poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Niespodziewana pomoc

Powrót do żywych

               Śpiewałam Bairre kołysankę. Dokładnie tę samą, którą pamiętałam z mojego dzieciństwa. Śpiewałam, a ona się śmiała, wpatrując się we mnie niebieskimi oczami. Machała drobnymi rączkami, próbując chwycić moje opadające na poduszkę obok niej włosy. Pozwoliłam jej na to, uśmiechając się do niej i pogłaskałam ją po czerwonych włoskach… nagle krzyknęłam przerażona… moja dłoń była cała we krwi… Bairre… jej oczka już nie wpatrywały się we mnie z radością, były puste i zimne… krzyczałam, ale nikt nie przychodził mi na pomoc…
– Vivienne, Vivienne ocknij się do cholery – usłyszałam wołający mnie skądś znajomy głos, ale nie byłam w stanie na niego zareagować, ciągle wpatrywałam się w córeczkę, w jej martwe ciało i swoje zakrwawione dłonie… – Vivienne do kurwy nędzy! – krzyk, plask i pieczenie policzka.
                Ból… przerażający ból promieniujący z różnych części mojego ciała. Czyichś krzyk rozlegający się wokół… mój… to z moich ust wydzierał się ten okropny wrzask. Bałam się otworzyć oczy… myślałam, że znów zobaczę Bairre. Poczułam kolejne uderzenie w twarz, ból tym spowodowany był jednak niczym, w porównaniu z cierpieniem którego doświadczałam i które wciąż i wciąż narastało. Rany paliły, utrudniając myślenie… w końcu jednak zaczęłam sobie wszystko przypominać… miasto krasnoludzkie, oskarżenia, gubernator… potem pułapka, strzyga i orkowie i ratunek….
                Otworzyłam oczy. Zobaczyłam Troya, który znów zamachiwał się do kolejnego uderzenia, jednak, gdy zobaczył, że odzyskałam przytomność, opuścił rękę i jakby odetchnął z ulgą. Był tam też Mikur, widziałam jego twarz wysoko nade mną, wyrażającą głęboką troskę i smutek. Leżałam na łóżku w jakimś zaciemnionym pokoju i ból z każdą chwilą stawał się coraz dotkliwszy… pragnienie też zaczęło mi coraz bardziej doskwierać… oblizałam suche usta i starałam się nie skupiać na krwi pulsującej tuż pod skórą na szyi Troya…
– Witaj z powrotem wśród żywych – powiedział Troy, uśmiechając się znów beztrosko, wyjął nóż i wziął kielich – na pewno jesteś spragniona – dodał i rozciął rękę, pozwalając krwi spływać do kielicha.
– Jak się czujesz? – spytał Mikur, ja jednak nie słuchałam, wpatrywałam się tylko w strumyczek krwi jak narkoman na głodzie, pragnąc jak najszybciej poczuć jej smak w swoich ustach… Mikur zdawał się zauważyć, że tracę nad sobą kontrolę i musiał pamiętać, że prosiłam by temu zapobiegał, chwycił więc Troya za ramię i wyprowadził z pokoju, zatrzaskując za nim drzwi, zabierając jednak od niego kielich. – Lepiej, żebyś się nie rzucała na nikogo w takim stanie, nie chcę znowu się martwić, czy się ockniesz – wyjaśnił i podał mi naczynie.
– Dziękuję – odparłam słabo, wręcz charcząc i wzięłam od niego krew, po czym, ku jego zdziwieniu, wylałam na swój brzuch, z którego wciąż sączyła się krew – to złagodzi ból – wyjaśniłam i faktycznie, wraz z rozlewaniem się krwi w głąb rany, pieczenie po ciosie zadanym mithrillowym ostrzem zaczynało słabnąć. – Gdzie w ogóle jesteśmy?
– W pokoju na sterowcu, ktoś wysłał po nas samochód i szybciej tu dojechaliśmy, ale i tak straciłaś przytomność. Cieszę się,  że żyjesz, rzuciłem na ciebie zaklęcie przywracające siły witalne, nauczyłem się go już po tym, jak od nas odeszłaś – wyrzucał z siebie potok słów, co w tamtej sytuacji było bardzo dobre, bo skupienie się na nim pozwalało mi choć trochę zapomnieć o bólu. – Teraz lecimy na północ, do jakiegoś elfickiego miasta, musieliśmy szybko uciekać z Dverg Morke, twój brat wysłał za nami pościg orków, ale udało nam się uciec przed nimi. Lancello i Valarad też dotarli, pirat przyniósł nawet wszystkie twoje rzeczy – kontynuował i pokazał niezgrabnym gestem na stos ubrań i inne moje drobiazgi rzucone bezładnie na drewnianą skrzynię w kącie pokoju.
– Muszę im podziękować – powiedziałam cicho i przymknęłam oczy – zostaniesz ze mną, dopóki nie będę w stanie się ruszać? – poprosiłam, a stein ochoczo się zgodził.
                Odkąd magia nie leczyła moich ran, mogłam polegać tylko i wyłącznie na naturalnej regeneracji, wiedziałam więc, że czeka mnie niemal godzina leżenia oczekiwania, aż moje rany się zagoją. Krew w żaden sposób nie mogła mi jednak pomóc w nastawieniu biodra, Mikur zaproponował więc, że pójdzie po Lancello, kiedy tylko poczuję się lepiej. Według niego on najlepiej się nadawał, posiadał ponoć jakąś wiedzę o ranach i urazach i był niezwykle zręczny, czemu też się nie dziwiłam – w końcu sama  posługiwałam się łukiem i wiedziałam, jak bardzo jest to istotne. Po niespełna godzinie dokuczał mi już tylko ból promieniujący z biodra, zapragnęłam więc się przebrać – moja suknia nie tylko miała nieprzyjemny zapach krwi, ale też stała się w niektórych miejscach niezwykle sztywna, przez co chciałam się jej jak najszybciej pozbyć.
                Już i tak do niczego się nie nadawała, więc wzięłam sztylet i rozcięłam ją, żeby ułatwić sobie zdjęcie jej bez zbytniego ruszania nogą, która, co zauważyłam po zdjęciu sukni, leżała na łóżku pod naprawdę dziwnym kątem. Nie przeszkadzała mi obecność Mikura – doskonale wiedziałam, że dla niego moja nagość nie jest w żaden sposób atrakcyjna, nie miałam więc oporów, by rozebrać się przy nim zupełnie do naga. Obmyłam się podanym mi przez niego kawałkiem materiału i założyłam delikatny gorset i majtki, na co narzuciłam lazurowy, jedwabny szlafrok, który steinowi udało się jakimś cudem znaleźć w plątaninie moich ubrań (Valarad niezbyt najwyraźniej przejmował się tym, w jakim stanie dotrą, ważne, że dotarły). Specjalnie wybrałam pozbawioną koronek bieliznę – wiedziałam, że Lancello będzie potrzebował dostępu do mojego biodra, ubieranie się w suknie mijało się więc z sensem, ale nie chciałam też go prowokować albo sprawić, żeby coś sobie pomyślał.

Bolesny zabieg

                Podziękowałam Mikurowi i poprosiłam, by poszedł po łucznika. Uśmiechnął się i wyszedł, obiecując, że wróci jak najszybciej i, co słyszałam po jego szybkich, ciężkich krokach, starał się jak mógł, bym nie musiała długo czekać. Czekałam w bezruchu na ich powrót, myśląc, jak wielkie mam szczęście, mając takiego przyjaciela. Byłam pewna, że nie zawahałabym się nigdy, by stanąć w jego obronie, wiedziałam też, że odpłaciłabym każdemu, kto by go skrzywdził. Niektórzy nazywali go drogocennym przyjacielem, dokuczając mu z powodu wartości obsydianu… ja jednak nigdy, odkąd go poznałam, nie widziałam w nim chodzących kamieni wartych fortunę… dla mnie od zawsze był przyjacielem, mogłabym się nawet posunąć do stwierdzenia, że był najbliższą mi osobą w tej drużynie, teraz i wcześniej, i wątpiłam, by kiedykolwiek coś się między nami trwale zepsuło.
                Mikur przyszedł po ledwie kilkunastu minutach, prowadząc za sobą Lancello. Nie miał już na sobie zbroi, po raz pierwszy udało mi się zobaczyć go wyłącznie w spodniach i luźnej, lnianej koszuli rozchełstanej pod szyją z rękawami podwiniętymi za łokcie. Wszedł do pokoju ze zmęczonym wyrazem twarzy i wzrokiem wbitym w podłogę, potargał sobie włosy, już i tak sterczące w nieładzie na wszystkie strony i dopiero wtedy zaszczycił mnie swoim spojrzeniem. Omiótł mnie z lekko poirytowaną, ale też, co mnie zaskoczyło, jakby zmartwioną miną… doprawdy, dość interesująca mieszanka…
– O co chodzi? – spytał z westchnieniem i rozejrzał się po pokoju, na moment uśmiechając się złośliwie, kiedy zobaczył okna zasłonięte grubymi materiałami, w żaden sposób jednak tego nie skomentował.
– Ktoś musi mi nastawić biodro, Mikur zaproponował, że ty to zrobisz najlepiej – powiedziałam, starając się lekko uśmiechnąć, choć obecność Lancello zawsze wywoływała we mnie bardzo dziwne uczucia… sprawiał, że w jego towarzystwie czułam się jakoś nieswojo, niepewnie.
– Dobrze zrobiłeś – zwrócił się do steina – a teraz zostaw nas proszę samych – dodał, a Mikur rzucił mi tylko krótkie spojrzenie, jakby chciał dodać mi otuchy i wyszedł z pokoju, obiecując, że będzie czekał pod drzwiami, gdyby był potrzebny.
– Dziękuję, że przyszedłeś i zechciałeś mi pomóc – odezwałam się, gdy tylko zostaliśmy sami i Lancello podszedł do łóżka, na którym leżałam.
– Dlaczego miałbym odmówić? – spojrzał na mnie jakby zdziwiony ale też lekko… urażony? – Ktoś z moich towarzyszy potrzebuje pomocy, której mogę udzielić, więc nie widzę tutaj żadnego problemu.
– Myślałam, że mną gardzisz, jako wampirem… a i wyniosłeś mnie z tamtego budynku, uratowałeś mi życie… i teraz też chcesz mi pomóc – powiedziałam cicho, wpatrując się w niego uważnie.
– Nie ma co zgłębiać tematu, była potrzebna moja pomoc to pomogłem, i tyle – przerwał, znów mierzwiąc sobie włosy z lekko poirytowanym wyrazem twarzy, po czym westchnął i spojrzał na moje biodro, okryte materiałem szlafroka. – Wiesz, że będziesz musiała się odkryć? Muszę cię zbadać zanim cokolwiek zrobię.
– Spodziewałam się tego – odparłam i odsłoniłam szlafrok; Lancello widząc moją nogę skrzywił się i westchnął, więc spytałam – aż tak źle?
– Nie, widziałem gorsze – stwierdził i przyklęknął na jednym kolanie na łóżku obok mnie – ale nie będę cię kłamać, będzie bolało jak cholera.
– Przed chwilą strzelano do mnie z mithrillowych bełtów, wbito mi mithrillowy sztylet prosto w brzuch i ugryzła mnie strzyga. Uwierz mi, dam radę – zapewniłam go, a on tylko skinął głową i zabrał się do pracy.
                Najpierw delikatnie, ledwie wyczuwalnie sunął koniuszkami palców po mojej skórze w okolicy stawu biodrowego, po chwili zaczął uciskać w pewnych miejscach, wywołując dotkliwy ból, ale jeszcze do wytrzymania. Wszystko to wykonywał z wystudiowaną, obojętną miną, wyrażającą pełne skupienie, naprawdę zdawał się wiedzieć, co robi. Nie upłynęło dużo czasu, aż jego działania stały się na tyle ingerujące, że, aby sobie ulżyć, co jakiś czas cicho posykiwałam lub pojękiwałam. Zastanawiałam się już, czy aby nie sprawia mi specjalnie więcej bólu niż to konieczne, kiedy ucisnął moje ciało tak mocno, że aż krzyknęłam. Oddychałam jeszcze głośno po dopiero co doświadczonym, przeszywającym bólu, gdy on odsunął dłonie od mojego biodra i spojrzał mi uważnie w oczy.
– Zdaje się, że już wszystko wiem. Jesteś gotowa? – spytał i położył jedną dłoń na moim biodrze, drugą objął moje udo… zaskakujące, jak delikatny miał dotyk mając jednocześnie tak duże i silne ręce…
– Tak.
– Na pewno, ostatecznie? – upewniał się, lekko ruszając dłońmi, jakby chciał wymasować moją skórę, albo może po prostu szukał lepszego ułożenia.
– Tak, rób co musisz – powiedziałam już nieco wkurzona, to oczekiwanie na ból było gorsze od samego bólu.
– Dobra, w takim razie na trzy. Raz, dwa…
                Zamiast „trzy” w pokoju rozległ się trzask kości wracającej na prawidłowe miejsce, a zaraz potem mój rozdzierający wrzask. Ból był naprawdę okropny, potrzebowałam chwili, by dojść do siebie. Lancello zdjął ręce z mojej nogi, chwycił mój szlafrok i zakrył mnie, jakby mój negliż już po wykonaniu przez niego zabiegu zaczął go krępować. Leżałam na łóżku, dysząc jak po przebiegnięciu parunastu kilometrów przez las, on tymczasem czekał w spokoju, aż się uspokoję. Wstał i przysunął sobie krzesło, siadając na nim przodem do oparcia, dzięki czemu mógł na nim oprzeć łokieć i podeprzeć głowę. Kiedy już się uspokoiłam, uniósł głowę i spojrzał na mnie z uśmiechem.
– Mam dla ciebie dwie dobre wiadomości. Pierwsza jest taka, że wszystko dobrze się udało i za parę godzin możesz z powrotem chodzić bez większych problemów. Druga, to że nie będzie ci w przyszłości samo wyskakiwać ze stawu – poinformował mnie i, o dziwo, miałam wrażenie, że naprawdę cieszy go to, że może przekazać mi takie wiadomości – tak więc nie masz się co martwić biodrem, wszystko będzie dobrze.
– Tak, biodrem może i nie mam co się martwić – wyszeptałam nadal lekko drżącym głosem – ale teraz uciekłam wbrew zakazowi z miasta i na pewno uznają, że to ja…
– O to też się nie martw, jak zabierałem razem z Valaradem nasze rzeczy z zajazdu przyszedł posłaniec od księcia i przekazał informację, że zostałaś uniewinniona – przerwał mi z lekkim uśmiechem.
– Naprawdę? Nie żartujesz? – spytałam zaskoczona, to było niemożliwe, by tak to się dobrze skończyło.
– Naprawdę. Jesteś oczyszczona ze wszelkich zarzutów – dodał, a ja uśmiechnęłam się szeroko, a w moich oczach zalśniły łzy radości.
– Aż nie chce mi się wierzyć – wyszeptałam i wbiłam wzrok gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie, co mnie spotkało w dopiero co opuszczonym mieście – tak wszystko dobrze zaplanował… nie wiem, dlaczego mój brat aż tak mnie nienawidzi…
– Nie zawsze między rodzeństwem jest tak jak się zdaje, że być powinno – odparł, a w jego głowie przez moment zabrzmiała jakby stalowa nuta groźby, podobna do tej, która dźwięczała podczas naszej rozmowy, gdy mi groził.
– Nie zawsze… więcej dobroci dostałam od obcych niż od Bugdusha… on potrafił podarowywać mi tylko cierpienie… nawet ty, chociaż mną gardziłeś, potrafiłeś okazać mi litość, dobro… – mówiłam cicho, odwracając twarz tak, by ukryć przed nim łzy spływające po moich policzkach.
– Widzę, że potrafisz się kontrolować i panować nad pragnieniem – odparł spokojnie – Mikur i Valarad ci ufają…
– Nie chcę nikogo skrzywdzić, nie wybaczyłabym sobie, gdybym zrobiła komuś to, co mi zrobiono, kiedy... już prawie dwa lata temu. Nigdy nie prosiłam się o zostanie wampirem, i gdyby tylko był sposób, to…
– Jest – przerwał mi, a ja spojrzałam na niego zaskoczona, zapominając, że chciałam ukryć przed nim łzy.
– Jak to?
– Alchemia bardzo się rozwinęła ostatnimi czasy. Jest antidotum na wampirię – wyjaśnił.
– Ja… chciałabym… ale to by mnie osłabiło… najpierw muszę pokonać brata… – szeptałam bardziej do siebie niż do niego, starając się przetrawić wiadomość, że jest dla mnie jakaś nadzieja.
– Twój wybór – odparł i znów zmierzwił swoje włosy, wpatrując się we mnie przenikliwie brązowymi oczami.
– Muszę być silna, żeby mieć z nim szanse… on mnie tak bardzo nienawidzi… – mówiłam cicho, czując, że za chwilę się rozpłaczę, nie chciałam, żeby Lancello był świadkiem mojej słabości, już i tak zbyt wiele jej pokazałam, więc powiedziałam do niego. – Mógłbyś mnie już zostawić, proszę… chcę być sama.
– Dobrze.
                Jego głos był spokojny i taki jakby… ciepły, pełen zrozumienia… dziwiła mnie ta jego zmiana nastawienia. Wstał i odstawił krzesło do stolika, po czym wyszedł już bez słowa, cicho zamykając za sobą drzwi. Słyszałam jeszcze jak mówi Mikurowi, że muszę odpocząć i proponował mu, żeby poszli się razem napić, na co stein ochoczo przytaknął. Zwinęłam się na łóżku i pozwoliłam już łzom płynąć… musiałam odreagować minione wydarzenia…

Przygnębienie i agresja

                Czułam się słaba… pozwoliłam doprowadzić się niemal do śmierci, odebrać sobie życie, które i tak niewiele było warte. Przecież ile warta jest matka, która porzuca swoje dziecko? Ona płakała, była przerażona… a ja wybiegłam od niej, jakbym uciekała, zostawiłam ją z obcymi ludźmi. Nie zasługiwałam, by żyć… być może Bugdush wysłużyłby światu przysługę, pozbywając się mnie… Bairre będzie lepiej, jeśli nigdy mnie nie zobaczy, niczym nie zasłużyła sobie na tak okropną matkę, a jednak przeklęty los zesłał jej mnie…
                To były dla mnie ciężkie dni. Mikur oprowadził mnie po sterowcu, pokazał pokój, do którego „pod żadnym pozorem mam się nie zbiżać”, bo mieszka tam Alphonse, ów jednorożec z tendencjami do alkoholu, zaprowadził mnie też do kantyny i łazienki… a raczej wielkiej łaźni z jacuzzi… ale nawet kąpiel w nim nie sprawiła mi radości, była przyjemna… ale w żaden sposób nie pomogła mi się zrelaksować. Wszystko, co kiedyś sprawiało mi radość, przestało mnie bawić, niemal całe dnie kryłam się w pokoju, w kantynie z resztą drużyny spędzałam ledwie godzinę dziennie po obiedzie, którego większość, w moim przypadku, i tak zostawała na talerzu i to nie tylko z powodu wątpliwych zdolności kulinarnych pirata Valarada, który został oddelegowany do gotowania… po prostu nie miałam chęci nic jeść. Tak naprawdę nie miałam nawet chęci, by żyć.
                Noce… noce spędzałam początkowo płacząc… później znów zaczynałam popadać w odrętwienie. Najpierw przepełniała mnie rozpacz i cierpienie… ból serca przewyższający o stokroć ten zadany mi przez oprawców w Dverg Morke. Dopiero po paru dniach dopadło mnie dobrze już znane mi uczucie obojętności… ledwo docierało do mnie co się dzieje wokół mnie, nawet już nie starałam się sprawiać wrażenia, że coś mnie interesuje… przestałam też przychodzić na posiłki… zamykałam się coraz bardziej w moim własnym świecie, pełnym bólu, wyrzutów i żalu do samej siebie… nienawiści wręcz za to, co zrobiłam mojej najukochańszej córeczce…
                Pewnego dnia, kiedy zatrzymaliśmy się w mieście słonecznych elfów, gdzie Valarad chciał coś zobaczyć, zeszłam do kantyny i zauważyłam, jak Troy podciąga rękawy z szerokim uśmiechem i przymierza się do uderzenia Lancello. Spojrzałam na nich, a awanturnik moje otępiałe spojrzenie najwyraźniej uznał za zainteresowanie, w każdym razie powiedział:
– Będę uczył Lancello wytrwałości, chcesz popatrzeć? – spytał ucieszony jak małe dziecko, któremu da się długo wyczekiwaną zabawkę, nie obchodziło mnie to jednak, więc tylko wzruszyłam ramionami i już miałam iść dalej, gdy zatrzymał mnie głos elfa.
– A może ty mnie nauczysz? – zaproponował, a ja aż się zatrzymałam zdziwiona i spojrzałam na niego.
– Ja?
– No tak, nie powiesz mi, że nie potrafisz tego – dodał, a w jego oczach ujrzałam wyzwanie…
               Zaczął zdejmować kurtkę i ledwo odrzucił ją na bok, od razu uderzyłam go pięścią w twarz. Na początku spojrzał na mnie zaskoczony, jednak już po chwili moja druga pięść zderzyła się z jego szczęką z drugiej strony. Przy pierwszym uderzeniu poczułam, jak cała frustracja, wszystkie negatywne emocje, które do tej pory się we mnie gromadziły, znajdują upust i wypływają ze mnie, wylewają się szerokim, rwącym strumieniem, o nurcie coraz bystrzejszym z każdym ciosem. Uderzałam go już nie by czegoś go nauczyć… biłam go, jakby to on był wszystkiemu winien. Okładałam pięściami jego twarz, ramiona, piersi… w końcu nie wytrzymał i mi oddał. Na początku odsunęłam się zszokowana, jednak szybko otarłam krew z rozciętej wargi i znów rzuciłam się na niego z cichym warknięciem, odsłaniając nieco zęby, ale nie z zamiarem użycia ich… kopnęłam Lancello w szczękę, a ten zręcznie chwycił moją stopę i przewrócił mnie na ziemię. Nie pozostałam mu dłużna – podcięłam mu nogi i już po chwili tarzaliśmy się po podłodze, na zmianę okładając się po różnych częściach ciała, w różnych pozycjach – raz to mi udawało się przygnieść go do parkietu, raz to ja leżałam unieruchomiona… oddałam się w pełni pierwotnym instynktom, zapominając o otaczającym mnie świecie… liczyła się tylko złość i agresja… bezsilna wściekłość…
                W końcu, ledwo żywy, Lancello pozbierał się z podłogi, unosząc ręce ku górze, że już wystarczy. Mi jednak nadal było mało… zobaczyłam stojącego obok Mścibora… był cherlawy, więc nie sądziłam, by przetrwał bójkę ze mną, zaproponowałam więc, że nauczę go ogłuszać. Nie było to aż tak satysfakcjonujące jak bójka z elfem, ale pozwoliło choć na moment jeszcze utrzymać ten nastrój… kiedy Mścibór załapał, o co chodzi, rozejrzałam się po kantynie, ścierając krew z ust i dłoni, których knykcie pozdzierałam sobie przez silne uderzenie w drewnianą podłogę, gdy Lancello jakimś cudem uniknął mojego ciosu mknącego prosto w jego nos. Elf siedział teraz na ławie i dotykał dłonią swoją szczękę, co zdawało się przynosić mu ulgę… no tak, miał moc zimna, Mikur mi mówił, że to on wysłał tamtą strzałę, która rozwaliła ścianę budynku… zapewne tak łagodził skutki walki. Spojrzałam na moje dłonie i zobaczyłam, że rany już zaczynają się goić, a sińce nawet nie zdążyły ukazać się w pełnej krasie, a już blakły, by za kilkanaście minut wrócić do naturalnej bladości. Byłam wampirem, potworem… takie urazy były dla mnie niczym…
                Valaradowi udało się wyczytać w bibliotece coś o Oku Magii i odnalazł kilka potencjalnych lokalizacji, gdzie moglibyśmy je znaleźć, obraliśmy więc kurs na jedną z nich w okolicach miast morskich elfów. Czekały mnie kolejne długie dni… dni i noce, podczas których mogłam godzinami rozmyślać. Żeby oderwać swoje myśli, zaczęłam czytać księgi z czarną magią i psioniką, które znalazłam w naprawdę świetnie wyposażonej bibliotece… na niewiele jednak to się zdało – nie nauczyłam się niczego, moje myśli wciąż błądziły wokół tego, kim się stałam… jak nisko upadłam…

Pragnienie śmierci

                Pewnego dnia, kiedy zostałam trochę dłużej po posiłku w kantynie, podszedł do mnie Mścibór. Nie miałam z nim zbyt wiele wspólnego, niewiele rozmawialiśmy, a i tak w każdej rozmowie rozpływał się w zachwycie nad moimi zdolnościami, które w jego mniemaniu były darem, którego nie wykorzystuję w pełni, choć mogłabym tak cudownie wielbić Nelmnara… obawiałam się, że i teraz będzie zamierzał przekonać mnie, że jestem Cudem Stworzenia, jak zwykł się do mnie zwracać…
– Witaj, moja droga – odezwał się, skłaniając się i przysiadając obok.
– Witaj – odparłam niepewnie, oczekując na jego kolejny wywód.
– Przyszedłem porozmawiać.
– O czym? – spytałam z rosnącym lękiem.
– O tym, jakie piękne masz dary, aby nieść śmierć – odpowiedział z dobrze mi już znaną fascynacją.
– Ale ja wcale nie chcę nieść śmierci – zaoponowałam zmęczonym głosem.
– Ale niesiesz ją, dzięki niej żyjesz. Zaiste, to bardzo ciekawe, jak utrzymujesz się przy życiu, czerpiąc ze śmierci.
– Nie zawsze muszę zabijać – wyjaśniłam cicho, sącząc słabe wino z kielicha.
– Pozbawiasz istoty krwi. Większość istot, które ją posiadają przez to umiera. A nawet jeśli sama ich nie zabijasz, przyczyniasz się do ich umierania. Ależ nie patrz tak na mnie – poprosił, kiedy zobaczył mój coraz bardziej przerażony wzrok… bałam się nie jego, tylko jego chorych, spaczonych poglądów… – To co czynisz jest piękne. Nelmnar wybrał cię na swego posłańca. Abyś niosła wśród tych wszystkich istot śmierć, była jego żniwiarzem i głosem. Moce jakie posiadłaś są cudownym darem od Nelmnara. W dodatku jesteś istotą żywą. Jesteś pięknym dowodem na to, że życie może oprzeć się na śmierci, a śmierć być wybawieniem.
– Śmierć wcale nie musi być taka piękna i zbawienna jak mówisz – wręcz wyszeptałam ze smutkiem, przypominając sobie co się stało, kiedy umarłam… i gdy się później przebudziłam – może być utrapieniem.
– Mylisz się – stwierdził, kręcąc głową jakby z politowaniem nad moim rozumieniem tego – spójrz na prosty przykład. Matka rodzi dziecko, ale nie chce go, więc ma dwa wyjścia pozostawić je przy życiu i porzucić, albo zabić – powiedział, a ja zdrętwiałam, obawiając się tego, co powie dalej. –  Jeżeli daruje mu życie, ale porzuci je, to skazuje je na wieczne męczarnie. Dziecko będzie żyć, w przekonaniu, że nie może osiągnąć tego co pragnie, że nie może zaznać szczęścia jakie posiadają inni, którzy posiadają rodziny. Będzie w wiecznym bólu dążyć do swoich ostatnich dni, pogłębiając się w samotności i smutku – przerwał na chwilę swój wywód, którego każde, najdrobniejsze nawet słowo wbijało się głęboko w moje poharatane serce – nie zazna szczęścia, a jedyne czego będzie pragnąć to śmierci, jednocześnie nienawidząc i przeklinając rodziców, którzy je porzucili ­– mówił dalej, zupełnie nie zauważając, że patrzę na niego oczami pełnymi łez, wyglądał jakby sam uciekł gdzieś myślami daleko w dal – odda się jedynemu co da jej ukojenie… dążeniu do śmierci, bólu, który ukoi smutny ból życia w samotności… lub też –  dodał, a ja, choć pewnie powinnam nie zwracać uwagi na dalsze jego słowa, słuchałam ich niczym rasowa masochistka – ­ matka mogłaby zabić dziecko. Jeżeli by to uczyniła, oszczędzi mu wszelkiego cierpienia jakie daje ten świat. Jego dusza będzie w bezpiecznym miejscu, gdzie nigdy nie zazna krzywdy, ani smutku… u sprawiedliwego Nelmnara.
                Skończył swój długi wywód, a ja już nie potrafiłam tłumić emocji, które mną owładnęły, gdy go słuchałam. Całe moje ciało zaczęło drżeć, a łzy płynęły już po mojej twarzy strumieniami. Zerwałam się od stołu i stanęłam krok od Mścibora, po czym zaczęłam wrzeszczeć… nie mogłam… nie potrafiłam tego znieść… to, co on mówił nie mogło być prawdą…
– Zamknij się! Jesteś kompletnie pojebany! Ty cholerny, fanatyczny psychopato! Co ty możesz wiedzieć o tym!
                Wykrzykiwałam do niego te słowa i już unosiłam rękę, chcąc go uderzyć, jednak cofnęłam ją i wybiegłam z kantyny, pragnąc tylko by jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od niego. Ból… okropny ból rozlewał się w moim sercu przez jego słowa… według niego zrobiłam coś gorszego od zabicia własnego dziecka… może i miał rację...
                Wbiegłam do swojego pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi tak mocno, że aż zadźwięczały stalowe ściany sterowca. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam już otwarcie płakać. Szlochałam na głos, łzy jednak nie przynosiły mi żadnego ukojenia… w głowie telepały mi się słowa Mścibora…  nie zazna szczęścia… ból życia w samotności… co ja zrobiłam… los zesłał mi najcudowniejszy dar na tym świecie, a ja tak po prostu…
                Usłyszałam kroki na korytarzu i dobijanie się Manro do drzwi, ale zablokowałam zamek, używając mocy kości i krzyknęłam, by zostawił mnie w spokoju… później jego miejsce zajął Mścibór… nie chciałam go widzieć, słyszeć, nawet czuć jego zapachu…
– Słuchaj…
– Odejdź! – krzyk i cicha inkantacja… potem jęk bólu, gdy człowieka przed moimi drzwiami otoczyła raniąca ciemność…
– Posłuchaj. Wiem co się stało. Teraz przynajmniej twoje dziecko może zaznać spokoju. Na pewno jest szczęśliwe, więc nie troskaj się – mówił, a ja nie wierzyłam w ani jedno jego słowo… musiał dowiedzieć się od drużyny, że byłam w ciąży, żaden z nich jednak nie znał prawdy… – jest bezpieczne – dodał, a ja znów posłałam w jego stronę atak, tym razem silniejszy, niż poprzedni, jednak nie na tyle silny, by go zabił… jeszcze nie.
– Odejdź! Bo zginiesz! – zagroziłam, a Mścibór, najwyraźniej czując, że nie żartuję, odkuśtykał spod moich drzwi, zostawiając mnie samą.
                Miałam dość życia… chwyciłam sztylet i zaczęłam mu się przyglądać. Stalowe ostrze błyszczało delikatnie w półmroku pokoju, odbijając te nieliczne promienie, którym udało się przedostać przez grube zasłony. Wyglądało tak kusząco… nagle zapragnęłam poczuć jego ostrość… zobaczyć, jak tnie moją skórę. Chciałam widzieć, jak krew wypływa z mojego ciała, czuć, jak wraz z nią upływa moje życie, jak z każdą kroplą oddalałabym się z tego świata, płacąc w ten sposób za krzywdy, jakie wyrządziłam córce…
                Odsłoniłam przedramię i przyłożyłam sztylet do skóry, nacinając ją delikatnie… krew, życiodajna krew, spłynęła po mojej ręce w dół, aż do palców, gdzie zebrała się w kroplę i spadła na pościel, znacząc jej biel jasną czerwienią. To był tak piękny widok… nagle zaczęłam marzyć, aby całe łóżko zabarwiło się na ten cudowny kolor… zwiastujący życie… i śmierć… Mścibór miał rację – ona naprawdę może być zbawieniem…
                Rozejrzałam się wokół, chcąc znaleźć jakąś kartkę, napisać list dla drużyny, zwłaszcza dla Mikura, dlaczego zdecydowałam się ich opuścić… nie zdążyłam jednak wstać z łóżka, gdy usłyszałam głośne walenie w drzwi i krzyk mojego przyjaciela, wyraźnie zdenerwowany.
– Vivienne, do cholery, w tej chwili otwieraj te przeklęte drzwi! – wrzasnął, bijąc pięścią w stal tak silnie, że zrobił wgniecenia w płycie. – Jak nie otworzysz, to przysięgam na Behemotha, wyważę je!
– Zostaw mnie! Odejdź! – krzyknęłam… jak on śmiał przerywać mi tę chwilę… jak mógł przeszkodzić mi, kiedy już się pożegnałam z tym światem i kiedy się pogodziłam, że wszystkim będzie lepiej beze mnie…
– Ani mi się śni! Otwieraj! – nie ustępował, nadal waląc w drzwi.
– Wynoś się! Daj mi spokojnie odejść!
– No weź przestań, co ty planujesz? – spytał się już nieco ciszej, choć nadal podniesionym tonem.
– Ja nie chcę już żyć, rozumiesz?! – wrzasnęłam w odpowiedzi, ściskając rękojeść sztyletu tak silnie, że aż pobielały mi knykcie. – Wszystkim będzie lepiej beze mnie!
– Co ty za bzdury gadasz! Daję ci ostatnią szansę, otwieraj albo, do cholery, wyważę te drzwi! – krzyknął wyraźnie wkurzony.
                Nie odpowiedziałam mu nic… przecież nie uda mu się tak szybko wyważyć stalowych drzwi… miałam czas, a ostrze sztyletu coraz bardziej ze mną pogrywało, igrając odbłyskami światła. Znów przyłożyłam je do swojej ręki z zamiarem wbicia go głębiej, jednak pieprzony instynkt przetrwania odraczał tę decyzję… trwałam tak, wahając się… nie zważałam na odgłosy z zewnątrz, głuche uderzenia kamiennego ciała Mikura o drzwi były tak nieistotne przy biciu mego serca i szumie krwi w uszach… to tak szybko, tak łatwo mogło ucichnąć…
                Zaczęłam wbijać mocniej ostrze dokładnie w chwili, gdy drzwi wypadły z hukiem do wnętrza mojego pokoju, a w wejściu stanął wściekły Mikur.
– Co ty sobie wyobrażasz!? – wrzasnął, niemal szarżując w stronę mojego łóżka.
–  Co tu się dzieje? – nim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam głos Lancello, a po chwili do mojego pokoju po wyważonych drzwiach weszły dwa elfy – leśny i krwawy
–  Nie chcę już żyć! Zostawcie mnie w spokoju! – krzyknęłam, a w moich oczach pojawiły się łzy, bólu, żalu, wściekłości… bezsilności…
–  Skoro taka jest twoja wola – powiedział cicho Lancello i nagle rzucił we mnie sztyletem, który wyjął nie wiadomo kiedy, nie wiadomo skąd… musiał mieć to opanowane do perfekcji, albo przygotował się wcześniej…
                Ostrze noża wbiło się w moją prawą stopę. Poczułam piekący ból… mithrill… wrzasnęłam i wyrwałam sztylet z mojego ciała, po czym odrzuciłam go na podłogę. Nie zmieniło to jednak tego, że z mojej stopy sączył się strumyk krwi, a rana nadal paliła żywym ogniem… poczułam jak powoli opanowuje mnie wściekłość i, choć szybko udało mi się ją odsunąć, upchać w najciemniejszym kącie, to wykrzyczałam:
– Co ty robisz, idioto?!
– Spełniam twoje życzenie. Co, nieprzyjemnie? Nadal chcesz umierać? Mam jeszcze kilka takich, mogę ci pomóc – powiedział jakby… wściekły, a może zirytowany… nie miałam pojęcia, nie interesowało mnie to…
– Daj mi spokój… – wyszeptałam wręcz i zwinęłam się na łóżku, chcąc już tylko by mnie zostawili… by dali mi kontynuować to, co przerwali… złość wyparowała przy pierwszym okrzyku, teraz znów pozostało wyłącznie odrętwienie….
– A ty znowu będziesz się chciała zabić? Ani mi się śni – odparł i założył ręce na piersiach, najwyraźniej nie mając najmniejszego zamiaru się ruszyć.
– Co tu się… – usłyszałam głos Mścibora, jednak, nim skończył, Mikur przerwał mu brutalnie w pół zdania.
– Wynoś się stąd! – krzyknął na niego i chwycił go za kołnierz, po czym wyrzucił z pokoju, idąc za nim.
                Usłyszałam szamotaninę, krzyki Mikura i Mścibora, do których po chwili dołączył Manro… wypowiedział kilka inkantacji i hałas ucichł… sama… tak bardzo chciała zostać sama… ale Lancello i Valarad wciąż tam stali…
– Słuchaj, wiemy już co się stało z twoim dzieckiem, Mścibór ani nikt inny więcej już nie będą gadać ci takich bzdur – zaczął Lancello, podchodząc do mnie powoli i przeszukując sakwę zawieszoną u pasa.
– To wszystko moja wina… nie zasługuję, by żyć… – wyłkałam, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści sztyletu.
– Nieprawda – zaprzeczył i wyjął fiolkę z przezroczystym płynem – wypij to, pomoże ci się uspokoić – powiedział, podają mi ją.
– Nie będę nic piła.
– Wypij, albo cię zmuszę – zagroził, jednak znów stanowczo odmówiłam – sama tego chciałaś – powiedział i podszedł do mnie – Valarad, przytrzymaj ją.
                Pirat chwycił mnie za kark i odchylił moją głowę. Starałam się wyrwać, ale był silniejszy… Lancello załapał moją twarz i rozszerzył mi usta, po czym wlał mi do gardła płyn z fiolki. Miał lekko ziołowy posmak i czułam, że zrobiono go na bazie alkoholu… zakrztusiłam się… kiedy mnie puścili, kaszlałam jeszcze chwilę, po czym spojrzałam wściekła na Lancello.
– Jak śmiałeś…
– Po prostu – wzruszył ramionami – to ci pomoże.
– Wynoś się… zostaw mnie samą… – rzuciłam cicho i znów zwinęłam się na łóżku, jakbym chciała stać się jak najmniejsza.
– Za chwilę to zrobię, ale najpierw wysłuchasz, co chcę ci powiedzieć. To, co chcesz zrobić, nie jest rozwiązaniem żadnej sytuacji, samobójstwo popełniają tylko tchórze… sądziłem, że ty do nich nie należysz… – wygłaszał przemówienie tonem sugerującym, że nie warto mu przerywać, z takim wyrazem twarzy, taką pewnością... że nie byłam w stanie oderwać od niego oczu – nie po to wynosiłem cię z tamtego budynku, żebyś teraz miała się zabić, ale jeśli będziesz chciała, to proszę bardzo – powiedział, wyjął zza pasa sztylet i wbił go w stolik nocny – zrób to tym sztyletem, jest mithrillowy, będziesz miała pewność, że zabijesz się jednym ciosem. Jeśli jednak zdecydujesz inaczej, przedstawię ci moją propozycję. Przynieś mi wtedy ten sztylet i porozmawiamy na spokojnie – zakończył swój wywód, wpatrywał się jeszcze przez chwilę prosto w moje oczy, po czym przeniósł spojrzenie na pirata – Valarad, wychodzimy.
                Wyszli, zostawiając mnie samą… kiedy ucichły ich kroki i zostałam sama, zaczęłam się zastanawiać… oni nie wiedzieli… nie mogli wiedzieć, dlaczego tak naprawdę chciałam odebrać sobie życie. Myśleli, że to z powodu śmierci mojej córki… nie mieli pojęcia, że to przez moją decyzję… mój własny wybór, do którego nikt mnie nie zmusił… myślałam, że dam sobie z tym radę, że zniosę rozłąkę z Bairre… byłam jednak zbyt słaba, by unieść konsekwencje własnych czynów…
                Próbowałam jeszcze raz unieść sztylet, jeszcze raz spróbować, ale mikstura Lancello zaczęła już działać i ostrze wysunęło mi się z dłoni… moje myśli zaczęły się rozbiegać, oczy przymykać, aż w końcu zasnęłam… po raz pierwszy od dawna, dzięki ziołom, zasnęłam spokojnym snem, nienękana koszmarami…

Obietnica

                Nie wiem, jak długo spałam… straciłam rachubę czasu… w końcu jednak, gdy już się obudziłam, pierwszą rzeczą, na której spoczął mój wzrok, był sztylet Lancello wbity w blat. Przypomniałam sobie jego wczorajsze słowa… rana w mojej stopie zadana nożem już się zregenerowała, więc bez problemu wstałam, założyłam rękawiczki i wyrwałam z blatu mithrillowe ostrze, kierując się na poszukiwanie Lancello.
                Znalazłam go w bibliotece. Siedział, ubrany w luźny strój, i czytał jakąś książkę o ziołach. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się z miną, jakby się mnie spodziewał. Podeszłam do stolika i położyłam sztylet na księdze, po czym spojrzałam mu w oczy. Uniósł głowę i odwzajemnił spojrzenie, przyglądając mi się wyczekująco, wyraźnie czekając, aż ja się pierwsza odezwę.
– Zdecydowałam – powiedziałam, choć głos lekko mi zadrżał, jakbym nie była do końca pewna decyzji… nie miałam jednak nic do stracenia, zawsze mogłam zmienić zdanie…
– Cieszy mnie to – odparł i uśmiechnął się, miałam wrażenie, że naprawdę szczerze…
– Co to za propozycja? – spytałam.
– Chcę ci zaoferować moją pomoc. Wiem, że już Otr wyraził chęć wsparcia cię w uporaniu się z bratem i również jestem skłonny do niego dołączyć – oznajmił, a ja aż lekko rozchyliłam usta z zaskoczenia… nie spodziewałam się takiej deklaracji po kimś, kto jeszcze parę dni wcześniej podczas rozmowy ze mną beztrosko bawił się sztyletem. – Z Mikurem jesteś w tak bliskich, przyjacielskich relacjach, że nie mam wątpliwości, czy zechce też ci pomóc. Nie mam pewności co do Valarada, ale wątpię, by odmówił ci pomocy. Rozumiem, że cierpisz… ale wiedz, że nie jesteś sama. Widziałem, jak ciężka dla ciebie jest sprawa z bratem i jak bardzo zależy mu na twojej śmierci, obiecuję ci więc, że możesz liczyć na moją pomoc w tej kwestii.
                Zaskoczył mnie. Opadłam na krzesło stojące tuż obok mnie i spojrzałam na Lancello, zastanawiając się, jakie są jego pobudki. Nie wiedziałam, czy w coś pogrywa, czy to jest szczera chęć pomocy… zupełnie nie wiedziałam, jak się do tego odnieść, więc przez moment milczałam, starając się to przetrawić. Przeanalizowałam pokrótce zdarzenia ostatnich dni i doszłam do wniosku, że ani razu nie zrobił czegoś, co mogłoby być alarmem dla mnie, by mu nie ufać, wręcz przeciwnie – pomógł mi, gdy tego potrzebowałam, nie oczekując nic w zamian. Być może faktycznie przekonał się, że nie jestem taka jak inne przemienione wampiry, które dane mu było spotkać, i zaczął widzieć we mnie nie potwora do likwidacji… a człowieka…
– Dziękuję… przyznam, że mnie zaskoczyłeś – powiedziałam zupełnie szczerze i znów zamilkłam na chwilę, szukając słów, żeby dobrze ująć to, co dalej chciałam mu przekazać; Lancello tymczasem cierpliwie czekał, patrząc na mnie z wręcz stoickim spokojem osoby, która wiele w życiu przeszła i wiele już widziała – ja… naprawdę nie wiem co powiedzieć – odezwałam się po chwili, kiedy każde zdanie, które przychodziło mi na myśl, zdawało się być niewłaściwe.
– Nie musisz nic mówić, pomagając ci zrobię to, co uważam za słuszne – powiedział tonem sugerującym, że dla niego ten temat jest zakończony.
– Bardzo ci dziękuję, naprawdę… nie wiem, jak ci się odwdzięczyć…
– Nie masz za co dziękować – odparł i uśmiechnął się, biorąc sztylet z księgi i zamykając ją – skończyłem na dzisiaj czytanie, idę się napić do kantyny. Dołączysz? Może dobrze ci to zrobi – zaproponował, a ja skinęłam głową.
                Wstał od stołu i odłożył książkę na regał, po czym podszedł do drzwi i otworzył je, przepuszczając mnie przed sobą, tym razem jednak wyglądało mi to bardziej na kurtuazję niż ostrożność. Idąc do kantyny, rozmawialiśmy o tym, co może nas czekać w miejscu, do którego lecieliśmy. Przyznam, że za bardzo nie interesowało mnie zdobywanie legendarnych broni czy artefaktów, ale pogawędka o tym toczyła się w lekkim tonie i pozwalała mi na oderwanie się myślami, nie miałam więc nic przeciwko kontunuowaniu jej.
                Lancello udało się dać mi to, co odebrano mi w Dverg Morke… dał mi nadzieję… dzięki niemu wierzyłam, że są na świecie istoty, którym mój los nie był obojętny… i którzy z pewnością mi nie byli obojętni. Nadal nie potrafiłam sobie wybaczyć tego, że oddałam Bairre… widziałam jednak delikatne światełko nadziei… tak delikatne, jak dopiero co zapalony płomień świecy, rozpraszający już mrok, ale nadal tak wątły, że byle powiew wiatru bez problemu by go zagasił… ale był i dał mi siły, by budzić się co rano i nie chcieć, by ten dzień był ostatnim... bo wierzyłam, że kiedyś dane mi będzie wrócić do mojej najdroższej córeczki… o niczym innym nie marzyłam…
          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz