I tak oto, wysłany na urlop, opuściłem góry do których już przywykłem i w których notabene miałem już niejako ułożone życie. Gdy opuszczałem gościnne mury twierdzy, jedyne nad czym się zastanawiałem to co ze sobą teraz zrobić. Owszem, miałem dom do którego mogłem wrócić ale wcale nie miałem do tego głowy. Nie chciałem tam wracać. Zamiast tego skierowałem się na wschód. Piesza wędrówka z twierdzy do San Firion zajęła mi około cztery i pół miesiąca. Dość by móc sobie przemyśleć wiele rzeczy i wystarczająco by znów przystosować się do takiego życia. Specjalnie jednak omijałam miasta księżycowych elfów, zwłaszcza Lun Samae. Nie potrafiłbym spojrzeć w oczy krewnym Elisiel. Zamiast tego zmierzałem nad brzeg oceanu by udać się na centralny kontynent gdzie nikt mnie nie zna. Posługiwałem się teraz imieniem Lancello gdyż w górach wszyscy poza elfami mieli jakiś problem z wymawianiem mego imienia więc skróciłem je do czegoś prostszego aby nie było kaleczone przez rożnych takich. Postanowiłem tez nie posługiwać się tytułem ani symbolami rodowymi by nie ułatwiać sobie życia i by nie zwracać na siebie uwagi. Gdy w końcu w porcie zaokrętowałem się na liniowiec płynący do Ludzkiego Imperium Ziemi byłem pewien że zaczynam zupełnie nowy etap w życiu. W pewnym sensie własnie tak było...
Pierwsze kilka dni po przybyciu na kontynent poświęciłem na rozeznanie w sytuacji. Miałem pewne oczekiwania co do ludzkich miast i się nie zawiodłem - nijakie domy, śmierdzące i brudne ulice, zaniedbani ludzie, żebracy, bezdomni, wędrowni kaznodzieje, złodzieje, różni najemnicy i inne ciemne typy. Czyli mogłem się czuć swobodnie że nikt mnie tu nie rozpozna. Wkroczyłem więc śmiało w to nędzne państwo i poszukałem pracodawcy. Zaczęło się od ochrony kupców lecz szybko zdobyłem dość renomy by wkrótce pracować na zlecenie osób szlachetnie urodzonych i tu zadania już bywały różne. Byłem nauczycielem, ochroniarzem, eskortą, towarzyszem, myśliwym czy nawet przedstawicielem podczas pojedynku. Nauczyłem się że ludzi żyją bardzo szybko i intensywnie (co jest zrozumiałe przy ich długości życia) lecz nie potrafiłem zrozumieć ich gwałtownej chciwości i chęci posiadania, którą zauważałem niemal na każdym kroku. O ile większość emocji odczuwamy tak samo to jednak takie zjawiska są u elfów nieczęste. Cóż, ludzie to ludzie i tak należy ich oceniać a porównania z innymi rasami mogłyby być dla jednych czy drugich krzywdzące więc wstrzymywałem się od tego. Szerzej raczej nie ma się co rozpisywać o tym krótkim czasie jaki tu spędziłem. W końcu co to jest tych kilka lat.
Sytuacja zmieniła się kiedy od mojego ówczesnego pracodawcy dostałem wielce nietypowe zlecenie. Był on szlachcicem, który dla zabawy zajmował się handlem a interesował się kolekcjonowaniem antyków. Problemem było to że często te antyki miały innych właścicieli lub znajdowały się w nietypowych miejscach, w które należało wysłać solidną drużynę. Nigdy nie kradłem dla niego ani nigdy tez on nie prosił mnie lub kogokolwiek innego by kradł te przedmioty - zawsze składał propozycje kupna. Tym razem jednak płacił mi za udzielenie mojej pomocy bandzie wyjątkowych frajerów. Bo nie da się inaczej nazwać kogoś kto zgadza się dostać do opuszczonych ruin pod posterunkiem inkwizycji. Osobiście inkwizycja mnie denerwowała swoją arogancją i żądzą władzy więc przyjąłem zlecenie dla okazji by spłatać im figla. Na tyłach inkwizytorium czekałem od dobrej godziny. Pojawiłem się celowo dużo wcześniej by przekupić kuchcika by wszystkim inkwizytorom podać środek wywołujący biegunkę. Efekt był lepszy niż się spodziewałem gdyż patrole zaczęły wychodzić dużo mniej liczne i zdecydowanie bardziej sporadycznie. Wtedy przybyli oni.
Prowadził ich słusznej postury wojownik zakuty w zbroję i mający przewieszony przez plecy dwuręczny młot. Z informacji, które o nich miałem był smokiem i rzeczywiście można to było poznać po jego oczach z pionowymi źrenicami. Apropos oczu, wokół jednego miał tatuaż wyglądający jak pysk smoka chcący pożreć oko, tatuaż symbolizujący to co smoki nazywają klątwą szału. Cóż, pan wściekły siłacz z pewnością potrafił sobie radzić w walce. Kolejni osobnicy okazali się trójką magów. Więc teraz już wiedziałem czemu zleceniodawca nalegał na moją obecność, po prostu brakowało w tej bandzie osób które nie polegały na magii. Trójka elfów... Pierwszy na oko był szpiegiem ze znanej mi grupy Cieni Mgieł, co dało się poznać po płaszczo-mundurze jaki nosił a jedno oko miał zasłonięte przepaską. Dość szybko przeprowadziłem z nim krótką rozmowę na temat tego kto kim jest a kto kim nie jest. Drugi wyglądał na początkującego maga i o ile nic złego nie potrafiłem o nim powiedzieć to z całą pewnością mogę to zrobić o osobie za którą kroczył jak uczeń za mentorem - słoneczną elfką. Szła niby cholerna władczyni świata a arogancja i poczucie wyższości wręcz rozświetlały jej sylwetkę od środka niczym małe słoneczko. Bez wątpienia ta cholera mnie rozpoznała ale żarciki i aluzje, które rzucała na szczęście nie wzbudziły zainteresowania pozostałych a niedługo potem miałem okazję ją skutecznie zastraszyć by nie wyjawiała mojego sekretu jednak ten "szczyt stworzenia" przez długi czas napawał się faktem posiadania mojego sekretu. Eh za co mi to przyszło...
Cała akcja przebiegła bez większych problemów. Przejście przez mur nie stanowiło problemu a uśpienia stróżującego psa było proste. Teraz było trzeba tylko przekopać się do starych ruin co zajęło nam około godziny. Po wejściu jednak poszło łatwiej. Magowie w miarę sobie radzili choć ta princitari raz zginęła (niestety ją wskrzesili) a Raves - tak się nazywał smok - okazał się dobrym wojownikiem lecz nie nadzwyczajnym co znaczyło jego imię po elficku. Jedynym minusem było zebranie tylko dwóch z czterech waz (pozostałe dwie ci durnie rozbili podczas walki) oraz to że zabrało nam to tyle czasu by niemal napatoczyć się na patrol inkwizycji. Koniec końców jednak bezpiecznie przesadziliśmy mur i znaleźliśmy się w uliczce. Jednak ktoś miał wyjątkowego pecha i dwóch kolejnych Cieni Mgieł wychynęło z zaułka zaraz za nami domagając się by Pan Wąż (skąd to idiotyczne imię się wzięło nawet nie chcę wiedzieć) poszedł z nimi. Co ku mojemu zaskoczeniu stało się już po pierwszym pchnięciu go w plecy. My natomiast wróciliśmy do zajazdu, który zajmowała ta porąbana ekipa. Po drodze sprawdziłem jedynie notes otrzymany niedawno pocztą od dowódcy Strażników gdyż Pan Wąż brzmiał znajomo. I był tam, jako jeden z celów do których nie należało strzelać bez powodu. Kiepski szpieg odpowiedzialny za szkolenie szpiegów oraz średni, aczkolwiek w miarę znany, dyplomata. Piękny towarzysz do akcji mi się trafił a tamci dwaj chyba coś do niego mieli. Nie mój problem.
Mój pracodawca pojawił się wkrótce po nas i odebrał dwie wazy ale zapłacił mi pełną sumę. W końcu mi płacił za pomaganie im a to oni byli wynajęci do zdobycia waz. Rożnica w warunkach kontraktu bezcenna. W przybytku tym poznałem również resztę tej malowniczej drużyny. Obiekt A był duży. Można powiedzieć że wielki. Wielki, czarny i błyszczący. O ile można to rozumieć na kilka sposobów to wystarczy że wspomnę że był przedstawicielem rasy steinów a jego skóra była z obsydianu. Większość drużyny nazywała go z tego powodu "Drogocennym towarzyszem" co uznałem za niezbyt zabawny żart o czym zapewniłem młodego skalniaczka. Osobnik B wyglądał na smoka lecz w coś w jego wyglądzie nie pasowało do tego a wokół niego unosił się smród zaschniętej krwi i starego mięsa. Z tego co się dowiedziałem to Manro (bo tak się nazywał) tytułował się aviańskim egzekutorem i mistrzem aury. O ile w to drugie jestem w stanie uwierzyć to jednak na skrzydlatego nie wyglądał ale nie byłem tam od tego by mu to wytykać oraz to że na widok smoka w kryształowym pancerzu avianie mogą dostać szału. Był z nimi jeszcze jeden przedstawiciel narodu elfów (tym razem Sangitari - krwawy elf), pirat imieniem Valarad, który rekrutował ludzi do swojej załogi. Z dość miernym skutkiem stwierdzam, patrząc na to kto chciał się zaciągnąć. Imię Valarada jest mi dość znane albowiem słyszałem kiedyś o tym korsarzu. Ostatniego osobnika nie wiem jak opisać... Czy był to zootrop, egzotyczny zwierz czy może obiekt szalonych eksperymentów. Nazywało się to Otr i jak twierdził był po ćwierci potomkiem smoka, krasnoluda, merena i gatte, wychowywanym przez elfy i niech mnie Malarei porazi jeśli nie jest to istota o najdziwniejszym pochodzeniu jaką poznałem. Cały porośnięty był futrem, miał także futrzane smokowate skrzydła oraz ogon a z głowy wyrastała mu para rogów. Doprawdy pięknie. Do tego jeszcze unosił się wokół niego dość ostry aromat. Biedne me zmysły. Jednak mimo wszystko i wbrew logice ta ekipa mi się spodobała a że nie miałem obecnie nic innego do roboty... Jak powiedziałem, byli bandą frajerów - pozwolili mi do siebie dołączyć.
Co się działo dalej
Ten fragment historii opiszę trochę w skrócie ponieważ nie dotyczy mnie ona tyle a głównie jedynie pomagałem moim nowym kompanom. A było w czym pomagać. Chociaż o tym się raczej rozpisywał nie będę. Niektórych informacji lepiej nie powierzać papierowi. Tym bardziej ponieważ wolałbym sobie niektórych rzeczy nie przypominać. Pan Wąż wrócił (odzyskawszy oko i z oboma tęczówkami jarzącymi się czerwono) i chyba dołączył do inkwizycji a sądząc z dziwnej atmosfery w drużynie doszedłem do wniosku że stało się coś jeszcze. Udało mi się jedynie wydusić z nich że mieli jeszcze jedną towarzyszkę ale gdzieś ją odesłali. Raves też się gdzieś ulotnił. Dziwne. Ale moją uwagę przykuł plan jaki mieli. Mianowicie kiedyś ktoś nich czy jakiś ich znajomy czy znajomy znajomego miał prawdziwy krasnoludzki sterowiec parowy i został on potem skradziony. Teraz dostali informacje o miejscu gdzie się on znajduje i chcieli się tam wybrać a biorąc pod uwagę okrojony skład tej zgrai postanowiłem w gildii wynająć grupkę obwiesi, która wpadła mi w oko: Maggiusa posługującego się czarną magią i umiejącego zaklinać przedmioty o imieniu JingJang, Avvarkę ninja o trudnym charakterze Tashę oraz Czarnego Trolla - Tuta - który chyba miał jakieś niezdrowe fascynacje co do tarczy i za dużą jak na mój gust łatwość do zabijania. Ale wywiązać się wywiązali. Plan poszedł całkiem nieźle i jedynie Pan Wąż gdzieś zniknął podczas walki a pojawił się kiedy byliśmy już w powietrzu. Wydało mi się to podejrzane a reszci tej bandy niedobitych herosów również. Cała sytuacja zakończyła się wrzuceniem go do celi a potem oddaniem w Marianburgu. Odniosłem wrażenie że brakować go będzie tylko Valaradowi i jego grupce piratów. Odeszła też Galadrielle, co każdy przyjął z wyraźną ulgą (zwłaszcza Tut) a Manro podesłano pod opiekę jakąś podkomendną. Trochę dziwna jest choć niebrzydka.
W jakiś czas później jakoś tak się stało że uratowaliśmy księżniczkę. Prawdziwą, ubrana w biała suknię i welon oraz galopującą na jednorożcu. Oooo już ja znam takie bestie. Wredne, złośliwe, często z paskudnym charakterem i nie wiadomo czy można im ufać. A jednorożec może być jeszcze gorszy. Zabawnie się zrobiło kiedy okazało się że ścigał ją jej własny narzeczony oraz jej ojciec. Jeszcze zabawniejsze było jak próbowali nas śledzić ich ludzie. Natarłem im policzki ziołem, którego opary wywołują łzawienie i szczypanie oczu a wtarte w oczy ślepotę. Byłem jednak litościwy i powiązaliśmy im ręce oraz zostawiliśmy w hełmach nalaną wodę. Dalej niech sobie radzą sami. Księżniczka okazała się taka jak się spodziewałem i ostrzelała niektórych z nas bronią palną którą nie wiadomo skąd wyciągnęła. Ale w końcu przekonała nas do swojej sprawy.
Spokojną podróż urozmaicił nam właśnie wspomniany wcześniej jednorożec księżniczki. W którymś momencie dostał się do krasnoludzkiego spirytusu, który trzymaliśmy w kanistrach a używaliśmy do napędzania kupionych wcześniej motocykli, i zaczął szaleć. Jednorożce na prawdę nie są tak milutkimi stworzeniami jak mówią legendy i podania a ten nam udowodnił to tym bardziej ruszając w napędzany wódą szał bojowy i po drodze ostro raniąc aviankę Griselle, Mikura i Valarada, który wpadł na jakże genialny pomysł by dosiąść jednorożca aby go okiełznać. Czas ten spędziłem na pokładzie widokowym sterowca kontemplując czyste niebo i czekające nas wyzwanie.
Szczegóły zadania pominę żeby uniknąć kłopotów ale wkrótce władzę w królestwie księżniczki Konstancji (bo tak się bestia nazywała) przejął jej brat a w królestwie jej narzeczonego (pokój jego prochom) nastało bezkrólewie i walki o władzę. Jak na ironię poprawiło to sytuacje ludności, która przez starego króla była srogo uciskana nie mówiąc już o jego powiązaniach z niewolnictwem i przemytem narkotyków. I my mieliśmy udział w tej wojnie, nawet dwukrotnie, a ja sam w czasie jednej z bitew dowodziłem jednym ze skuteczniej walczących oddziałów chroniących całą naszą flankę. Powiem szczerze, cieszę się że mogliśmy pomóc w słusznej sprawie i nasze zwycięstwo doprowadziło do uspokojenia sytuacji oraz koronowania nowego króla, ale mam nadzieję że nie będę w takie zabawy już więcej wmieszany. Wojna to z tego co zauważyłem jedna z ulubionych zabaw ludzi a ja ani nie chcę im dostarczać rozrywki ani też nigdy nie pragnąłem rządzić lub dowodzić ani mnie też to nie bawi tak samo jak ich durne wojaczki. Co prawda zostaliśmy nagrodzenie odrobiną złota (które akurat się przyda) i nadaniami ziemskimi ale wątpię byśmy je wykorzystali. Po tej imprezie opuścił nas JingJang, który zapragnąwszy zostać nadwornym magiem zaproponował swe usługi nowemu królowi i został przyjęty ale jego miejsce zajął Troy.
Po wojnie
Jeszcze przed pożegnaniem się z maggiusem miałem okazję spłatać małego figla skrzydlatej wojowniczce. Któregoś dnia kiedy Valarad (z którym jakimś cudem zaczęła być niby parą) został aresztowany i część drużyny składała się by go wykupić z aresztu (w tym ja), Griselle postanowiła że skoro sam się wpakował w ta kabałę to ona go ratować nie będzie. Nie powiem, trochę mnie to zirytowało gdyż do tej pory w tym związku ciągle ona brała lub potrzebowała coś od niego (ku uldze Manro, który nie musiał się nią wtedy zajmować) więc postanowiłem się na niej odegrać za niego. Kilka nocy później srogo się upiła na wyjściu z Tutem a gdy wróciła to akurat wślizgnęła się do mojego pokoju i położyła obok mnie. Mało tego, wtuliła się we mnie. Gdy wstałem i zobaczyłem to skrzydlate nieszczęście wpadł mi pewien pomysł. Zrobiłem jej pobudkę poprzez wrzucenie do jacuzzi a następnie rozpocząłem pranie mózgu - wmówiłem jej że w nocy się kochaliśmy i straciła dziewictwo, co wyraźnie ją przybiło. Kiedy Valarad opuścił areszt wtajemniczyłem go we wszystko a on udawał niczego nie świadomego, wywołując u Griselle srogie wyrzuty sumienia i poczucie winy. Dobrze jej tak. Na dodatek wykorzystałem przyjęcie, na które zostaliśmy zaproszeni, by dodatkowo rozpuścić parę plotek na jej temat oraz zainteresować jej osobą paru arystokratów. Koniec końców, jakiś biedny idiota się jej oświadczył, ona je przyjęła, Valarad ponownie mógł oddychać swobodnie pełną piersią a na sterowcu zrobiło się dodatkowe wolne miejsce.
Wspomniałem o Troyu. Taaaak... Troya poznałem jakiś czas temu i nie sądziłem że zobaczę go znowu. Troy jest człowiekiem i awanturnikiem, czyli samodoskonalącym się wojownikiem nastawionym na walkę wręcz oraz odwiedzanie każdej karczmy po drodze w poszukiwaniu rozróby. O ile nauczyłem się już kiedyś cenić go jako kompana i zdolnego sprzymierzeńca to jednak wielce irytujące było jego prostackie zachowanie oraz przeświadczenie że tylko awanturnicy mogą twierdzić że walczyć wręcz potrafią, zupełnie ignorując tych, którzy posiadają tą zdolność ale w innym stopniu. Cóż, już kiedyś nauczyłem się że nie da się go tak po prostu zabić więc ani wtedy, ani teraz nie zawaham się wsadzić mu strzały w zad jeśli zajdzie taka potrzeba. Towarzystwa na sterowcu nadal dotrzymywała nam Konstancja z jej jednorogiem o cudownym imieniu Alphonse. Po drodze dołączyli do nas jeszcze jacyś starzy znajomi tej bandy do, której dołączyłem: smoczyca Sijaka oraz samuraj z Wysp Ognia - Hoshi Min - który miał mechaniczne protezy rak i nóg. Ten drugi szczególnie mnie zaciekawił swoją obecnością gdyż takich dziwaków to trzymamy w domach opieki a nie pozwalamy im się szlajać po świecie. Swoją drogą ostrzeżono mnie przed patrzeniem na jego twarz gdyż, jeśli im wierzyć, jego oblicze jest straszniejsze niż żołądek trolla. W takim uzupełnionym składzie wyruszyliśmy ku mojej ojczyźnie aby odszukać legendarne Oko Magii, przedmiot który miał nam pozwolić dostać się do skarbca tragicznie zmarłego ojca księżniczki.
Dwukrotnie pod ziemię
Lot na zachód trwał około miesiąca. oczywiście mogliśmy przyspieszyć to ale kosztem dużo większego spalania paliwa więc nie było to zbytnio opłacalne. Zwłaszcza że jakoś specjalni się nam nie spieszyło. Gdy wylądowaliśmy i zeszliśmy na ląd by się trochę nacieszyć twardym gruntem pod stopami, grunt ten postanowił nacieszyć się nami przybierając postać 3 wielkich kamiennych ramion wynurzających się spod ziemi przebijając jej skorupę i porywając tych trzech pechowców, którzy nie potrafili się nijak od ziemi oderwać: Mikur, Tut i Hoshi Min. Jak tylko chwilę ochłonęliśmy, zorganizowaliśmy ekipę ratunkową i ruszyliśmy w głąb tej przeklętej dziury by ratować towarzyszy. Swoją drogą zastanawiałem się wtedy czy dla mnie zrobiliby to samo, w końcu przez cały czas byłem złośliwy, uszczypliwy i kpiłem z nich gdy tylko mogłem. Miałem w tym cel - nie chciałem by się za bardzo do mnie przywiązali i poświęcali za mnie lub zatrzymywali kiedy chciałbym odejść (znowu poczułem we krwi zew ciągnący mnie w góry na granicach Martwych Ziem). Po drodze minęliśmy jednego z golemów, który chyba szedł sprawdzić czy jest bezpiecznie albo czy nie udałoby się złapać kogoś jeszcze a krzyki słyszane w oddali z głębi jaskini dodawały naszym stopom chyżości. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce ujrzeliśmy Mikura z ustami i brodą ociekającymi krwią, Hoshiego pozbawionego jednej protezy ramienia oraz Tuta (również bez ramienia) dopiero co rozerwanego na pół na naszych oczach. Dalej potoczyło się szybko: porwaliśmy oba kawałki naszego trolla a ktoś pomógł wstać Hoshiemu (ich ramion nie znaleźliśmy), natomiast Mikura holowaliśmy za nami magią. Udało się nam jednak zbiec, mimo dzielnego pościgu kamiennych olbrzymów, i czym prędzej odlecieliśmy z tamtego miejsca kierując się do najbliższego wejścia do podziemnego królestwa krasnoludów.
Gdy już osadziliśmy sterowiec na ziemi, zobaczyliśmy dość długą kolejką ciągnącą się na wiele metrów a składająca się głównie z krasnoludów i ludzi. Oraz steinów w łańcuchach. Zaraz pojąłem o co chodzi i poinformowałem o tym drużynę. Trafiliśmy bowiem na czas festiwalu, którym krasnoludy świętują dawne zwycięstwo nad kamiennymi. Byłem na tym festiwalu kilka razy i wiem że steinowi niewolnicy lub słudzy biorą udział w różnych konkursach jak wyścigi czy zapasy. Tym razem miało być inaczej ale o tym opowiem później gdyż inne wydarzenie przyciągnęło moją uwagę. Usłyszałem odgłos lekkich stóp biegnących w naszym kierunku i obróciłem się w tamtą stronę dyskretnie wyciągając nóż do rzucania. Tak w razie czego. Usłyszałem jednak radosny kobiecy głos.
– Mikur! Valarad! Co wy tutaj robicie? - powiedziała nowo przybyła niewiasta. Cała opatulona w ciężki, gruby płaszcz z głębokim kapturem a zaraz potem na moment przytuliła się do Mikura. Musieli ją znać gdyż nasz młody olbrzym wyraźnie cieszył się na jej widok a ja wykorzystałem ten moment by niepostrzeżenie spojrzeć pod kaptur by ujrzeć urodziwe i odrobinę blade oblicze, pełne, czerwone usta i niesamowicie piękne niebieskie oczy pod firanką rzęs i kilkoma niesfornymi kosmykami czarnych włosów. Aha, kogoś mi to przypomina. wycofałem się i za plecami Mikura szybko sięgnąłem po najnowszy notes. Stein wesoło przywitał się ze znajomą a ja już widziałem z kim mam do czynienia. Po chwili podeszła do mnie mówiąc:
- Miło was poznać - stanąłem wtedy naprzeciw niej i wyciągnąłem ku niej rękę, którą chwilę później uścisnęła.
– Mi również, Francesco Vicanis – odpowiedziałem na jej powitanie z leciutkim skinieniem głową. Trzeba przyznać, że była bardzo piękna. Szkoda tylko że była przeklętym wampirem.
– Francesca van der Vicanis – odpowiedziała ledwie słyszalnie podnosząc ton głosu by sprostować moją wypowiedź.
– Zdaje się, że straciłaś tytuł – powiedziałem mrużąc oczy i przyglądając się jej z uwagą jak zareaguje na to że posiadam te wiadomości.
– Tak, masz rację – przytaknęła i wycofała się z dalszej konwersacji ze mną.
Posłałem jej szeroki, szelmowski uśmiech i zmrużywszy bardziej oczy udałem że nie zauważam iż zaczęła mi się uważniej przyglądać poświęcając chwilę by ,na oko, obejrzeć moją twarz, sylwetkę i zbroję. Oraz łuk, który zdecydowała się pochwalić.
– Świetny łuk – powiedziała szczerze a ja spojrzałem na nią trochę podejrzliwie i powiedziawszy "dziękuję" odstąpiłem na krok. Z notatek wiedziałem między innymi, że potrafi się posługiwać taką bronią a nie wiedziałem jak potraktować jej pochwałę. Następnie zajęła się pozostałymi członkami drużyny a ja zdecydowałem zrobić jej małą złośliwość i sięgnąłem po jedną ze strzał oraz stanąłem w świetle słońc i posłałem promyk wgłąb kaptura zębuszki uśmiechając się wrednie. Usłyszałem syk i zduszony okrzyk.
– Po co to robisz? – warknęła patrząc w moją stronę
– Chciałem tylko coś sprawdzić – skłamałem uśmiechając się jeszcze wredniej i chowając strzałę na powrót do kołczana. Brzmiała jakby chciała mnie uderzyć. Niespodziewana reakcja.
– No to sprawdziłeś – wycedziła przez zęby a ja wzruszył ramionami i przeczesałem palcami włosy przestając jej poświęcać uwagę. Chciała chyba jeszcze coś powiedzieć ale jej uwagę ode mnie odwrócił podchodzący Otr. Po przywitaniu włochacza znowu zaczęła rozmawiać z Mikurem a ja sapnąłem nagle słysząc co ten tępy głaz zaczyna jej opowiadać. Musiała mnie usłyszeć bo sama odwiodła go od kontynuowania tematu. Trzeba przyznać że jest inteligentniejsza niż nasz drogi Mikur gdyż domyśliła się że ten temat akurat mógłby zainteresować zbyt wiele otaczających nas osób. W jakiś czas później dotarliśmy do bramy gdzie wyrobiliśmy Mikurowi dokumenty jakoby należał do mnie (dzięki temu nie musiał chodził na łańcuchu) i wkroczyliśmy wgłąb tunelu by kilkanaście minut później wsiąść do wagonu kolejowego i odjechać w stronę miasta Dverg Morke gdzie chcieliśmy się zatrzymać a gdzie Francesca znała z polecenia dobry zajazd. Odpoczynek potrzebny był nam wszystkim a towarzystwo tak barwnej kompanii skutecznie odwracało wzrok od mojej osoby. Mogło mnie tu rozpoznać niemało osób więc jeszcze dla pewności zasłaniałem dolną połowę twarzy szalem a blizna, której wtedy nie miałem dopełniała wizerunku elfiego zawadiaki i złowrogiego strażnika gór. Pasowało mi to. W końcu dotarliśmy do karczmy i zajęliśmy pokoje by wreszcie odpocząć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz