Wywiad z wampirem
Lecieliśmy na północ, do Sol Domini. Tak mniej więcej. Lekko odchylaliśmy na zachód i czułem to nawet siedząc w łazience przy misce wody zajęty praniem ciuchów. Zresztą dobrze znam mapy elfich królestw. Nie wiem tylko po jaką cholerę pchali się do miasta słonecznych. Naiwni głupcy. Ale podobno tacy żyją dłużej. Już ja dobrze wiem że zrobią z nich tam frajerów ale nie zamierzałem nawet stopy postawić poza sterowcem żeby nie robić przedstawienia oraz nie ujawnić że wróciłem do elfich królestw. W miarę możliwości nie chciałem by ktokolwiek z poza drużyny mnie widział z powodu na ryzyko iż mogli mnie rozpoznać. Byłem jednym z bardziej znanych książąt z powodu mojej historii i niechęci do protokołów więc szansa bycia zdemaskowanym była dość duża. A tego drużynie mówić nie chciałem. Wolałem by widzieli mnie takiego jakim jestem, złośliwego łotra o paskudnym charakterze.
Rozmyślania przerwał mi Mikur. W zasadzie już poprałem wszystko a teraz tylko siedziałem nad balią kiedy znalazł mnie ten poczciwy chłopak. Nie wolno mu było wchodzić do łazienki z powodu tego jak łatwo potrafił zepsuć wszystko, co składało się z więcej niż jednej części więc teraz wołał mnie od progu. Wyglądało na to, że Vivienne nie jest w najlepszym stanie i przydałaby się jej moja pomoc. Nie wiedziałem o co chodzi ale odniosłem rzeczy do pokoju i pod czujnym spojrzeniem Mikura porozwieszałem je na sznurze a następnie ubrany w same spodnie i luźną koszulę (nie spodziewałem się zagrożenia a większość moich ubrań właśnie została uprana) poszedłem za nim. Dotarłem więc do pokoju, w którym wcześniej złożyli wampirzycę i zobaczyłem jak leży na łóżku okryta szlafrokiem. Byłem już trochę zmęczony i poirytowany całym dniem i zmierzwiłem ręką włosy zanim spojrzałem na nią ponownie.
- O co chodzi? – spytałem i westchnąwszy rozejrzałem się po pokoju, na moment uśmiechając się gdy moje spojrzenie padło na zasłonięte okna.
– Ktoś musi mi nastawić biodro, Mikur zaproponował, że ty to zrobisz najlepiej – powiedziała i chyba starała się lekko uśmiechnąć ale niezbyt jej to wyszło.
– Dobrze zrobiłeś – powiedziałem Mikurowi – a teraz zostaw nas proszę samych – a ten wyszedł posłusznie, mówiąc że poczeka za drzwiami.
– Dziękuję, że przyszedłeś i zechciałeś mi pomóc – odezwała się gdy zbliżyłem się do jej łóżka. Na wdzięczności jej się zebrało.
– Dlaczego miałbym odmówić? – odpowiedziałem spojrzawszy na nią z lekkim zaskoczeniem. Nieee no, najwidoczniej to że ją ostrzegałem wcześniej odebrała jako zupełną niechęć do jej osoby – Ktoś z moich towarzyszy potrzebuje pomocy, której mogę udzielić, więc nie widzę tutaj żadnego problemu - powiedziałem z lekką irytacją.
– Myślałam, że mną gardzisz, jako wampirem... a i wyniosłeś mnie z tamtego budynku, uratowałeś mi
życie... i teraz też chcesz mi pomóc – powiedziała cichym głosem i zaczęła się we mnie wpatrywać. Czyżbym nie domył się gdzieś z krwi albo miał coś na twarzy?
– Nie ma co zgłębiać tematu, była potrzebna moja pomoc to pomogłem, i tyle – odparłem czując lekko narastającą irytację i spojrzałem na jej biodro – Wiesz, że będziesz musiała się odkryć? Muszę cię zbadać zanim cokolwiek zrobię.
– Spodziewałam się tego – odparła i odsłoniła szlafrok a ja skrzywiłem się widząc jak dokładnie to wygląda i westchnąłem czując się zmęczony – aż tak źle? - zapytała po chwili a ja potrzebowałem momentu by odpowiedzieć. Owszem, biodro wyglądało paskudnie ale reszta jej ciała była wielce atrakcyjna a kaskady jej niezwykle długich, czarnych włosów falowały wokół niej jak czarny ocean i bynajmniej nie pomagało mi to w koncentracji.
– Nie, widziałem gorsze – odparłem przyklękając na krawędzi łóżka mając w pamięci wszystkie urazy jakich doświadczyłem i jakich byłem świadkiem – ale nie będę cię kłamać, będzie bolało jak cholera.
– Przed chwilą strzelano do mnie z mithrillowych bełtów, wbito mi mithrillowy sztylet prosto w
brzuch i ugryzła mnie strzyga. Uwierz mi, dam radę – powiedziała, chcąc zapewnić mnie o tym a ja miałem ochotę się uśmiechnąć gdy do moich wspomnień napłynął właśnie obraz jak spadłem z murów twierdzy podczas jej obrony i wyciągali mnie potem z rowu całego mięciutkiego jak papka (Na szczęście wredne skrzydlate potworzysko na tyle złagodziło upadek że nie zabiłem się a jedynie połamałem. Miałem wtedy farta). Spojrzałem na nią po raz kolejny starając się przygotować do zbadania stanu jej stawu ale na łóżku przede mną nie leżał byle jaki pacjent tylko naprawdę atrakcyjna, młoda kobieta o niepospolitej urodzie. Ubrana jedynie w gorset i gładkie majtki czekała aż zajmę się jej urazem a ja stałem obok, z kolanem na jej łóżku i powoli zaczynałem czuć ekscytację. Rozumiałem, że ubrała się tak by ułatwić mi pracę ale, na Stwórcę, przez chwilę kusiło mnie zrobienie czegoś zupełnie innego. Na przeklętego Malareia, jeśli chciałem zrobić to właściwie, i tak żeby nie było komplikacji, to musiałem się uspokoić a tym bardziej nie mogłem pozwolić by czuła się niekomfortowo obserwowana w taki sposób przez mężczyznę. Wziąłem głęboki wdech i wypuściłem powietrze powoli by uspokoić myśli a następnie zabrałem nogę z łózka a ręce położyłem na jej stawie biodrowym starając się by moja twarz miała tak pewny wyraz jak się czułem. Zacząłem przesuwać opuszkami palców po jej biodrze by dobrze wyczuć położenie kości i w jaki sposób ona wyszła z panewki stawowej a po jakimś czasie lekko naciskałem żeby zbadać ruchliwość przemieszczonej kości. Zaraz miałem to robić jeszcze mocniej i miałem nadzieję że nie będzie mnie miała za jakiegoś sadystę, ponieważ naprawdę chciałem jej pomóc. Już przy lekkim uciskaniu okazjonalnie słyszałem jej jęki a teraz gdy kilkukrotnie ucisnąłem mocniej (chciałem zbadać czy mniejsza siła wystarczy) aż krzyknęła a ja przestałem. Na szczęście wiedziałem już wszystko co potrzebowałem i nie musiałem sprawiać jej więcej bólu badaniem. Vivinne oddychała głośno po tym krzyku a ja spojrzałem jej uważnie w oczy chcąc przygotować ją na to co zaraz zrobię. Nie mogłem przy tym nie dostrzec intensywnie niebieskiego koloru jej tęczówek, który przywoływał wspomnienia stawów w ogrodach Sil Run.
– Zdaje się, że już wszystko wiem. Jesteś gotowa? – zapytałem jedną dłoń kładąc na jej biodrze a drugą obejmując kształtne udo.
– Tak.
– Na pewno, ostatecznie? – marudziłem poprawiając ułożenie dłoni
– Tak, rób co musisz – odpowiedziała, chyba już lekko podenerwowana oczekiwaniem.
– Dobra, w takim razie na trzy. Raz, dwa...
Zamiast powiedzieć "trzy" rozległ się chrup wracającej na swoje miejsce kości oraz wrzask wampirzycy. Puściłem czym prędzej nogę by chwyt nie potęgował bólu, zresztą wiedziałem że wykonałem dobrą robotę i okryłem Vivienne na nowo szlafrokiem. Leżała tam dysząc ciężko a ja czekałem aż jej przejdzie i jedynie przysunąłem sobie krzesło siadając na nim okrakiem przodem do oparcia a gdy już się uspokoiła spojrzałem na nią z uśmiechem.
– Mam dla ciebie dwie dobre wiadomości. Pierwsza jest taka, że wszystko dobrze się udało i za parę
godzin możesz z powrotem chodzić bez większych problemów. Druga, to że nie będzie ci w
przyszłości samo wyskakiwać ze stawu – poinformowałem nie kryjąc zadowolenia z udanego zabiegu – tak więc nie masz się co martwić biodrem, wszystko będzie dobrze.
– Tak, biodrem może i nie mam co się martwić – wyszeptała – ale teraz uciekłam wbrew zakazowi z miasta i na pewno uznają, że to ja...
– O to też się nie martw, jak zabierałem razem z Valaradem nasze rzeczy z zajazdu przyszedł posłaniec
od księcia i przekazał informację, że zostałaś uniewinniona – przerwałem z lekkim uśmiechem nie wspominając o mojej roli w tym wydarzeniu oraz o tym, że wcale pirata nie spotkałem.
– Naprawdę? Nie żartujesz? – spytała zaskoczona
– Naprawdę. Jesteś oczyszczona ze wszelkich zarzutów – dodałem widząc łzy w jej oczach.
– Aż nie chce mi się wierzyć – wyszeptała – tak wszystko dobrze zaplanował... nie wiem, dlaczego mój brat aż tak mnie nienawidzi...
– Nie zawsze między rodzeństwem jest tak jak się zdaje, że być powinno – odparłem niemal z warknięciem widząc oczyma wyobraźni Aec'Khato.
– Nie zawsze... więcej dobroci dostałam od obcych niż od Bugdusha... on potrafił podarować mi
tylko cierpienie... nawet ty, chociaż mną gardziłeś, potrafiłeś okazać mi litość, dobro... – odzywała się nadal cicho próbując ukryć łzy, które spływały jej po policzkach a które widziałem wyraźnie.
– Widzę, że potrafisz się kontrolować i panować nad pragnieniem – odpowiedziałem spokojnym głosem – Mikur i Valarad ci ufają...
– Nie chcę nikogo skrzywdzić, nie wybaczyłabym sobie, gdybym zrobiła komuś to, co mi zrobiono, kiedy... już prawie dwa lata temu. Nigdy nie prosiłam się o zostanie wampirem, i gdyby tylko był sposób, to...
– Jest – przerwałem zdawkowo, a gdy uniosła głowę nazbyt wyraźnie widziałem jej płynące z oczu łzy
– Jak to?
– Alchemia bardzo się rozwinęła ostatnimi czasy. Jest antidotum na vampirię (chorobę, której skutkiem jest przemiana w wampira) – wyjaśniłem cierpliwie
– Ja... chciałabym... ale to by mnie osłabiło... najpierw muszę pokonać brata... – szeptała
– Twój wybór – miałem ochotę wzruszyć ramionami lecz jedynie znowu zmierzwiłem dłonią włosy nie mogąc zrozumieć jej decyzji. Ja pozbyłbym się tego przekleństwa czym prędzej. Wiedziałem co ono czyni z każdej istoty, którą dotknie.
– Muszę być silna, żeby mieć z nim szanse... on mnie tak bardzo nienawidzi... – kontynuowała po czym spojrzała na mnie – Mógłbyś mnie już zostawić, proszę... chcę być sama.
– Dobrze - powiedziałem spokojnie i wyszedłem z pokoju. Za drzwiami jedynie spytałem Mikura czy pójdzie do kantyny się ze mną napić a ten z chęcią się zgodził. Spędziliśmy tam trochę czasu przy butelce a później zająłem się własnymi sprawami i wróciłem do rozmyślań.
Wytrwałość
Nie lecieliśmy szybko by oszczędzać paliwo i często szybowaliśmy z wiatrem kiedy nam sprzyjał. Mnie natomiast wkurzało jak niektórzy podniecali się wizytą w Sol Domini a szczególnie już Valarad, który przejawiał wręcz chorą fascynację. Niestety z czasem Valarad zaczynał pod względem zachowania przypominać tego nieszczęsnego Pana Węża i bynajmniej nie była to dobra wiadomość. Gdyby sam Stwórca wyznaczył na piasku linię i zakomunikował że jeśli ktoś ją przekroczy to świat zostanie zniszczony to obawiam się że Wąż przekroczyłby ją natychmiast żeby tylko zobaczyć co się stanie. Wracając do Valarada to nakręcał się wizyta w bibliotece co raz bardziej a ja nie miałem ochoty tłumaczyć mu że lepiej by poszukał jedynie interesujących nas informacji a naukę zostawił na później. Sam spędzałem swój wolny czas w ciągu tego miesiąca podróży na czytaniu ksiąg alchemicznych, które kiedyś zgromadził Otr oraz doskonaleniu moich zdolności łuczniczych w ładowni. Czy robiłem coś innego wartego wspomnienia? Nie bardzo. Rozmowy z drużyną w kantynie, okazjonalne picie z chłopakami i ćwiczenia fizyczne. Nic godnego wspomnienia. Ciekawie zaczęło się robić dopiero później...
Gdy w końcu udało się nam dotrzeć do tego przeklętego miasta, większość drużyny zapaliła się do pomysłu zwiedzania lub zakupów. Szybko ostudziłem ich zapał opowiadając jak to istoty nie będące elfami muszą być prowadzone na łańcuchu a elfy nie będące solitari są pod obserwacją straży i słowa te wywarły efekt. Mikur zadeklarował że nie da się prowadzić nikomu na łańcuchu i tak samo Vivienne a Troy zaczął mieć olew na całe miasto. Chociaż jemu akurat takie doświadczenie by się przydało. Za to Valarad nie zrezygnował ze swojego pomysłu a Mścibor pozwolił się prowadzić na mithrillowym łańcuchu i obroży jakie zostały nam po uwolnieniu wampirzycy a w komplecie z dwoma piratami (elfami) wycieczka wyglądała na tyle interesująco że nawet patrzyłem za nimi przez pewien czas przez okno.
Po kilku dniach, które Valarad w całości spędzał w bibliotece (darmowej ale te urocze słoneczka postanowiły orżnąć pirata i szło im całkiem dobrze gdyż płacił 500 sztuk złota od osoby za dzień w czytelni), jasne było że będziemy musieli siedzieć tu na tyłkach aż piracik nie nauczy się czego chce bo do tej pory nie wyjawił nam czego się dowiedział. Z nudów zacząłem szukać czegoś do roboty i nie musiałem długo szukać. Troy również był znudzony i miał ochotę się bić więc chciałem wykorzystać to do swoich celów i nauczyć się wytrzymywać ciosy. Troy zgodził się z ochotą jak zawsze pewien siebie oraz tego że nikt inny walczyć na pięści nie umie. Twarzyczka Troya osiągnęła już wygląd łakomego dziecka, które właśnie poskładało wieżę z krzeseł by sięgnąć stojący wysoko słoik z łakociami kiedy akurat weszła Vivienne. Jeden rzut oka na nią wystarczył by wiedzieć że jest w tak samo kiepskim nastroju jak po opuszczeniu Dverg Morke i potrzebuje jakiegoś sposobu by się wyładować. Na szczęście to Troy zaczął rozmowę.
– Będę uczył Lancello wytrwałości, chcesz popatrzeć? – wyrzucił z siebie szybko uradowanym głosem.
Wampirzyca jedynie wzruszyła ramionami i chyba chciała odejść więc zaczepiłem ją ja.
– A może ty mnie nauczysz? – powiedziałem i miałem ochotę się uśmiechnąć kiedy przystanęła i spojrzała na mnie zaskoczona
– Ja? - zapytała nadal z szeroko otwartymi oczyma.
– No tak, nie powiesz mi, że nie potrafisz tego – w tym momencie uśmiechnąłem się bezczelnie a ona przyjęła wyzwanie.
Ładownia była niedostępna gdyż zagoniliśmy wiecznie pijaną bandę piratów by ją dokładnie wysprzątali więc z Troyem mieliśmy ćwiczyć w kantynie. Zanim Vivienne zeszła, zdążyliśmy poodsuwać wszystkie stoły i krzesła pod ściany a teraz dała mi moment bym ściągnął kurtkę i jedynie lekko ubrany stanął przed nią. Od razu bez zastanowienia trzasnęła mnie pięścią w twarz. Widać że jej odrobinę ulżyło i zaraz poprawiła z drugiej strony. Z początku nie reagowałem zupełnie na ciosy i jedynie je przyjmowałem, w końcu chciałem wzmocnić wytrzymałość a wampiryzm znacznie zwiększa tężyznę fizyczną zainfekowanych a Vivienne widać z każdym ciosem dawała upust targającym ją negatywnym emocjom. Jednak wkrótce zaczęła przesadzać. Już nie biła normalnie tylko waliła na oślep z całej siły, nie przejmując się zupełnie już w co i jak uderza a mnie powoli zaczęło brakować na to cierpliwości. Nigdy nie podnosiłem ręki na kobiety ani ich nie biłem lecz teraz zaczęła mnie naprawdę irytować więc zacząłem oddawać ciosy. Nadal hamowałem swoją siłę lecz oddawałem ciosy próbując ją obezwładnić lub wyprowadzić z amoku w jaki wpadła. Na każdy jej cios odpowiadałem własnym, czasem unikałem i uderzała w ściany lub podłogę, nie zawsze tż sam trafiałem. Całe szczęście że przygotowaliśmy kantynę wcześniej gdyż teraz zaczęliśmy się już tarzać po podłodze nawzajem okładając się pięściami. W końcu, kiedy zobaczyłem szansę wycofałem się unosząc ręce do góry na znak końca walki a wampirzyca dysząc ciężko zaczęła się rozglądać za innym celem na którym można by się wyładować i padło na Mścibora, którego skusiła nauką ogłuszania ciosem pięści. Ja sam miałem już trochę dość i używając mocy zimna chłodziłem obitą szczękę co przynosiło nie lada ulgę i przy okazji też nie pozwoliło jej za bardzo spuchnąć. Zaczynałem mieć już dość widoku miasta słonecznych za oknami i odczuwałem narastająca irytację, która wzmogła się jedynie po tej bójce. Na szczęście po 2 tygodniach Valarad wyczerpał zapasy gotówki i w końcu podzielił się z nami swoimi odkryciami (Informacji o Oku Magii szukał niecały tydzień. Resztę spędził na nauce w tej bibliotece) i mogliśmy wylecieć na poszukiwania. Niestety walka niewiele pomogła biednemu dziewczęciu i ta wpadła w głęboką depresję...
Próba samobójcza
Punkt kulminacyjny wielkiego kryzysu nastąpił jakoś w tydzień po jakże radosnym (dla mnie) oddaleniu się od domen solitari. Siedzieliśmy sobie niewielką grupką (Ja, Valarad, Troy, Mikur, Vivienne i Manro) i rozmawialiśmy i przeróżnych pierdołach a piraci rżnęli w karty. Vivienne siedziała cicho z boku nad swoim kubkiem z sokiem, Mikur i Troy popijali krasnoludzką gorzałkę a ja rozmawiałem z Manro o jego przekleństwie. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że został naznaczony klątwą która w chwili śmierci miała go zmienić w nieumarłego potwora i moment ten nastąpił kilka miesięcy przed tym jak ich poznałem. Nasza sympatyczna smoczyca, Sijaka, wspomagała ich w walc i chciała swym smoczym zionięciem spalić wrogów lecz stopa wpadła jej do nory jakiegoś królika czy innego gryzonia powodując potknięcie a morderczy strumień smoczego ognia trafił w biednego avianina. Manro nie zginął, nie do końca, lecz powstał jako blargh a jego dusza została zniszczona (co dzieje się zawsze kiedy ktoś zmieniany jest w nieumarłego). Ledwie zauważyłem jak Mścibor wsunął się do pomieszczenia i uśiadł w pobliżu wampirki tak mnie zainteresowało opowiadanie towarzysza gdy mówił jak to wyszedł z własnej skóry czując głód krwi. Wiedziałem czym się się stał więc pokiwałem ponuro głową. Blargh'i były nieumarłymi, istotami wampirycznymi żywiącymi się krwią. Tracą one własną skórę lecz zdzierają skóry swych ofier i przywdziewają jak kombinezony by w ten sposób chronić się przed światłem i łatwiej podchodzić swoje ofiary. Chociaż nieumarłe, cechują się wielkim sprytem oraz inteligencją a ich łaknienie krwi jest mniejsze niż u normalnych wampirów, dzięki czemu łatwiej im się kamuflować. Chciałem słuchać dalej jak opowiada o swoich losach gdy przerwał nam wrzask Vivienne.
– Zamknij się! Jesteś kompletnie pojebany! Ty cholerny, fanatyczny psychopato! Co ty możesz wiedzieć o tym! - krzyczała i już podnosiła na niego rękę by go trzasnąć jednak cofnęła ją i wybiegła z kantyny. Moje uszy rejestrowały odgłos jej kroków w głąb korytarza i trzaśnięcie drzwiami. Wnioskując po oddaleniu tego odgłosu oraz długości biegu, udała się do swojego pokoju.
- Coś ty jej powiedział? - zapytałem go cicho wiercąc go wzrokiem
- No co? Rozmawialiśmy sobie o śmierci i takich tam i podałem jej przykład, że lepiej, kiedy matka zabije swoje dziecko, niż kiedy je porzuci i każe mu trwać w bólu - tłumaczył się Mścibor swoją pokrętną logiką gdy przerwał mu Manro.
- Idioto, ona niedawno straciła dziecko.
Ta informacja mnie zaskoczyła, i to niemało. Nie spodziewałbym się że to smutne dziewczę może mieć takie brzemię na swoich barkach i to tym bardziej sprawiło że nie żałowałem udzielonej jej pomocy.
- Auć… Nie wiedziałem. Słuchaj - spojrzał wtedy na Steina - Twoja przyjaciółka może cię potrzebować. Idź do niej.
- Najpierw załatwię ci dekapitacje - Mikur wstawał od stołu z furia w głosie - Jak ciągle będziesz pierniczył o tej śmierci, to ciebie do niej przybliżę i to baaaardzo mocno.
- No dobra - odparł antydruid bez przekonania
- To ona była…? - zapytał z chorą ciekawością Troy dosiadając się do Mścibora - Ej! Mikur! Napijmy się! No dawaj!
- Eee - wezwany stein zawahał się w pół kroku ruszając w stronę drzwi - No dobrze. Skoro polewasz - powiedział Mikur siadając z powrotem przy stole. Chyba zaczynał mieć problemy z alkoholem.
Valarad wciągnął mnie i Manro w rozmowę o broni i taktykach walki a piraci wrócili do swoich rozrywek. Troy rozpijał steina, co nie było specjalnie trudne zważywszy na jego słabą głowę i już wkrótce Mikur padł na stół, czym awanturnik specjalnie się nie przejął i kontynuował picie samemu. Cóż, tyle było z Obsydianowego Gladiatora (jaki to tytuł zdobył w Dverg Morke). Mścibor w tym czasie opuścił kantynę. Mięło dosłownie kilka minut i wrócił trochę poturbowany.
- Lepiej niech ktoś inny z nią porozmawia. Mnie nie chciała słuchać - powiedział i usiadł przy stole a Manro za to wstał i ruszył rozmawiać z wampirzycą. On także wrócił po kilku minutach i usiadł naburmuszony. Mikur, który poderwał się chwilę wcześniej usłyszawszy to ruszył na korytarz a ja podążyłem za nim parę chwil później by ujrzeć jak dobija się do drzwi Vivienne pozostawiając w nich wgniecenia aż w końcu wyważa je.
– Co ty sobie wyobrażasz!? – wrzasnął Mikur zmierzając w stronę znajdującej się na łóżku wampirzycy. Nie mogłem nie zauważyć nacięcia na jej szczupłym przedramieniu oraz plamy krwi na pościeli zaraz pod nim.
– Co tu się dzieje? – zapytałem a zaraz za mną wszedł Valarad.
– Nie chcę już żyć! Zostawcie mnie w spokoju! – krzyczała Vivienne ze łzami w oczach. Nie wiedziałem czy z bólu, wściekłości czy bezsilności.
– Skoro taka jest twoja wola – odpowiedziałem cicho. Skoro nie chciała żyć to najlepiej zrobić to szybko i sprawnie. Nóż, zawsze trzymany w rękawie uwolniłem oraz posłałem do lotu jednym wprawnym ruchem. Pomknął przez pokój jak błyszczący srebrzyście ptak by trafić dokładnie tam gdzie chciałem; w prawą stopę wampirzycy. Rozległ się krzyk bólu gdy poczuła przebicie oraz palący ból jaki zadaje mithrill istotom tego rodzaju i zaraz potem wyszarpnęła nóż oraz rzuciła go na podłogę patrząc na mnie wściekle.
– Co ty robisz, idioto?!
– Spełniam twoje życzenie. Co, nieprzyjemnie? Nadal chcesz umierać? Mam jeszcze kilka takich, mogę ci pomóc – odwarknąłem z narastającą w głosie wściekłością.
– Daj mi spokój… – wyszeptała i zwinęła się w kłębek na łóżku.
– A ty znowu będziesz się chciała zabić? Ani mi się śni – powiedziałem i założywszy ręce na piersi postanowiłem stać uparcie w tym miejscu tak długo jak mi się będzie podobać.
– Co tu się… – znajomy głos Mścibora rozległ się przy drzwiach jednak nie dane mu było dokończyć.
– Wynoś się stąd! – to Mikur chwycił go za kołnierz i wyniósł z pokoju a sądząc po odgłosach z korytarza zaczęli się szamotać jednak znajomy rytm oddechów Manro upewnił mnie ż obaj zostali unieruchomieni i spacyfikowani aurą.
– Słuchaj, wiemy już co się stało z twoim dzieckiem, Mścibor ani nikt inny więcej już nie będą gadać ci takich bzdur – uspokoiłem głos i zacząłem szukać czegoś w sakwie.
– To wszystko moja wina… nie zasługuję, by żyć… – łkała nadal trzymając sztylet a ja znalazłem co chciałem.
– Nieprawda. Wypij to, pomoże ci się uspokoić – powiedziałem wyjmując mała fiolkę z przejrzystym płynem w środku i podając ją wampirzycy
– Nie będę nic piła. - no kurde uparta się znalazła, cholera jedna. Skoro nie chciała po dobroci to będzie po mojemu.
– Wypij, albo cię zmuszę – zagroziłem dla pewności jednak tak jak sądziłem odmówiła ale byłem na to gotowy – sama tego chciałaś – rzekłem pochodząc i przywołałem milczącego dotąd pirata – Valarad, przytrzymaj ją. Ten chwycił ją za kark a ja rozwarłem usta i wlałem zawartość fiolki prosto do gardła. Vivienne krztusiła się trochę i kaszlała gdy ją puściliśmy ale liczyło się że wypiła ten płyn.
– Jak śmiałeś… - zaczęła patrząc na mnie wściekle.
– Po prostu – wzruszyłem obojętnie ramionami – to ci pomoże.
– Wynoś się… zostaw mnie samą… – warknęła i ponownie zwinęła się na łóżku a ja westchnąłem niezauważalnie i postanowiłem jeszcze się odezwać.
– Za chwilę to zrobię, ale najpierw wysłuchasz, co chcę ci powiedzieć. To, co chcesz zrobić, nie jest rozwiązaniem żadnej sytuacji, samobójstwo popełniają tylko tchórze… sądziłem, że ty do nich nie należysz… – mówiłem przywołując ton, którego dawno nie używałem a który jednak był dla mnie równie naturalny co ten jakiego używam na co dzień, był częścią mnie a wampirzyca wpatrywała się we mnie nie próbując przerywać – nie po to wynosiłem cię z tamtego budynku, żebyś teraz miała się zabić, ale jeśli będziesz chciała, to proszę bardzo – powiedziałem wyciągając sztylet zza pasa i z minimalnym zamachem wbijając go w stolik nocny – zrób to tym sztyletem, jest mithrillowy, będziesz miała pewność, że zabijesz się jednym ciosem. Jeśli jednak zdecydujesz inaczej, przedstawię ci moją propozycję. Przynieś mi wtedy ten sztylet i porozmawiamy na spokojnie – gdy skończyłem, patrzyłem jej jeszcze chwilę w oczy po czym przeniosłem wzrok na Valarada i skinąłem na drzwi – Valarad, wychodzimy. - rzuciłem rozkazująco a towarzysz ruszył za mną. udaliśmy się z powrotem do kantyny gdzie wyciągnąłem najprzedniejszą, krasnoludzką brandy i rozpiliśmy ją na dwóch. Musiałem się napić po tym wszystkim i chciałem ogłupić umysł by nie myśleć za dużo. A myślałem o czarnowłosej wampirzycy zasypiającej w pokoju kilkadziesiąt metrów dalej.
Nie pamiętam zbyt dobrze nocy ale wiem że budziłem się wiele razy, spocony, z rozbieganym wzrokiem, ręką szukając broni. Stare koszmary nigdy nie przestawały dawać o sobie znać a choćby nie wiem ile lat minęło, nadal nie mogłem się do nich przyzwyczaić. Zawsze ten sam koszmar. Palące rany na piersi, plecach i twarzy oraz ręce zalane krwią. Jej krwią. I krzyk, dziki okrzyk zranionego zwierzęcia pragnącego zemsty, trwający aż otuliła mnie pustaka. Zawsze budziłem się w tym momencie i tak było pewnie i tym razem. Przeciągnąłem się na łóżku po czym przerzuciłem nogi przez jego krawędź oraz wciągnąłem spodnie, następnie porwawszy ręcznik i ubrania poszedłem je uprać oraz doprowadzić się do porządku porządną kąpielą. Koszmary czy nie, zwykle wstawałem pierwszy co było plusem jeśli chodzi o kolejki do łazienki. Kiedy już skończyłem i wróciłem do pokoju, spokojnie przebrałem się w luźne spodnie oraz lnianą koszulę a następnie rzuciłem na łóżko by podrzemać jeszcze trochę. Wstałem na śniadanie lecz celowo udałem się do kantyny dłuższą drogą i zatrzymałem pod drzwiami. Mikur założył ja na wygięte zawiasy lecz przylegały dobrze. A ze środka słyszałem miarowy głęboki oddech młodej dziewczyny. Vivienne jeszcze spała. Westchnąwszy ruszyłem by w kantynie spożyć posiłek z resztą drużyny.
Trochę później, po porannych ćwiczeniach, zaszyłem się w bibliotece by studiować księgi zielarskie gdy usłyszałem na korytarzu charakterystyczny rytm kroków. Ktoś musiał powiedzieć wampirzycy gdzie mnie znaleźć gdyż zmierzała prosto tutaj a po kolejnych kilkunastu sekundach stanęła w drzwiach trzymając mój sztylet. Gdy podniosłem wzrok i na nią spojrzałem, podeszła i położyła broń na otwartej przeze mnie księdze.
– Zdecydowałam – minimalnie drżącym głosem jakiego spodziewałbym się po młodej dziewczynie, która czuje się niepewnie.
– Cieszy mnie to – odparłem ze szczerym uśmiecham na twarzy.
– Co to za propozycja?
– Chcę ci zaoferować moją pomoc. Wiem, że już Otr wyraził chęć wsparcia cię w uporaniu się z bratem i również jestem skłonny do niego dołączyć – powiedziałem a ona otwarła usta w milczeniu, chyba ją zaskoczyłem – Z Mikurem jesteś w tak bliskich, przyjacielskich relacjach, że nie mam wątpliwości, czy zechce też ci pomóc. Nie mam pewności co do Valarada, ale wątpię, by odmówił ci pomocy. Rozumiem, że cierpisz… ale wiedz, że nie jesteś sama. Widziałem, jak ciężka dla ciebie jest sprawa z bratem i jak bardzo zależy mu na twojej śmierci, obiecuję ci więc, że możesz liczyć na moją pomoc w tej kwestii. Opadła na stojące obok krzesło i patrzyła na mnie zaskoczona jakby to sam Stwórca się objawił za moimi plecami i doprawiał mi rogi. Cisza przedłużała się a ja powiedziałem to, co chciałem i teraz piłeczka była po jej stronie.
– Dziękuję… przyznam, że mnie zaskoczyłeś – powiedziała a ja czekałem spokojnie cały czas na nią patrząc – ja… naprawdę nie wiem co powiedzieć.
– Nie musisz nic mówić, pomagając ci zrobię to, co uważam za słuszne – odpowiedziałem spokojnie kończąc temat. Co było więcej do powiedzenia? Gdzieś tam jest potwór, a misją każdego Vagant'In Tenebri było polować na potwory.
– Bardzo ci dziękuję, naprawdę… nie wiem, jak ci się odwdzięczyć…
– Nie masz za co dziękować – odpowiedziałem z uśmiechem a następnie schowałem sztylet za pas – skończyłem na dzisiaj czytanie, idę się napić do kantyny. Dołączysz? Może dobrze ci to zrobi – zaproponowałem, a Vivienne przytaknęła skinieniem głową. Wstałem od stołu i odłożyłem księgę na miejsce, z którego ją wziąłem po czym podszedłem do drzwi i otwarłem je, przepuszczając dziewczynę przed sobą. Po drodze rozmawialiśmy jeszcze trochę o lochach i ruinach jakie mamy odwiedzić i czego możemy się w środku spodziewać. Gdy dotarliśmy do kantyny, rozmawialiśmy już całkiem swobodnie, nie jak łowca i wampir lecz jak towarzysze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz