Vanitas
vanitatum, et omnia vanitas
Jak piękne są krasnoludzie
siedziby. Kamienie, ziemia, zapach rozkładu i śmierci. Zamknięci w podziemiach
niczym martwe ciała w grobowcu, kopią. Kopią bez ustanku i umierają kopiąc
własne groby. W wiecznej wojnie ze Steinami zanoszą ich, jak i swoje, dusze do
Nelmnara. Jak każde istoty, mniej lub bardziej świadomie mu służą. No i budują
swoje miasta na martwej naturze. Nie obchodzi ich czy jakieś tam roślinki
wyginą w ich niezmiennym od stuleci dążeniu. Lubię Krasnoludy. Co prawda
większość z nich oddaje się uciechom, które jakby miały odgonić nadchodzącą,
oczywistą śmierć ich i wszystkiego co ich otacza. Nie mniej jednak sami
wyniszczają się tymi uciechami. Niosą marność w sobie i poza siebie, otaczają
się marnością, żywią się nią i ją tworzą. Zaiste, ciekawe to twory. Dobrze
czuje się pośród ich smutnych, szaroburych siedlisk. Na każdym kroku mogę
rozkoszować się umieraniem otoczenia i obserwacją zachodzącego procesu
rozkładu. Nawet jak już który zaciągnie mnie do wychylenia tego trunku, którym
raczą się przy każdej okazji, to i tak nie męczą mnie zbędnymi pytaniami.
Zazwyczaj sami się rozgadują tak, że nawet nie widzą, że ich nie słucham. Mam
wtedy mnóstwo czasu na obserwacje i rozmyślania.
Błądzę po świecie bez celu… Świadom
czasu, który mija i przybliża mnie do śmierci. Bez przyjaciół, bez sensu życia…
po prostu wegetuje. Nie mam dla kogo żyć i dla czego. Pewnie większość po
prostu by się zabiła, tak by było najłatwiej. Jednak czy nie jest piękniejsze
kiedy nasze życie pełne marności i bólu męczy się i wije niczym robak, któremu
zada się ranę? Kiedy wykrwawia się i z braku sił w końcu sam pada z
wycieńczenia? Moje życie nic nie znaczy, więc czemu to ja miałbym zdecydować o
zaniesieniu swojej duszy Nelmnarowi? Może ma on dla mnie jakiś plan? Ponadto,
ciągle czuje, że gdzieś na tych kontynentach, jest cel i dla mnie… Chociaż co
ja wygaduje… Po prostu jestem niczym i czasem chce zapomnieć o tym jak bardzo
jestem beznadziejny… Niosę śmierć naturze, bawię się śmiercią, fascynuje się
nią i z nią igram. Kiedyś dosięgnie mnie
dłoń Nelmnara, ale póki tego nie zrobi, mogę poznawać i rozkoszować się
upadkiem i rozkładem otaczającego mnie świata, przyspieszać śmierć i gnicie
tego co wokół mnie. Może właśnie tego chce… Aby ktoś w końcu przerwał moją
marną wegetacje… zabił albo dał sens, którego szukam od trzydziestu lat… Sam
staram się przybliżyć świat do Nelmnara. Może kiedyś ktoś przybliży mnie do
Niego…
Spotkanie po latach
Wszedłem do jednej z karczm tych marnych tworów by odpocząć chwile przed dalszą podróżą w bezkres i bezsens szukając śmierci i odkupienia.
-Myyyyyyśśśśśśśśśściiiiiboooorrrr!!!!
Przyjacielu!!!- krzyk wyrwał mnie z zadumy.
Znam ten
głos… Słyszałem go aż nazbyt często swojego czasu. Kiedy byłem nieco młodszy i…
jak mniemam on też (chociaż tu akurat nie jestem do końca pewien…), musieliśmy
razem uciekać… Taak, zaiste, znam ten głos.
-Troy…-
cicho bąknąłem pod nosem- Witaj. Dawno się już nie widzieliśmy. A więc nadal
żyjesz Troy?- dodałem już pełnym głosem.
-Myścibor!
Stary! Widzę, że jesteś cały!- mówił jak zawsze bardzo energicznie i z pełnią…
życia- Chodź się napić!
Karczma nosiła ślady jakiejś burdy, które często tu wybuchały. Nieokiełznane zwierzęta... W sumie były tam tylko
istoty przy stoliku, przy którym siedział Troy. Ten nie czekał chwili i podchodząc klepnął mnie w ramię i zaciągnął mnie do stolika za rękaw moich szat i zaczął mi przedstawiać wszystkich po kolei:
- To jest
Lancello, nieźle napierdala z łuku, chociaż bić to się nie potrafi- bić,
czytajcie lać na ręce. Przedstawił mi nawet Lancello, którego kojarzyłem z
dawnych czasów. Troy musiał duuuużo zapomnieć… Lancello niewiele się zmienił z
twarzy, choć grymas jaki się na niej malował raczej nie zachęcał do rozmowy.
Jak się potem dowiedziałem ich kompan umarł- stąd pewnie ten grymas. Szkoda, że
większość istot nie potrafi cieszyć się ze śmierci… Przecież każdy kiedyś
umrze. Co za różnica kiedy? Widocznie Nelmnar chciał go mieć u swego boku. Lancello
miał przypasany piękny łuk- już wcześniej potrafił siać duże zniszczenia swoimi
zdolnościami łuczniczymi, chciałbym zobaczyć jak odbiera życie tym pięknym
łukiem. Ponoć jest legendarny- nie znam się zbytnio na broniach, ale byłem
skory w to uwierzyć od razu.
- To jest
Valarad. Nieźle wymachuje mieczami! Jest Kapitanem piratów i ma kilku
przyzwoitych kolesi! Można się z nimi trochę ponaparzać.
Valarad, ów
kapitan piratów, to Krwawy Elf. Siedział spokojnie popijając coś w kuflu.
Rzadki to widok u Elfów, tego jednak, pewnie zobowiązywało bycie piratem.
Czuję, że rozwija się wokół niego delikatna aura mordu. Dosyć interesujący na
pierwszy rzut oka okaz.
- Ten
drogocenny kamienny przyjaciel to Mikur- Troy zaśmiał się przy słowie
„drogocenny” i zrozumiałem, że słowo to ma drugie dno.
Stein,
którym jest Mikur to zaiste ciekawy twór. Niby kamień, a jednak żywy. To tak
jakby martwy twór sam powstał do istnienia, bez swego pana. Jakby sam potrafił
się ożywić i utrzymać swój stan. Zaiste, ciekawe to stworzenie ponad miarę.
Dobrze by było odbyć z nim wiele rozmów i poznać bliżej te istoty, z którymi
Krasnoludy walczą od zawsze dla zysku. Nie omieszkałem powiedzieć mu jak bardzo
jest interesujący:
-Hmm… Zaiste
jesteś interesującym przedstawicielem martwej natury kamieniu. Niby martwa
natura, a jednak żywy. Zaiste, jesteś wielce interesujący.- mówiłem ze smutną
fascynacją w głosie.
-Zaraz. Ci.
Jebne.- Mikur podkreślał każde słowo wyraźnie, a jego oczy mówiły „nie lubię
cię”. Ech… jak większość istot nie podzielał mojej fascynacji… Szkoda…
- Vivienne- przedstawiła się kobieta zza kontuaru, która właśnie
przysiadła się do reszty.
-Tej!
Przecież jesteś Francesca!- przerwał jej Troy.
- Byłam. Nie mam już ochoty nosić dawnego
imienia odkąd... od jakiegoś czasu.- kobieta mówiła dosyć zmieszana.
-Macie własną kelnerkę? Fajnie.-
stwierdziłem z przekąsem.
-Ta cycata laska to Wampirzyca!- Szeroki
uśmiech zadowolenia Troya wręcz rozdarł szarą pustkę karczmy. A wampirzyca
spojrzała na Troya z oburzeniem, więc ten poprawił się- Znaczy się, ta kobieta z wysoce interesującymi walorami.
-Wampirzyca? Miło mi poznać Francesco- w
moim głosie wraz z kolejnymi literami tego słowa rosła fascynacja kiedy się jej
kłaniałem- A więc jesteś tworem śmierci. To cudowne.
-Ale ja jestem żywa- z lekkim oburzeniem
spojrzała w moja stronę- i jestem Vivienne.
-Czy to różnica? Nie ważne jak się nazywamy
i tak każdy umrze… Ale dobrze- Vivienne. A więc jesteś wampirzycą, ale jesteś
żywa? Przecież wampiry to twory śmierci. Zaiste, fascynujące. Musisz być
posłańcem śmierci. Otrzymałaś piękny dar- miałem na myśli dar od Nelmnara, a
moja fascynacja rosła z każdym słowem.
-Owszem mam piękny dar- powiedziała
ostrożnie- Ale co masz na myśli, że jestem posłańcem śmierci?
-No chociażby to, że mimo iż jesteś tworem
śmierci to jesteś żywa. Nelmnar wybrał Cię, abyś niosła śmierć, swoje życie
czerpiesz ze śmierci. Napędzasz śmierć,
masz takie cudowne dary. Korzystaj z nich jak najlepiej.- przerwałem swoją
gadaninę widząc, że Vivienne, jak zresztą inni, patrzy na mnie z pomieszanym
zdziwieniem i przerażeniem.
Dom gubernatora
Do
karczmy wszedł Krasnolud i przekazał Vivienne zaproszenie do domu gubernatora.
Jak się dowiedziałem od Troya oskarżyli ją o zabicie gubernatora, ale wszyscy z
drużyny równo z nią twierdzą, że to ktoś inny. Szkoda… Takie piękne czyny
powinny być sprawką takiego posłańca śmierci jak ona. Po drodze Stein dopytywał
mi się czym się pałam w życiu.
-No wiesz, śmierć jest czasem wyzwoleniem…
-Jesteś trochę chory, człowieku.
-Dlaczego? Co złego jest w tym, że wielbię
to co spotka każdego? I, że igram czasem ze śmiercią? A ty czym się zajmujesz?
-Lubię się bić- kamienny uśmiech okrasił
jego twarz- i uczę się posługiwać gliną. Tworzę coraz większe golemiki.
-Widzisz?- przerwałem mu- Dlaczego twoje
tworzenie golemików ma być czymś dobrym, a na przykład moje tworzenie kościeji
złe?
-Czego?
-Kościeji.
Doszliśmy właśnie do domu gubernatora
i okazało się, że tylko Vivienne może
wejść. Tak więc, ona poszła wyjaśnić swoje problemy, a ja korzystając z tego, że
przystanęliśmy wyciągnąłem ze swojej torby trzy truchła mysz.
-No co? Udane eksperymenty- powiedziałem, a
Mikur i reszta pokręcili głowami.
Zrobiłem krótkie gesty i zainkantowałem
odpowiednie słowa. Kościotrupia mysz, która powstała z połączenia trucheł
zaciekawiła kilku przechodniów jak i Steina.
-Czy to się może bić z moim golemem?-
zapytał patrząc się w Kościeja, a jego kryształowe oczy rozbłysły w swego
rodzaju szaleństwie.
-Oczywiście. W sumie nie mamy co robić.
Stwórz swojego golema to pokaże ci jak ten mały kościej potrafi ciachać.
Mikur od razu stworzył golema wielkości
mojego Kościeja i walka między naszymi tworami rozpoczęła się. Z początku
wymiana ciosów szła nam bardzo równo, jednak kosy zamiast rąk na mojej myszy
były bardzo skuteczne i zaczęły ciachać golema raz za razem, aż golem rozpadł
się w gruz. Coraz więcej zbierało się gapiów Krasnoludzkich i wszyscy krzyczeli
„Kościotrup! Kościotrup! Kościotrup!”. Krasnoludy naprawdę nie lubią Steinów.
Co by się nie działo i tak by dopingowali mnie, a nie Steina.
-Jeszcze raz.- Mikur wyglądał na
niezadowolonego.
Powtórzyłem czar wyjmując kolejne truchła
myszy z torby. Tym razem Mikur uzbroił swego golema również w kosy. Walka była
zacięta, każdemu ciosowi towarzyszyła kontra- to silniejsza, to słabsza. Nawet
Lancello i Troy zaczęli obstawiać, a tłum wiwatował również przyjmując zakłady.
W końcu golem Steina naskoczył na myszowego Kościeja i kości rozsypały się.
Czyżby zdecydowała o tym zmiana oręża golema? Zaiste, bardzo ciekawe. Kusiło
mnie by jeszcze raz spróbować, więc wystawiłem kilka monet i wyciągnąłem
kolejne truchła z torby.
-Co jest? Skąd ty masz tam tyle tych
myszy?- spytał się Stein patrząc z małym niedowierzaniem.
-Zebrałem do ćwiczenia, kiedy zmierzałem do
Krasnoludów.
Stein machnął ręka jakby chciał powiedzieć
„Nie moja sprawa”. Stworzył golema i walka znowu rozpoczęła się. I znowu szło
łeb w łeb. Aż ponownie mój kościej rozsypał się na kostki pod wpływem uderzenia
golema.
Hmm…
wkręciły mnie te walki ze Steinem. Tak bardzo, że nie spostrzegliśmy jak Troy,
Lancello i Valarad zniknęli w budynku. Nas jednak nie chcieli wpuścić, więc
czekaliśmy pod budynkiem. Nagle wybiegł z niego Lancello niosąc na ramieniu
Wampirzycę.
– Mikur, weź ją i idźcie na sterowiec. Tylko ostrożnie – powiedział, widząc jak Stein zabiera się by ją chwycić, znów westchnął i pomógł mu przełożyć jej niemal bezwładne już ciało.
– Ja muszę wyjaśnić… wrabiali mnie… książę… – zaczęła bełkotać
– Nie ma czasu. wszyscy na sterowiec – rozkazał i dotknął płaszcza, który sprawił, że Vivienne stała się niewidzialna – idźcie ze spokojem, żadnego biegu, bo zwrócicie na siebie swoją uwagę i będziecie jeszcze sprawiać jej dodatkowy ból – dodał.
– Ja muszę wyjaśnić… wrabiali mnie… książę… – zaczęła bełkotać
– Nie ma czasu. wszyscy na sterowiec – rozkazał i dotknął płaszcza, który sprawił, że Vivienne stała się niewidzialna – idźcie ze spokojem, żadnego biegu, bo zwrócicie na siebie swoją uwagę i będziecie jeszcze sprawiać jej dodatkowy ból – dodał.
Wampirzyca
wyglądała na bardzo poharataną, a na jej szyi odznaczały się ślady ugryzienia
wampira. A więc był w tym mieście jeszcze jeden twór śmierci. Zaiste, ciekawe
jaki był jego cel w gryzieniu Wampirzycy. Czyżby ktoś chciał odebrać piękne
dary Nelmnara, dane tej istocie? A może komuś udało się stworzenie istoty
nadwampirycznej żywiącej się krwią Wampira. Zaiste… to musiałby być bardzo
interesujący okaz, bardzo. W dodatku, w jej brzuchu była bardzo wyraźna dziura,
z której sączyła się krew. Niczym strumień wylewający się ze swego źródła, krew
wydobywała się z Wampirzycy przybliżając ja do śmierci, której była tworem.
Piękny widok, chociaż sama Vivienne pewnie nie podzieliłaby tego zdania.
Ponadto zdobiły ją jeszcze inne rany od bełtów, które wysysały z niej życie jak
robiła to zapewne ona ze swoich ofiar w przeszłości. Dobrze, że szliśmy- mogłem
rozkoszować się powolnym dźwiękiem wydobywającego się życia, ustępującego
miejsca śmierci w ciele Wampirzycy.
Z
krótkich rozmyślań wyrwał mnie dźwięk jakiejś machiny Krasnoludzkiej.
-Wsiadajcie- powiedział spluwając.
-Eeee, ale kim jesteś?- mała konsternacja
przemknęła przez nasze twarze.
-Mam wam pomóc.
-Kto cię wysłał?
-Ktoś od was.
Obejrzeliśmy się za siebie. Stwierdziliśmy,
że skorzystamy z pomocy krasnoluda. Dziwny był to krasnolud, bo nie narzekał na
to, że Stein wsiadł z nami. Zaiste, Lancello miał wiele talentów. Dotarliśmy do
sterowca i czekaliśmy już tylko na Lancello.
Kiedy
już byliśmy wszyscy, postanowiliśmy ruszyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz