Miasto, Moje miasto
Sil Run, a dokładnie Silvi Runnidreil jak brzmi pełna nazw miasta, w którym się urodziłem to całkiem duży ośrodek handlowy znajdujący się na skrzyżowaniu traktów dysponujący wspaniałą architekturą ozdobioną też licznymi parkami oraz przecięty niewielką rzeką płynącą środkiem miasta. Główny plac miasta zwykle jest wolny od wszelkich targowisk czy straganów gdyż jest zarezerwowany na różne święta i festiwale. Apropos targowisk, największym i posiadającym najszerszy asortyment jest Emporium Magnificum. Sklep ten posiada wszelkie elfie oraz importowane przedmioty różnych maści oraz wykonania. Sprzedawca wprawdzie jest niebezpiecznie ekscentryczny ale dzięki łasce Stwórcy ma u mnie kilka długów wdzięczności za pomoc w kłopotach i nigdy nie robił mi kłopotów przy kupnie towarów.
Jeden z większych placów jakie znajdują się w mieście tradycyjnie jest ze trzech stron otoczone przez gmachy świątyń. Największa jest świątynia Stwórcy Oneirosa, usytuowana tak by o świcie światła obu słońc rozświetlały jej złoto marmurowy gmach o świcie. Po jej prawej i lewej stronie mają swoje świątynie Raistr i Tetsu, bogowie równowagi i ładu. Ci, którzy nie znają obyczajów elfów nie wiedzą że na placu (a właściwie za nim) znajduje się jeszcze jedna. Mała świątynka z czarnego kamienia, położona zawsze tak by o świcie znajdowała się w cieniu świątyni stwórcy poświęcona jest bogowi chaosu Malareiowi, a dokładniej to temu jak chaos jest niezbędny dla życia i istnienia.
W łuku rzeki znajduje się coś co przyjezdni nazywają dzielnicą portową. Niezbyt wiem skąd wytrzasnęli tą nazwę ale pasuje ona jak pięść do oka gdyż cumują tam jedynie mniejsze żaglówki i statki rzeczne, które transportują pasażerów w górę i dół rzeki a handlarze i towary przybywają w przeważającej większości drogą lądową. Sprawia to że różnym bandytom i opryszkom bardziej się opłaca siedzenie w tych ich leśnych kryjówkach ale od tego są strażnicy by się nimi zajmować. Nie raz, nie dwa sam pomagałem strażnikom w trakcie moich szkoleń i własnie w takiej sytuacji zaskarbiłem sobie przychylność właściciela Emporium.
Jak już kiedyś wspomniałem, Sil Run całe otoczone jest gęstym lasem lecz nie jest w nim tak niebezpiecznie jakby się mogło wydawać. Większe potwory raczej trzymają się z daleka a te, które żyją w okolicy nie są tak groźne by nie poradzili sobie z tym nasi dzielni strażnicy. Są też świetnym materiałem treningowym dla tych, którzy chcą poprawić swoje umiejętności łowieckie oraz przetrwania. Innymi słowy, szkoła życia gdzie przetrwa sprytniejszy i silniejszy. Prawdę mówiąc, cały ten wielki las żyje własnym życiem a wzajemne powiązania i wpływy jednych gatunków na drugie można by studiować latami a i tak nie poznało by się wszystkiego. Jeśli jednak sądzicie że jest strasznie i w nocy nie należy wychodzić poza miasto to się grubo mylicie. Bywa że nocami las jest właśnie najpiękniejszy. Śpiewy ptaków są lepiej słyszalne, zwierzęta podchodzą bliżej spacerujących a brzegi rzeki poza miastem rozświetlane są światełkami tysięcy świetlików, sprawiając że czujemy się jakbyśmy spacerowali między gwiazdami. Sam bardzo ceniłem sobie nocne spacery wokół mojego miasta.
Elisiel
Jednym z obyczajów jakie nadal często kultywujemy wśród elfów jest wysyłanie pary mogącej być narzeczeństwem pod opiekę innej rodziny, tak by nikt ze znajomych lub krewnych nie ingerował w ich poznawanie się i wybory. Rodziny, które goszczą taką parę mogą im przyznać dodatkowo swoje nazwisko (co może ale nie musi być przyjęte) i czasem jest to okazja by podnieść własny prestiż. Bo wyobraźcie sobie że w waszym domu przebywa baronet a potem używa waszego nazwiska. Czy nie byłoby to powodem do dumy a także nie podniosłoby znaczenia rodziny? Coś takiego zdarza się mojej rodzinie dość często gdyż nasze nazwisko jest wyjątkowo atrakcyjne nawet dla rodów panujących innych miast a szczególnie tych przeklętych słonecznych elfów. Ojciec ani matka nigdy nie odmówili parom, które chciały u nas spędzić czas do zaręczyn ale żadnej nie dali naszego nazwiska, co akurat uważam za rozsądne wyjście. Gdyby jedna para dostała taki prezent od nich to zaraz zjechałoby się pełno tych aroganckich słoneczek. Nie dałoby się wytrzymać. Jedną z takich par byli książę solitari Aiolia Grandios Bertran Athorn Sol-Domini oraz jego partnerka, księżniczka lunitari Elisiel Lunenya Nata'Elya Taliina Lun-Samae.
Było to niedługo po moich dziewięćdziesiątych urodzinach gdy rodzice dostali list proszący o udzielenie gościny książęcej parze. Był jeden szkopuł, księżniczka miała dotrzeć w ciągu paru dni a jej pożal się Stwórco narzeczony miał dołączyć miesiąc później. Miało to dobre i złe strony. Dobra to taka że słoneczny książę nie pojawi się tu tak szybko, zła to że obowiązek opieki nad księżniczką Elisiel spadał na akurat tego syna co to najmniej robił i się przydawał. Do tej pory zachowywałem się w miarę jak jeszcze-nie-bohater powinien był się zachowywać a dawną ucieczką puszczono w niepamięć więc miałem całkiem niezła swobodę poruszania się i wykorzystywałem to by niemal przez tydzień w ogóle unikać spotkania jej. Sielanka prysnęła gdy księżniczka Elisiel odnalazła mnie poza miastem przy torach łuczniczych. I skończyła się wolność...
Od tamtej pory miałem stale dotrzymywać jej towarzystwa jak wymagała grzeczność i początkowo przyjmowałem to jako przykry obowiązek. Musiałem jednak przyznać że Elisiel była oszałamiająco piękną dziewczyną o urodzie wręcz zapierającej dech w piersi i nie dziwiłem się dlaczego przeklęty książę chciał ją za żonę - nawet jemu musiała się spodobać a siostry już odrzuciły jego zaloty i teraz była tutaj, w naszym domu. Te wszystkie spacery, wspólne posiłki, oprowadzanie po okolicy i po mieście początkowo były mi wielce niemiłe. Ale z czasem okazało się że jesteśmy bardziej podobni niż by się mogło wydawać. Miałem ją za delikatną i potulną panienkę, która przyjmuje swój los bez sprzeciwu jednak okazało się że jest bardzo inteligentna, zamierza wbrew ojcu odrzucić zalotnika oraz pragnie zostać artystką wbrew wszelkim możliwym przeciwnościom. Widziałem więc w niej kogoś podobnego do mnie - osobę odrzucającą to co jej się nakazuje i pragnącą iść własną ścieżką. Szybko nawiązała się między nami nić porozumienia a każdy kolejny dzień miło spędzaliśmy we własnym towarzystwie.
Intruz
Miesiąc minął aż za szybko i pojawił się nadęty paniczyk Aiolia. Tylko słoneczne elfy miałyby tupet nazywać kogoś imieniem legendarnego króla a ten wydawał sie wyjątkowym bucem. Nagle też olśniło mnie gdzie już tego gada widziałem. To on witał mnie wiele lat temu z orszakiem kiedy zbiegłem do Sol Domini i to jego minąłem w bramie. Przez te wszystkie lata unikałem wszelkich kontaktów z tym miastem (bracia wygadali się że właśnie księciunio mnie wydał) i teraz patrzyłem mu w twarz z szerokim uśmiecham i powitałem go w progu naszej skromnej siedziby. BYłem już w połowie przygotowanych prędzej słów "miło nam jak książę ponownie zaszczyca nas swoją obecnością" gdy się odezwał.
- Ahh dawno się nie widzieliśmy i nie było okazji porozmawiać. Mam nadzieje że bracia nie byli zbyt surowi gdy eskortowali Cię do domu. Gdy usłyszałem wtedy jak bardzo rodzina się o Ciebie martwi wręcz nie mogłem się powstrzymać i musiałem uspokoić ich że jesteś bezpieczny w naszym mieście.
Pozwoliłem mu dokończyć i nie wytrzymałem. Walnąłem go z całej siły w podbródek aż poleciał do tyłu. I to by było tyle jeśli chodzi o wzorowe zachowanie...
Kolejny tydzień spędziłem będąc ograniczony jedynie do własnego pokoju. Najczęściej odwiedzały mnie Artemi'i i Brianna. Oraz Elisiel, ku dezaprobacie i wściekłości jej niby narzeczonego. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo i podejrzewam że trochę mi współczuła. Książę Aiolia jednak na każdym możliwym kroku dawał jej znać jak niemiłe mu jest jej zachowanie. Kiedy mogłem już opuszczać pokój nie omieszkaliśmy tego wykorzystać z Elisiel i chodziliśmy nadal razem co doprowadzało Aiolię do furii. To własnie sprawiło że wyzwał mnie na zawody.
Jest wśród nas tradycja wyzywania na pojedynek by dowieść swoich racji lub pomścić jakieś krzywdy, prawdziwe lub wyimaginowane, jednak aby uniknąć ofiar śmiertelnych urządzane jest polowanie. Obaj uczestnicy samotnie, jedynie w towarzystwie świadka zawodów, ruszają na polowanie i wygrywa ten, który przyniesie lepszą zdobycz. Właśnie takie wyzwanie rzucił mi Aiolia. Zawody dopuszczają korzystanie z dowolnej broni więc słoneczny mógł używać magii lecz postanowił chyba pokazać Elisiel że przewyższa mnie we wszystkim i postanowił tak samo jak ja używać łuku. Jego problem. On pierwszy ruszył w las w towarzystwie świadka, którym została własnie Elisiel i wrócił po jakimś czasie z trofeum w postaci wilka. Nic specjalnego. Teraz Eli (od jakiegoś czasu już używaliśmy zdrobniałej wersji naszych imion) miała towarzyszyć mnie.
Początkowo było naprawdę nudno gdyż używałem wszelkiej dostępnej mi wiedzy aby unikać zwierzyny, która mogła nas zaatakować (zasady pojedynku zezwalają na położenie tylko jednej ofiary) jednocześnie naganiając zwierzynę w stronę leśnych urwisk skąd nie miałaby ucieczki. Działałem w ten sposób już godziny zanim wydarzyło się coś wartego wspomnienia.
- Lan, cały czas zdaje mi się że coś nas obserwuje i śledzi - powiedziała Elisiel podenerwowanym głosem. Nie była tak obeznana z lasem jak ja więc nie dziwiłem się jej reakcji.
- Nie coś tylko ktoś, Eli. Książę Aiolia nas śledzi wbrew zasadom. Już kilkukrotnie widziałem jego tropy. - mówiłem starając się ją uspokoić mimo własnej ekscytacji ponieważ wiedziałem że wybrana przeze mnie ofiara była już niedaleko i nie było czasu się zajmować księciem. Zadanie wymagało skupienia gdyż wielki niedźwiedź którego upatrzyłem na cel mógł znajdować się teraz dosłownie za kolejnym wzgórkiem a by nie narażać siebie i Eli na niebezpieczeństwo musiałem położyć go jednym strzałem. Na szczęście sapanie księcia gdzieś za nami ustało i miałem nadzieje że się oddalił. W tym momencie poczułem niewytłumaczalny impuls by się uchylić i zrobiłem to w ostatniej chwili gdy coś przemknęło obok mojej skroni a ja wypuściłem w tamtą stronę własny pocisk. Moje ciało zareagowało automatycznie i po chwili dopiero zauważyłem czerwonopiórą strzałę (taką jak te używane przez księcia) wbitą w drzewo za mną i mającą na sobie kilka moich włosów. Czym prędzej pośpieszyłem w miejsce, w które strzeliłem i ujrzałem księcia Aiolię z moja strzałą sterczącą mu z piersi. Padł na miejscu.
- Nooo... To chyba kończy zawody - powiedziałem ponuro i zakląłem myśląc o możliwych konsekwencjach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz