Poszukiwacze pni
Siedzieliśmy w kantynie racząc się kolacją przygotowaną przez jednego z piratów, których imion jakoś nigdy nie udawało mi się zapamiętać, w towarzystwie Troya, Manro, Otra i kolejnych dwóch podwładnych Valarada i lekko bawiło mnie obserwowanie jak wszyscy rzucają zaniepokojone spojrzenia w kierunku wampirzycy. Vivienne najwidoczniej nie przejmowała się nimi więc ja także nie uznawałem za konieczne by kogokolwiek upominać; jak chcą się gapić to niech się gapią. Ale dziewczynę najwidoczniej znudziło siedzenie z nami i branie udziału w rozmowach o walkach i umiejętnościach. W sumie nie dziwiło mnie to ponieważ nie była w przeciwieństwie do nas wojowniczką od długiego czasu i pewnie też nie z własnej woli. W końcu więc podziękowała za towarzystwo i stwierdziła że skorzystać z jacuzzi przed snem zatrzymując na mnie spojrzenie przez dłuższą chwilę a ja uśmiechnąłem się lekko razem ze skinięciem głową i życzyłem jej miłej kąpieli. W tym momencie przysunął się do niej Troy i objąwszy ją ramieniem zaproponował że będzie jej towarzyszył w kąpieli. Po minie Vivienne można było zobaczyć że nie tylko towarzystwo Troya a także jego bliskość są jej niemiłe. Cóż, Troy nie grzeszył ogładą więc pewnie nie jedna dziewczyna by tak zareagowała a chociaż rozumiem jakie emocje mogła wywoływać w nim Vivienne ale, na Malareia, nie musiał tego okazywać obmacując nachalnie niechętną temu kobietę. Eh, żal patrzeć i miałem ochotę walnąć go w tą uśmiechniętą buźkę (lub kontrolnie rzucić sztyletem między oczy; coś takiego go nie zabije) ale na szczęście wampirzyca sama odrzuciła nachalnego adoratora i opuściła kantynę. Reszta z nas rozeszła się niedługo potem aby przygotować się do jutrzejszej walki i odpowiednio odpocząć.
Następnego dnia, krótko po tym jak wstałem, Otr zatrzymał sterowiec nad rozległą polaną. Niestety nadal była za mała a las zbyt gęsty by bezpiecznie posadzić sterowiec więc miał nas czekać desant za pomocą drabinki. Poszedłem do pokoju się przygotować a moje uszy wychwyciły głosy budzących się towarzyszy. Jak tylko zebrałem ekwipunek udałem się do ładowni by tam uruchomić wysięgnik. Większość z nas zejdzie po drabince lub w inny sposób lecz Mikur nie dość że by ją popsuł ale dodatkowo był też na nią zbyt ciężki. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się na ziemi, członkowie mojej jakże wspaniałej drużyny zaczęli się rozglądać po otaczającym nas lesie. Drzewa rosły wszędzie zbitym gąszczem a korony tych strzelistych gigantów rzucały głęboki cień na ziemię a niektóre pnie były naprawdę grube, licząc sobie kilka metrów obwodu. Tak, to był naprawdę stary las, ale nadal był w pełni życia a moje uszy wychwytywały poruszenie jakie spowodowaliśmy naszym przybyciem. Towarzysze przyglądali się drzewom a drzewa na swój sposób przyglądały się im. Na szczęście ostatnie drzewce widziano w nim przed moim narodzeniem więc nie powinniśmy ich spotkać. Chociaż jeden czy dwa drzewoludy nie powinny stanowić zagrożenia dla naszej uzbrojonej po kalesony bandy.
Zgodnie z moimi oczekiwaniami, drużyna rozproszyła się po polanie by przyglądać się otaczającym nas morzu drzew. Niestety jedyna osoba, która mogła mieć jakieś wskazówki o położeniu ruin, była obecnie zalana w trupa na sterowcu więc na wszelkie informacje zawarte w księgach nie mogliśmy liczyć. W takiej sytuacji robiłem jedyne co mogłem, czyli starałem się przypomnieć sobie wszelkie legendy i opowiadania krążące o tym miejscu i nie zważałem na to co robi reszta wesołej gromadki a jedynie ledwie rejestrowałem to co wyprawiają. Dopiero kiedy skupiłem się bardziej do moich uszu dobiegł głos Mścibora mówiącego na głos do siebie a kiedy obróciłem się w tamtą stronę zobaczyłem ciemny kształt leśnego żuczka na jego dłoni co znaczyło, że były druid wziął owada na spytki. Cała drużyna zwróciła już uwagę na jego zachowanie, przy czym Vivienne rzuciła mi zaskoczone spojrzenie na jego wyczyny lecz tylko wzruszyłem ramionami. Nie raz miałem okazję to widzieć, więc nie robiło na mnie wrażenia. Niestety Troy swoim typowym prostackim poczuciem humoru zaraził chyba w tej chwili Mikura i obaj żartowali sobie z załatwienia żyjątka. Ehhh, z kim ja podróżuję... Ale wysiłki Mścibora przyniosły efekt i jak przekazał mu żuczek, mieliśmy szukać jakiegoś pnia na północy. Wprawdzie pni w tym lesie był dostatek a to że ograniczono lekko kierunek wcale nie zmieniało naszej sytuacji, co zresztą pozostali także sobie uświadomili. Mnie jednak przypomniało to pewną historię. Kiedy drużyna rozlazła się po lesie w poszukiwaniu pnia obiecanego, ja znalazłem sobie wygodny kawałek ściółki i podłożywszy ramiona pod głowę ułożyłem się do drzemki powierzając moje sny Stwórcy...
Sen przyszedł po kilku minutach. Nie była to płytka drzemka w trybie czuwania a prawdziwy głęboki sen, jak gdyby coś mnie w niego wciągnęło. Czułem się rozciągany i jednocześnie zgniatany w kulkę, nadmuchiwany i rozpłaszczany. To tak jakby moje ciało było zabawką z plastycznej masy, którą dano ciekawskiemu dziecku do zabawy. Wkrótce potem zaczęły się wizje, błyski wspomnień wbijały się w moje oczy i umysł a każdy z nich był drobnym wspomnieniem jakiegoś stworzenia żyjącego w lecie. Sarna pierzchająca przed stadem wilków, jaskółka budująca gniazdo, ryjący pod ziemią kret i nawet ten przeklęty żuczek dobierający się do opadłej z martwego drzewa kory. Każde stworzenie poraziło mnie jakimś swoim wspomnieniem, bliższym lub dalszym a ja miałem ochotę krzyczeć od rozrywającego czaszkę bólu wypełniającego mój umysł jak wino karafkę. Wtedy uderzyły mnie wspomnienia drużyny, krąg druidów na leśnej polanie, obóz najemników po zwycięskiej bitwie, małe czerwonowłose i niebieskookie niemowlę, karczemna burda i widok wybitych ciosem zębów lecących przez izbę... Wspomnienia towarzyszy, mimo iż jedynie mogłem się domyślać, które należały do kogo paliły bardziej niż te zwierząt. I wtedy nagle obraz uspokoił się a moje ciało przybrało jakiś stały kształt. Stałem pośród drzew, górując ponad lasem, moje gałęzie rozkładały się szeroko, rzucając głęboki cień na puszczę pode mną a moje korzenie wkręcały się w żyzną glebę. Dni i nocy mijały szybciej niż sekundy a ja obserwowałem zmieniający się las. Ja byłem lasem. Lecz umierałem. Mój czas zbliżał się do końca i wkrótce moje gałęzie zmurszałyby ze starości i opadły na młode drzewka ale przyszły elfy i zaczęły mnie ścinać tuż przy ziemi. Żyłem długo w tym lesie a teraz gdy już miałem odejść będę się mógł przynajmniej przydać innym...
Słońca przesunęły się na niebie o spory fragment od czasu kiedy usnąłem lecz nie czułem się ani trochę wypoczęty. Trafniejsze byłoby stwierdzenie, iż czułem się jak wyżęta ścierka. Kiedy już otrzepałem ubrania z liści oraz igliwia ruszyłem spokojnie z powrotem na polanę, z której wyruszyliśmy. Żuczek mówił prawdę o szukaniu pnia na północy lecz nie wspomniał jak blisko się on znajduje ani jak jest wielki. Może z jego perspektywy był to wielki dystans, kto wie. Mijałem akurat ostatnią linię drzew kiedy usłyszałem donośny głos Mikura.
– Nie no – głos steina wyrażał niemałą irytację – poskaczę! To jest bez sensu! Ten las jest ogromny!
– A skacz sobie – rzuciłem od niechcenia. Byliśmy mniej więcej we własciwym miejscu a skakanie Mikura mogło pomóc pozbyć się ściółki co też się wkrótce stało. Niemały stein skakał radośnie jak dziecko a mech i ściółka wypryskiwały spod jego stóp wyrzucone siłą impetu podskakującego radośnie 700 kilogramowego steina. Mikur był najmłodszy z nas wszystkich i liczył zaledwie 17 lat. Niemal dziecko i czasem tak się też zachowywał a nieraz jego czyny cechowała pewna łagodność i naiwność. Sam wiedziałem, że świat nie jest miłym i łagodnym miejscem a osoby zamieszkujące go nierzadko okazywały się niegodnymi jakiegokolwiek zaufania. Miałem jednak nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji by ktoś wykorzystał dobroduszność Mikura do własnych celów. Podczas gdy ja rozmyślałem nad cechami naszego przyjaciela, jego podskoki czyniły prawdziwe spustoszenie i wkrótce wszyscy spoglądali na połać drewna odkrytą pod mchem. Taaak, było gładkie jakby zostało ścięte przy pomocy olbrzymiej piły a obszar czterech metrów kwadratowych jaki widzieliśmy odkryty zawierał jedynie jedną ciemną bruzdę słoja. Drzewo, które tutaj niegdyś stało musiało być olbrzymie. I było, ale tylko w starych bajkach i legendach elfiego ludu. Szybko odsunęliśmy kolejny kawałek ziemi a następnie ruszyliśmy w miejsce gdzie zgadywaliśmy że znajduje się środek tego giganta. Tam, odrzuciwszy na bok ściółkę i ziemię ujrzeliśmy wyryte inskrypcje.
– Życie przelane otworzy wrota – przeczytałem powoli gdyż pisownia sugerowała stary dialekt i musiałem ostrożnie zastanowić się nad znaczeniem znaków
– W sensie trzeba jakąś krew rozlać, czy co? – zapytał Mikur a ja wyczułem niepewność w jego głosie, jakby obawiał się, że będzie konieczne złożenie tu jakiejś ofiary.
– Możliwe… – odparłem cicho mimo iż chciałem się roześmiać. Chodziło tutaj o jedną z najstarszych gałęzi magii; Magii Przysiąg, i przelanie krwi powodowało zawarcie kontraktu, w tym przypadku prawdopodobnie z mocą, która ukrywała to miejsce. Nie zwlekając wyciągnąłem nóż i szybkim ruchem rozciąłem sobie dłoń pozwalając by krew skapywała na napis.
Leśne ruiny
Krew skapywała szybko i inskrypcja wkrótce zaczęła świecić a ja usłyszałem głęboki wdech a gdy uniosłem oczy by odszukać jego właściciela, ujrzałem Vivienne wpatrującą się w ranę na mojej ręce. No tak... Chcąc rozwiązać zagadkę tego miejsca trochę się zagalopowałem i nie wziąłem pod uwagę jej wampirzych instynktów. Szybko owinąłem ranę kawałkiem tkaniny i chciałem przeprosić za nieprzemyślaną akcję gdy las wokół nas zaczął falować i ukazały się zakamuflowane do tej pory ruiny. Magia tutaj użyta musiała być bardzo potężna skoro albo je zmaterializowała, albo jedynie przestała je ukrywać a w tym wypadku musiała sprawiać że omijaliśmy jakoś te niewidzialne mury. Nagle też powietrze ożyło od chmary różnych odgłosów i zaczęły otaczać nas przeróżne bestie. Moje oczy wychwyciły chmarę wielkich pająków uzbrojonych w potężne szczęki i kolce ociekające jadem oraz wiry liści i przeróżnych gałązek; mniejsze żywiołaki natury. Najbardziej niepokojący był jednak wielokrotny odgłos ciężkich kroków, który zagłuszył moje przekleństwa a chwilę później mury ruin przekroczyły wielkie kilkumetrowe istoty przypominające humanoidalne drzewa. Drzewce. Przeklęte przez Malareia drzewce. Zapowiadała się grubsza impreza.
Z miejsca zarzuciłem na głowę kaptur i wykorzystałem właściwości płaszcza by stać się niewidzialnym a szybki sprint wyniósł mnie poza centrum walki skąd mogłem skuteczniej razić przeciwników strzałami. Szybki rzut oka dał rozeznanie po sytuacji i działaniach drużyny. Mikur starał się własnie rozrąbać jednego z drzewców używając swojego potężnego topora, Troy bił pająki swoimi rękawicami a Mścibor starał się unicestwić mocą grupkę żywiołaków. Wtedy kątem oka zobaczyłem Vivienne przewracaną przez pająka szykującego by porazić ją żądłem więc czym prędzej posłałem mu strzałę w podbrzusze napastnika. Nie mogłem poświęcić jej więcej uwagi więc gdy tylko byłem pewien że pajęczak zginął, uskoczyłem na bok i zasypałem pobliskiego drzewca gradem magicznych strzał by go powalić. Zaraz po załatwieniu drzewoluda musiałem zmienić cel i odstrzelić kilka pająków które zabłąkały się zbyt blisko mnie. Manro, Troy i Mścibor radzili sobie całkiem nieźle a Vivienne próbowała wydostać się spod truchła pająka więc znowu skupiłem się na likwidowaniu adwersarzy. Mikur powalił już jednego drzewca a teraz wyzwolił moc trzymanego magicznego miecza by spowodować śmiercionośną dla żywiołaków lodową zamieć kończył a następnie przerąbać się przez drugiego drzewca. Niestety nie przewidział że taki ciężar może zwalić się na niego i unieruchomić. Teraz biedaczysko leżał pod stertą nieruchomego już drewna i próbował się stamtąd wydostać lecz nie miałem czasu mu pomóc gdyż właśnie w tej chwili Mścibor padł pod naporem napastników. Cóż za ironia że anty-druid nienawidzący natury został zabity właśnie przez żywiołaki roślin. Manro udało się własnie powalić kolejnego drzewca i, o zgrozo, wbił w niego demoniczny miecz Zarathos i złamał go uwalniając uwięzioną w nim duszę. Wprawdzie Manro twierdził, że zawarł porozumienie z ta istotą ale jednak nie wierzyłem by miała dobre intencje. Ale jeszcze bardziej zadziwił mnie fakt iż Troy własnie wbiegał po ciele kolejnego drzewca by bić go pięciami. Idiotyzm. Drzewko złapało awanturnika i trzymało przed twarzą przyglądając się mu ciekawie jakby zastanawiało się co zrobić z nieszczęsnym głupcem. Jak dziecko,które złapało właśnie nowy i niezwykły rodzaj owada. Cóż, decyzję podjął dość szybko i wgniótł człowieka w ziemię. Troy chyba w tym momencie żałował posiadania tak szybkiej regeneracji gdyż nawet nie stracił przytomności a drzewiec także wyraźnie to zauważył. Widząc, że ten jeszcze żyje, zdeptał go kilka razy a następnie po nim poskakał, pozostawiając masę zmiażdżonego ciała, połamanych kości i stuprocentowo martwego i zmasakrowanego Troya.
Kiedy padły ostatnie stwory, zrzuciłem kaptur płaszcza i jednocześnie rozproszyłem otaczającą mnie zasłonę kiedy wyczułem wpatrującą się we mnie parę oczu a gdy się obejrzałem zobaczyłem stojącą tam Vivienne przygryzającą z zakłopotaniem wargę. Po chwili dopiero dotarło do mnie o co może chodzić. Była osłabiona właśnie stoczoną walką i musiała odnowić siły a rana na mojej ręce nadal była świeża i roztaczała wokół zapach krwi, który nawet ja czułem.
– Lancello… potrzebuję krwi… czy mógłbyś? – zapytała ostrożnie i z wahaniem a ja wpatrywałem się chwilę w nią zastanawiając się, jak bardzo się kontroluje, co chyba jeszcze bardziej ją peszyło. W końcu trochę się mnie obawiała i tego jak zareaguję.
– Skoro musisz – odpowiedziałem po cichym westchnięciu i odwiązałem materiał wokół dłoni a ona podeszła lekko śpiesznym lecz spokojnym krokiem i delikatnie ujęła moją dłoń zanim wbiła w nią zęby. Plotki o tym, że ukąszenie wampira może być całkiem przyjemne okazały się prawdą. Pozwoliłem Vivienne trochę się wzmocnić a w tym czasie obserwowałem inne ciekawe zjawisko i tylko na chwilę oderwałem od niego wzrok gdy wampirka skończyła pić i podziękowała.Mianowicie sytuację uatrakcyjnił dodatkowo Mścibór, który najwyraźniej ożywił się łącząc z Zarathosem. Część jego ciała zaczęła przechodzić demoniczne zmiany lecz dotyczyło to tylko jednej połowy a druga nadal była pod wpływem gospodarza i obie poruszały się nieskoordynowanie dodatkowo się przy tym kłócąc lecz widać było że Zarathosa bawi ta sytuacja. Szykowała się niezła afera między nim a Vivienne lecz niewiele rozumiałem z tego co mówili, jakby łączyło ich jakieś wspólne wspomnienie lub wydarzenie. Postanowiłem odłożyć tą zagadkę na później ponieważ nadal nie osiągnęliśmy naszego zamierzonego celu jakim było Oko Magii. Tylko gdzie ono było? Rozmyślania przerwał mi szum pokaźnych skórzastych skrzydeł i odgłos cielska ciężko lądującego czterema łapami na podłodze. Smok. Jak ja je uwielbiam. Gdy się obróciłem, przybysz okazał się białym smokiem, który właśnie nieskrępowanie przemienił się na naszych oczach i świecił gołym zadem.
– Smoki… czy naprawdę wszystkie smoki musza tak razić po oczach nagością? – usłyszałem głos Vivienne zawierający nuty poirytowania i rezygnacji gdy obracała się by nie patrzeć na nagą postać właśnie wyjmującą ubrania i zbroję z pokaźnego plecaka.
– Że też akurat tobie to przeszkadza – odpowiedział kontrolujący obecnie Mścibora Zarathos niezrażony piorunującym spojrzeniem wampirzycy
– Masz jakiś problem? – zapytała a demon tylko uśmiechał się połową twarzy, którą kontrolował. Szkoda w sumie, że nie było to lustra by mu pokazać jak wygląda bo było to iście komiczne w kontraście z drugą połową; przestraszoną i obrzydzoną.
– Dwa pasożyty, elf i kamień… zdaje się, że dobrze trafiłem – powiedział niedbale smok a jego głos przypominał głos dawnego towarzysza.
– Raves? – spytała Vivienne. No tak, byli obaj trochę podobni oprucz koloru włosów oraz blizn jakie posiadali ale za mało by ich pomylić ze sobą, chociaż zdaje się że ten nosił zbroję po bracie.
– Ravis, Raves to mój brat – dopowiedział łuskowaty a ja prychnąłem śmiechem. "Ravis". A to dobre. Szkoda, że nie miałem miętusów. Ochrypły smok się znalazł. Obaj bracia mieli talent do skracania sobie imion na elficki bez znajomości znaczenia tych słów.
– Jeszcze będzie na to czas, teraz dokończmy, co zaczęliśmy – postanowiłem przerwać ten cyrk i obejrzałem się na ruiny gdzie własnie, ku mojej bezbrzeżnej radości pojawiły się trzy widma dawnych bohaterów dzierżące po legendarnym orężu każdy. W tym poszukiwane przez nas Oko Magii.
Strażnicy ruin
Zauważyłem ich prędzej od reszty i wpatrywałem się w widma w momencie kiedy reszta jeszcze gwarzyła z białym jaszczurem więc na moje słowa drużyna spojrzała we wskazanym przeze mnie kierunku. Jak tylko obróciliśmy się w ich stronę rozległ się dźwięczny głos jednego ze strażników. Nie wiem czy reszta zwróciła na to uwagę ale strażnik przemawiał jednocześnie wieloma głosami i każdy słyszał jego słowa podświadomie w swoim własnym języku. "Prius vicit satellitum 'sed nun'c nobis tari praesidiis sumus coram'te. Tu pugnar'e potes, aut nost'rae la'u'dibus veritari non quaerat'ur. Quis in vobis est digni (Pokonaliście pierwszych strażników, lecz teraz to my, elfi strażnicy, stoimy przed wami. Możecie z nami walczyć lub otrzymać nasze błogosławieństwo, lecz prosić może o nie jedynie prawdziwy elf. Któż spośród was jest godzien?)". Taaak... jakże by inaczej. Standardowa próba w stylu "czyś jest godny" narzucająca określony warunek jej spełnienia. Jak słodko. Aż się wyć chce.
– Lećcie na sterowiec po mikstury, mogą się przydać. Manro, zostajesz ze mną, reszta niech wraca. Ravis, skoro masz do nas jakąś sprawę, zabierz ich na sterowiec – postanowiłem przejąć inicjatywę i zorganizować towarzystwo a wszyscy skinęli głowami lub inaczej dali znać o zaakceptowaniu poleceń i zaczęli się do nich stosować – pogadamy o tym jak wrócimy. Vivienne, weź jakoś zbierz to, co zostało z Troya i zabierz do mnie do pokoju, nie możemy go tutaj zostawić.
Oparłem się o drzewo i patrzyłem jak większość kompanii pakuje się by dosiąść jaszczura i było z tego małe ale raczej cieszące oczy widowisko. Vivienne dość gładko wspięła się po wysuniętej łapie smoka i jedynie, zawinięte w stary płaszcz doczesne szczątki Troya utrudniały jej odrobinę poruszanie się. Prawdziwe problemy miał dopiero Mikur, który to szczerze mówiąc do wspinaczki średnio się nadawał i było to widać. Muszę jednak zaznaczyć, iż działo się to głównie z powodu jego niesamowitej masy, na którą nie mógł nic zaradzić. W końcu będąc siedmiuset kilowym kolosem każdy miałby z tym problem. Mścibor, który chwilowo zdaje się uporał ze swoim demonim lokatorem, również miał nie lada problem. Tutaj winić jednak należało jego spaczoną i zmutowaną nogę oraz sposób w jaki się przez nią poruszał. Niekiedy słyszałem opinie, że och gdyby tylko mieć choć jeden dodatkowy staw czy tu czy tam to byłby człowiek sprawniejszy. Zwykle słyszałem to właśnie z ust ludzi, a obserwując Mścibora dochodziłem do wniosku, że niech sobie mają ten dodatkowy staw na czubku głowy czy w dupie ale dwa dodatkowe stawy w jednym tylko udzie na pewno nie ułatwiały poruszania się i wygodnie mi w takim ciele, jakie posiadam bez jakiś specjalnych modyfikacji. Z drugiej strony jednak wiedziałem że anty-druid nie wybrał sobie takiego losu sam i zrobiło mi się go trochę szkoda. Taka była cena za niezwykłe zdolności jakie zyskał tam gdzie Troy. Obaj panowie zyskali je wbrew własnej woli. Swoją drogą awanturnikiem będę musiał się zająć w wolnej chwili.
Gdy już drużyna bezpiecznie odleciała na smoczym grzbiecie, ja spokojnie przyjrzałem się strażnikom. Widma, czy cokolwiek to było nawet nie zaszczycali mnie spojrzeniem kiedy obchodziłem ich dookoła lub przysuwałem się by spojrzeć bliżej; reagowali dopiero kiedy trzymałem w ręku broń i kierowałem ją mniej więcej w ich stronę lecz nie atakowali a jedynie co jakiś czas powtarzali różne warianty początkowej wypowiedzi o błogosławieństwie. Cóż, sami z Manro nie mieliśmy szans więc czas jaki będzie potrzebny by drużyna ogarnęła się i wróciła postanowiliśmy spędzić na grze w karty. Talie stosowane przez inne rasy różnią się od elfich lecz już dawno przystosowałem się do tego; od częstszej gry zniechęcała mnie ilość i mnogość zasad jakie miała każda inna rasa. Tak było i tym razem więc z suchych gałęzi wystrugaliśmy sobie zamiast tego zestaw kości by zabić nudę i umilić czas oczekiwania. Graliśmy tak we dwójkę dobre trzy godziny i powoli zaczynał mnie szlag trafiać. Zresztą nie mnie jednego, gdyż Manro także coraz częściej spoglądał w stronę, w którą odlecieli nasi smoczy jeźdźcy a także zerkał na widma czy im także się nie znudzi i zwyczajnie sobie nie pójdą gdzie indziej. Wiedziałem, że czegoś takiego nie zrobią ale rozumiałem niepokój avianina; to przecież właśnie on najwięcej może zyskać ze skarbca Konstancji jeśli się do niego dostaniemy i zdobędziemy Łzę Stwórcy. Odzyskanie duszy i niejako życia to nie byle co i niejeden osobnik straciłby już cierpliwość i zaszarżował na strażników pozbywając się w ten sposób wszystkich problemów jakie mógł mieć. Ja także się niecierpliwiłem i zaczynałem mieć dość czekania ale z innych powodów. Mianowicie wolałem spokojnie się stąd oddalić zanim ruiny odwiedzą inni mieszkańcy tego wspaniałego lasu, z którymi musieli byśmy walczyć. Powiedziałem Manro, że muszę się nad czymś zastanowić i zostawiłem go w ruinach, samemu spacerując w ich pobliżu i przy okazji wypychając sakwy różnymi okazami cennych i przydatnych ziół podczas analizowaniu wypowiedzi strażników. Wkrótce już miałem plan. Używali oni starego dialektu, który mogłem wykorzystać przeciw im. Bo czyż nie byłem Veritari? Może to tylko i nazwa mojego rodu a nie krew pradawnych płynąca w mych żyłach ale jednak skoro chcieli Veritari to go dostaną. A także, czyż nie jest prawdą, że wszystkie elfy pochodzą właśnie od pradawnych? Kiedy już ułożyłem w myślach plan mowy, wróciłem i wtajemniczyłem Manro w szczegóły mojego planu. I żartu jaki miałem zamiar zrobić drużynie.
Podszedłem do strażników i rozpocząłem z nimi długą rozmowę, podczas której tłumaczyłem im jakim to jestem bohaterem oraz naginałem zasady języka by rozmowa toczyła się według mojego własnego życzenia. Koniec końców, widma przekazały nam posiadane artefakty a ja spojrzałem na Manro i uśmiechnąłem się wrednie; przyszedł czas na drugi element tej szopki. Zaczęliśmy się bić na pięści a potem także każdy zadał drugiemu kilka draśnięć mieczem abyśmy obaj wyglądali jak po ciężkiej walce. Kiedy już skończyliśmy charakteryzację usiedliśmy wygodnie na trawie i czekaliśmy na powrót reszty, o ile nie zabłądzili po drodze. Manro, z racji pełnionej profesji, znał mój sekret i dlaczego udało mi się w taki sposób przegadać widma, wiedziałem jednak, że nie zdradzi go bez jakiegoś ważnego powodu. Można mu było zaufać.
Powrót drużyny
Drużyna uznała za stosowne wrócić do nas dopiero po zmierzchu więc od czasu gdy nas opuścili do momentu kiedy sylwetka białej, skrzydlatej jaszczurki z pasażerami na grzbiecie zamajaczyła nad drzewami minęło chyba ze 6 lub 7 godzin. Przesłodko. Gdybyśmy tutaj zginęli to mogliby nie znaleźć już nawet naszych zwłok by nas jakoś pochować. Liczyli że sami zajmiemy się widmami czy co? A może chcieli się nas pozbyć i zbadać truchła by wiedzieć jakimi zdolnościami dysponują strażnicy. Doprawdy... Mógłbym im rzucać takie wypowiedzi i drażnić ich w ten sposób dobre dwa kolejne tygodnie ale najpewniej po prostu się zasiedzieli na sterowcu i wrócili dopiero gdy trochę wypoczęli. Cóż, mamy z Manro dla nich niespodziankę.
Kiedy smoczysko lądowało ja jeszcze raz przyjrzałem się nędznemu wyglądowi blargha i mojej osoby i uśmiechnąłem się wrednie na myśl o robieniu towarzyszom wody z mózgów. Obaj byliśmy pokryci sińcami, czerwonymi pręgami oraz cięciami od mieczy więc gdy tylko towarzysze znaleźli się dostatecznie blisko by nas zobaczyć, niektórym szerzej otwarły się oczy w wyrazie zaskoczenia, co odnotowałem z niemałą satysfakcją. Nie wiedziałem jednak czy zareagowali tak na nasz wygląd czy na fakt posiadania pożądanych przez nas artefaktów zatkniętych za pasami.
– No, nie spieszyło się wam jakoś zbytnio z powrotem, z Manro już tak zaczęliśmy się nudzić, że sami zajęliśmy się strażnikami – odezwał się w końcu gdy wszyscy zleźli z grzbietu Ravisa.
– Mikur oprowadzał Ravisa po sterowcu – odparłam Vivienna i zmrużywszy oczy spojrzała na obydwu winowajców oraz na Mścibora.
– Ej no, przecież nie minęło tak dużo czasu – postanowił bronić się Mikur ale jego protest został przeze mnie i przez Manro powitany jedynie oskarżycielskim spojrzeniem.
– Skoro parę godzin to w tej sytuacji niedługo, to mamy chyba inne pojęcie czasu – burknąłem – lepiej już wracajmy.
– Ale jak wam się udało pokonać strażników? Co potrafili? – dopytywał stein ale zbyliśmy go już tylko milczeniem i sami podeszliśmy bliżej
– Nic ci nie jest? – spytała mnie Vivienne ignorując pytanie Mikura i patrząc na mnie. Czy dobrze zauważyłem w jej oczach troskę? Nie spodziewałem się tego ale nie okazało się to niemiłe memu sercu.
– Ależ skąd, czuję się świeżo jak kwiatuszek o poranku – rzucił sarkastycznym tonem ale widząc nieustające zmartwienie na jej twarzy uśmiechnąłem się zwyczajnie i odpowiedziałem już bez złośliwości – bez obaw, wyliżę się.
Zaraz potem Manro rozłożył skrzydła i odleciał w stronę sterowca a reszta z nas zaczęła wdrapywać się na grzbiet Ravisa by on nas tam zabrał. Wprawdzie rany trochę piekły przy większych poruszeniach (ehh zachciało mi się robić kawały...) ale udało mi się wspiąć na górę szybko i sprawnie by usadowić się odrobinę za wampirzycą, która weszła na górę chwilę przede mną i obserwowała czy nie potrzebuję pomocy. Doprawdy, skąd ta nagła troska?. Kilka chwil później cała nasza wesoła banda była już w drodze na sterowiec a w jeszcze w trakcie lotu poprosiłem Mikura by uzdrowił mi rany. Im szybciej, tym lepiej.
Po powrocie zastałem w pokoju balię z doczesnymi szczątkami Troya, które już odzyskały właściwy im stan miazgi z elementami kości więc zamiast odpoczynku postanowiłem jeszcze odrobinę popracować. W ładowni znalazłem odpowiednie materiały i po niecałej godzinie miałem gotową dość szczelną trumnę. Wróciłem więc do pokoju i po kilku chwilach znalazłem kryształ, który zwykle zatopiony był w jego dłoni. Wydobyłem go a następnie na nowo zamroziłem zwłoki by zanieść je do ładowni i umieścić w trumnie. Miałem zamiar zapewnić mu później pochówek ale nie w tym miejscu więc szczelna trumna była bardzo potrzebna. Dopiero kiedy skończyłem wszystko udałem się na zasłużony spoczynek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz