czwartek, 11 czerwca 2015

Portale

Kolejny loch...

               Czekał nas przeszło miesiąc lotu do jakiś ruin oznaczonych na mapie na zachód od Lun Samae. Zastanawiałam się, co zrobię przez taki ogrom czasu, zamknięta w latającej, metalowej puszce. Na szczęście, ładownia była idealnym miejscem do ćwiczeń łucznictwa i Lancello, zgodnie z obietnicą, już pierwszego tygodnia lotu zawitał do mojego pokoju ze swoim łukiem i poinformował mnie, że idziemy ćwiczyć.
             Od czasu mojego pamiętnego upicia się, Lancello okazywał mi jakby więcej zainteresowania niż wcześniej, momentami byłabym skłonna nawet nazwać go troskliwym wobec mnie. Wyraźnie zwracał uwagę na to, co i ile jem przy posiłkach i dokładał mi jedzenia, jeśli według niego nałożyłam sobie zbyt mało, pilnował też, żebym zjadła wszystko z talerza. Nie miałam mu tego za złe… zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że od parunastu tygodni zaniedbałam swoje zdrowie i kondycję, czułam się o wiele słabsza, a przy moim stylu życia, osłabienie mogło być wręcz zabójcze. Zdarzyło się też nawet, że raz zaoferował mi swoją krew, kiedy pragnienie zaczynało być już dotkliwe i musiałam je ugasić.
                Nie spodziewałam się wcześniej, że uda mi się złapać z nim tak dobry kontakt. Lancello zdawał się również mieć ciężkie przeżycia w przeszłości, nigdy jednak o nich nie rozmawialiśmy, on nie zaczynał tematu, ja też nie zamierzałam na niego naciskać, uznając, że jeśli zechce, sam mi powie, kim jest ów wróg, co go tak srodze pokaleczył. Czas w ładowni spędzaliśmy zarówno na trenowaniu, jak i na opowiadaniu sobie różnych historii z naszego życia. Wcześniej miałam go za złośliwego gbura, okazał się jednak naprawdę zabawny i… po prostu dobry… a może po prostu było mu mnie żal?
                Śmieszyły mnie teraz moje podejrzenia, że mogło coś między nami się zdarzyć tamtego wieczora, kiedy przesadziłam z alkoholem. Lancello może i bywał naprawdę wredny, nie posądzałabym go jednak o wykorzystanie pijanej kobiety, zwłaszcza, że pewnie mną gardził. Może i nie rzucał we mnie nożem na dzień dobry, ale wątpiłam, by chciał się zbliżyć do mnie fizycznie, w końcu byłam wampirem, istotą, na którą polował, żaden ze mnie materiał na partnerkę… kochankę dla elfiego łowcy.
                Najbardziej zastanawiały mnie i zarazem martwiły w tej sytuacji reakcje mojego organizmu na bliski z nim kontakt. Po mojej skórze przechodziły ciarki, kiedy dotykał mnie delikatnie, poprawiając ustawienie dłoni czy ramion, kiedy uczył mnie kolejnych umiejętności łuczniczych. Nawet pozwolił mi używać swój łuk, uprzedzając, żebym założyła rękawiczki z uwagi na mithrillowe wykończenia majdanu. Jednak ani ich materiał, ani suknia nie ochroniły mnie przed dreszczami, przeszywającymi moje ciało za każdym razem, gdy jego dłonie dotykały mojego ciała. Raz nawet zdarzyło się tak, że stanął za mną unosząc mój łokieć, a ja odwróciłam głowę, chcąc go o coś zapytać… nie wiedziałam, że był aż tak blisko mnie, więc staliśmy z twarzami ledwie parę centymetrów od siebie… przez moment przez myśl przemknęło mi sprawdzenie, czy jego wargi są tak silne, na jakie wyglądały… szybko jednak otrząsnęłam się z tych myśli i posłałam wachlarz strzał w tarczę.
                Przez ten miesiąc częściej też siadywałam z towarzyszami w kantynie, unikałam jednak towarzystwa Mścibora – obawiałam się, że znalezienie się sam na sam z jego depresyjną naturą może przywrócić mój nastrój z czasów próby samobójczej, a tego bym nie chciała. Zaczynałam czuć się coraz lepiej, nadal wyrzucałam sobie porzucenie Bairre, ale już dopuszczałam do siebie racjonalne argumenty, które wpłynęły na moją decyzję. W końcu zrobiłam to, żeby chronić jej życie, to było najważniejsze. Jednak, choć czułam się lepiej, martwiło mnie, że mój nastrój w dużej mierze zawdzięczałam Lancello, czułam też, że jest on zbyt zależny od niego… wiedziałam, że gdyby on mnie zranił, zdradził, nie potrafiłabym już chyba nikomu później zaufać.
                Lot do celu minął nam bez żadnych niespodzianych zdarzeń i po miesiącu wylądowaliśmy na sporej polanie przy gęstym lesie, w którym były ukryte lochy. Jasne było, że czeka nas w środku walka z czymś, co się tam zalęgło i zapewne też z pułapkami i przeszkodami, których w takich miejscach było pełno. W tych podziemiach, tuż po wejściu, usłyszeliśmy wilczy warkot, a po chwili zobaczyliśmy ogromne wilki, mające koło trzech metrów w kłębie. Na podłodze roiło się mnóstwo maleńkich skorpionów, pod ścianami stały skrzynki (jak się później okazało – magiczne i biegające), a tuż przy wilkach, po chwili od naszego pojawienia się, stanęły z metalowym chrzęstem lśniące zbroje. Rozgorzała walka… choć nie dało się nie czuć w jej czasie adrenaliny, to skłamałabym, gdybym rzekła, że była fascynująca.
                Dość szybko i bez większych szkód uporaliśmy się z przeciwnikami, jedynie Vergill musiał być wyciągany przez Manro za pomocą aury, ponieważ pojawiające się znikąd macki wciągnęły go w ziemię aż po pas. Mnie też schwytały, ale uwolniłam się, przemieniając się w nietoperza. Nie uśmiechało mi się jednak świecenie nagością przed zgrają wojowników, przed przemianą zasłoniłam się więc kurtyną ciemności i pod jej osłoną ubrałam się po przyjęciu ludzkiej postaci. W skrzyniach znaleźliśmy kilka przedmiotów, mi trafiła się maska, zakrywająca oczy i utrudniająca rozpoznanie, stwierdziłam więc, że nie zaszkodzi ją mieć.
                  Kiedy przetrząsaliśmy komnatę, usłyszeliśmy zgrzyt, a kiedy spojrzeliśmy w stronę źródła dźwięku, zobaczyliśmy ziejący w ścianie, prostokątny otwór, będący wejściem do ciemnego i długiego korytarza, ruszyliśmy więc nim dalej, w głąb lochów. Szliśmy wąskim tunelem przez parę minut, aż w końcu na jego końcu zobaczyliśmy niezwykle jasne światło.
                Weszliśmy do ogromnej, podłużnej komnaty, w której unosił się mocny zapach ozonu… o tak, w tym pomieszczeniu było aż gęsto od magii. Sklepienie było kilkanaście metrów nad naszymi głowami, a zarówno ono, jak i ściany oraz podłoga, były zdobione niezliczoną ilością ornamentów, ten przepych aż przytłaczał. Przy ścianach stały po obu stronach nie mniej rzeźbione łuki, wysokie na przeszło dwa metry. Powietrze w nich jakby delikatnie drgało i falowało… zastanawialiśmy się, cóż to może być, kiedy Lancello podszedł do pierwszego z nich i dotknął go. Kurtyna wewnątrz łuku zamigotała i po chwili naszym oczom ukazał się widok elfickiego miasta, zapewne leśnych elfów, z racji na widoczne wszędzie liczne rośliny. Dociekaliśmy, jak to zrobił – okazało się, że wystarczyło oddać niewielką część potencjału magicznego, by uaktywnić łuk, który, jak się domyślaliśmy, był portalem. Nie wiedzieliśmy jednak, czy prowadził on do realnego miejsca gdzieś w świecie, czy to tylko iluzja, ani czy będzie możliwy powrót stamtąd.

Znów w Sil-Thran

                Po kolei wszyscy podchodziliśmy do łuków i dotykaliśmy ich, płacąc za uaktywnienie ich mocy. Kiedy tylko to zrobiłam, powietrze zamigotało u pokazał mi się obraz Sil Thran… panorama miasta ze świątynią Raistra w samym centrum… zabolało, zaboląło jak cholera. Stałam przed tym portalem i wpatrywałam się w niego ze łzami w oczach. Tuż obok mnie Valarad otworzył swój portal, w którym widać było piratów zabawiających się na sterowcu; Manro właśnie wchodził do niego, obwiązany liną i bez problemu wrócił, a portal dopiero wtedy się zamknął, wiedzieliśmy więc już, na jakiej zasadzie mogą działać. Odnotowałam to jednak jedynie na skraju świadomości, całą swoją uwagę skupiając na obrazie światyni.
                Bairre była tak blisko… zaledwie na wyciągnięcie ręki, mogłam wejść w ten portal i ją zobaczyć, dotknąć i przytulić… łzy zaczęły cieknąć po mojej twarzy i wtedy poczułam, jak ktoś narzuca na mnie materiał i cały świat wokół na moment zatonął w cieniu. Szybkim ruchem zrzuciłam pelerynę z głowy i zmierzyłam jej właściciela wściekłym wzrokiem.
– Co to miało znaczyć? – warknęłam na Lancello, stojącego obok mnie ze spokojną miną.
– Wydawało mi się, że patrzenie na portal sprawiało ci przykrość, więc chciałem ci tego oszczędzić.
– I co, że niby jesteś taki szlachetny? – wyplułam wściekle, nie myśląc zbyt racjonalnie… to, co zobaczyłam w portalu za bardzo mnie rozproszyło…
– Nie, jestem draniem szukającym zemsty – odparł spokojnie i spojrzał na mnie z troską – ale nawet ja nie mogę patrzeć na cierpienie kobiety.
– Tylko ta kobieta zasłużyła sobie na to cierpienie – rzuciłam i wróciłam do wpatrywania się w portal.
– Widzę, jak cię boli i wątpię, byś zrobiła cokolwiek sprawiającego ci taki ból z własnej woli.
– I tu się mylisz… to była moja decyzja, nikt mnie nie zmusił do tego, co zrobiłam – powiedziałam i przyłożyłam dłoń do obrazu, jakbym chciała go dotknąć – i muszę nauczyć się z tym żyć.
– Dobra. Drużyna, wracamy niedługo – rzucił do reszty i, zanim zdążyłam zareagować, wepchnął mnie w portal i wszedł tuż za mną.
– Zwariowałeś!? – wrzasnęłam na niego, kiedy tylko odzyskałam równowagę i podeszłam do niego, po czym zaczęłam bić go pięściami po piersiach, ale od razu tego pożałowałam, w końcu jego zbroja miała mithrillowe elementy… – Auć! Cholera! Wracam!
– To wracaj, ja się przejdę – odparł spokojny i spojrzał na moje dłonie – nic ci nie jest?
– Nic! – warknęłam wściekle – a co ty tu niby chcesz robić?
– Idę zobaczyć, dlaczego ta świątynia jest dla ciebie taka ważna – powiedział i zaczął iść powoli w stronę placu świątynnego znajdującego się nieopodal niewielkiego parku, na którego krańcu wylądowaliśmy.
– Ani mi się waż! – zaczęłam szarpać go za pelerynę, tym razem zważając na mithrill. – Wracamy! Teraz! – krzyczałam, on jednak twardo szedł przed siebie, stanęłam więc i wyjęłam sztylet zza pasa – Nie każ mi tego zrobić – zagroziłam.
– Chcesz mnie zranić? – spytał zaskoczony, przystając i odwracając się w moją stronę.
– W żadnym wypadku – przyłożyłam ostrze do mojego nadgarstka.
– Ani mi się waż, a jeśli się zranisz, to tym bardziej cię tam zaniosę, żeby znaleźć kapłana – zagroził.
– Błagam – powiedziałam zrezygnowana, opuszczając sztylet, czując, że nijak nie dam rady go przekonać… nie mogłam się tam pojawić, to by było za duże zagrożenie… a z drugiej strony bardzo chciałam zobaczyć córkę, skoro już byłam tak blisko... ale i tak to bylo zbyt duże ryzyko – Lancello, wracajmy… błagam cię… błagam – dodałam, czując napływające do moich oczu łzy.
– Dobrze – skinął głową, przyglądając mi się, po czym zerknął przez ramię na świątynie i znów przeniósł wzrok na mnie – wracajmy – powiedział i zaczął wracać w stronę portalu wolnym krokiem.
                Szłam przez chwilę za nim, jednak coś mnie ciągnęło do świątyni, znajdującej się za moimi plecami… przystanęłam i spojrzałam na nią, zastanawiając się nad tym, co zrobić. Wahałam się, rozum kazał wracać, serce łkało z tęsknoty...
– Czy to prawdziwe miejsce, czy iluzja? – spytałam Lancello, który stanął obok mnie.
– Prawdopodobnie to prawda, tak mi mówią zmysły i intuicja.
– Ona jest tak blisko – wyszeptałam do siebie, nie zważając na jego obecność – tak blisko – powtórzyłam jeszcze ciszej, a Lancello podszedł do mnie i otulił mnie ramieniem – chcę ją zobaczyć – zdecydowałam i uniosłam głowę, żeby spojrzeć mu w oczy – pójdziesz ze mną?
– Pójdę – przytaknął.
                Założyłam rękawiczki i narzuciłam kaptur przed wyjściem z cienia, który zapewniały nam rozłożyste drzewa i ruszyłam w stronę placu świątynnego. Przypominałam sobie moją ostatnią drogę tędy, kiedy uciekałam z płaczem, gdyż nie mogłam słuchać przerażonego krzyku córeczki… zastanawiałam się, czy i teraz tak to się skończy. Stanęliśmy przed drzwiami i wzięłam głęboki oddech, wahając się przez moment, czy na pewno chcę to zrobić, ale Lancello podjął decyzję za mnie i zapukał. Nie czekaliśmy długo, aż rozległ się dźwięk kroków i drzwi otworzył nam młody akolita.
– Grando, tari. Quid te… – zaczął po elficku, po czym spojrzał na Lancello i jego oczy rozszerzyły się w zaskoczeniu, jakby zobaczył co najmniej malara królewskiego – Veritari princeps? – wydukał i zaczął się kłaniać.
Zupełnie nie rozumiałam, o co chodziło, a moje rozkojarzenie jeszcze urosło, gdy Lancello zaklął pod nosem i uniósł pierścień, kierując go w stronę akolity, którego wyraz twarzy stał się od razu spokojny, wręcz bez wyrazu. Spojrzałam na Lancello pytająco,  ten jednak szepnął cicho „później”, nie drążyłam więc tematu, choć moje zainteresowanie wzrosło, gdy wyjął chustkę i zawiązał ją, zakrywając tym samym połowę swojej twarzy. W tamtej chwili jednak to moja córka była priorytetem, te zachowanie mogłam wyjaśnić innym razem… spojrzałam na akolitę i wyraziłam prośbę.
– Nazywam się Vivienne Eleri, chciałabym zobaczyć moją córkę, Bairre Shanley.
– Dobrze, proszę wejść – powiedział i wpuścił nas do środka – zaraz poproszę kogoś, kto państwo zaprowadzi – dodał i odszedł, zostawiając nas samych.
                Spojrzałam na Lancello, oczekując jego reakcji… poznał moją największą tajemnicę, wiedział, że porzuciłam dziecko… zastanawiałam się, co o mnie w tamtej chwili myślał…
– Więc już wiesz – szepnęłam cicho.
– Słyszałem właśnie – przytaknął lekko – na pewno miałaś powody.
– Tak mi się zdawało – odparłam jeszcze ciszej.
                Patrzył na mnie uważnie, ale łagodnie, nie potrafiłam jednak znieść jego wzroku zbyt długo i opuściłam głowę. Na kapłana nie czekaliśmy długo – po paru minutach usłyszeliśmy kroki na korytarzu i, kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam zmierzającego ku nam tego samego elfa, który przed paroma miesiącami otworzył mi drzwi do świątyni. Spojrzał na mnie i skinął mi głową, chyba mnie rozpoznając, po czym zmierzył Lancello badawczym spojrzeniem.
– Ojciec? – spytał, przenosząc wzrok na mnie.
– Przyjaciel – odparłam nieco skonsternowana tym pytaniem.
                Kapłan skinął głową i gestem dłoni poprosił, byśmy poszli za nim. Prowadził nas w stronę schodów na wyższe piętro, ja tymczasem zerknęłam przepraszająco na Lancello. Elf zrozumiał moje spojrzenie i skinął jedynie lekko głową, posyłając mi łagodny uśmiech, co poznałam jedynie po kącikach jego oczu przez zasłaniającą resztę twarzy chustę. Po wejściu na piętro, prowadzący nas elf podszedł do jednych z drzwi i otworzył je, wpuszczając nas do środka.
– Proszę tutaj, niedawno jadła i obecnie śpi. Zawołajcie, jakbyście czegoś potrzebowali – powiedział, skłonił się i zostawił nas samych.
                Weszłam do pokoju, od razu kierując swoje kroki w stronę kołyski, stojącej w promieniach słońca. Bairre faktycznie spała… większa niż ostatnim razem, gdy ją widziałam i jeszcze piękniejsza… nawet nie wiedziałam kiedy, po mojej twarzy zaczęły spływać łzy. Pochyliłam się nad kołyską i delikatnie pogłaskałam jej zaciśniętą w piąstkę rączkę.
– Moja mała, kochana Bairre – uśmiechnęłam się do śpiącego niemowlęcia i pogłaskałam je po włoskach, które w promieniach słońca mieniły się płomienno czerwonymi refleksami – jak ja cię kocham, maleńka...
                Jakby na dźwięk mojego głosu, Bairre poruszyła się i cichutko zakwiliła, po czym otworzyła oczy. Spojrzała na mnie dużymi, niebieskimi tęczówkami i na moment jakby się skrzywiła… poczułam bolesne ukłucie w sercu na myśl, że moja córeczka mogłaby mnie nie poznać i się mnie wystraszyć… zaczęłam nucić kołysankę, a wtedy na jej twarzy zagościł lekki uśmiech i wyrwał jej się radosny okrzyk. Uśmiechnęłam się i, nie przestając śpiewać, wzięłam ją na ręce. Pocałowałam jej czółko, po czym przytuliłam do piersi, czując się tak cudownie… byłam znów z moją córeczką, wszystko zdawało się być na swoim miejscu…
                Podeszłam do stojącego przy kołysce fotela i usiadłam na nim, kładąc Bairre na kolanach i pochylając się nad nią. Dziecko ziewnęło lekko, nadal trochę zaspane, po czym wyciągnęło rączki i zaczęło chwytać moje włosy. Uśmiechnęłam się, pamiętając, jak robiła to dawniej… łzy ściekały po moich policzkach i skapywały na moje kolana i jej śpioszek, a Bairre wpatrywała się we mnie i radośnie kwiliła, ciągnąc moje włosy. Na ten czas zupełnie zapomniałam o obecności Lancello, usłyszałam jednak skrzypnięcie podłogi, gdy przeniósł ciężar ciała na drugą nogę; przypomniało mi to o nim i uniosłam głowę.
– Dziękuję ci… tak bardzo za nią tęskniłam – uśmiechnęłam się do niego przez łzy po czym wróciłam do obserwowania córeczki – mogłabym resztę życia spędzić tylko na przyglądaniu się, jak się cieszy albo jak śpi… – szepnęłam i usłyszałam, jak Lancello podchodzi do mnie; stanął na chwilę nade mną i poczułam jego rękę na ramieniu.
– Zostawię was na chwilę same, zaraz wracam – powiedział i, nie czekając na moją odpowiedź, wyszedł z pokoju, zamykając cicho drzwi.
                Nie wiedziałam znów o co mu chodziło, ale to nie było w tamtej chwili najważniejsze… miałam trochę czasu z Bairre i zamierzałam wykorzystać go jak najlepiej się da. Bawiłam się z nią przez chwilę, ale najwyraźniej nie wyspała się wystarczająco, bo po chwili jej oczka zaczęły się przymykać, zaczęłam więc ponownie nucić kołysankę, którą mi niegdyś śpiewała moja mama. Chwyciłam ją z powrotem tak, by przytulić ją do piersi i zbliżyłam twarz do jej główki, wdychając jej cudowny zapach. Chciałam zapamiętać jej wygląd, śmiech, zapach… zapamiętać, żeby móc sobie później to odtworzyć… bo ponowne rozstanie z nią zbliżało się już nieuchronnie, musieliśmy wracać…
                Lancello wrócił po kilkunastu minutach, nie miał już jednak chusty na twarzy. Kładłam właśnie śpiącą Bairre do kołyski, nie przestając nucić, kiedy wszedł cicho do pokoju i podszedł do mnie. Przyglądał się przez moment mojej córeczce, po czym położył mi delikatnie dłoń na łopatkach.
– Rozmawiałem z kapłanami, nic jej nigdy nie zabraknie – powiedział cicho.
– Jak to? – spojrzałam na niego zdziwiona.
– Powiedzmy, że użyłem siły perswazji, powołując się na kilka bardzo silnych argumentów – odparł powoli, ostrożnie dobierając słowa – możesz być pewna, że będzie jej tu dobrze.
– Dziękuję – szepnęłam, przyglądając mu się jeszcze przez moment, po czym przeniosłam wzrok z powrotem na Bairre i westchnęłam ciężko – musimy powoli wracać, prawda?
– Chyba tak – przytaknął i odszedł do drzwi, pozwalając mi pożegnać się z córką.
                Pochyliłam się nad kołyską i pogładziłam włoski Bairre. Uśmiechnęłam się do niej i pocałowałam ją jeszcze raz w czółko na pożegnanie… moje ciało jakby protestowało… wiedziałam, że czas odejść, ale jednocześnie nie potrafiłam tak po prostu wyjść, zostawiając ją tutaj nie wiadomo na jak długo. W końcu jednak udało mi się wygrać wewnętrzną walkę i zmusić się do odejścia.
– Do zobaczenia, kochana… wrócę po ciebie, obiecuję – pogładziłam jej maleńką dłoń – kocham cię – wyszeptałam drżącym głosem i, ledwie się powstrzymując przed głośnym szlochem, wyszłam z pokoju.
                Lancello nic nie mówiąc, ruszył za mną, zamykając cicho drzwi od pokoju mojej córeczki. Podszedł do mnie na moment, przytulił mnie i pogładził pocieszająco moje ramię, a ja miałam ogromną ochotę po prostu wtulić się w niego i znów się wypłakać… tak bardzo chciałam po nią wrócić… wiedziałam jednak doskonale, że nie mogę…
                Szłam przez moment blisko Lancello, na schodach jednak zmuszeni byliśmy iść jeden za drugim, tak też doszliśmy do dziedzińca świątynnego. To, co tam zobaczyłam, sprawiło, że wręcz przystanęłam w drzwiach. Od samych drzwi świątyni ciągnął się szpaler akolitów, kapłanów, uczniów i chyba wszystkich jej mieszkańców… Lancello chwycił mnie za rękę i przeciągnął do wyjścia z dziedzińca ze zbolałą miną, wyraźnie pokazująca, że nie w smak mu to przedstawienie.
– Co to było? – spytałam, gdy zostaliśmy sami, wyraźnie akcentując każde słowo.
– Wyraźnie postanowili mi się przypodobać – wzruszył ramionami i spojrzał przez ramię z uczuciem bezsilności wymalowanym na twarzy.
– Dlaczego zdjąłeś maskę? – chciałam wiedzieć,  nie rozumiejąc nawet po co ją zakładał.
– Wcześniej nie chciałem być rozpoznany, ale jeden z najlepszych argumentów to strach. Zastraszyłem ich lekko… ale już zawsze będziesz mogła odwiedzić córkę a małej nic nigdy nie zabraknie – powiedział, a ja przystanęłam na granicy parku, w którym gdzieś był ukryty portal.
– Oni nie wyglądali na zastraszonych… i dlaczego wobec tego mieliby chcieć ci się przypodobać… nie rozumiem…
– Kto ich tam wie, ja też ich nie rozumiem – wzruszył ramionami – ta cała religijna banda… najważniejsze, że zawsze będziesz mogła tu przyjść.
– Dziękuję ci – powiedziałam, zadzierając głowę by spojrzeć mu w oczy, nie kryjąc nawet łez znów spływających po moich policzkach – nie wiem, jak ci się odwdzięczę… nie mam pojęcia co im powiedziałeś, ale dziękuję za to… i za to, że mnie tutaj przyciągnąłeś… nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że mogłam ją znowu zobaczyć…
– To nic wielkiego, nie musisz dziękować – uśmiechnął się lekko jakoś tak… nigdy wcześniej nie widziałam u niego takiego uśmiechu… był… czuły… tak jakby on… nie, niemożliwe – cieszę się, że miałyście choć tyle czasu razem. Rozumiem, że reszta nie ma wiedzieć?
– Mikur wie… wolałabym, żeby tak pozostało… tak będzie bezpieczniej – powiedziałam cicho.
– Zachowam to więc w tajemnicy – skinął głową ze zrozumieniem.
– Dziękuję… co im powiemy?
– Że byliśmy w świątyni i pytaliśmy o lekarstwo na twoją przypadłość – odparł po chwili zastanowienia.
– Dobrze – niemal szepnęłam i zaczęłam się rozglądać po zacienionym parku, szukając śladu po portalu.
– Cofnij się – powiedział Lancello i chwycił mnie delikatnie za ramię, odsuwając mnie za siebie.
– Znalazłeś?
– Zaraz znajdę – posłał mi przez ramię złośliwy uśmiech, wyjął wachlarz noży i wprawnym ruchem rzucił je przed siebie.
                Cztery noże wbiły się w ziemię albo w drzewa, jeden natomiast zniknął, zostawiając za sobą falujące powietrze niczym taflę wody, gdy wrzuci się w nią kamień. Lancello posłał mi zadowolony uśmiech, a ja spojrzałam na niego z uznaniem i poszłam pozbierać pozostałe sztylety. Pozbierałam leżące na ziemi i podeszłam do Lancello, wyrywającego nóż z drzewa, i podałam mu je.
– Nie pomyślałabym o tym – przyznałam, a on tylko wzruszył ramionami z uśmiechem – wracamy? – spytałam, również uśmiechając się do niego lekko przez łzy.
                Lancello skinął lekko głową po czym bez słowa schował sztylety i delikatnie chwycił moją dłoń, zdejmując ostrożnie rękawiczkę i przyglądając się uważnie mojej skórze.
– Co robisz? – zdziwiłam się.
– Patrzę, czy nie ma oparzeń – powiedział i zdjął rękawiczkę z mojej drugiej dłoni – biłaś mnie gołymi rękami po mithrillowej zbroi… ale wydaje się, że wszystko w porządku.
– Szybko goją mi się rany… jedna z niewielu zalet bycia wampirem – uśmiechnęłam się ze smutkiem, nie odsuwając rąk.
                Lubiłam jego dotyk. Miał duże i silne dłonie, moje zdawały się być tak drobne… choć pewnie z racji mojej wampirzej natury byłabym go w stanie pokonać w siłowaniu, to jednak bez problemu ukryłby moje obie dłonie w swoich. Oglądał jeszcze przez chwilę moje dłonie, po czym opuścił je i spojrzał mi w oczy, nie puszczając mnie jednak.
– Przepraszam za tamto – powiedziałam ze skruchą.
– Noo mam nadzieję – rzucił, i od razu mrugnął jednym okiem, pokazując mi, że to żart, co potwierdził po chwili słowami – żartuję, nie chowam urazy. Możemy już wracać, jeśli chcesz, jestem ciekaw, czy kogoś trafiłem.
                Odpowiedziałam mu tylko uśmiechem, puściłam jedną jego dłoń, drugą z kolei chwytając mocniej, i pociągnęłam go w stronę portalu. Podczas gdy nas nie było, sporo się zmieniło – pojawiła się Sijaka, która do tej pory siedziała z niewiadomych powodów zamknięta w swoim pokoju i ani razu nie wyszła, Otr oraz, o dziwo, jakaś nowa istota, wyglądająca jak kobieca wersja Otra. Choć kobieca to raczej za dużo powiedziane, prędzej by można rzec, że to samica tego samego gatunku, gdyż, tak jak w przypadku Otra, więcej było w niej zwierzęcości niż człowieczeństwa. Sijaka zaczęła coś mówić, że jest głodna, wysłałam ją więc do komnaty obok, gdzie leżały martwe truchła wilków… ta smoczyca nie wzgardziłaby świeżym mięsem w żadnej postaci…

Krótka wizyta w Sil-Run

                Ravis wspomniał, że Valarad otworzył drugi portal. Spojrzeliśmy w jego stronę i zobaczyliśmy jakąś kotłowaninę w wodzie, ciężko jednak było rozpoznać, kto jest kim. Nie widziałam jednak nigdzie krwi, uznałam więc, że nie trzeba się tam pchać, ponadto nie umiałam pływać, więc i tak nic bym nie pomogła. Zaciekawiło mnie natomiast, co bym mogła zobaczyć w drugim portalu, najpierw jednak poszłam do pierwszego otwartego przejścia – tego do elfickiego miasta. Lancello poszedł tuż za mną i stanął obok mnie przy portalu.
– Co to za miasto? – spytałam, zerkając na niego.
– Mój dom – powiedział cicho z jakąś nostalgią w głosie – Sil-Run.
– Nie chcesz odwiedzić rodziny? – zdziwiłam się, licząc, że może w końcu powie cokolwiek o sobie i swojej niechęci do odwiedzania miast elfów.
– Wolałbym nie, myślę, że wtedy mógłbym zostać zmuszony, żeby nie wracać, a tego bym nie chciał – spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
– Piękna okolica... a tam, daleko, co to jest? – spytałam, wskazując na wysoki budynek w głębi portalu.
                Lancello spojrzał tam, lecz, zanim zdążył odpowiedzieć, chwyciłam go za ramiona i wpadliśmy razem do portalu. Straciliśmy równowagę i potoczyliśmy się po brukowanej uliczce. Szamotaliśmy się przez moment, tocząc się w dół po lekkim zboczu, a kiedy tylko się zatrzymaliśmy i Lancello udało się znaleźć nade mną, zerwał się na nogi, ciągnąc mnie za ramię za sobą i klnąc po elficku. Uaktywnił też jedną ze zdolności swojej peleryny i zarzucił na mnie jej połowę, dzięki czemu oboje staliśmy się niewidzialni. Kilka osób weszło w uliczkę, rozglądając się za źródłem hałasu (zapewne narobiliśmy niezły łomot naszym pojawieniem się), jednak, nie zobaczywszy nikogo, wracali do swoich obowiązków. Lancello tymczasem uparcie ciągnął mnie w portal i wprowadził mnie w niego przed sobą, po czym wskoczył tuż za mną.
– Nie rób tak więcej. Nie wolno mi się ujawnić w elfickich miastach – powiedział, ciągnąc mnie za rękę w kąt komnaty, tak, by nikt inny nas nie usłyszał i wyłączając niewidzialność, którą zapewniała nam peleryna.
– Dlaczego? Nie powiesz mi przecież, że nie tęsknisz za domem. Ja nie chciałam zobaczyć córki, ale mnie zaciągnąłeś tam i jestem ci wdzięczna, myślałam, że…
– Nie rozumiesz – przerwał mi dość ostrym tonem… był wkurzony, ale też jakby trochę zrezygnowany – kiedyś może ci wyjaśnię, ale teraz proszę, daj spokój… nie wolno mi się pokazywać w elfickich miastach. Zwłaszcza w Sil-Run.
– No dobrze… przepraszam – powiedziałam i spojrzałam mu w oczy.
– Szczęście, że nikt mnie nie zobaczył – westchnął i zmierzwił sobie włosy.
– W Sil-Thran pokazałeś swoją twarz – zauważyłam, patrząc na niego z uwagą.
– Nikt nie powie, że mnie widział, nastraszyłem ich – zapewnił mnie i spojrzał ponad moim ramieniem – chcesz zobaczyć drugi portal? – spytał, a ja skinęłam głową.
                Wiedziałam, że nie wyciągnę z niego nic, jeśli sam nie zechce mi powiedzieć, mówił że być może kiedyś wyjawi swoją tajemnicę, nie zamierzałam więc naciskać. Jeśli kiedyś zechce, zwie, gdzie mnie szukać.

Dom

              Podeszłam do jednego z zamkniętych portali i uaktywniłam  go. Powietrze przede mną zafalowało i po chwili tuż przede mną wyklarował się obraz, który sprawił, że aż głośno wciągnęłam powietrze. Dom… nie pałac ojca, ale kamienica… niewielka, wąska kamienica, w której się urodziłam i mieszkałam z matką…
– Niemożliwe – szepnęłam.
                Musiałam się dowiedzieć, dlaczego zobaczyłam akurat to miejsce. Zarzuciłam na głowę kaptur i założyłam rękawiczki, po czym weszłam w portal, nie ważąc na konsekwencje pokazania się w moich rodzinnych stronach. Mieliśmy z Lancello coś wspólnego – oboje z wizyty w rodzinnym mieście mogliśmy już nie wrócić… nie byłam jednak sama. Ledwie przeszłam przez portal, usłyszałam za sobą kroki i zobaczyłam Lancello, rysującego włąśnie czubkiem buta głęboką kreskę tuż przy wyjściu z portalu, i rozglądającego się po okolicy, zapewne zastanawiającego się, gdzie trafiliśmy.
– Kontynent centralny – wyjaśniłam mu i ruszyłam w stronę znajomych mi drzwi, choć dużo bardziej zniszczonych niż w moich wspomnieniach – tu się urodziłam… ale przecież moja mama nie żyje… –  mówiłam bardziej do siebie niż Lancello i już miałam zapukać, gdy dobiegł mnie brzdęk zbroi.
                Odwróciłam się i zobaczyłam dwóch strażników w barwach rodowych ojca… serce podeszło mi do gardła, spodziewałam się, że jeden z nich za chwilę połasi się na ścięcie mojej głowy… jednak nic takiego nie zrobili, po prostu stanęli przede mną z surowymi minami.
– Panienka Francesca – zauważył starszy ze strażników – ojciec zabronił panience tu przebywać. Niech się panienka oddali jak najprędzej, to nikomu nic się nie stanie.
– Nie – powiedziałam stanowczo, patrząc na nich dumnie, choć pod dumą głęboko skrywałam strach – nie ruszę się stąd, póki się nie dowiem, o co tutaj chodzi – dodałam, młodszy ze strażników już chciał coś powiedzieć, gdy za ich plecami pojawił się Lancello.
– Panowie, co to za maniery – rzucił niby karcąco.
                Ręce trzymał za ich plecami, a gdy tylko skończył mówić, usłyszałam zgrzyt metalu o kość i poczułam zapach krwi. Strażnicy wybałuszyli na mnie oczy, młodszemu wyrwał się jakiś nieartykułowany odgłos… Lancello uśmiechnął się złośliwie i spojrzał na mnie, jakby chciał się upewnić, jak się czuję. Już miałam coś odpowiedzieć, gdy usłyszałam za sobą szczęk klucza w zamku i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Odwróciłam się i zobaczyłam kogoś, kogo nigdy już nie spodziewałam się zobaczyć…
– No, panowie, idziemy na piwo i pozwolimy paniom spokojnie porozmawiać, ja stawiam – powiedział Lancello do strażników beztroskim tonem i już po chwili usłyszałam ich oddalające się kroki.
                Przede mną stała moja matka. Miała krótsze włosy niż w moich wspomnieniach i oczy ozdobione drobną siateczką zmarszczek wokół, nie miałam jednak żadnych wątpliwości, że to była ona… patrzyłam na nią, nie wiedząc, co odpowiedzieć, co rusz to otwierając usta to je zamykając… ja miałam kaptur zakrywający większość mojej twarzy, więc nie mogła mnie poznać od razu…
– Kim pani jest? O co chodzi? Co to za mężczyźni? – spytała, wpatrując mi się z natarczywą uwagą, zsunęłam więc kaptur na tyle, na ile pozwalało mi na to słońce i spojrzałam jej w oczy… wyrwał jej się zduszony okrzyk, kiedy mnie poznała i spytała, jakby niedowierzając własnym oczom – Carmen?
– Tak mamo, to ja – powiedziałam, czując napływające do oczu łzy.
                Rzuciła mi się w ramiona… była niższa ode mnie o kilkanaście centymetrów, wtuliła się więc w moje ramię… objęłam ją i przesunęłam się z nią do wnętrza domu, gdzie jedną ręką zamknęłam drzwi i je zakluczyłam.
– Mamo… – szepnęłam, wtulając twarz w jej włosy i wdychając jej zapach.
                Przez większość życia żyłam z przekonaniem, że ona nie żyje… sprawili, że w to uwierzyłam… że nauczyłam się bez niej żyć… a okazało się, że nic się nie zmieniło, że ona nadal tu jest… ona chyba również sądziła, że ja już nie żyję, albo nie spodziewała się mnie nigdy zobaczyć… nie wiedziałam, co jej powiedzieli, ale wtuliła się we mnie jakby już nigdy miała mnie nie puścić i zaczęła otwarcie szlochać… a ja razem z nią…
– Ty żyjesz – dodałam łamiącym się głosem – mówili mi, że umarłaś, jak tylko zajechałam do pałacu ojca… przez cały ten czas myślałam, że nie żyjesz…
– Zabronili mi – powiedziała, podnosząc na mnie wzrok; odrzuciła mój kaptur i chwyciła moją twarz w dłonie, przyglądając mi się z uwagą, jakby nie wierzyła, że jestem prawdziwa – mówili, że nie chcesz mnie widzieć… nie mogłam wejść do pałacu, teraz też ciągle mnie pilnują, nawet nie wiem dlaczego…
– Już dobrze, nigdy więcej nas nie rozłączą, nie pozwolę im na to – obiecałam jej i przytuliłam ją do siebie jeszcze na moment, po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu – nic się nie zmieniło.
– Nie miałam pieniędzy, żeby remontować – wyznała i spojrzała na mnie – a co się z tobą dzieje, córeczko? To, co o tobie się mówi…
– To brednie – odparłam ostro, wiedząc, co Bugdush wypisuje na listach gończych – teraz nie ma czasu na opowiadanie wszystkiego, co się działo przez te lata… zabieram cię ze sobą – zadecydowałam, nie widząc innej możliwości.
– Ale… jak to? – spojrzała na mnie zaskoczona – to nie zostaniesz tutaj, ze mną?
– Nie mogę – powiedziałam – musisz ze mną iść, nie wolno mi tutaj być za długo, wiesz przecież, że mnie szukają.
– Wiem, wiem…
                Jakby na potwierdzenie tych słów rozległo się głośne pukanie do drzwi. Na początku myślałam, że to kolejni strażnicy i moja ręka zbłądziła na rękojeść miecza, po chwili jednak poczułam zapach Lancello. Podeszłam do drzwi szybkim krokiem, otworzyłam je i wciągnęłam go do środka, po czym zatrzasnęłam za nim drzwi i z powrotem przekręciłam klucz w zamku.
– Co ze strażnikami? – spytałam go.
– Śpią sobie w zaułku – uśmiechnął się do mnie szelmowsko.
– Kto to jest, córeczko? – chciała wiedzieć moja mama, przyglądając się Lancello podejrzliwie.
– Przyjaciel, podróżujemy razem – wyjaśniłam – proszę cię mamo, zapakuj co najważniejsze i musimy stąd odejść.
– Ale czym podróżujecie? Jesteście parą? – dopytywała się, nie wyglądając, jakby miała zamiar się pakować zanim jej wszystkiego nie wyjaśnię, ale nie mieliśmy tyle czasu… w końcu tamci strażnicy się ockną i pobiegną po posiłki, a wtedy sama z Lancello mogłabym nie dać im rady…
– Sterowcem i nie, nie jesteśmy. Mamo, proszę cię, nie ma czasu. Chodź, pomogę ci się spakować, Lancello popilnuje drzwi – powiedziałam, elf skinął głową i przysiadł na taborecie, ja natomiast chwyciłam mamę za rękę i pociągnęłam ją do jej sypialni.
                Pomogłam jej zapakować rzeczy i wyszłam na korytarz z jedną już pełną walizką, żeby wrócić do Lancello, ale moją uwagę przykuły uchylone drzwi. Pamiętałam, co tam było… otworzyłam je i zobaczyłam dziecięce łóżko i kilka zabawek i ubrań… nic, zupełnie nic się nie zmieniło od mojego opuszczenia domu. Łzy stanęły mi w oczach i poczułam ogromny ścisk w gardle… podeszłam do mojego dawnego łóżka i wzięłam z niego lalkę i misia, którego kiedyś uszyła mi mama. Włożyłam je do torby, chcąc je kiedyś dać Bairre… wzięłam też kilka moich sukienek, które zapamiętałam jako ulubione… były tak skromne w porównaniu z tymi, w jakie ubierano mnie w pałacu… wrzuciłam jeszcze niewielkiego, wystruganego z drewna konika, którego dostałam kiedyś od jednego kupca i wróciłam do sypialni mamy, żeby wziąć jeszcze jedną walizkę, po czym zeszłam z obiema do Lancello. Mama przyszła chwilę po mnie, niosąc niezbyt dużą sakwę i wiążąc ją mocno przy pasie. Napotkała mój wzrok, spojrzała na mnie i powiedziała:
– To wszystkie moje… nasze oszczędności, nie mogę ich zgubić – wyjaśniła, a ja poczułam ukłucie żalu w sercu, że przez tyle lat żyłam w takich luksusach, a ona pewnie ledwo wiązała koniec z końcem… musiałam jej to jakoś wynagrodzić.
– Dobrze, idziemy – dodałam, przełykając łzy i podałam Lancello walizki.
                Wziął je bez słowa i otworzył drzwi. Zarzuciłam kaptur i pociągnęłam mamę za sobą. Nie chciała jednak odejść, bez zamknięcia drzwi na klucz… stwierdziła, że przecież musi ochronić dom przed złodziejami… pozwoliłam jej na to, rozglądając się gorączkowo wokół. Lancello już czekał przy portalu, przerzuciwszy uprzednio przez niego walizki. Wzięłam znów rękę mamy i pchnęłam ją w portal, wchodząc tuż za nią. Byliśmy bezpieczni… Lancello wszedł za mną, a portal się zamknął… byłam znów z matką… 
                Przyglądałam się jej, nie mogąc się nacieszyć z tego szczęścia… żyła i była tu ze mną… ona jednak rozglądała się wokół po komnacie i moich towarzyszach z rosnącym przerażeniem. No tak… nigdy nie widziała pewnie chociażby steina, a już na pewno nie kogoś wyglądającego jak Otr i jego wybranka… a wszyscy teraz przyglądali się nam z zainteresowaniem.
– Córeczko… kto to? – mama szepnęła do mnie przerażona, a ja uśmiechnęłam się do niej uspokajająco.
– To przyjaciele, mamo, moi towarzysze… moja rodzina – powiedziałam, patrząc na Mikura.
– Oni są… przecież tu nie ma ludzi – rzuciła skonsternowana.
– Ale to oni mnie przygarnęli, kiedy nie miałam nikogo, wszystko ci opowiem jeszcze, obiecuję – uśmiechnęłam się do niej i przytuliłam ją.
– No dobrze – powiedziała bez przekonania, z lekkim przestrachem w głosie.
Nie dziwiłam się jej, pamiętałam jak bardzo ja byłam zagubiona kiedy z wygodnego życia w pałacu trafiłam pod skrzydła Niosącego tuż po przemianie w wampira… musiałam się wtedy nauczyć jak żyć. Mamę też czekało wiele zmian, wielu rzeczy musiała się nauczyć, poznać zupełnie inne życie… poznać tak naprawdę swoją córkę… ostatni raz widziała mnie jak miałam siedem lat… teraz miałam dwadzieścia cztery i przeszłam więcej, niż kiedykolwiek bym się spodziewała... czekały ją trudne dni, jeśli nie tygodnie.
 Chciałam odprowadzić ją na sterowiec, kiedy Ravis krzyknął od jednego z portali, żebyśmy przyszli zobaczyć, co tam jest. Kiedy tylko podeszliśmy, zobaczyliśmy kamienny loch z zamokniętą podłogą i dwie osoby w nim siedzące… Ravesa i elfa, który łudząco mi kogoś przypominał… wydawali się odpoczywać po jakiejś walce, smok ocierał ostrze bardzo długiego, dwuręcznego miecza… Bezwiecznego, o którym tyle opowiadał Ravis. Pamiętałam moją obietnicę złożoną Ravisowi, nie mogłam jednak narazić mamy na niebezpieczeństwo, jakim było spotkanie z tym oszalałym gadem…
– Wejdziecie ze mną? – spytał Ravis, patrząc po nas, a wszyscy skinęliśmy głową, poza Mikurem, który wydawał się bardzo niechętny do wchodzenia tam, spojrzeliśmy więc na niego zdziwieni.
– No bo ten… ja wolałbym wrócić na sterowiec, naprawdę muszę – powiedział, co mnie zdziwiło, zawsze rwał się do bitki, jednak jego dziwne zachowanie było mi to na rękę, postanowiałam więc martwić się tym później.
– Dobrze, Mikur, zaprowadź moją mamę na sterowiec, pokaż jej jakiś pokój, dobrze? Mamo, idź z Mikurem, możesz mu zaufać, to mój najlepszy przyjaciel, nie raz mi ratował życie.
– Ale…
– Proszę cię – powiedziałam, wpatrując się w jej brązowe, ciepłe oczy.
– No dobrze – westchnęła, najwyraźniej nie mając sił na kłótnie ze mną.
                Uśmiechnęłam się i wzięłam jeszcze tylko na chwilę Mikura na stronę, żeby przekazać mu, że nie wolno mu mówić mamie nic o mnie i że nie ma pokazywać jej mojego pokoju. Kazałam mu zaprowadzić ją do jednego z wolnych pokoi i potowarzyszyć jej, jeśli zechce. Stein zgodził się i już po chwili wyszedł z moją mamą z lochów.


Czarny smok

                Uśmiechnęłam się do reszty drużyny… ja, Lancello, Valarad i Manro… byliśmy gotowi do wejścia w ten portal i dopełnienia obietnicy danej Ravisowi. Smok wszedł pierwszy, a my podążyliśmy tuż za nim. Nasze pojawienie się od razu zwróciło uwagę dawnego towarzysza. Raves uśmiechnął się paskudnie i spojrzał na elfa, który w czasie mojej rozmowy z mamą zdążył wejść na wysoką półkę skalną i usiąść na niej, a teraz beztrosko podrzucał dwa złote pierścienie, przyglądając nam się z wyższością.
– Patrzcie, kogóż tu nam przywiało – zadrwił, wyraźnie patrząc na Lancello… ich podobieństwo było wręcz uderzające, wygląd, głos, zapach… – z kim ty się prowadzasz, braciszku – zacmokał z dezaprobatą; a więc moje podejrzenia się potwierdziły…
– Miałem zadać to samo pytanie – rzucił szorstko Lancello, zerkając na Ravesa.
– Tak, słyszałem, że się znacie – uśmiechnął się wrednie elf, a smok nadal wycierał miecz, nie podnosząc na nas wzroku – ty, braciszku, nigdy nie potrafiłeś dobrać sobie towarzyszy. Zbieranina dziwadeł i miernot – rzucił paskudnym tonem i splunął nam pod nogi.
                Lancello nie uznał za stosowne odpowiadać na tę prowokację, tak jak nikt z nas. Stałam między nim a Ravisem, słyszałam więc zgrzyt zębów tego drugiego i niemal czułam rosnącą od niego agresję. Zastanawiałam się, jak bardzo zażarta będzie walka między nimi… wiedziałam, że żaden z nich nie przerwie, dopóki drugi będzie żył. Staliśmy przez moment w ciszy, słychać było tylko nasze oddechy i brzdęk podrzucanych co chwila pierścieni. Jeśli to były te pierścienie, o których myślałam… to byliśmy zgubieni. W końcu elf najwyraźniej się znudził tą zabawą, bo chwycił pierścienie w ręce i spojrzał po nas, zatrzymując dłużej wzrok na mnie z paskudnym uśmiechem.
– Wiesz co, Raves? Weź sobie te błyskotki, na nic mi one – powiedział i rzucił pierścienie do smoka, który schwytał je w locie potężną ręką.
                Nasz dawny towarzysz wstał powoli i przeciągnął się, po czym wyprostował się i spojrzał prosto na mnie… jego wzrok... nie miał już smoczych oczu… ani białek ani tęczówek… całe jego oczy były czarne, przeraźliwie czarne i puste. Był też dużo wyższy, niż go zapamiętałam, ledwie sięgałabym mu do piersi. Uśmiechnął się kącikiem ust, przyglądając mi się tak, że poczułam dreszcze na plecach, a wzdłuż kręgosłupa spłynęła mi strużka potu.
– Raves… przyjacielu… to na pewno ty? Pamiętasz mnie? – odezwałam się do niego, chcąc wyjść krok do przodu, ale zatrzymała mnie ręka Lancello.
– Pamiętam – warknął zmienionym, niskim i dudniącym głosem, niosącym się echem w pustym lochu – doskonale pamiętam.
                Zaczął rozkładać skrzydła… jedną parę, drugą, trzecią… wszystkie ogromne, skórzaste i czarne jak noc. Uśmiechnął się i, zanim ktokolwiek z nas zdążyłby zareagować, machnął skrzydłami i uniósł się w powietrze. Poczułam tylko mocny powiew i już po chwili byłam przez niego niesiona do osobnej komnaty. Jego długie, ostre pazury wbijały mi się w ciało… zaczęłam wrzeszczeć…
                Po chwili zostałam brutalnie rzucona na kamienną posadzkę i przeleciałam parę metrów, zanim się zatrzymałam, leżąc i próbując złapać oddech po upadku. Byliśmy w innym pomieszczeniu, zupełnie sami… ledwie doszłam do siebie, usłyszałam ciężkie kroki a po chwili silna, wielka dłoń z długimi pazurami chwyciła mnie za ramię i przerzuciła na plecy. Raves stał nade mną i przyglądał mi się z taką miną, że czułam paraliżujące mnie przerażenie… to nie był już mój dawny przyjaciel, towarzysz… to był ktoś… coś zupełnie innego… łudziłam się jednak, że uda mi się dotrzeć to prawdziwego Ravesa, musiałam spróbować…
– W końcu jesteś tylko moja – warknął, przyglądając mi się łakomym wzrokiem jak kawałkowi mięsa… znałam te spojrzenie, widziałam je u orków w obozie Bugdusha…
– Błagam, Raves, nie rób mi krzywdy – zaczęłam go prosić, nie mogąc już powstrzymać płaczu, byłam zrozpaczona i przerażona – błagam cię…
– Nic złego ci nie zrobię, będzie ci całkiem miło – powiedział i jakby chciał się do mnie przysunąć, ale zaczęłam mu uciekać na kolanach po posadzce, mogłam się nawet czołgać, byle znaleźć się jak najdalej od niego – co, nie podoba ci się!? – wrzasnął i chwycił mnie za kostkę, po czym pociągnął mnie za nią i odrzucił tak, że znów parę metrów przeleciałam po posadzce… miał ogromną siłę – może mam ci zapłacić, co?! Bierz! – krzyknął i rzucił we mnie pierścieniami, które potoczyły się blisko moich dłoni.
– Błagam, Raves, nie rób mi tego – wyłkałam ledwie zrozumiale, drżąc na całym ciele ze strachu – błagam, ja nie chcę, zostaw mnie!
– Tak!? A może mam się tym z tobą zabawić, co?! – warknął, wyjmując Bezwiecznego i wymachując mi nim przed nosem… nie byłam w stanie nic powiedzieć, odpowiedziałam mu tylko rozpaczliwym, głośnym szlochem – więc się zamknij, ty suko! Wezmę cię jak zechcę! – warknął i szarpnął mnie za ramię, odwracając mnie plecami do siebie.
                Jeszcze nigdy się tak nie bałam… kiedy orkowie się ze mną zabawiali, byłam już pogodzona z losem, czekałam na śmierć… teraz wiedziałam, że ona szybko nie nadejdzie… Raves chwycił jedną ręką moje ramię, drugą złapał zbroję i zdarł ją ze mnie jednym szarpnięciem. Nie mogłam nic zrobić, jedynie błagałam go i szlochałam, prosiłam, by przerwał… on się tylko zaśmiał, chwycił mnie mocniej i poczułam po chwili przeraźliwy ból… wbił długie szpony w moje plecy i rozdarł nimi materiał sukni razem z moją skórą… nie byłam w stanie powstrzymać wrzasku…
                Rzucił mnie obok, nagą, z krwawiącymi plecami… ból był porażający, nie byłam w stanie się ruszyć, mogłam tylko szlochać i krzyczeć… to był koniec… spojrzałam na Ravesa, który zaczynał już rozsznurowywać spodnie i chwyciłam resztki sukni przy piersiach, chcąc zachować choć resztki godności… pod palcami poczułam pierścienie, chwyciłam je w dłoń i zwinęłam się na ziemi, czekając na to, co nieuniknione…
                Wtedy usłyszałam kroki i krzyki… ból i przerażenie zaćmiewały powoli mój umysł… skuliłam się, przestałam zauważać co się dzieje… wiedziałam już, że to pomaga przetrwać najgorsze… wyłączyć się, nie myśleć… ból był okropny, nawet mithrill nie zadawał takiego cierpienia… momentami odpływał i łagodniał, a ja czułam, jakbym stawała się coraz lżejsza, po chwili jednak wracał ze zdwojoną mocą, porażając moje zmysły… nie mam pojęcia, ile tak leżałam, wokół było jakieś zamieszanie, ale nie miałam sił się podnieść… ból… odpływałam… jakby z jakiejś oddali poczułam dłonie, chwytające mnie, zaczęłam się wyrywać, choć traciłam kontrolę nad ciałem…
– Zostaw! – wrzasnęłam chyba ostatkiem sił – puść mnie!
– Uspokój się, to tylko ja – usłyszałam spokojny głos, ale nadal nie wierzyłam, że to już koniec – nic ci już nie grozi.
– Nie… ja nie chcę – wyłkałam, drżąc na całym ciele i ciężko łapiąc oddech.
– Ciii… spokojnie – powiedział cicho Lancello i poczułam na mojej nagiej skórze chłodny, miękki materiał – on już uciekł – dodał, a ja chwyciłam kurczowo pelerynę, którą mnie owinął i chciałam się zwinąć, stać się niewidzialna… było mi tak bardzo wstyd, że wszyscy mnie widzieli w takim stanie – zabiorę cię stąd, będzie dobrze – obiecał i bardzo powoli, delikatnie chwycił mnie w ramiona.
                Zadrżałam, czując jego dotyk, ale nie stawiałam już oporu. Lancello poprawił pelerynę i wstał, unosząc mnie w rękach… skóra na plecach naciągnęła się i napięła… wrzasnęłam z bólu, a krzyk przerodził się w szloch… ból znów zaćmił mój umysł, nie byłam w stanie składać myśli, słów…
– Ja… Lancello… tam… Raves… on chciał…
– Spokojnie, jestem przy tobie, zaraz zabiorę cię na sterowiec – powiedział Lancello, niosąc mnie do wyjścia.
– Elf… brat… twój brat… to on… koszmar…
– Uciekł, już go nie ma – zapewnił mnie i przeszedł ze mną przez portal.
                Widziałam sufit komnaty, niezwykle zdobiony, ze złoconymi ornamentami… był taki piękny… po chwili jednak weszliśmy w ciemny korytarz, nierówny… każdy krok Lancello, każdy jego ruch, był dla mnie dawką kolejnego cierpienia… zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby, starając się to wytrzymać… cały czas ściskałam dłonie na pelerynie… poczułam metalowe obrączki w jednej dłoni… wsunęłam je na palce… po paru minutach wyszliśmy na powierzchnię, zmierzchało już, gwiazdy świeciły jasno na niebie… ból przestawał już być dotkliwy, poczułam znane mi już uczucie… świat przed oczami zaczął mi się rozmywać…
– No, nie umieraj mi tu, przecież mnie tak nie zostawisz, prawda? – powiedział Lancello, ale słyszałam to jakby z oddali…
– Robi się ciemno – wyszeptałam… a może tylko pomyślałam…
                Coraz ciężej było mi złapać oddech, Lancello chyba coś jeszcze mówił, ale ja już zaczęłam spadać, w mrok, ciemność i nicość… nie widziałam jego, nie widziałam gwiazd… nie czułam bólu… nie czułam nic…


Ku życiu

                Krew… przebudził mnie smak krwi… spływała po moim gardle, gorąca, słodka… zaczęłam ją łapczywie przełykać i zakrztusiłam się… było mi mało… wgryzłam się w ciało, z którego spływała krew i zaczęłam ją pić, łykając coraz to więcej, coraz szybciej, a z każdą kroplą przybywało mi sił… w końcu byłam w stanie otworzyć lekko oczy. Lancello wpatrywał się we mnie z troską? przerażeniem? smutkiem...? Nie wiem… nadal wszystko było niewyraźne… jakby za mgłą…
– No, tak lepiej, pij jeszcze – powiedział, wzdychając i obserwując mnie uważnie.
                Nie potrzebowałam jego zachęty, by pić… mój organizm domagał się krwi… dużo krwi… z trudem zwolniłam tempo… nie chciałam zabić Lancello… zaczęłam coraz bardziej czuć swoje ciało… ból wracał, zauważyłam też, że moja ręka zwisa bezwładnie i chciałam ją unieść, jednak z powrotem opadła bez sił… byłam za słaba…
– Oszczędzaj siły, Vienna, niedługo będziemy na sterowcu – poprosił, a ja zaczęłam przymykać oczy, nadal powoli sącząc jego krew, byłam tak zmęczona… – nie zasypiaj – zabronił mi – chcę widzieć te oczęta cały czas otwarte.
                Posłusznie otworzyłam oczy i wypiłam jeszcze parę większych łyków, po czym wysunęłam zęby z jego ręki i oblizałam wargi… czułam się lepiej, ale nadal bardzo, bardzo słabo… choć ból, rosnący z każdą chwilą, pozwalał mi sądzić, że wracam do życia, zamiast się od niego oddalać.
– Lepiej – szepnęłam ledwie słyszalnie.
– No, mam nadzieję – powiedział z ulgą i poprawił chwyt, naruszając przy tym moje krwawiące rany, wrzasnęłam więc z bólu – przepraszam – rzucił od razu przejęty.
– Już… dobrze – wydusiłam z siebie, oddychając ciężko i wiedząc, że niedługo krew zacznie łagodzić cierpienie...
– Będzie dobrze, dopilnuję tego – obiecał mi – zaraz cię opatrzę.
– Dziękuję – wyszeptałam i wtuliłam głowię w jego ramię.
– Nie musisz dziękować – odpowiedział cicho.
                Weszliśmy na sterowiec, a Lancello od razu skierował swoje kroki do swojego pokoju.
– Dlaczego tutaj? – zdziwiłam się.
– Trzeba opatrzyć te rany, u siebie mam wszystkie maści i opatrunki – wyjaśnił i łokciem otworzył drzwi.
– Krew powinna wystarczyć – odparłam, marszcząc brwi.
– Nie sądzę, prawdopodobnie są przesiąknięte chaosem.
– Nie rozumiem – wyszeptałam, po czym przypomniałam sobie jego rany i bliznę Ravisa, którą zrobiły te same pazury i miałam ochotę znów się rozpłakać – to znaczy… znaczy, że nie… nie zagoją się? – wydukałam.
– To znaczy, że muszą goić się normalnie – wyjaśnił i podszedł do łóżka.
– Dla mnie to jest normalne – odparłam, ale ostatnie słowo przerodziło się w krzyk, gdy Lancello mnie położył.
– No już, spokojnie… zaraz coś z tym zrobimy – powiedział, widząc jak ciężko oddycham.
– Dlaczego on to zrobił, przecież nic mu nie zrobiłam – zaczęłam płakać, miałam już dość bólu, cierpienia i ciągłego poniżenia… znów ktoś zmieszał mnie z błotem, znów zostałam zdradzona…
– Spokojnie, już nic ci nie zrobi – obiecał, głaszcząc mnie delikatnie po ramieniu i uśmiechając się pokrzepiająco, nic to jednak nie dało.
– Ale za co… wiesz, co on chciał zrobić? On… on chciał mnie… co ja mu zrobiłam? – wyszlochałam i z jękiem bólu zaczęłam podnosić się na kolana.
– Wiem… ale już będzie dobrze, już odleciał – powiedział i podtrzymał mnie, pomagając mi klęknąć i usiąść na stopach.
– On mnie tak nienawidzi – spojrzałam na niego, ledwie widząc go przez łzy – kolejna osoba, która mnie nienawidzi… ile jeszcze ich będzie?
– Nie płacz – poprosił i otarł delikatnie łzy z mojej twarzy – to dlatego, że jest opętany.
– Ale dlaczego akurat ja? Mógł zaatakować kogokolwiek, a wybrał mnie… demon musiał się czymś żywić, nie wziął przecież tej złości… nienawiści do mnie znikąd – wyszlochałam, i przytrzymałam rękę Lancello przy swojej twarzy, gdy tylko chciał ją zabrać – kolejny raz zostałam zdradzona… – wyszeptałam i pochyliłam głowę, a łzy zaczęły skapywać jedna po drugiej na moje uda, owinięte peleryną Lancello, teraz całą zakrwawioną…
– Ja cię nie zdradzę – wyszeptał Lancello i delikatnie uniósł moją twarz, gładząc dłonią mój policzek.
– Wiem… wierzę – szepnęłam drżącym głosem.
                Lancello starał się chyba do mnie uśmiechnąć, ale wyszedł mu jakiś dziwny grymas. Patrzył mi za to w oczy, a ja nie potrafiłam oderwać wzroku od jego ciemnobrązowych tęczówek. Nikt nigdy nie patrzył na mnie tak jak on… a ja przy nikim innym nie czułam się tak, jak przy nim. Choć rany nadal pulsowały okropnym bólem, a moje ciało wciąż drżało od strachu… choć znów byłam tak bliska śmierci… to dzięki niemu żyłam… a będąc przy nim, czując jego obecność tak blisko… wiedziałam, że nic mi już nie grozi… ufałam mu jak nikomu innemu… dawał mi bezpieczeństwo… ale to uczucie było dla mnie tak obce, pragnęłam go i jednocześnie go nie chciałam…
– Lancello… boję się – wyszeptałam, a jednak zbliżyłam się do niego odrobinę.
– Nie bój się… jestem z tobą i nie pozwolę, żeby coś ci się stało – obiecał, patrząc na mnie intensywnie… czule…
– Dziękuję, że jesteś przy mnie… – szepnęłam, przysuwając się do niego jeszcze trochę.
– Nie musisz dziękować – uśmiechnął się lekko, po czym spoważniał – pozwolisz mi obejrzeć twoje plecy?
                Westchnęłam i skinęłam głową, ale zrobiło mi się nie wiadomo dlaczego przykro… co ja sobie wyobrażałam…? Był dla mnie miły, było mu mnie żal, może i mi współczuł… mógł nawet mnie lubić… a ja sobie myślałam nie wiadomo co. Opuściłam głowę i poczułam jak znów w moich oczach zebrały się łzy… musiałam coś zrobić, zaczęło mi za bardzo na nim zależeć…
– Co się stało? – spytał Lancello, zdziwiony moją reakcją, ale nie mogłam mu powiedzieć… wyśmiałby mnie, na pewno…
– Nic, po prostu… nieważne – westchnęłam, nie patrząc na niego.
                Lancello nic nie odpowiedział, przysunął się tylko do mnie i delikatnie ujął moją brodę, po czym podniósł moją twarz tak, bym na niego musiała spojrzeć. Zamknęłam oczy, unikając jego wzroku, a spod przymkniętych powiek wypłynęły kolejne łzy. Poczułam jego dłoń na swoim policzku, gdy obcierał słone krople delikatnymi ruchami. Przełknęłam głośno ślinę i otworzyłam oczy… był tak blisko… widziałam dokładnie każdą zmianę koloru w jego tęczówkach, jego rozszerzone źrenice…
– Lancello… co… – wyszeptałam niepewnie, nie wiedząc, jak się zachować.
                Uśmiechnął się jedynie bardzo lekko w odpowiedzi i przysunął się jeszcze bliżej, łącząc nasze wargi. Na początku drgnęłam zaskoczona i odsunęłam się odrobinę… po chwili jednak zaczęłam powoli odwzajemniać pocałunek. Uniosłam dłoń i położyłam ją na jego policzku, przytrzymał ją jedną ręką przy swojej twarzy, drugą przesuwając ostrożnie na mój kark. Nasze usta ledwie się o siebie ocierały, ale czułam się tak, jakbym nigdy wcześniej nikogo nie całowała, jakby to był pierwszy mój pocałunek... kiedy po chwili się od siebie odsunęliśmy, zobaczyłam, że Lancello się uśmiecha… chwycił dłoń, którą trzymałam przy jego twarzy i ucałował jej grzbiet, po czym splótł swoje palce z moimi.
– Ja nie sądziłam, że ty.. myślałam, że… że… – dukałam, nie będąc w stanie zebrać słów.
– Już dobrze – uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło – możemy o tym później porozmawiać, jak chcesz – dodał, a kiedy skinęłam lekko głową, spojrzał na pelerynę, którą nadal byłam owinięta – mogę?
                Ponownie potaknęłam skinięciem i rozluźniłam pelerynę, krzywiąc się, gdy materiał zsuwał się po pokaleczonych plecach. Krew nie tylko goiła rany, ale też łagodziła ból, tak więc, choć nadal dotkliwy, przestał już zamraczać moje myśli. Pozwoliłam pelerynie opaść, pozostając naga od pasa w górę i zakryłam piersi rękoma. Lancello podszedł do jednej z szafek i wyjął z niej skrzynkę, którą przyniósł i postawił obok mnie na łóżku. Poczułam ostry zapach leczniczych maści i mikstur… Lancello podał mi do wypicia miksturę, tłumacząc, że to na ból i gojenie ran, wypiłam więc kilka łyków. Była paskudna w smaku, ale już po chwili poczułam, jak ból jeszcze bardziej ustępuje.
                Lancello najpierw przemył rany jakimś płynem o ostrym zapachu, który, mimo przeciwbólowego działania mikstury i krwi, piekł niemiłosiernie. Starałam się nie pokazywać tego, ale i tak parę razy jęknęłam czy syknęłam z bólu, a on za każdym razem mnie przepraszał. Później zaczął smarować rany maściami… czułam jego dotyk wzdłuż całych moich pleców i aż wolałam się nie zastanawiać, jak daleko sięgają blizny… ani jak wyglądają…
– Będę musiał cię zabandażować – powiedział, kiedy skończył smarować moje plecy, a ja tylko skinęłam głową, ale nie ruszyłam dłoni – będziesz musiała przesunąć ręce, obiecuję, że nie będę się przyglądał – dodał, patrząc mi łagodnie w oczy.
– Wiem, tylko myślałam, że to będzie w innej sytuacji – szepnęłam cicho.
– W sumie ja też inaczej to sobie wyobrażałem – odparł, a kiedy spojrzałam na niego zaskoczona, uśmiechnął się lekko, pokrzepiająco.
– Rób co musisz – westchnęłam i zebrałam włosy, podtrzymując je i unosząc ręce w górę.
– Przepraszam…
– Nie twoja wina – stwierdziłam, bo naprawdę nie była to jego wina…
– Powinienem cię lepiej chronić – wyrzucił sobie, bandażując mnie delikatnie, choć i tak co jakiś czas się krzywiłam.
– Przecież to nie jest twój obowiązek – odparłam zaskoczona.
– Czy to źle, że chciałbym cię móc chronić? – spytał, cały czas wprawnie owijając mnie bandażami.
– Nie… ale nie musisz… dlaczego miałbyś chcieć? – zapytałam, odwracając głowę by spojrzeć na niego przez ramię.
– Nie chciałbym, żeby coś ci się stało – powiedział, patrząc mi w oczy i przerywając na moment opatrywanie.
– Dziękuję… jestem przyzwyczajona, że muszę liczyć sama na siebie – westchnęłam  - po prostu… ciężko mi jest komukolwiek zaufać… powierzyć się…
– Spokojnie, rozumiem… ale mi naprawdę możesz zaufać – zapewnił mnie, a ja tylko skinęłam głową i odwróciłam ją do przodu.
                Lancello dokończył szybko i wprawnie bandażowanie, po czym wyjął ze skrzyni swoją koszulę i podał mi ją, pomagając mi ją założyć tak, bym nie naruszyła opatrunku. Była na mnie o wiele za duża i sięgała mi do połowy uda, ale była wyjątkowo miękka i bardzo przyjemnie pachniała… pachniała nim. Kiedy już byłam ubrana, Lancello usiadł koło mnie i pocałował mnie lekko w czoło, po czym lekko mnie do siebie przytulił. Pozwoliłam mu na to, ciesząc się jego bliskością… z drugiej strony cały czas nie dawała mi spokoju jedna myśl…
– Lancello… jak długo to się będzie goić?
– Trochę może to zająć – powiedział po chwili wahania, a ja od razu wyczułam, że coś przede mną ukrywał.
– Ile? – naciskałam, odsuwając się od niego, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Tydzień zmienienia opatrunków, a potem… ciężko powiedzieć, może dwa tygodnie.
– Mówiłeś, że są skażone chaosem, nie zagoją się do końca, jak inne rany, prawda?
– Nie jestem pewien, czy nie zostaną stałe ślady – westchnął ze smutkiem i spojrzał na mnie współczująco.
– No to muszę wyrzucić suknie z odsłoniętymi plecami – powiedziałam przygnębiona, a głos lekko mi się załamał – będę wyglądała szpetnie…
– Nie musisz ich wyrzucać, poza tym, ja wcale nie uważam, że są szpecące
– Kłamiesz, żeby mi było miło – zarzuciłam mu.
– Nie kłamię.
                Wydawało mi się, że mówił nawet szczerze, zresztą, sam przecież miał blizny na plecach i piersi, był więc przyzwyczajony do widoku takich szram. Ale co z tymi, którzy takich rzeczy nie widywali na co dzień? Nigdy już nie pokażę swoich pleców, nawet wieczorem czy w cieniu… nigdy… Lancello, widząc mój smutek, z powrotem mnie przytulił i pogładził mnie po włosach, całując czubek mojej głowy. Wiedziałam, że powinnam już iść, choć chciałam zostać przy nim… musiałam też zrobić jeszcze jedną rzecz…
– Powinnam porozmawiać z mamą – szepnęłam, wtulona w niego – ale nie mam siły do niej iść ani z nią rozmawiać, to nie będzie łatwe, ona nic o mnie nie wie…
– Lepiej odłóż tę rozmowę na później – poradził, a ja skinęłam głową.
– Tak zrobię… mogę cię jeszcze o coś prosić? – spytałam, a kiedy potwierdził, poprosiłam – mógłbyś znaleźć moją mamę i sprawdzić, jak się czuje? Powiedz jej, że źle się czuję czy coś… i że porozmawiam z nią jutro.
– Dobrze, pójdę.
– Dziękuję… powinnam wrócić do siebie – westchnęłam niechętnie.
– Dobrze, odprowadzę cię.
                Posiedzieliśmy jeszcze chwilę przytuleni, po chwili Lancello wstał, a ja poszłam jego śladem. Ledwie jednak stanęłam na nogach i się wyprostowałam, pociemniało mi przed oczami i straciłam równowagę. Z pewnością bym upadła, gdyby Lancello szybkim, zręcznym ruchem nie chwycił mnie i nie podtrzymał, sadzając ostrożnie z powrotem na łóżko.
– Prze… przepraszam – powiedziałam niemrawo, czując teraz, jak bardzo osłabiły mnie te rany.
– Nic się nie stało.
– Musiałabym jeszcze się napić, w pokoju mam trochę krwi…
– Nie musisz iść do pokoju – usiadł obok mnie i odchylił koszulę – możesz napić się mojej.
– Już wypiłam dużo, za bardzo osłabniesz… – zawahałam się, zerkając na jego nadgarstek zawinięty kawałkiem bandaża, który musiał sobie opatrzyć, gdy opatrywał moje rany siedząc za moimi plecami.
– Spokojnie, dam radę – zapewnił i uśmiechnął się zachęcająco.
                Czułam pragnienie, ale zawahałam się… nie chciałam go osłabić… z drugiej strony, skoro sam się oferował, musiał czuć się wystarczająco dobrze. Przysunęłam się do niego, wplotłam dłoń w jego włosy i odchyliłam jego głowę, po czym wbiłam zęby w jego skórę i zaczęłam powoli sączyć jego krew. Była niesamowicie dobra, słodka… z trudem powstrzymałam się, żeby przestać pić, osłabienie zawsze wzmagało pragnienie i jednocześnie zmniejszało kontrolę, udało mi się jednak przestać samej, bez interwencji Lancello.
– Dziękuję – szepnęłam, oblizując wargi z jego krwi.
– Proszę bardzo – powiedział, jego głos brzmiał jednak dużo ciszej i słabiej, niż wcześniej…
– Mogłam nie pić, jesteś osłabiony – zauważyłam, czując wyrzuty sumienia.
– Nieważne, za chwilę mi przejdzie.
– Przepraszam – pochyliłam głowę przygnębiona, czułam się paskudnie…
– Już mi lepiej, nie martw się.
– Za dużo wypiłam, przepraszam… nie powinieneś mi pozwalać…
– Oh, daj spokój, potrzebowałaś tego, a mi tylko na moment się zachwiało, już mi nic nie jest.
– Powinieneś chcieć mnie wyeliminować… a nie osłabiać się, dając mi krew…
– Nie chcę cię eliminować – stwierdził i chwycił mój podbródek, unosząc go, żeby złożyć na moich ustach krótki pocałunek – ani mi się śni.
                Uśmiechnęłam się do niego nadal trochę smutno, jego uśmiech jednak był bardzo łagodny i pokrzepiający. Pocałował mnie jeszcze raz, delikatnie i czule, gładząc moje włosy, po czym wstał z łóżka i podszedł do skrzyni. Jego koszula była nadal zakrwawiona….. zerkając na nią i na mokrą od mojej krwi pelerynę, dziękowałam bogom, że przeżyłam… gdybym była człowiekiem, prawdopodobnie wykrwawiłabym się na śmierć… Lancello zrzucił koszulę i rzucił ją na pelerynę. Przez moment mogłam obserwować jego poharatane ciało, zastanawiając się, czy moje plecy wyglądają podobnie, czy też gorzej, a potem on założył świeżą koszulę i podszedł z powrotem do mnie, uśmiechając się.
– Odpocznij chwilę, pójdę do twojej mamy i zaraz wracam, odprowadzę cię wtedy do ciebie – powiedział, pochylił się i pocałował mnie w czoło, jakby ciężko mu było odejść.
– Dobrze – zgodziłam się i odwzajemniłam delikatnie uśmiech.
                Kiedy tylko wyszedł, położyłam się ostrożnie na jego łóżku, układając się na brzuchu, żeby nie urazić pleców. Nie bolały mnie już niemal wcale, przez miksturę, krew i maści, czułam nawet tam lekkie odrętwienie skóry, zapewne Lancello wysmarował je czymś, co solidnie łagodziło ból. Leżałam tak, myśląc o tym, co się wydarzyło w portalach i później, o tym, co zaszło między mną a Lancello… uśmiechnęłam się wspominając spotkanie z córką i odnalezienie matki… tyle się zmieniło jednego dnia… nawet nie wiem kiedy, zasnęłam, wspominając minione wydarzenia…
                Obudził mnie jakiś ruch obok mnie… przez moment nie wiedziałam, gdzie jestem, szybko jednak wszystko sobie przypomniałam po wszechobecnym zapachu Lancello. Rozejrzałam się, szukając go i wyszeptałam jego imię, próbowałam się unieść na przedramionach, wtedy usłyszałam jego głos.
– Spokojnie, leż, jestem tu – powiedział i podszedł do łóżka, siadając tak, żebym go widziała, mogąc nadal leżeć – powiedziałem twojej mamie, że przyjdziesz jak się wyśpisz, zrozumiała – uśmiechnął się.
– Dziękuję – mruknęłam cicho, nadal jeszcze zaspana po dopiero co przerwanej drzemce – przepraszam… chciałam tylko odpocząć chwilę i zasnęłam, wrócę do siebie za chwilę – powiedziałam i zaczęłam się powoli zbierać.
– Nie, leż spokojnie, odpocznij. Prześpię się na podłodze – zdecydował, gładząc mnie lekko po włosach.
– Dlaczego? – zdziwiłam się.
– Lepiej, żebyś się dużo nie ruszała, musisz odpocząć, a ja nie chcę ci przeszkadzać – odparł i uśmiechnął się do mnie.
– Nie będziesz mi przeszkadzał… proszę, bądź przy mnie… nie chcę być sama… zostań ze mną – poprosiłam, chcąc, żeby znów był koło mnie…
– Nigdzie nie idę – uśmiechnął się, wziął drugi koc leżący na skrzyni i położył się obok mnie.
– Dziękuję – szepnęłam cicho.
– Nie ma za co – uśmiechnął się i chwycił moją dłoń, gładząc kciukiem jej wierzch – śpij spokojnie, będę tutaj.
– Pocałuj mnie jeszcze… proszę – wyszeptałam.
                Lancello pochylił się i pocałował mnie najpierw kilkakrotnie delikatnie w policzek, przesuwając się do ust, po czym złożył na nich długi i czuły pocałunek. Przymknęłam oczy, poddając się jego wargom i rozchylając je, pozwalając mu na moment na pogłębienie pocałunku, co też zrobił, bardzo delikatnie, wręcz z namaszczeniem badając wnętrze moich ust. Kiedy nasze wargi się rozłączyły, uśmiechnęłam się, czując się, mimo tego co zrobił Raves, naprawdę szczęśliwa… żyłam… odwiedziłam córeczkę, która miała się bardzo dobrze i wydawała się byś radosna i szczęśliwa… odnalazłam matkę, choć byłam przekonana, że nie żyje… a teraz jeszcze leżałam w łóżku z mężczyzną, którego kochałam… teraz już musiałam przyznać to przed samą sobą, kochałam Lancello…
– Czekałam na to – wyszeptałam, całując go jeszcze krótko i delikatnie, nie otwierając ani na chwilę oczu.
– Też na to czekałem – odpowiedział cicho i ułożył się obok mnie, cały czas pozostawiając nasze ręce złączone i nie przerywając gładzenia mojej dłoni.
                Uśmiechnęłam się jeszcze, zerkając na niego na moment, po czym z powrotem przymknęłam oczy. Nie minęło wiele czasu, aż znów pogrążyłam się w śnie…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz