomiast biały, na
krwistoczerwonym tle. Oficer wszedł do domu, gdy tylko otwarłam mu drzwi i
rozejrzał się po izbie.
– Gdzie twoja matka? – spytał, patrząc na mnie surowo.
– Tu jestem – odezwała się mama, zanim zdążyłam
odpowiedzieć, wchodząc do pokoju chwiejnym krokiem – o co chodzi?
– Katherina Eleri? – zapytał, wyjmując zapieczętowany
zwój, a kiedy potwierdziła, podał jej go – wiadomość od barona Rigarda van der
Vicanis.
Mama
drżącymi rękoma wzięła list i zaczęła go czytać. Z każdym kolejnym przeczytanym
słowem jej ręce trzęsły się coraz bardziej, w końcu opadła ciężko na krzesło,
jakby straciła siły. Rzuciła list na stół i spojrzała na oficera błagającym
wzrokiem.
– Nie możecie mi jej zabrać, ona jest wszystkim, co
mam – powiedziała, a po jej twarzy zaczęły płynąć łzy.
– Taki mamy rozkaz od barona. Mamy ją przywieść do
pałacu. Dobrowolnie, albo siłą – odparł stanowczo i postąpił o krok w naszą
stronę.
– Mamusiu, o co chodzi? – spytałam, podchodząc do
niej, a ona przytuliła mnie z całą siłą, jaka jej pozostała… czyli niewielką.
– Nie martw się, córeczko, wszystko będzie dobrze –
wyszeptała, gładząc mnie po włosach i unosząc moją twarz, żeby spojrzeć mi w
oczy – ale musisz iść teraz z panem, zaprowadzi cię do tatusia, wiesz? Tatuś
się tobą zajmie.
– Chcę, żebyś poszła ze mną – wtuliłam się w nią…
dobrze pamiętam, jak bardzo nie chciałam jej wtedy zostawiać – niech mama idzie
ze mną – niemal rozkazałam oficerowi, ale ten zignorował moje słowa.
– Kochanie, mamusia musi zostać tutaj, wiesz? Panowie
zapłacą za leczenie mamusi i za jakiś czas do ciebie dołączę, prawda? –
spytała, patrząc na oficera a ten, po chwili wahania, skinął głową – Widzisz?
Spakuj grzecznie swoje rzeczy i idź z panem, teraz będziesz mieszkać w pałacu.
– Jak księżniczka? – uśmiechnęłam się, wspominając
opowiadane mi przez nią bajki.
– Jak księżniczka – potwierdziła.
– Musimy już iść, dziewczynka nic nie musi brać ze
sobą, wszystko dostanie na miejscu – powiedział oficer, wzięłam więc tylko
swoją ulubioną zabawkę, przytuliłam się jeszcze do mamy, która zapewniała mnie
z łzami w oczach, że już niedługo się zobaczymy, po czym chwyciłam wielką dłoń
oficera i wyszłam razem z nim, tuląc do siebie pluszowego misia.
Zaprowadzili
mnie do powozu, gdzie czekała na mnie uśmiechnięta dziewczyna, która od razu
zaczęła mnie czymś zabawiać. Zanim ruszyliśmy, spojrzałam jeszcze przez ramię
na dom, w którym się urodziłam i wychowałam… już nigdy więcej później go nie
zobaczyłam. Po niespełna dwóch tygodniach drogi, w czasie której zapewniano mi
wszelkie możliwe wygody, by mi umilić podróż, dotarliśmy do Histenburga, miasta
położonego nieopodal Rity, wielkiej metropolii. Pałac wzniesiono na niewielkim
wzgórzu w samym centrum zabudowań; prezentował się naprawdę dumnie – strzeliste
wieże zdawały się sięgać samych chmur, zdobienia migotały srebrem i złotem w
świetle słońc, a liczne proporce z herbem, takim samym jak na płaszczach żołnierzy,
łopotały na wietrze. Dwór, w którym pracowała mama, był okazały, jednak pewnie
zmieściłby się w tym ze dwa razy, a jeszcze zostałoby trochę miejsca.
– Chodź, musimy cię ładnie ubrać i uczesać, żebyś
wyglądała jak prawdziwa mała baronessa, kiedy poznasz swojego ojca –
powiedziała dziewczyna, która była moją służką, choć bardziej traktowałam ją
jak starszą koleżankę, nie potrafiłam wydawać rozkazów… przynajmniej jeszcze
nie wtedy.
Skinęłam
głową i pozwoliłam się zaprowadzić do komnat. Przepych pałacu sprawił, że wręcz
oniemiałam z zachwytu. Sukienkę, którą mi założyła służka, ledwo czułam na
sobie, z tak delikatnego materiału ją uszyto, i pewnie warta była więcej niż mój dom… nie potrafiłam jeszcze
wtedy nazwać tego miejsca domem, to wszystko było jak ze snu i bałam się, że
się obudzę i zdam sobie sprawę z tego, że to tylko bajka…
W
końcu zaprowadzono mnie do dużej sali, gdzie przy długim stole, uginającym się
od jadła, siedziało kilku bogato ubranych ludzi. Na mój widok, wysoki, rosły i
przystojny mężczyzna wstał i gestem ręki kazał mi do siebie podejść, z
serdecznym uśmiechem na twarzy.
– Witaj moje dziecko – powiedział i wyciągnął dłoń,
którą pogłaskał mnie po policzku – cieszę się, że cię odnalazłem. Będziesz
jeszcze piękniejsza, niż twoja matka, chłopcy będą się za tobą uganiać, błagać
o choć jedno twe spojrzenie, Francesco...
– Tęsknię za mamą – odparłam cicho z łzami w oczach, a
mężczyzna szybko je przetarł - i mam na imię Carmen...
– Cii… teraz jesteś ze mną, ze swoim tatą i od dzisiaj nazywasz się Francesca... baronessa Francesca van der Vicanis – pogłaskał
mnie po włosach – nic ci nie grozi, ale twoja mama… przykro mi, że akurat ja ci
musze to mówić, w dzień, kiedy powinnaś się cieszyć, że zaczynasz nowe życie… ale
Katherina była bardzo chora, medycy próbowali jej pomóc, ale za długo zwlekała
i choroba rozwinęła się na tyle, że nic nie byli w stanie zrobić – powiedział, a
widząc moją drżącą brodę i łzy cieknące po policzkach, szybko mnie przytulił i
dodał – nie martw się, zaopiekuję się tobą. A teraz musisz być dzielną i silną
dziewczynką, jesteś baronessą, moją córką, kiedyś być może odziedziczysz po
mnie część majątku… ale zanim to się stanie, czeka cię długa droga. A teraz siądź
koło mnie, Francesco, i częstuj się, czym zechcesz – dodał, pokazując na stół
zastawiony licznymi smakołykami.
Zrobiłam,
co kazał, ukrywając ciche chlipanie i ocierając łzy rękawem. Przeraziła mnie
liczba sztućców, które leżały obok talerza, nie miałam pojęcia, które powinnam
wziąć, więc wzięłam te, które mi najbardziej pasowały do ręki, co ojciec
skwitował tylko dobrotliwym uśmiechem i powiedział, że już niedługo będę
wiedziała, jak z nich korzystać i że nauczę się jak być prawdziwą damą.
Milczałam cały czas, słuchając pogawędek o interesach. Inni siedzący przy
stole, obserwowali mnie ukradkiem z zainteresowaniem, nikt jednak nie odezwał
się do mnie ani słowem.
Baronessa
Po
paru dniach zaczęły się lekcje etykiety, manier, języków i wszelkie inne,
obejmujące szeroko rozumiane wychowanie szlacheckie, z czasem dochodziło tych
zajęć coraz więcej, na początku jednak miałam też mnóstwo czasu na zabawę.
Ojciec często mnie odwiedzał, niekiedy zdarzyło mu się nawet przeczytać mi
bajkę na dobranoc. Z czasem przywykłam nawet do nowego imienia i nie miałam już oporów, by przedstawiać się jako Francesca, szło mi to coraz naturalniej. Niczego mi nie brakowało i miałam tyle zajęć, że zapomnienie
o śmierci mamy przyszło mi zdumiewająco lekko… żal i smutek wykupiono
przepychem, drogimi sukniami i najwyższej jakości zabawkami, o których niegdyś
nawet nie ośmieliłabym się śnić.
Szybko
zadomowiłam się w pałacu, dużo szybciej niż Bugdush… dobrze pamiętam, jak
pewnego dnia ojciec po mnie przyszedł i powiedział, że poznam za chwilę
starszego brata. Spodziewałam się zobaczyć szczupłego młodzieńca o ładnych
rysach twarzy i z szerokim uśmiechem, natomiast zobaczyłam… półorka, z
zielonkawą skóra, wystającymi kłami z dolnej szczęki i długimi, zmierzwionymi
włosami w kolorze brudnego żyta. Ubrany był w okazały strój, jednak poodpinał
zaczepy kamizelki i rozchełstał koszulę. Nie miałam co marzyć o uśmiechu…
spojrzał na mnie z góry, kiedy tylko podeszłam i lekko dygnęłam na powitanie,
po czym zwrócił się n do ojca jakby zawiedziony i wściekły.
– To ma być moja siostra? Nie zmusisz mnie, żebym miał
z nią spędzać czas – parsknął, patrząc na ojca buńczucznie.
– Będziesz robił, co ci nakażę – odparł ojciec surowo
i spojrzał na mnie z uśmiechem – Francesco, to twój przyrodni brat, Bugdush.
Nie bój się go, jest półorkiem, stąd taki kolor skóry, ale to nic złego – dodał
i lekko popchnął mnie w stronę chłopaka, żebym się przywitała.
– Witaj, bracie – posłusznie postąpiłam krok i
wyciągnęłam dłoń, jak mnie uczono, oczekując, że ją uchwyci i skłoni się, by
musnąć jej wierzch ustami, jak robili inni młodzi szlachcice, których miałam już okazję poznać.
– Witaj siostrzyczko – uśmiechnął się złośliwie i
boleśnie ścisnął moją rękę, aż pisnęłam, a w oczach zaszkliły mi się łzy.
Ojciec
nakrzyczał na niego, że musi się nauczyć manier i ma czekać w swojej komnacie,
aż on przyjdzie. Brat wychodził z jednym z gwardzistów, a ojciec przykucnął
przede mną, chwycił moją dłoń w swoje ręce i ją pocałował.
– Już nie boli, prawda, księżniczko? – spytał, a ja
skinęłam głową i uśmiechnęłam się, po czym przytuliłam się do niego.
Tuląc
się do ojca, zobaczyłam, jak Bugdush zerka na mnie przez ramię i uśmiecha się
wrednie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek okazał mi choć odrobinę życzliwości,
zawsze szukał okazji, by tylko uprzykrzyć mi życie i sprawić przykrość, nie
zważając na konsekwencję. Widząc, jak bardzo lubię zabawkę, zabraną z domu, jedyną pamiątkę po matce, którą ojciec łaskawie pozwolił mi zachować, choć wyglądała bardzo marnie i ubogo na tle reszty zabawek, Budgush ukradł mi ją kiedyś, podarł i spalił, podrzucając potem pod drzwi mojej komnaty to, co pozostało z misia. Ojciec był wściekły na niego, dobrze pamiętam, że przez tydzień zakazał mu opuszczać komnatę, z wyjątkiem lekcji. Często na początku skarżyłam się ojcu, a ten zawsze dawał
Bugdushowi surową reprymendę, jednak jego złośliwości z każdym razem tylko się
wzmagały, więc w końcu przestałam, przełykając łzy i złość, pokazując mu za to,
że jestem na tyle silna i dumna, by być ponad jego żartami, co na jakiś czas
sprawiło, że spokorniał.
Lata
mijały, Bugdush szybko wyrósł na rosłego mężczyznę, z którym wielu bałoby się
zadrzeć, choć szlachetną walkę mieczem odrzucił na rzecz topora i buławy, ale
ojciec przymykał oko na jego dziwactwa i napady szału, znając w końcu jego
pochodzenie. Nieco mniej łaskawe było arystokratyczne środowisko... ale ojciec miał na tyle silną pozycję, że nikt nie ważył się otwarcie komentować zachowań brata. Ja natomiast stałam się piękną kobietą, której, zgodnie z przewidywaniami
ojca, wielu pożądało. Na licznych balach nie miałam chwili wytchnienia, ciągle proszono mnie do tańca czy do rozmów... a byłam mistrzynią tańców, ojciec zadbał, bym miała najlepszego nauczyciela w okolicy. Niemal nie było miesiąca, by których ze szlachciców nie starał się ubiegać o moje względy, wielu przesyłało mi liczne podarki, licząc,
że zaproszę ich do swoich komnat. Życie w luksusie i uwielbieniu sprawiło, że
stałam się niemal ślepa na drobiazgi, chciałam coraz więcej i więcej,
potrafiłam zawsze zdobyć to, czego pragnęłam. Brat miał do dyspozycji siłę i
strach, ja – spryt i urok.
Mężczyźni
wręcz jedli mi z ręki… a ja odrzucałam każdego, gdy tylko mi się znudził,
niewielu jednak dostąpiło zaszczytu poznania wnętrza moich komnat… wpuściłam do
nich jedynie dwóch młodych, przystojnych szlachciców. Jeden, poza bogactwem
większym nawet niż majątek ojca, był też zręcznym szermierzem i potrafił mnie
zabawiać żartami i opowiastkami ze swojego dworu, drugi natomiast… może i nie
miał wielkiej posiadłości czy bardzo liczącego się nazwiska, ale miał coś w
sobie, co mnie urzekło. Podarki od niego nie były zbyt kosztowne, jednak poruszyły
moje serce, skute do tej pory złotymi łańcuchami i bijące silniej tylko na
widok drogiej i kunsztownej biżuterii. Nasz romans trwał niemal rok, ojciec o
wszystkim wiedział, jednak zdarzały mu się gorsze wyskoki, więc przymykał na to
oko. Z czasem jednak zaczął mi sugerować, że warto byłoby rozejrzeć się za
kandydatem na męża, który zapewni mi dostatnie życie, a jemu szersze wpływy w
Imperium, było więc oczywiste, że mój kochanek nie spełnia jego oczekiwań.
Planowałam oddalić go po cichu, dla jego dobra, Bugdush miał jednak o wiele
lepszy pomysł. Jakimś cudem udało mu się uknuć intrygę i tak podpuścić
Williama, by go obraził, po czym wyzwał go na pojedynek. Wynik walki mógł być
tylko jeden… brat choć wolał buławę, mieczem również walczył świetnie, bardzo
szybko więc go pokonał, a ja musiałam patrzeć na śmierć mężczyzny, którego może
i nie kochałam całym sercem i ponad własne życie, ale darzyłam go pewną estymą.
Bugdush był tak zadowolony ze zwycięstwa, że, orczym zwyczajem, odciął Williamowi
głowę i rzucił mi ją pod nogi, kłaniając mi się w pas z wrednym, pełnym nienawiści
uśmiechem i słowami „twój wybranek, siostrzyczko”. Takim zachowaniem wywołał
niemały skandal i ogromny gniew ojca, jednak uważał najwidoczniej, że było
warto, nawet powiedział ojcu, że nie zamierza mnie przeprosić, bo ten „drań” na
to zasłużył, a on zrobił to tylko i wyłącznie po to, by bronić mojej czci, choć
ja tego nie rozumiem i stąd moja wściekłość… do dziś nie wiem, jakim cudem, ale
ojciec uwierzył mu w te brednie…
Potem
wszystko zaczynało się sypać. Ojciec nagle zmienił stosunek do mnie, był pod
wyraźnym wpływem Bugdusha, który na każdym kroku uprzykrzał mi życie. Starał
się, by przedstawiani mi kandydaci na mężów byli grubymi, podstarzałymi
gburami, za to by każdy miał opasłą kiesę przy pasie, za nic jednak nie
pozwoliłabym żadnemu z nich tknąć się w łożu, już wolałabym chyba któregoś ze
stajennych. Ojciec zaczął się irytować na moją rzekomą wybredność i nakazał mi
wybrać w końcu kandydata. Przedstawił też mi i bratu drugą perspektywę –
widząc, że mi niespieszno do ożenku, a brat nie zamierza oddać mi ani odrobiny
majątku i władzy, kazał nam wyruszyć na wyprawę po czarny metal do Puszczy
Felmaria, jednakże… mieliśmy wyruszyć w przeciwnych ekspedycjach. I tak,
za namową brata, odesłano mnie do wyprawy z Imperium Błyskawic, razem z Dieną,
moją powiernicą.
Diena…
poznałam ją kiedyś podczas wizyty w klasztorze i od razu polubiłam. Cicha,
skromna i tak daleka od świata rządzonego bogactwem i siłą, w którym przyszło
mi nauczyć się żyć, pomagała mi nie zatracić się w tym wszystkim jeszcze
bardziej. Ślubowała czystość jeszcze w klasztorze, a mi przysięgała oddanie... okazało się jednak, że przeceniałam jej wierność – widać nie ma ceny,
za którą nie dałoby się kupić wierności, a cena, jaką zaoferował w czasie
wyprawy mój brat, za zdradzenie mnie, na pewno mogła zaimponować dziewczynie,
wychowanej w ubóstwie…
Bugdush
uknuł naprawdę zręczny spisek, angażując w niego ucznia Niosącego Śmierć i
Dienę… muszę przyznać, że nie posądzałabym go o taką zmyślność. Nie spodziewałam się
niczego, aż do ostatniej chwili, kiedy zatargał mnie za włosy do obozu i rzucił
przed swoich orków. Wiedziałam, że potrafił być okrutny i bezwzględny, ba, nie
raz widziałam to na własne oczy, ale nie sądziłam, że aż tak bardzo mnie
nienawidził. Jak bardzo niskie musiał mieć o mnie zdanie, jak bardzo musiał mną
gardzić, żeby zrobić coś takiego… był bezwzględny i wiedziałam, że nie cofnie
się przed niczym.
Wyrwałam
się z nieprzyjemnych wspomnień, zadrżałam lekko i spojrzałam na śpiącą Bairre.
Nie mogłam jej narazić na niebezpieczeństwo, nie wybaczyłabym sobie nigdy,
gdyby coś jej się stało. Zdałam sobie sprawę, że już niedługo utracę ochronę,
którą zapewniono mi na okręcie, przecież nie mogłam tutaj zostać całe życie.
Musiałam podjąć decyzję, od której miało zależeć życie mojej córki, dla której
tak bardzo chciałam być równie dobrą matką, jak zapamiętałam moją, coraz
bardziej byłam jednak świadoma, że nie będzie mi to dane. Łzy skapywały z mojej
twarzy raz za razem, kiedy uświadomiłam sobie, co muszę zrobić… wiedziałam, że
nigdy sobie tego nie wybaczę, ale też nie potrafiłabym żyć, gdyby Bairre coś
się stało. Musiałam ją zostawić z daleka ode mnie… dla jej dobra… dla jej bezpieczeństwa… opuścić ją, licząc, że kiedyś być może mi to wybaczy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz