środa, 7 stycznia 2015

Droga do gildii

Ventus

                Dotarcie do obozu zajęło nam parę dni. Podróż była naprawdę męcząca, zwłaszcza, że coraz gorzej znosiłam dolegliwości związane z ciążą. Każdego ranka musiałam walczyć z mdłościami i powstrzymywać wymioty, nawet krew smoczycy już mi nie służyła tak dobrze jak niegdyś, owszem, łagodziła pragnienie i wzmacniała mnie, ale po każdym łyku musiałam walczyć ze swoim żołądkiem. W dodatku pewnej nocy zniknął Brandr’rivor… no tak, czyli jednak zachował się tak, jak podejrzewałam. Trudno się dziwić, w końcu miał szlacheckie pochodzenie… jakoś życie mnie nauczyło, że nikt ze szlachetnie urodzonych nie potrafił się tak naprawdę szlachetnie zachowywać, kiedy sytuacja najbardziej by tego wymagała…
                Zostałam zupełnie sama, nie mając swojego  miejsca w świecie, w dodatku niedługo mój przeklęty los miałam dzielić z niewielką istotką, która będzie zupełnie zależna ode mnie… jedno z wyjść, żeby mieć jak się utrzymywać, jednocześnie rezygnując na jakiś czas z ciągłych podróży, widziałam w dostaniu się do gildii. Musiałam dać z siebie wszystko, byle zdać ten egzamin… pierwszym z pięciu etapów miał być bieg, więc byłam spokojna. Szkoda tylko, że odbywał się w dzień, w nocy mogłabym bez problemu wyprzedzić większość biegnących pod postacią nietoperza, choć trochę obawiałam się przemiany. Nie wiedziałam, jak wpłynie na dziecko, wolałam nie ryzykować. W obozie było mnóstwo przeróżnych istot, które przygotowywały się do stojącego przed nimi wyzwania, chyba można tam było znaleźć niemal cały przekrój ras Oneiros. W tej mieszance zapachów udało mi się wychwycić jednak jeden wyjątkowy…
– Ventus? – spytałam, podchodząc do mężczyzny w szarym, długim płaszczu.
                Jeszcze zanim się odwrócił, przyjrzałam się uważniej jego wysokiej sylwetce. Na tamtym balu nie dało się tego zauważyć, teraz natomiast płaszcz opinał się na jego ciele podkreślając wysportowane, umięśnione ciało. Rzadko mi się to zdarzało przy moim wzroście, ale żeby spojrzeć Ventusowi w oczy, musiałam zadrzeć nieco głowę ku górze. Spojrzał na mnie i niedbałym gestem odgarnął z twarzy przydługie, brązowe włosy, odsłaniając tym samym prawe, lawendowe oko. Niemal ze smutkiem zauważyłam, że jego wzrok jest zmęczony, jakby na jego barki wrzucono tyle rzeczy, że powoli ich ciężar już go przygniatał…
– Witaj, Francesco – przywitał się, od razu mnie poznając – też przystępujesz do egzaminu?
– Witaj, tak, ale to teraz nieistotne. Mogę z tobą porozmawiać? – spytałam, a kącik jego warg nieco się uniósł w lekkim uśmiechu, nie szyderczym, jak u brata, tylko takim jakby nawet serdecznym.
– Rozmawiamy przecież – stwierdził, przechylając lekko głowę i przyglądając mi się z pewnym zainteresowaniem.
– Na osobności – uściśliłam, znacząco rozglądając się wokół – nie chcę, żeby usłyszał o tym ktoś postronny.
– Dobrze, pozwól za mną – poprosił i ruszył w tłum.
                Zaprowadził mnie do sporego namiotu gdzieś na obrzeżu. W środku było niewiele rzeczy, większość była już spakowana, co mogłam poznać po wypchanych różnościami sakwach, leżących w pobliżu – Ventus pewnie niedługo też gdzieś się stąd wybierał. Pokazał mi niewielki taboret, a sam usiadł na skrzyni i gestem ręki nakazał mi mówić. Opowiedziałam mu historię z kultem krwi i to, w jakiej sytuacji dowiedziałam się o aurze smoka, w zasadzie dowiedział się niemal wszystkiego, nawet przyznałam, nie bez wstydu, że dałam kultowi jedną z fiolek z jego krwią, którą mi podarował. Patrzył na mnie uważnie, z wyrazu jego twarzy nie potrafiłam nic wyczytać, jedynie jego spojrzenie zdawało się być coraz bardziej zmęczone. Teraz, w półcieniu namiotu, rysujące się pod jego oczami sinawe cienie zdawały się być jeszcze wyraźniejsze… był zmęczony, bardzo zmęczony. Kiedy skończyłam, milczał przez chwilę, jakby przetrawiał nowe informacje, po czym spojrzał na mnie jakby z… troską? A może to było współczucie… nie wiem, nie potrafiłam tego odczytać.
– Zdaje się, że z tej sytuacji masz jedynie dwa wyjścia. Uciekać przed nimi i się ukrywać, albo zniszczyć kult krwi.
– Nie dam rady ich wszystkich zabić…
– Więc pozostało ci tylko jedno wyjście – stwierdził i spojrzał w stronę wyjścia z namiotu – chciałaś o czymś jeszcze porozmawiać? Zdaje się, że niedługo będę musiał iść.
– Nie, to wszystko… dziękuję – odparłam, a on posłał mi jedynie przelotny uśmiech i skinął głową, wtedy przypomniało mi się coś jeszcze. – Spotkałam twojego brata przy Samotni, szukał cię. Myślał, że cię tam zastanie.
– Byłem tam, ale musieliśmy się minąć… dziękuję za informację – powiedział i kurtuazyjnie wskazał ręką, bym wyszła przed nim z namiotu – do zobaczenia, Francesco, uważaj na siebie – pożegnał się i wyciągnął ku mnie dłoń.
– Do zobaczenia, Ventusie – odparłam i uścisnęłam jego wyciągniętą rękę.
                Skinął mi jeszcze głową i uśmiechnął się lekko, po czym westchnął, słysząc wołania z drugiej strony obozu. Ruszył tam szybkim krokiem, zostawiając mnie samą przed swoim namiotem. Obserwowałam przez chwilę jeszcze jego oddalającą się sylwetkę. Był naprawdę jednym z bardziej intrygujących mężczyzn, jakich zdarzyło mi się spotkać. Już sam jego zapach i wygląd przyciągały, do tego roztaczał wokół siebie aurę tajemniczości i nieuchwytności, co czyniło go jeszcze bardziej interesującym, aż chciało się go bliżej poznać… może kiedyś nadarzy się ku temu okazja…

Bagienny test

               Pierwszy etap egzaminu odbył się następnego dnia. W południe zabrzmiały trąby i wszyscy zebraliśmy się w umówionym wcześniej miejscu. Czekał tam na nas ów dziadek z laską, który kazał nam się uciszyć w namiocie parę dni wcześniej. Wielu patrzyło na niego z powątpiewaniem, kiedy powiedział, że mamy za nim biec, i ruszył powolnym truchtem przed siebie. No cóż.. wzruszyliśmy ramionami i pobiegliśmy za nim, starając się go nie wyprzedzać. Okazało się jednak, że w staruszku tkwiło dużo więcej wigoru niż przypuszczaliśmy, i już po paruset metrach zaczął przyspieszać, a na ostatnim etapie biegł tak szybko, że nawet ja z moją prędkością miałam niemałe problemy, by mu dorównać, zwłaszcza, że nie chciałam się przemęczać z uwagi na dziecko. Ostatecznie wszyscy dotarliśmy do mety za dnia, choć ostatni dobiegali jeszcze następnego poranka.
                Mieliśmy noc na odpoczynek i zebranie sił, przynajmniej ci, którym udało się dotrzeć – parę osób też z mojej drużyny wypoczęła ledwie parę godzin, bo dobiegli tuż przed świtem. Nad ranem obudził nas dźwięk trąb, zapowiadający czas zbiórki,, która tym razem miała się odbyć tuż przy wejściu do gęstego lasu. Stanęliśmy przed młodym, dobrze ubranym mężczyzną, który mówił, że mamy dalej za nim biec. Po chwili jednak obok niego pojawił się drugi, identyczny mężczyzna, z martwym, nie do końca odmienionym mimikiem, wołając, że ten to oszust, że to mimik i chce nas zwieźć, że nie mamy mu wierzyć. Pokazywał nam trzymane w ręce truchło jako dowód. Mimik był nagim, człekokształtnym stworzeniem bez twarzy, a trzymający go mężczyzna był absolutnie identyczny do tego, który prowadził nas dzień wcześniej, zgadzał się każdy, najdrobniejszy nawet szczegół. Ich zapachy dziwnie się zlewały, więc nie byłam w stanie odróżnić, który mówi prawdę. Pierwszy mężczyzna obrzucił tamtego obelgami i nazwał kłamcą i oszustem i kazał iść nam za sobą, po czym ruszył w las. Część ruszyła za nim, również Raves, który przybrał smoczą formę i wzleciał ponad las. My zostaliśmy jeszcze chwilę, zastanawiając się co zrobić. Wtedy Mikur, który dogadał się w czasie poprzedniego etapu z pewnym krasnoludem, wsiadł na jego wóz i podał mi rękę, pytając, czy jadę z nimi. Nie uśmiechało mi się znowu biec, więc bez zastanowienia wsiadłam na wóz, podciągając się na jego dłoni. Razem z nami wsiadł Valarad i ten przeklęty ork, na szczęście trzymał się ode mnie z daleka.
                Mężczyzna, z grupą tych co ruszyli zaraz za nim, był już spory kawał drogi przed nami, nie słyszeliśmy go ani nie widzieliśmy, jechaliśmy więc na ślepo. Z każdą chwilą las zaczęła zasnuwać coraz gęstsza mgła, aż w końcu nie wiedzieliśmy już, gdzie mamy jechać, zaczęło nam się zdawać, że zabłądziliśmy. Ktoś stwierdził, że warto by było zobaczyć ponad drzewami, co się dzieje. Nikt nie kwapił się do wspinaczki po wysokich drzewach, dlatego westchnęłam, wstałam z wozu i zaczęłam się rozbierać. Nie uśmiechało mi się zmienianie postaci, ale w tamtej sytuacji nie widziałam innego wyjścia, miałam tylko ogromną nadzieję, że nie zaszkodzę przez to dziecku. Przed zdjęciem sukni utworzyłam wokół siebie otoczkę z ciemności i, pozostając w niej, przemieniłam się w nietoperza i wzleciałam ponad konary drzew. Widziałam tylko las, ciągnący się we wszystkie strony i daleką, drobną kropkę ponad nim, zapewne Ravesa. Zleciałam w dół i przybrałam swoją normalną postać, po czym ubrałam się, rozproszyłam zasłonę i pozbierałam resztę rzeczy. Opowiedziałam im co widziałam i wszyscy zadecydowaliśmy, żeby ruszyć w stronę, gdzie zobaczyłam ową plamkę na niebie, wskazałam im więc kierunek i usiadłam z powrotem na wozie, nadal trzymając się jak najdalej od Gyrga, zwłaszcza, że widziałam, jak wodzi wzrokiem po moich nogach, których nie zdołałam zasłonić.
                Nie ujechaliśmy daleko, gdy konie zaczęły tonąć w bagnie. Mikur wyszedł, żeby pomóc im jakoś się stamtąd wydostać, wóz jakby odetchnął z ulgą i uniósł się, gdy tylko stein z niego zszedł, natomiast Mikur… z jego wagą wychodzenie w bagno było naprawdę głupim pomysłem. Ledwie doszedł do koni, a już zaczął się topić razem z nimi; nikt z nas nie był w stanie go wyciągnąć, może jedynie Raves dałby radę, ale niestety jego z nami nie było. Po chwili zauważyłam niedaleko powozu macki, wysuwające się na powierzchnię. Ledwo zdążyłam ostrzec innych i wyjąć miecz, gdy zaczęły mknąć w naszą stronę. Usłyszeliśmy chlupot i zobaczyliśmy, jak Mikur znika w bagnie, w którym wyraźnie znaczył się ślad kierunku, gdzie to coś go ciągnęło, przynajmniej przez parę metrów – dalej bagnisko wydawało się być dużo głębsze i ślad zniknął. Zaczęliśmy ciąć macki, próbujące nas schwytać, gdy ork, ten kompletny kretyn, wpadł na pomysł, żeby nas wyciągnąć stamtąd za pomocą jakiś zdolności swojego dziwnego zestawu błazna. Oczywiście, wyszło pewnie nie tak jak się spodziewał, i ja, on oraz Valarad, znaleźliśmy się w bagnie. Po chwili poczułam, jak coś owija się wokół moich kostek i bioder i ciągnie mnie w bagno,  próbowałam ciąć na oślep, ale gęstość mazi wokół była taka, że nie byłam w stanie nic zrobić. Po jakimś czasie, kiedy już zaczynało mi brakować tchu, potwór wyciągnął mnie na powierzchnię, tylko po to, żebym po chwili zawisła nad jego ogromną paszczą, pełną zębów niczym szable, ustawionych w wielu rzędach jak pierścienie schodzące w głąb jego ciała. Widziałam krasnoluda, który nas tu przywiózł, znikającego w jego paszczy… odór, dolatujący z jej wnętrza był porażający, ledwo powstrzymałam wymioty. Po chwili jednak miałam już inne zmartwienie, bowiem macki mnie puściły i leciałam prosto do gęby poczwary, dzieląc losy krasnoluda. Tylko i wyłącznie dzięki dobrej zwinności, udało mi się tak ustawić w locie, że objęłam Miecz Braterskiej Miłości, ten, który znalazłam na polanie, i zakryłam go własnym ciałem. Czułam okropny ból, jakby coś rozrywało moje ciało od zewnątrz, ale wiedziałam, że jedyne co mi po tym pozostanie to wspomnienie tego bólu i smrodu, który z każdą chwilą stawał się nie do zniesienia i co najwyżej kilka siniaków, czyli tyle co nic, w porównaniu z ranami jakie odnosił krasnolud. Dokładnie widziałam pod sobą, jak ostre zęby tną jego ciało i gniotą zbroję. Przesuwałam się coraz dalej w paszczy potwora, kiedy ten nagle zadrżał i znieruchomiał, a ja poczułam, jak robi mi się coraz cieplej w jego wnętrzu, co tylko potęgowało odór. Próbowałam się wydostać stamtąd, jednak oczywiście nie dawałam rady się podciągnąć i chwycić zębów, to była chyba jedyna wada tego miecza – mając go przy sobie, stawałam się niemal niezdolna do jakichkolwiek czynności.
                Na szczęście, po chwili usłyszałam ostrze tnące paszczę poczwary i zobaczyłam Valarada, stojącego nade mną. Podał mi dłoń i podciągnął mnie, a Raves, nadal w smoczej formie, pomógł nam się wydostać na brzeg bagna. Rozglądając się wokół domyśliłam się, skąd ten nagły przypływ ciepła – niemal całe bagno wokół zalane było magmą, Raves musiał mieć więc przy tym naprawdę niezłą zabawę. Nie miałam pojęcia, skąd tam się wziął, być może usłyszał nasze wrzaski, w każdym razie wyglądało na to, że kolejny raz uratował mi życie. Kiedy już mnie odstawił na brzeg, zauważyłam, że zęby potwora może i mnie nie zraniły, ale dokonały ogromnego spustoszenia w mojej garderobie – po czarnej sukni pozostały zaledwie skrawki, ledwo okrywające moje ciało. Podejrzewam, ze nawet mój strój, wtedy, gdy znalazł mnie Niosący Śmierć, lepiej się prezentował… do tego ten wzrok orka… odpowiedziałam mu nienawistnym spojrzeniem i szybko wskoczyłam na to, co pozostało z wozu. Zaczęłam szukać czegoś, czym mogłabym się okryć, na szczęście znalazłam koc i linkę i obwiązałam to wokół siebie, żeby jakoś choć trochę przypominało suknię. Smok z Mikurem również zabrali się za przeszukiwanie wozu - Raves znalazł tam dość interesująco wyglądający miecz, Mikur natomiast cieszył się jak dziecko, kiedy zobaczył topór Behemotha… ah… jak łatwo zadowolić mężczyzn… potem chyba zaczęły go jednak dręczyć wyrzuty sumienia, że zabieramy krasnoludowi rzeczy, a jego zostawiamy tak w brzuchu potwora. Nie mieliśmy jak go wskrzesić, więc po prostu wyjęliśmy to, co z niego zostało, ułożyliśmy na wozie i podpaliliśmy. To wystarczyło, żeby ukoić Mikurowe poczucie winy.
                Właśnie zaczęliśmy się zastanawiać, którędy mamy iść, gdy znikąd zmaterializował się blisko nas mężczyzna w czarnym płaszczu. Poznałam go od razu, w tym śmierdzącym bagnie taka mieszanka zapachów była niczym jaśniejący brylant w kupie gnoju, jednak Ventus ani trochę nie dał po sobie poznać, że mnie zna. Wyglądałam tak, że może faktycznie mnie nie poznał… nawet wolałabym, żeby tak było, prezentowałam się wtedy naprawdę koszmarnie, nie mogłam się doczekać, kiedy znajdę gdzieś choć trochę wody i zmyję z siebie brud i odór bagna. Ventus zerknął jednak jedynie na truchło potwora i pogratulował nam pokonania go, po czym zaczął coś inkantować i przeniósł nas na polanę, gdzie było już sporo innych zdających. Wielu z nich nosiło ślady niedawno przebytych bojów z potworami… zaczęłam chodzić wśród nich i szukać kogoś, kto miałby do sprzedania pasujący na mnie strój. W końcu znalazłam jednego gburowatego kupca, który łaskawie zgodził się sprzedać mi suknię za 30 sztuk złota, niestety, nie miałam innego wyboru i musiałam ją kupić. Nie była złej jakości, granatowa, z całkiem przyzwoitego materiału, ale i tak w normalnych okolicznościach nie dałabym za nią więcej jak połowę tej ceny. No, ale cóż, sytuacja zrobiła swoje. Przebrałam się i wróciłam do drużyny. Mieliśmy niewiele czasu, żeby odpocząć, byliśmy jednymi z ostatnich, którzy opuścili puszczę, ale i tak usiedliśmy na jakiś czas, żeby zebrać siły po ciężkich przeżyciach. Udało mi się też znaleźć wiadro z wodą i choć trochę się obmyć… ah, to było prawdziwe błogosławieństwo… miałam nadzieję, że na kolejnych etapach nie przyjdzie nam już mierzyć się z czymś równie śmierdzącym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz