Ventus
Dotarcie do obozu zajęło nam parę dni. Podróż była
naprawdę męcząca, zwłaszcza, że coraz gorzej znosiłam dolegliwości związane z
ciążą. Każdego ranka musiałam walczyć z mdłościami i powstrzymywać wymioty,
nawet krew smoczycy już mi nie służyła tak dobrze jak niegdyś, owszem,
łagodziła pragnienie i wzmacniała mnie, ale po każdym łyku musiałam walczyć ze
swoim żołądkiem. W dodatku pewnej nocy zniknął Brandr’rivor… no tak, czyli
jednak zachował się tak, jak podejrzewałam. Trudno się dziwić, w końcu miał
szlacheckie pochodzenie… jakoś życie mnie nauczyło, że nikt ze szlachetnie
urodzonych nie potrafił się tak naprawdę szlachetnie zachowywać, kiedy sytuacja
najbardziej by tego wymagała…
Zostałam
zupełnie sama, nie mając swojego miejsca
w świecie, w dodatku niedługo mój przeklęty los miałam dzielić z niewielką
istotką, która będzie zupełnie zależna ode mnie… jedno z wyjść, żeby mieć jak
się utrzymywać, jednocześnie rezygnując na jakiś czas z ciągłych podróży,
widziałam w dostaniu się do gildii. Musiałam dać z siebie wszystko, byle zdać
ten egzamin… pierwszym z pięciu etapów miał być bieg, więc byłam spokojna.
Szkoda tylko, że odbywał się w dzień, w nocy mogłabym bez problemu wyprzedzić
większość biegnących pod postacią nietoperza, choć trochę obawiałam się
przemiany. Nie wiedziałam, jak wpłynie na dziecko, wolałam nie ryzykować. W
obozie było mnóstwo przeróżnych istot, które przygotowywały się do stojącego
przed nimi wyzwania, chyba można tam było znaleźć niemal cały przekrój ras
Oneiros. W tej mieszance zapachów udało mi się wychwycić jednak jeden wyjątkowy…
– Ventus? – spytałam, podchodząc do mężczyzny w
szarym, długim płaszczu.
Jeszcze
zanim się odwrócił, przyjrzałam się uważniej jego wysokiej sylwetce. Na tamtym
balu nie dało się tego zauważyć, teraz natomiast płaszcz opinał się na jego
ciele podkreślając wysportowane, umięśnione ciało. Rzadko mi się to zdarzało
przy moim wzroście, ale żeby spojrzeć Ventusowi w oczy, musiałam zadrzeć nieco
głowę ku górze. Spojrzał na mnie i niedbałym gestem odgarnął z twarzy
przydługie, brązowe włosy, odsłaniając tym samym prawe, lawendowe oko. Niemal
ze smutkiem zauważyłam, że jego wzrok jest zmęczony, jakby na jego barki
wrzucono tyle rzeczy, że powoli ich ciężar już go przygniatał…
– Witaj, Francesco – przywitał się, od razu mnie
poznając – też przystępujesz do egzaminu?
– Witaj, tak, ale to teraz nieistotne. Mogę z tobą
porozmawiać? – spytałam, a kącik jego warg nieco się uniósł w lekkim uśmiechu, nie
szyderczym, jak u brata, tylko takim jakby nawet serdecznym.
– Rozmawiamy przecież – stwierdził, przechylając lekko
głowę i przyglądając mi się z pewnym zainteresowaniem.
– Na osobności – uściśliłam, znacząco rozglądając się
wokół – nie chcę, żeby usłyszał o tym ktoś postronny.
– Dobrze, pozwól za mną – poprosił i ruszył w tłum.
Zaprowadził
mnie do sporego namiotu gdzieś na obrzeżu. W środku było niewiele rzeczy, większość
była już spakowana, co mogłam poznać po wypchanych różnościami sakwach,
leżących w pobliżu – Ventus pewnie niedługo też gdzieś się stąd wybierał.
Pokazał mi niewielki taboret, a sam usiadł na skrzyni i gestem ręki nakazał mi
mówić. Opowiedziałam mu historię z kultem krwi i to, w jakiej sytuacji
dowiedziałam się o aurze smoka, w zasadzie dowiedział się niemal wszystkiego,
nawet przyznałam, nie bez wstydu, że dałam kultowi jedną z fiolek z jego krwią,
którą mi podarował. Patrzył na mnie uważnie, z wyrazu jego twarzy nie
potrafiłam nic wyczytać, jedynie jego spojrzenie zdawało się być coraz bardziej
zmęczone. Teraz, w półcieniu namiotu, rysujące się pod jego oczami sinawe
cienie zdawały się być jeszcze wyraźniejsze… był zmęczony, bardzo zmęczony.
Kiedy skończyłam, milczał przez chwilę, jakby przetrawiał nowe informacje, po
czym spojrzał na mnie jakby z… troską? A może to było współczucie… nie wiem,
nie potrafiłam tego odczytać.
– Zdaje się, że z tej sytuacji masz jedynie dwa
wyjścia. Uciekać przed nimi i się ukrywać, albo zniszczyć kult krwi.
– Nie dam rady ich wszystkich zabić…
– Więc pozostało ci tylko jedno wyjście – stwierdził i
spojrzał w stronę wyjścia z namiotu – chciałaś o czymś jeszcze porozmawiać?
Zdaje się, że niedługo będę musiał iść.
– Nie, to wszystko… dziękuję – odparłam, a on posłał
mi jedynie przelotny uśmiech i skinął głową, wtedy przypomniało mi się coś
jeszcze. – Spotkałam twojego brata przy Samotni, szukał cię. Myślał, że cię tam
zastanie.
– Byłem tam, ale musieliśmy się minąć… dziękuję za
informację – powiedział i kurtuazyjnie wskazał ręką, bym wyszła przed nim z namiotu
– do zobaczenia, Francesco, uważaj na siebie – pożegnał się i wyciągnął ku mnie
dłoń.
– Do zobaczenia, Ventusie – odparłam i uścisnęłam jego
wyciągniętą rękę.
Skinął
mi jeszcze głową i uśmiechnął się lekko, po czym westchnął, słysząc wołania z
drugiej strony obozu. Ruszył tam szybkim krokiem, zostawiając mnie samą przed
swoim namiotem. Obserwowałam przez chwilę jeszcze jego oddalającą się sylwetkę.
Był naprawdę jednym z bardziej intrygujących mężczyzn, jakich zdarzyło mi się spotkać.
Już sam jego zapach i wygląd przyciągały, do tego roztaczał wokół siebie aurę
tajemniczości i nieuchwytności, co czyniło go jeszcze bardziej interesującym,
aż chciało się go bliżej poznać… może kiedyś nadarzy się ku temu okazja…
Bagienny test
Pierwszy etap egzaminu odbył się następnego dnia. W
południe zabrzmiały trąby i wszyscy zebraliśmy się w umówionym wcześniej
miejscu. Czekał tam na nas ów dziadek z laską, który kazał nam się uciszyć w
namiocie parę dni wcześniej. Wielu patrzyło na niego z powątpiewaniem, kiedy powiedział,
że mamy za nim biec, i ruszył powolnym truchtem przed siebie. No cóż..
wzruszyliśmy ramionami i pobiegliśmy za nim, starając się go nie wyprzedzać.
Okazało się jednak, że w staruszku tkwiło dużo więcej wigoru niż
przypuszczaliśmy, i już po paruset metrach zaczął przyspieszać, a na ostatnim
etapie biegł tak szybko, że nawet ja z moją prędkością miałam niemałe problemy,
by mu dorównać, zwłaszcza, że nie chciałam się przemęczać z uwagi na dziecko. Ostatecznie
wszyscy dotarliśmy do mety za dnia, choć ostatni dobiegali jeszcze następnego
poranka.
Mieliśmy
noc na odpoczynek i zebranie sił, przynajmniej ci, którym udało się dotrzeć –
parę osób też z mojej drużyny wypoczęła ledwie parę godzin, bo dobiegli tuż
przed świtem. Nad ranem obudził nas dźwięk trąb, zapowiadający czas zbiórki,,
która tym razem miała się odbyć tuż przy wejściu do gęstego lasu. Stanęliśmy przed
młodym, dobrze ubranym mężczyzną, który mówił, że mamy dalej za nim biec. Po
chwili jednak obok niego pojawił się drugi, identyczny mężczyzna, z martwym,
nie do końca odmienionym mimikiem, wołając, że ten to oszust, że to mimik i
chce nas zwieźć, że nie mamy mu wierzyć. Pokazywał nam trzymane w ręce truchło
jako dowód. Mimik był nagim, człekokształtnym stworzeniem bez twarzy, a
trzymający go mężczyzna był absolutnie identyczny do tego, który prowadził nas
dzień wcześniej, zgadzał się każdy, najdrobniejszy nawet szczegół. Ich zapachy
dziwnie się zlewały, więc nie byłam w stanie odróżnić, który mówi prawdę.
Pierwszy mężczyzna obrzucił tamtego obelgami i nazwał kłamcą i oszustem i kazał
iść nam za sobą, po czym ruszył w las. Część ruszyła za nim, również Raves,
który przybrał smoczą formę i wzleciał ponad las. My zostaliśmy jeszcze chwilę,
zastanawiając się co zrobić. Wtedy Mikur, który dogadał się w czasie
poprzedniego etapu z pewnym krasnoludem, wsiadł na jego wóz i podał mi rękę,
pytając, czy jadę z nimi. Nie uśmiechało mi się znowu biec, więc bez zastanowienia
wsiadłam na wóz, podciągając się na jego dłoni. Razem z nami wsiadł Valarad i
ten przeklęty ork, na szczęście trzymał się ode mnie z daleka.
Mężczyzna,
z grupą tych co ruszyli zaraz za nim, był już spory kawał drogi przed nami, nie
słyszeliśmy go ani nie widzieliśmy, jechaliśmy więc na ślepo. Z każdą chwilą
las zaczęła zasnuwać coraz gęstsza mgła, aż w końcu nie wiedzieliśmy już, gdzie
mamy jechać, zaczęło nam się zdawać, że zabłądziliśmy. Ktoś stwierdził, że
warto by było zobaczyć ponad drzewami, co się dzieje. Nikt nie kwapił się do
wspinaczki po wysokich drzewach, dlatego westchnęłam, wstałam z wozu i zaczęłam
się rozbierać. Nie uśmiechało mi się zmienianie postaci, ale w tamtej sytuacji
nie widziałam innego wyjścia, miałam tylko ogromną nadzieję, że nie zaszkodzę
przez to dziecku. Przed zdjęciem sukni utworzyłam wokół siebie otoczkę z
ciemności i, pozostając w niej, przemieniłam się w nietoperza i wzleciałam
ponad konary drzew. Widziałam tylko las, ciągnący się we wszystkie strony i
daleką, drobną kropkę ponad nim, zapewne Ravesa. Zleciałam w dół i przybrałam
swoją normalną postać, po czym ubrałam się, rozproszyłam zasłonę i pozbierałam
resztę rzeczy. Opowiedziałam im co widziałam i wszyscy zadecydowaliśmy, żeby
ruszyć w stronę, gdzie zobaczyłam ową plamkę na niebie, wskazałam im więc
kierunek i usiadłam z powrotem na wozie, nadal trzymając się jak najdalej od
Gyrga, zwłaszcza, że widziałam, jak wodzi wzrokiem po moich nogach, których nie
zdołałam zasłonić.
Nie
ujechaliśmy daleko, gdy konie zaczęły tonąć w bagnie. Mikur wyszedł, żeby pomóc
im jakoś się stamtąd wydostać, wóz jakby odetchnął z ulgą i uniósł się, gdy
tylko stein z niego zszedł, natomiast Mikur… z jego wagą wychodzenie w bagno
było naprawdę głupim pomysłem. Ledwie doszedł do koni, a już zaczął się topić
razem z nimi; nikt z nas nie był w stanie go wyciągnąć, może jedynie Raves dałby
radę, ale niestety jego z nami nie było. Po chwili zauważyłam niedaleko powozu
macki, wysuwające się na powierzchnię. Ledwo zdążyłam ostrzec innych i wyjąć
miecz, gdy zaczęły mknąć w naszą stronę. Usłyszeliśmy chlupot i zobaczyliśmy,
jak Mikur znika w bagnie, w którym wyraźnie znaczył się ślad kierunku, gdzie to
coś go ciągnęło, przynajmniej przez parę metrów – dalej bagnisko wydawało się
być dużo głębsze i ślad zniknął. Zaczęliśmy ciąć macki, próbujące nas schwytać,
gdy ork, ten kompletny kretyn, wpadł na pomysł, żeby nas wyciągnąć stamtąd za
pomocą jakiś zdolności swojego dziwnego zestawu błazna. Oczywiście, wyszło
pewnie nie tak jak się spodziewał, i ja, on oraz Valarad, znaleźliśmy się w
bagnie. Po chwili poczułam, jak coś owija się wokół moich kostek i bioder i
ciągnie mnie w bagno, próbowałam ciąć na
oślep, ale gęstość mazi wokół była taka, że nie byłam w stanie nic zrobić. Po
jakimś czasie, kiedy już zaczynało mi brakować tchu, potwór wyciągnął mnie na
powierzchnię, tylko po to, żebym po chwili zawisła nad jego ogromną paszczą,
pełną zębów niczym szable, ustawionych w wielu rzędach jak pierścienie
schodzące w głąb jego ciała. Widziałam krasnoluda, który nas tu przywiózł,
znikającego w jego paszczy… odór, dolatujący z jej wnętrza był porażający,
ledwo powstrzymałam wymioty. Po chwili jednak miałam już inne zmartwienie,
bowiem macki mnie puściły i leciałam prosto do gęby poczwary, dzieląc losy
krasnoluda. Tylko i wyłącznie dzięki dobrej zwinności, udało mi się tak ustawić
w locie, że objęłam Miecz Braterskiej Miłości, ten, który znalazłam na polanie,
i zakryłam go własnym ciałem. Czułam okropny ból, jakby coś rozrywało moje
ciało od zewnątrz, ale wiedziałam, że jedyne co mi po tym pozostanie to
wspomnienie tego bólu i smrodu, który z każdą chwilą stawał się nie do
zniesienia i co najwyżej kilka siniaków, czyli tyle co nic, w porównaniu z
ranami jakie odnosił krasnolud. Dokładnie widziałam pod sobą, jak ostre zęby
tną jego ciało i gniotą zbroję. Przesuwałam się coraz dalej w paszczy potwora,
kiedy ten nagle zadrżał i znieruchomiał, a ja poczułam, jak robi mi się coraz
cieplej w jego wnętrzu, co tylko potęgowało odór. Próbowałam się wydostać
stamtąd, jednak oczywiście nie dawałam rady się podciągnąć i chwycić zębów, to
była chyba jedyna wada tego miecza – mając go przy sobie, stawałam się niemal
niezdolna do jakichkolwiek czynności.
Na
szczęście, po chwili usłyszałam ostrze tnące paszczę poczwary i zobaczyłam
Valarada, stojącego nade mną. Podał mi dłoń i podciągnął mnie, a Raves, nadal w
smoczej formie, pomógł nam się wydostać na brzeg bagna. Rozglądając się wokół
domyśliłam się, skąd ten nagły przypływ ciepła – niemal całe bagno wokół zalane
było magmą, Raves musiał mieć więc przy tym naprawdę niezłą zabawę. Nie miałam
pojęcia, skąd tam się wziął, być może usłyszał nasze wrzaski, w każdym razie
wyglądało na to, że kolejny raz uratował mi życie. Kiedy już mnie odstawił na
brzeg, zauważyłam, że zęby potwora może i mnie nie zraniły, ale dokonały
ogromnego spustoszenia w mojej garderobie – po czarnej sukni pozostały zaledwie
skrawki, ledwo okrywające moje ciało. Podejrzewam, ze nawet mój strój, wtedy,
gdy znalazł mnie Niosący Śmierć, lepiej się prezentował… do tego ten wzrok orka…
odpowiedziałam mu nienawistnym spojrzeniem i szybko wskoczyłam na to, co
pozostało z wozu. Zaczęłam szukać czegoś, czym mogłabym się okryć, na szczęście
znalazłam koc i linkę i obwiązałam to wokół siebie, żeby jakoś choć trochę
przypominało suknię. Smok z Mikurem również zabrali się za przeszukiwanie wozu
- Raves znalazł tam dość interesująco wyglądający miecz, Mikur natomiast
cieszył się jak dziecko, kiedy zobaczył topór Behemotha… ah… jak łatwo
zadowolić mężczyzn… potem chyba zaczęły go jednak dręczyć wyrzuty sumienia, że
zabieramy krasnoludowi rzeczy, a jego zostawiamy tak w brzuchu potwora. Nie
mieliśmy jak go wskrzesić, więc po prostu wyjęliśmy to, co z niego zostało,
ułożyliśmy na wozie i podpaliliśmy. To wystarczyło, żeby ukoić Mikurowe poczucie
winy.
Właśnie
zaczęliśmy się zastanawiać, którędy mamy iść, gdy znikąd zmaterializował się
blisko nas mężczyzna w czarnym płaszczu. Poznałam go od razu, w tym śmierdzącym
bagnie taka mieszanka zapachów była niczym jaśniejący brylant w kupie gnoju,
jednak Ventus ani trochę nie dał po sobie poznać, że mnie zna. Wyglądałam tak,
że może faktycznie mnie nie poznał… nawet wolałabym, żeby tak było,
prezentowałam się wtedy naprawdę koszmarnie, nie mogłam się doczekać, kiedy
znajdę gdzieś choć trochę wody i zmyję z siebie brud i odór bagna. Ventus
zerknął jednak jedynie na truchło potwora i pogratulował nam pokonania go, po
czym zaczął coś inkantować i przeniósł nas na polanę, gdzie było już sporo
innych zdających. Wielu z nich nosiło ślady niedawno przebytych bojów z
potworami… zaczęłam chodzić wśród nich i szukać kogoś, kto miałby do sprzedania
pasujący na mnie strój. W końcu znalazłam jednego gburowatego kupca, który
łaskawie zgodził się sprzedać mi suknię za 30 sztuk złota, niestety, nie miałam
innego wyboru i musiałam ją kupić. Nie była złej jakości, granatowa, z całkiem
przyzwoitego materiału, ale i tak w normalnych okolicznościach nie dałabym za
nią więcej jak połowę tej ceny. No, ale cóż, sytuacja zrobiła swoje. Przebrałam
się i wróciłam do drużyny. Mieliśmy niewiele czasu, żeby odpocząć, byliśmy jednymi
z ostatnich, którzy opuścili puszczę, ale i tak usiedliśmy na jakiś czas, żeby
zebrać siły po ciężkich przeżyciach. Udało mi się też znaleźć wiadro z wodą i
choć trochę się obmyć… ah, to było prawdziwe błogosławieństwo… miałam nadzieję,
że na kolejnych etapach nie przyjdzie nam już mierzyć się z czymś równie
śmierdzącym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz