Parę godzin później znajdowałem się w sali tronowej zamku przed tronem króla i słuchałem tyraty króla Sol Domini, który przybył tu za pomocą teleportacji niecałe 30 minut temu. Nadawał teraz na jednej nucie jakim to jestem bezwzględnym mordercą a ja musiałem cierpliwie to znosić cały też czas pocieszałem Eli szlochającą ze strachu w moich ramionach. Król Xander domagał się teraz mojej głowy jako mordercy jego syna. Ojciec patrzył na mnie z wysokości tronu zmęczonym wzrokiem (czy wspominałem już, że jestem księciem?) i zastanawiał się pewnie jak mnie ukarać i pozbyć się tego wrzodu na tyłku jakim był nasz "gość". Tyrada przerwana została przez Elisiel, która nieśmiało się odezwała i powoli co chwila szlochając opowiedziała całą historię. Dość stwierdzić że ten tyran w końcu się zamknął i sapiąc gniewnie opuścił salę tronową. Nawet on nie mógł nic zrobić ani niczego się domagać kiedy jego syn tak bardzo pogwałcił zasady pojedynku. Kolejny problem był z Elisiel, która miała wrócić do swego ojczystego miasta i spodziewała się tam kary od swojego ojca. Postanowiłem więc interweniować i zrobiłem to w moim stylu powodując opadnięcie szczęk całej rodziny i dworu. Mianowicie oświadczyłem, że ja i Elisiel się zaręczamy.
Elisiel - cudowne imię nie posiadające znaczenia w języku elfów, imię pozwalające osobie je noszącej na bycie kim chce. Przynajmniej powinno. Ojciec Eli był dość konserwatywnym władcą i uważał, że jego córka powinna wyjść za księcia i żyć dworskim życiem damy i żony. Było to bardzo nie po myśli samej zainteresowanej gdyż Eli chciała zostać śpiewaczką i grać na harfie a przy tym podróżować po kontynencie. Stary król Romero nie chciał o tym słyszeć by jego córka pbyła jak wędrowny minstrel więc postanowił wydać ją czym prędzej za mąż co doprowadziło ledwie 35-letnią Elisiel do obecnej sytuacji. O Eli można śmiało powiedzieć że była oszałamiająco piękna. Długie do krzyża czarne włosy nosiła rozpuszczone, jest szmaragdowe oczy były głębokie jak górskie jeziora a na kształtnych i pełnych ustach zwykle gościł lekki, figlarny uśmieszek. Jeśli dodać do tego jej smukłą i zaokrągloną tam gzie trzeba sylwetkę to otrzymywało się na prawdę piękność, która zawrócić w głowie mogła nawet słonecznemu elfowi.
O ile moja deklaracja na początku wywołała zaskoczenie u samej Elisiel jednak sama chyba po chwili podchwyciła mój pomysł i sekundy później wpiła mi się w usta namiętnym pocałunkiem. To chyba wystarczyło wszystkim za deklarację że Eli zostaje czy im się podoba czy nie. Muszę przyznać że mnie samego zaskoczyło jak Eli na to zareagowała. Co tu dużo mówić, po miesiącu Elisiel wprowadziła się do mojej komnaty i choć miała osobne łóżko to jednak nie raz, nie dwa wślizgiwała się nocą do mojego gdzie spędzaliśmy miłe chwile oraz poznawaliśmy się blisko i dogłębnie. Ku radości mojej siostrzyczki Brianny, którą kilkukrotnie przyłapano na próbie podglądania przy drzwiach mojej sypialni. Ehhh ciekawska bestia, niech sobie znajdzie jakiegoś chłopaka a nie mnie szpieguje. Ja i Eli byliśmy wprawdzie narzeczeństwem ale nie planowaliśmy posuwać tego dalej. Mieliśmy wygodny układ polegający na byciu parą i robieniu co nam się podoba aż nie znajdziemy lepszej pary. Układ i sielanka trwały blisko 10 lat do dnia, w którym w odwiedziny wpadł Aec'Khato Veritari, mój drugi starszy brat...
Powrót fatum
Byłem poza pałacem kiedy to się zaczęło i z tego co usłyszałem później atak nastąpił nagle i bez żadnego ostrzeżenia. W pustym przed sekunda miejscu pojawił się Aec'Khato i zaczął rzeź. Pierwszym dostało się strażnikom, którzy próbowali go otoczyć. Następnie powalił Preafeca i Primusa, którzy próbowali go zajśc z flank po czym zwrócił się w stronę ojca. Kiedy Incantus rzucił zaklęcie, Aec'Khato odbił je tarczą maga i dorzucił do tego swoje, skutecznie eliminując brata. Ojciec, który starał się odciągnąć matkę i siostry w bezpieczne miejsce nie zauważył kiedy brat rzucił zaklęcie katastroficzne grawitacji i rozrzucił całą piątkę po ścianach i podłodze gdzie potoczyli się bezwładnie niczym szmaciane lalki lub połamane pajacyki. Zadowolony ze swojego dzieła ruszył w głąb pałacu by poszukiwać osoby, która według przepowiedni jako jedyna mogła mu zagrozić - mnie.
Wbiegłem do pałacu tak jak byłem, nie myślałem o dozbrojeniu się tylko martwiłem się o rodzinę. W sali tronowej wystarczył mi tylko rzut oka na strażników by wiedzieć że dla nich nic nie dam rady już zrobić. Praefec i Primus wprawdzie byli rozcięci od ramion po biodra ale ich zbroje wstrzymały ostrze na tyle że jeszcze żyli. Incantus wprawdzie był solidnie poszarpany ale świszczący oddech świadczył o tym że brat jeszcze nie wyzionął ducha. Następnie zbadałem ciała rodziców i sióstr. Zlokalizowałem niemało złamań i skręceń ale jakimś cudem przeżyli mimo iż wyglądało to niewesoło a ojciec był solidnie zakrwawiony. Widząc że nic więcej im nie grozi, ruszyłem dalej a serce zaczęło walić mi jak młotem. Elisiel... Znalazłem ją na korytarzu jak trzymała się za zranione ramię i siedziała oparta o ścianę. Gdy podbiegłem bliżej spojrzała na mnie przytomnym wzrokiem i pokazał wgłąb korytarza:
- Idź! Poszedł do naszej komnaty. No dalej, wiem, że chcesz iść za nim. Nic mi nie będzie! Idź!
Skinąłem głową i ruszyłem do mojego pokoju gdzie zaraz za progiem oberwałem cięcie przez plecy a zaraz potem drugie. Ból eksplodował na całej długości mojego kręgosłupa gdy pod ostrzem ustąpiły mięśnie i ścięgna. Padłem na ziemię i obserwowałem jak brat podchodzi bliżej i składa dwa bliźniacze zakrzywione miecze w jeden jein-zarr po czym spojrzał na mnie z góry.
- Czołem braciszku. Miło że dołączyłeś. Już się bałem że nie zdążysz - powiedział z przekornym uśmiechem i podniósł mnie do pionu - No, weź miecz i stawaj do walki. W końcu czegoś cię uczono, czyż nie?
Zaśmiał się i ruszył z natarciem. Jego cios i moje parowanie, zderzenie metalu z metalem i ostry, wręcz paraliżujący ból w plecach gdy tylko moje ręce przyjmują impet jego ataku. Kolejny cios. I następny zaraz za nim. Ciąg ciosów jak grad błyskawic spada w moją stronę. Paruję i unikam. Nic innego nie mogę zrobić. Plecy bolą, ból paraliżuje, ramiona drętwieją. Cios, cios cios, lawina ciosów. Paruję i unikam. Kolejne ciosy jeden za drugim. Paruję i unikam. Eksplozja bólu w piersi. Fontanna krwi. Padam na kolana a on tnie ponownie. Ból mnie oślepia. Boli mnie czoło i podstawa nosa a oczy zalewa krew i padam na podłogę.
- Nooo... z takimi umiejętnościami to bohater to z ciebie żaden. Wyświadczę ci tę przysługę i skrócę twoją mękę - To były ostatnie słowa jakie słyszałem przed utratą przytomności.
Budzę się. Plecy, pierś i głowę rozrywa ból. Widzę tylko na jedno oko. Ale żyję. Czuję ciężar na sobie. To nie Aec'Khato. Przyglądam się dokładniej. Elisiel... Musiała przyjść tu za mną. Musiała ocalić mnie mnie przed jego ciosem, sama przyjąć ostrze przeznaczone dla mnie. Trzymam ją w ramionach i widzę jak jej oczy powoli się otwierają a ich szmaragdowe spojrzenie pada na mnie. Elisiel próbuje coś mówić ale na jej wargach pojawiają się krwawe bąbelki. Dopiero teraz zauważam że cios, który na nią spadł przebił jej pierś i płuca. Ona próbuje coś powiedzieć ale z jej ust nie dobywa się żaden dźwięk a w oczach pojawiają się łzy. Wkrótce potem Elisiel umiera w moich ramionach. Czy ją kochałem? Nie wiem. Czy ona mnie kochała? Już nigdy się nie dowiem. Elisiel nie żyje. Krzyczę. Wyję w pustkę przepełniony smutkiem i wściekłością. Wkładam w ten krzyk wszelkie siły. Przeklinam cię, Aec'Khato. Przeklinam cię, bracie, i przyrzekam że cię dopadnę. Nie ukryjesz się przede mną. Bohater? Nieee... Nie jestem bohaterem i nigdy nie będę. Będę mścicielem. Krzyczę. Kiedy moje gardło zdarło się od wrzasku a oczy wypłakały wszystkie łzy tracę przytomność i otula mnie ciemność czarna jak głębia pustki...
Vagant'In Tenebri
Pogrzeb Elisiel odbył się kilka dni później, podobnie jak pogrzeby innych ofiar ale z tym wyjątkiem że uparłem się by spoczęła w pełnym krysztale i w miejscu w ogrodach, które najbardziej lubiła. Kryształ z jej ciałem zagłębił się w ziemi a kryształowy nagrobek stał już na miejscu kiedy wszyscy podchodzili i rzucali po garści ziemi. Ja w tym czasie już odchodziłem. Rany mnie piekły a w jednym oku nadal nie odzyskałem sprawności ale kierowałem się ku mojej komnacie pewnym krokiem. Miałem zamiar wziąć łuk i udać się na strzelnicę by ćwiczyć. Wprawdzie moje rany miały się leczyć jeszcze przez co najmniej 3 tygodnie ale nie zamierzałem w tym czasie siedzieć i nic nie robić. Pomimo mojego kalectwa miałem zamiar ćwiczyć. Miałem bowiem pomysł - skoro mój brat ukrywał się na Martwych Ziemiach to miałem zamiar tam na niego czekać. Miałem zamiar dołączyć do strażników gór. Swój zamiar wykonałem około trzech miesięcy później.
Gdy stanąłem w końcu u progu fortecy Sumitri Evendil zobaczyłem całkiem zgrabny warowny zamek usytuowany by blokować górską przełęcz i znajdujące się za nim miasteczko górskich elfów, notabene pierwszych strażników gór. Dopiero później inne elfy oraz pozostałe rasy wspomogły ich wysiłki tworząc fortece znane teraz w kluczowych punktach łańcucha górskiego aby zablokować drogi z martwych ziem do krain elfów. Jak dotąd skutecznie. W każdej z sześciu fortec założono także system magicznych barier by blokowały też drogę istotom latającym. W ten sposób ograniczono ruch w obie strony co z racji natury istot znajdujących się na martwych ziemiach było wielce rozsądnym wyjściem. Tak oto górscy strażnicy z elfów zajmujących ledwie niewielkie miasta zmienili się w formację multirasową zajmującą kilka porządnych twierdz oraz posiadających zaplecze w postaci wspaniałych miast. Nie wpłynęło to jednak zbyt dobrze na ich reputację, gdyż osoby noszące ich szare uniformy nie raz były ofiarami plotek i nieporozumień. Jedne z bardziej absurdalnych jakie krążą to że strażnicy są bardzo agresywna i nerwową bandą, zdolną zabić (i jeszcze zawsze uchodzi im to płazem) za byle przewiny oraz że stosują niejasne rytuały by pozyskiwać moc z pobitych stworzeń chaosu. Sytuacja ma się podobnie z ich naśladowcami na kontynencie ludzi, którzy nazywając się Szarymi Wędrowcami są wędrownymi łowcami potworów a jednak rzadko spotykają się z wdzięcznością lub chociaż zrozumieniem.
Ogólnie to Górscy Strażnicy to potoczna nazwa, która wzięła się od funkcji jaką pełnią Vagant'In Tenebri (Wędrujący w Mroku). Wybrali oni trudną ścieżkę jaką jest ochrona reszty obywateli elfich królestw i nie tylko. Vagant'In dzielą się na dwie odrębnie działające formacje wewnątrz każdej twierdzy. Pierwszą są potocznie zwani Strażnicy Świtu - Aen Presidus Tenebri'Luces czyli "Ci, którzy czuwają w półmroku świtu" - a ich zadaniem jest straż na murach twierdzy oraz ich ochrona. Każdy nowo przybyły jest wcielany w ich szeregi a w razie problemów, priorytet ma zawsze przetrwanie oblężenia przez twierdzę niezależnie jakim kosztem co jednak może być w sytuacji nietypowej zmienione przez jej dowódcę. Drugą i bardziej interesującą są Łowcy Zmierzchu - Aen Ventum Crepus'Vaesperi, "Ci którzy polują w półmroku zmierzchu". Łowcy mają zupełnie inny schemat działania niż Strażnicy, mianowicie są zbrojnym zwiadem zapuszczającym się w góry oraz na granice martwych ziem by tam walczyć z chaosem i sprawdzać stan przełęczy pod względem ewentualnego ryzyka. Opuszczają oni każdorazowo twierdzę (nieraz na wiele miesięcy) przy biciu żałobnego dzwonu na głównej wieży gdyż nigdy nie wiadomo czy w ogóle wrócą. Bierze się to ze zwyczaju wyprawiania stypy i ogłaszania tym dzwonem mianowania nowych Łowców spośród szeregów Strażników. Do ich rodzin wysyłane sa listy informujące i kondolencyjne i uważani są za zmarłych. Tak jest po prostu łatwiej. Wielu jest desperatów, którzy przybywają specjalnie by zostać Łowcami lecz by to osiągnąć należy najpierw odsłużyć przynajmniej 10 lat jako Strażnik Świtu. Ja także odbyłem taki staż lecz o tym opowiem później w stosownym czasie. Dość powiedzieć że za każdym razem gdy słyszałem dzwon zwiastujący wymarsz Łowców, czułem dziwną nadzieję że jeszcze nie nadszedł mój czas i nie raz jeszcze usłyszę ten dźwięk. Dla oddziału Łowców największym priorytetem, w przeciwieństwie do ocalenia twierdzy było przeżycie oddziału niezależnie od tego jakich czynów by się trzeba dopuścić by cel ten wykonać. Chociaż zdarzają się wyjątki od tej reguły a w wyjątkowo chłodne dni nadal czuję lekkie mrowienie w ramieniu, które niegdyś straciłem podczas patrolu. Przeżyłem jednak i uzdrowiciele przywrócili mi ramię więc służyłem dalej. W tej sposób spędziłem w górach odrobinę ponad sto lat a dowódca wysłał mnie na przymusowe wakacje. Po prostu byłem tam już na tyle długo że uznano iż dla dobra mojego zdrowia psychicznego należy mi się odpoczynek. Nie zostałem wygnany i zawsze mogłem wrócić, co też może kiedyś uczynię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz