Koszmary
Byliśmy w jakimś ciemnym lochu. Wokół wrzała walka, co chwila padał kolejny członek drużyny. Mikur i Lancello ostatkiem sił starali się ustać na nogach, ich ciała były srogo pokaleczone od licznych ciosów. Spojrzałam na własne dłonie i zobaczyłam ściekającą po nich krew, skapującą na twardą i zimną posadzkę, którą czułam pod bosymi stopami. Spojrzałam w dół i zobaczyłam zakrwawione zawiniątko… pochyliłam się i podniosłam je… z moich ust wydarł się przeraźliwy wrzask, gdy odchyliłam zakrwawiony materiał i ujrzałam niebieskie oczka Bairre, nieruchome i martwe… jej ciało było lodowate, całe sine, pokryte krwią… usłyszałam kroki i głos, którego tak się bałam…
– Zamknij mordę! – krzyk Bugdusha zagłuszył moje wrzaski, a silny cios w twarz po chwili zupełnie je przerwał. – Zabiję cię, ty suko… ale najpierw będziesz obserwowała śmierć każdego, kto będzie ci bliski… – obiecał i skinął swoim orkom… chwycili po dwóch Lancello i Mikura i odcięli im głowy, rzucając mi pod kolana… patrzyłam, jak toczą się w moją stronę i znów zaczęłam krzyczeć…
Obudził mnie mój własny wrzask. Otworzyłam natychmiast oczy i rozejrzałam się wokół, szukając pod poduszką skrytego tam sztyletu. Koszula nocna przykleiła mi się do ciała, cała mokra od potu, a pojedyncze kosmyki włosów opadły mi na twarz, lepiąc się do wilgotnego czoła. Oddychałam szybko i ciężko, nie mogąc złapać tchu i uspokoić się po dopiero co przerwanym koszmarze… miałam dość… zupełnie dość ciągłego budzenia się w nocy, przeżywania coraz to nowych okropieństw we śnie…
Spojrzałam na zegarek i, widząc, że nie wybiła jeszcze północ, przebrałam się w lekką, lnianą suknię i wyszłam z pokoju. Po walce w lesie poszłam spać od razu po powrocie, wszyscy zresztą szybko rozeszliśmy się do swoich pokojów… miałam nadzieję, że Lancello nie będzie miał mi za złe, jeśli go zbudzę. Nie wiedziałam, dlaczego chciałam iść w tamtej chwili akurat do niego, nie znałam go ani tak dobrze, ani tak długo, jak Mikura, a jednak coś ciągnęło mnie, żeby to jego odwiedzić… nie miałam też pojęcia, dlaczego znalazł się w moim koszmarze razem z moim kamiennym przyjacielem i moją córką… owszem, może i zaczynałam coraz bardziej mu ufać, traktowałam go jako naprawdę dobrego towarzysza… ale nie miałam pojęcia, dlaczego ciągnęło mnie wtedy akurat do niego… pomyślałam, że pewnie dlatego, że on może mi dać miksturę, która zapewni mi spokojny sen… tak, to na pewno o to chodziło…
Nie zastanawiałam się jednak nad tym dłużej. Zeszłam piętro niżej i zapukałam do drzwi jego pokoju. Otworzył mi po chwili, z włosami rozczochranymi jeszcze bardziej niż zwykle, i tylko to i jego strój pozwoliły przypuszczać, że wyrwałam go ze snu – wzrok miał całkowicie przytomny, kiedy spojrzał na mnie zaskoczony, z wyraźnym zapytaniem. No tak, zapewne nie spodziewał się nikogo, zwłaszcza mnie, o tak później porze po drzwiami swojego pokoju. Świadczyć o tym mógł też jego strój – stał przede mną ubrany wyłącznie w luźne spodnie, sięgające do kolan, dzięki czemu po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć jego pierś i ramiona… starałam się powstrzymywać, by nie przyglądać się jego torsowi, i to nie tylko ze względu na jego wyrzeźbione mięśnie. Od zewnętrznego krańca jego lewego obojczyka, niemal aż do biodra z prawej strony biegła ukośna, poszarpana blizna, na szerokość mniej więcej mojego palca… była wręcz paskudna i nie wyobrażałam sobie nawet, jaki ból musiała zadawać rana, po której została…
Przeniosłam wzrok z powrotem na twarz Lancello, starając się nie zerkać na jego pierś. Blizna u nasady jego nosa, sięgająca aż do policzka, wydawała się teraz dużo delikatniejsza niż wcześniej… była niemal jak delikatnie zadraśnięcie… przymknęłam oczy na moment, opanowując szok, jaki przeżyłam na ten widok, po czym spojrzałam w jego brązowe oczy i wyjawiłam, po co się zjawiłam o takiej porze.
– Lancello, bardzo cię przepraszam, że przychodzę tak późno… ale mam już dość koszmarów… masz jeszcze trochę tej mikstury, którą ostatnio mi… podałeś? – spytałam, a on tylko skinął głową i otworzył szerzej drzwi, gestem zapraszając mnie do środka.
Weszłam do pokoju i stanęłam na środku, nie za bardzo wiedząc, co robić. Jedyną różnicą, od mojej ostatniej wizyty tutaj ledwie kilka godzin wcześniej, była zbroja wisząca na stojaku tuż przy drzwiach i ubrania leżące na skrzyni, a obok dzbanka z wodą, na stoliku nocnym, stała pękata karafka z lekko zielonkawym, choć przejrzystym płynem. Lancello stanął obok mnie i z uprzejmym uśmiechem zaprosił mnie, żebym usiadła na łóżku, sam natomiast podszedł do stolika i przysunął sobie krzesło, siadając na nim okrakiem, przodem do oparcia, tak jak siedział przy mnie po nastawieniu mi biodra. Obserwowałam jego ruchy, zauważyłam więc, kiedy tylko się odwrócił, kolejne blizny na jego ciele… dwie ukośne szramy, równie szerokie co ta biegnąca przez jego pierś, krzyżujące się na wysokości nerek. Skrzywiłam się, widząc to, starałam się jednak nie dać po sobie poznać, jakie to wrażenie na mnie wywarło… były przerażające, nie tyle szpetne, co po prostu… wolałam się nawet nie zastanawiać, jaki ból musiały sprawiać te rany, gdy były świeże…
– Przepraszam, że cię obudziłam – powiedziałam, gdy siadał, będąc już pewna, że spał, ponieważ łóżko, choć zaścielone, wyraźnie nosiło ślady świadczące o tym, że ktoś chwilę wcześniej na nim leżał.
– Nic się nie stało – spojrzał na mnie uważnie, opierając przedramiona na oparciu – interesuje mnie raczej powód twojej wizyty.
– Ciągle mam koszmary, już wcześniej mi się zdarzały, ale od Dverg Morke pojawiają się co noc, z każdym razem coraz straszniejsze, okrutniejsze... nie chcę już tego oglądać, chciałabym w końcu móc spokojnie przesypiać noce, ta mikstura od ciebie... masz jeszcze? – spytałam cicho, lekko drżącym głosem, spoglądając na Lancello spod przymrużonych powiek z głową nieco pochyloną, nerwowo gniotąc w dłoniach materiał sukni na moich udach.
– Mówiąc szczerze, wolałbym ci jej więcej nie podawać – odparł z westchnieniem, przyglądając mi się z wyraźną troską – sen po niej jest mało krzepiący i nie daje dobrego odpoczynku, w ciągu paru dni się wykończysz.
– Ale na pewno jest i tak o wiele bardziej krzepiący niż brak snu... budzę się często około północy, czasami trochę później i nie mogę zasnąć do samego rana... nie daję już rady, naprawdę, nie potrafię – powiedziałam, tracąc powoli kontrolę nad moim głosem i czując ścisk w gardle oraz napływające do moich oczu łzy… opuściłam głowę, wbijając wzrok w moje dłonie, na które po chwili spadło parę słonych kropel…
Lancello, widząc, że zaczynam płakać, wstał z krzesła i sięgnął do szuflady w stoliku nocnym, wyjmując stamtąd płócienną chusteczkę i podając mi ją w milczeniu. Chwyciłam materiał i delikatnie zaczęłam ocierać mokre policzki.
– Też miewam koszmary, więc rozumiem, o co ci chodzi – wyznał, a ja uniosłam na niego zaskoczony wzrok – mogę dać ci miksturę, z której sam korzystam – podniósł ze stolika nocnego pękatą karafkę i zakręcił nią; mój wzrok znów zbłądził na jego bliznę, tam, w lekkim półmroku, wyglądała na jeszcze gorszą niż chwilę wcześniej… może jego koszmary miały jakiś związek z tymi bliznami…
– Ty… ty też? – wydukałam cicho, dla człowieka zapewne ledwie słyszalnie, elf natomiast usłyszał moje słowa bez większego problemu.
– No tak… każdy ma jakieś wspomnienia lub rzeczy, które go nawiedzają, ja również – wzruszył ramionami z westchnięciem i ponownie usiadł na krześle.
Spojrzałam na niego, zastanawiając się, co też się stało w jego życiu… te blizny… takich śladów nie pozostawiają byle jakie ostrza… kilkakrotnie już otwierałam usta, chcąc zadać pytanie, czy mają one związek z tymi wspomnieniami, za każdym jednak szybko je zamykałam… bałam się, że mogłabym go urazić, a tego bardzo bym nie chciała… parę razy, mimowolnie, znów zerknęłam na bliznę na jego klatce piersiowej, szybko jednak starałam się znów przenieść wzrok gdzie indziej, kątem oka ujrzałam wpatrującego się we mnie Lancello, spojrzałam więc mu prosto w oczy…
– Tak, ta blizna jest związana z tym wspomnieniem, zauważyłem już wcześniej, że spoglądałaś – odpowiedział na moje niezadane pytanie, a ja poczułam wstyd, że widział moje spojrzenia… nie chciałam, by uznał je za nachalne…
– Przepraszam, ja nie chciałam… po prostu – wymamrotałam i opuściłam zawstydzona wzrok, wbijając go w dłonie, gniotące tym razem chusteczkę.
– Nie przejmuj się, wiem jak wygląda – uspokoił mnie i zaśmiał się lekko przy kolejnych słowach – paskudna, nie?
– Nie, wcale nie! – zaprzeczyłam szybko, od razu podnosząc na niego wzrok… te blizny nie wyglądały paskudnie czy odpychająco… były przerażające, ale jakoś nie potrafiłam ich postrzegać jako szpecących…
– Skoro tak uważasz – powiedział powoli i spojrzał na mnie zaciekawiony, po czym delikatnie się uśmiechnął – mam pomysł. Jeśli jesteś ciekawa, to opowiem ci o moim koszmarze, a ty opowiesz swój. Może ci to pomoże, jak nie, podzielę się z tobą miksturą – zaproponował, a ja zamilkłam, rozważając jego propozycję, doszłam jednak do wniosku, że przecież nic w ten sposób nie stracę…
– Możemy spróbować – odpowiedziałam po chwili niemal szeptem, pociągając lekko nosem – chcesz zacząć?
– Mogę zacząć – zgodził się i na moment ucichł, jakby składał w myślach słowa, po czym zaczął swoją opowieść – eh… to było dawno… bardzo dawno temu. Walczyłem z potężnym przeciwnikiem, lecz byłem za słaby, to on dał mi te blizny – pokazał na pierś i twarz z lekkim uśmiechem, który bardzo szybko jednak zniknął z jego twarzy, gdy kontynuował, zastąpił go natomiast grymas zawziętości… pragnienie zemsty, które sama tak dobrze poznałam… – Zabił drogą mi osobę, która próbowała mnie ratować. Często we śnie widzę właśnie jej martwe ciało w mych ramionach i jej krew spływającą po mych rękach… wtedy krzyczę z całych sił i padam wyczerpany. Zwykle wtedy się budzę – zakończył i spojrzał na mnie, wracając wzrokiem, wcześniej skupionym na jakiś odległych wydarzeniach, wbitym pusto w przestrzeń, do tu i teraz, obserwując moją reakcję na swój koszmar.
– Przykro mi – wyszeptałam, nie uciekając spojrzeniem, tylko patrząc mu prosto w oczy.
– To było dawno temu. Czasem to zabawne, że koszmary mogą ścigać kogoś przez ponad sto lat.
– Sto lat – powtórzyłam cicho zszokowana… cierpi od stu lat… podczas gdy ja nie mogłam znieść paru miesięcy…
– No co? Jestem w końcu elfem – odparł i wzruszył ramionami, po czym uśmiechnął się lekko kącikiem ust – i tak nadal jestem młody.
– Dla mnie to niewyobrażalna ilość czasu – przyznałam szczerze, w końcu niewielu ludzi dożywało stu lat…
– Cóż… być może – powiedział spokojnie, nadal patrząc prosto w moje oczy z uwagą – twoja kolej – dodał, a ja westchnęłam i zaczęłam wpatrywać się w butelkę, którą odstawił z powrotem na stolik.
– Mnie koszmary męczą dopiero od paru miesięcy – zaczęłam cicho – widzę za każdym razem moją małą córkę, trzymam ją na rekach, jest cała we krwi, jej oczy... niebieskie jak moje... choć zdaje się, jakby na mnie patrzyła, widać, że nie ma w nich blasku, są puste, jak oczy lalki... ciągle mi się to śni – powiedziałam drżącym głosem, patrząc znów w oczy Lancello, nie kryjąc tym razem łez, nadchodzący płacz i tak było słychać w moim głosie, nie było sensu tego kryć… on i tak już nie raz miał okazję poznać, jak słaba, jak marna byłam – każdej nocy to widzę… i brata... często pojawia się też Bugdush, śmiejący się z mojego bólu... cieszący się z niego... on potrafi przynosić tylko ból, cierpienie i strach... nie jest zdolny nieść niczego innego... nigdy nie był... czasami jeszcze pojawiają się wspomnienia z dawna, sprzed mojej śmierci w Felmarii... tam stałam się wampirem... ale wcześniej... to co ze mną robili... – wyszeptałam, tak już roztrzęsiona, że Lancello mógł mieć problemy ze zrozumieniem moich nieskładnych, być może niejasnych dla niego słów – a ja wciąż byłam świadoma, niemal wszystko pamiętam i też nie raz mi się to śni... ale nigdy nie miałam aż tylu koszmarów, jak teraz... teraz śni mi się wszystko na raz… – zakończyłam i otarłam łzy z twarzy, choć nadaremnie, gdyż już po chwili pojawiły się nowe; Lancello, widząc mój stan, podszedł do mnie i usiadł obok, delikatnie obejmując mnie ramieniem.
– Już w porządku – zapewnił mnie cicho – jesteś wśród przyjaciół.
Wtuliłam się w niego, zupełnie już tracąc kontrolę nad emocjami. Objęłam go lekko, czując pod palcami wypukłości jego blizn na plecach, i oparłam głowę na jego ramieniu. Nie wiedziałam, co sobie o mnie po tym pomyśli… nie potrafiłam już dłużej opanowywać się, powstrzymywać płaczu… rozpłakałam się na dobre, a łzy spływały po mojej twarzy i na nagą skórę Lancello… jego bliskość była tak przyjemna, ciało tak ciepłe, a jednocześnie twarde i silne… tak dawno do nikogo się nie przytulałam, nie pamiętałam już, kiedy ostatni raz mogłam wypłakać się na czyimś ramieniu…
– Ja już nie daję rady – wyszlochałam, jeszcze bardziej się w niego wtulając – nie mam już sił…
– Ciii… spokojnie, obronimy cię – pogłaskał mnie delikatnie po włosach, drugą ręką gładząc delikatnie moje plecy – wszystko będzie dobrze – zapewniał, jednak nie wierzyłam mu, nic nie miało już nigdy być dobrze…
– Ja jej nie potrafiłam obronić, nie dałam rady – wyszeptałam zapewne ledwie zrozumiale dla Lancello – nie zasłużyłam na waszą pomoc…
– Ciii… spokojnie – powtórzył, stając się mnie wyciszyć, jednak bezskutecznie – pomogę ci, jak tylko będę mógł – zapewnił mnie i chwycił chustkę, którą odrzuciłam na łóżko, po czym zaczął ocierać moje łzy, nadal mnie do siebie tuląc.
– Nie powinieneś… nie zasługuję…
– Spokojnie, Vienna – wyszeptał, odgarniając z mojej twarzy kosmyk włosów, który przykleił się do mokrego policzka – dlaczego tak sądzisz?
– Nie mogę ci powiedzieć – wyszeptałam stanowczo, choć nadal rozedrganym głosem; odsunęłam się od niego i objęłam kolana rękoma, jakbym chciała się skulić, stać niewidzialna… pochyliłam głowę, a rozpuszczone włosy opadły tak, że oddzieliły mnie od Lancello gęstą, czarną kotarą – po prostu uwierz mi… nie zasługuję, byś mi pomagał… ale mimo to proszę, bo nie radzę sobie z tym, co zrobiłam…
– Już w porządku – powiedział spokojnie i wstał z łóżka.
Słyszałam kilka kroków, a po chwili dźwięk otwierającej się szafki i stukot szklanych naczyń oraz odgłos odkorkowywanej karafki. Po pokoju rozniósł się zapach ziół… Lancello jeszcze chwilę krzątał się po drugiej stronie pomieszczenia, po czym usłyszałam jego zbliżające się kroki. Ja w tym czasie starałam się jakoś uspokoić… szło mi to mizernie, ale już przynajmniej otwarcie nie szlochałam, choć po mojej twarzy wciąż ściekały pojedyncze łzy…
– Proszę – powiedział Lancello i podał mi dwie butelki, podniosłam więc na nie wzrok, by się im przyjrzeć – jedno ma działanie uspokajające – wstrząsnął naczyniem z ciemniejszego szkła – drugie to mikstura, którą też sobie robię. Pamiętaj, żeby żadnej z nich nie pić więcej niż szklankę na raz.
– Dobrze, dziękuję – wyszeptałam, biorąc karafki do ręki i spoglądając na niego – i przepraszam… nie powinnam się tak rozklejać… lepiej już pójdę, nie będę ci dłużej zawracać głowy w środku nocy – powiedziałam cicho, czując się trochę nieswojo… było mi coraz bardziej wstyd, za moją reakcję… wstałam z łóżka, stając tym samym naprzeciwko Lancello.
– Nie martw się, nie zawracasz mi głowy – zapewnił i spojrzał na butelki, które przytrzymywałam dłońmi, opierając je o pierś – poczekaj, dam ci jakiś worek – powiedział i podszedł do skrzyni.
Znów moim oczom ukazały się blizny na jego plecach… przez moment miałam ochotę je dotknąć, przesunąć po nich palcami, poznać ich fakturę… szybko jednak oddaliłam od siebie te myśli. Lancello chwilę przeszukiwał skrzynię, ale dość szybko udało mu się znaleźć w niej worek, do którego włożył karafki, zabierając je na moment ode mnie po czym podając już spakowane.
– Dziękuję – wyszeptałam i powoli, niepewnie uniosłam głowę, żeby móc mu spojrzeć w oczy, gdyż górował nade mną wzrostem o dobre kilkanaście centymetrów.
– Nie masz za co – odparł z lekkim uśmiechem, patrząc na mnie jakoś tak… sama nie wiem…
– Mam – wyszeptałam i na moment kąciki moich ust drgnęły, unosząc się ku górze… poczułam nagły impuls, żeby jeszcze na chwilę, choć krótką, znaleźć się bliżej niego… podeszłam dzielący nas krok i wspięłam się na palce, delikatnie całując go w policzek, tak subtelnie, że ledwie go musnęłam – dziękuję… dobranoc, Lancello – wyszeptałam, patrząc mu w oczy, świadoma, że w moich nadal lśniły łzy, po tym co się przed chwilą stało.
Odwróciłam się, nie czekając na jego reakcję i szybko ruszyłam w stronę drzwi. Otwarłam je i cicho zamknęłam, po czym już dużo wolniej wróciłam do swojego pokoju, starając się iść jak najciszej, żeby kogoś nie zbudzić i nie musieć się tłumaczyć jakiemuś ciekawskiemu towarzyszowi… kiedy dotarłam do siebie, zakluczyłam drzwi i od razu nalałam sobie pełną szklankę ziołowego napoju, po czym wypiłam go jednym duszkiem.
Wsunęłam się w pościele, czekając, aż mikstura zacznie działać. Leżałam z nadzieją, że czeka mnie parę godzin spokojnego snu, choć czułam, że na niego nie zasłużyłam… za porzucenie córki powinnam każdej nocy do końca swoich dni śnić wyłącznie koszmary… to by była adekwatna kara...
Myślałam też o Lancello, o jego przeszłości… doszłam do wniosku, że nic o nim nie wiedziałam… pomagał nam, wspierał nas i podróżował z nami, ale tak naprawdę był jedną wielką tajemnicą, nie miałam pojęcia, co robił przed dołączeniem do drużyny, nie byłam pewna, czy ktokolwiek w ogóle na sterowcu to wiedział. Jego blizny… takie ciosy zadać mógł mu naprawdę jedynie potężny wróg, pełen nienawiści wobec niego… nienawiści, która mogłaby się zapewne równać z tą, którą mój brat żywił do mnie…
Czułam, jak moje myśli powoli zaczynały być coraz bardziej rozmyte, ciężko było mi je łączyć ze sobą w logiczną całość… przymknęłam oczy i poprawiłam poduszkę… nie minęło wiele czasu i pogrążyłam się w spokojnym śnie, pozbawionym wszelakich koszmarów…
Kamienny przyjaciel
Droga do San Aguna, miasta krwawych elfów, nie zajęła nam wiele czasu i po niespełna tygodniu zacumowaliśmy u jego bram. Valarad chciał tam również zawitać do bibliotek, a Mścibór musiał koniecznie znaleźć kogoś, kto potrafiłby pomóc mu uporać się z Zarathosem… wypędzenie demona przewyższało zdolności każdego z nas, toteż ruszyliśmy do najbliższego miasta, by nie dawać demonowi zbyt wiele czasu na przystosowywanie ciała Mścibora do swoich celów. Ravis wyraźnie chciał z nami wszystkimi porozmawiać, ale przez cały czas podróży nie udało mu się zebrać nas w jednym miejscu… nie wiem, co robiła reszta, ja większość czasu, jeśli nie ćwiczyłam strzelania z łuku w ładowni, to siedziałam zamknięta w swoim pokoju, ucząc się magii psionicznej z księgi, którą znalazłam w bibliotece. Niestety… nauka szła mi równie opornie, co dawniej czytanie o czarnej magii, szybko więc rezygnowałam, zamiast tego ucinając sobie krótkie drzemki.
Lancello nie mylił się, gdy ostrzegał mnie przed szkodliwym działaniem mikstur – już po trzech dniach zrozumiałam, o co mu chodziło. Sen pod ich wpływem, choć pozbawiony koszmarów, był płytki i nie pozwalał organizmowi na pełny odpoczynek, cały czas zmuszając go do pozostania w stanie czuwania. Jednak, choć nie tak regenerujący jak normalny, ten sen był chociaż długi i spokojny, nieprzerywany ciągłymi koszmarami… drzemki za dnia również były od nich wolne, tak więc udawało mi się funkcjonować na w miarę normalnym poziomie. Wmawiałam też sobie, że zasinienia pod moimi oczami wcale nie są tak intensywne i widoczne, a za rozkojarzenie winiłam nękające mnie wyrzuty sumienia i żal do samej siebie, które wciąż kołatały mi się w umyśle, przyćmiewając niejednokrotnie inne myśli.
San Aguna w zasadzie niewiele różniło się od innych elfickich miast, jedynie budynki zdawały się być solidniejsze od stawianych przez inne elfy. Ściany barwione też były na ciepłe kolory, co sprawiało, że całe miasto z daleka wyglądało tak, jakby trawiła je szalejąca pożoga. Wrażenie to potęgowały jeszcze pomarańczowe promienie zachodzącego jednego ze słońc… o tak, elfy potrafiły zrobić wrażenie swoimi budowlami, zwłaszcza, że potrafiły stawiać je tak, by jak najlepiej wykorzystać uroki natury i dodać budynkom jeszcze więcej piękna.
Przyglądałam mu się chwilę przez okno w mojej kajucie, po czym z powrotem szczelnie zakryłam je grubymi kotarami i położyłam się na łóżku. Przy mieście zacumowaliśmy już parę dni wcześniej, nie miałam jednak ochoty przez ten czas opuszczać sterowca – może i w tym mieście nie trzeba było, jak w miastach słonecznych elfów, chodzić na smyczy i z obrożą, jak najgorszego sortu niewolnik, ale i tak nie miałam czego w nim szukać. Wiedziałam, że nie tylko ja nie zamierzałam ruszać się z miejsca – również Lancello zdeklarował, że on nie ma zamiaru wychodzić do miasta, a kiedy zapytałam, dlaczego, odparł jedynie, że gdyby go rozpoznano, to mógłby go już nie opuścić, a poza tym, że i tak nie znajdzie tam nic, na czym by mu zależało. Nie dociekałam więcej, choć zainteresowało mnie, dlaczego obawiał się rozpoznania… może krył jakieś mroczne tajemnice? Stwierdziłam jednak, że jeśli zechce, to mi sam o tym o powie, zmieniłam więc temat.
Co do Lancello… zastanawiałam się, czy moja nocna wizyta u niego jakoś wpłynie na nasze relacje, nic takiego jednak się nie stało, przynajmniej nie w negatywnym sensie. Zdawało mi się, że nie zmienił swojego zdania o mnie, choć stał się jakby serdeczniejszy i życzliwszy względem mnie. Zdarzało nam się spędzać trochę czasu sam na sam w ładowni, gdzie oboje ćwiczyliśmy łucznictwo, Lancello nawet obiecał, że nauczy mnie jak sprawniej korzystać z łuku, na co oczywiście przystałam, ciesząc się zarówno z możliwości nauczenia się czegoś nowego, jak i tego, że będziemy spędzać więcej czasu razem… lubiłam towarzystwo Lancello, uspokajało mnie, a poza tym miałam wrażenie, że łączy nas o wiele więcej, niż na początku sądziłam…
Tamtego dnia, tuż przed odlotem, nie miałam akurat ochoty na ćwiczenia fizyczne i zdecydowałam się spędzić trochę czasu na czytaniu jakiegoś lekkiego romansu, który znalazłam, o dziwo, w bibliotece na sterowcu. Ledwie jednak otworzyłam książkę, gdy usłyszałam bardzo zachowawcze, delikatne pukanie do drzwi. Od razu wiedziałam, kto pod nimi stoi – tylko dłoń Mikura mogła wydać dźwięk kamienia uderzającego w stal.
– Tak? – spytałam, nie wstając jeszcze z łóżka, byłam zmęczona, a być może nie byłoby to konieczne…
– Mogę wejść? – spytał z nutą troski, lekką, choć wyraźnie dźwięczącą w jego niskim głosie, a ja cicho westchnęłam, niesłyszalnie dla jego uszu, po czym podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
– O co chodzi?
– Chcesz może pogadać? – odparł, przyglądając mi się z troskliwą uwagą.
– Możemy – wzruszyłam ramionami i odsunęłam się, przepuszczając go w drzwiach, po czym zamknęłam je i usiadłam na łóżku, obejmując ramionami kolana i przyglądając się Mikurowi z wyczekiwaniem, gdy już usiadł na podłodze obok mnie.
– Właściwie to nie wiem, co ci powiedzieć – zaczął z lekkim zakłopotaniem – chciałbym cię jakoś pocieszyć albo wesprzeć, ale nie wiem w czym problem. Nie musisz mi tego mówić, jeśli nie chcesz, właściwie to w ogóle nie musisz mówić – uśmiechnął się lekko i przyjaźnie do mnie – ja po prostu usiądę sobie tu z boku tak, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama.
Wzruszyłam się… domyślałam się, że w końcu Mikura zainteresuje mój nastrój, izolowanie się od innych, próba samobójcza… znał mnie od dawna i musiał zauważyć, jak bardzo się zmieniłam, jak zmarniałam. Niemal z dnia na dzień traciłam na wadze, suknie musiałam sznurować coraz ciaśniej, a niektóre i tak nadal bywały mi luźne, do tego moja cera zdawała się być blada nawet jak na wampira, i jeszcze te cienie pod oczami… nie pamiętam, kiedy ostatnio wyglądałam tak marnie, nawet moje włosy straciły blask… to wszystko musiało go zmartwić…
– Jesteś prawdziwym przyjacielem – powiedziałam ze łzami w oczach – ale nie mogę ci powiedzieć… nawet wolę nie myśleć, co byś sobie o mnie pomyślał, gdybyś się dowiedział, co zrobiłam… moja córka… nigdy sobie nie wybaczę – mówiłam drżącym głosem, a Mikur zrobił zmartwioną minę, przez moment jakby nie wiedział, jak zareagować, nawet na moment uniósł dłoń, jakby chciał mnie poklepać po ramieniu, ale szybko ją opuścił, dochodząc zapewne do wniosku, że to kiepski pomysł… w końcu miał ogromne, kamienne ręce i nie zawsze potrafił ocenić swoją siłę w nich, a ja mimo wszystko musiałam mu się zdawać drobną i kruchą istotą.
– Czasami powiedzenie tego, co leży na sercu, sprawia, że czujemy się lepiej.. mi to nie zaszkodzi, jestem z kamienia – odparł z lekkim uśmiechem, zapewne chcąc tym lekkim żartem rozluźnić atmosferę, jednak nie rozbawił mnie ani trochę.
– Ale może sprawić, że ktoś, komu o tym powiesz, uzna cię za potwora – rzuciłam, nerwowo ocierając łzy, nadal nie potrafiłam się ich nie wstydzić w czyjejś obecności, całe życie wmawiano mi, że to tylko oznaka słabości – sama sobie nie potrafię wybaczyć tego, co zrobiłam, to jak ty byś po tym na mnie patrzył…
– Cokolwiek powiesz, nie zamieni cię w potwora, bo ja wierzę, że nim nie jesteś – mówił z pewnością w głosie i taką kamienną nutą, jakby jego głos dochodził z głębi jaskini – cokolwiek zrobiłaś, na pewno zrobiłaś to w dobrej wierze. Znam cię na tyle długo, że wiem, że nigdy nie działasz na szkodę tych, których kochasz, jedyne, co im szkodzi, to ten świat, który zmusza nas do wybierania mniejszego zła. Spójrz na mnie – powiedział, wyraźnie czekając, aż przeniosę na niego wzrok do tej pory wbity we własne dłonie, i dopiero wtedy kontynuował – możesz mnie nazwać potworem, mam na rękach krew setek, a mimo to rozmawiasz teraz ze mną, bo wierzysz w moje dobre intencje. Tak działa przyjaźń – zakończył i uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco, a ja poczułam się tak podle, jak nigdy… nie potrafiłam już dłużej go oszukiwać… musiałam powiedzieć mu prawdę, bez względu na to, jak bardzo to zmieni jego podejście do mnie…
– To co powiesz, jeśli się dowiesz, że kłamałam cię odkąd tylko wróciłam do was? Moja córka żyje… – powiedziałam, a jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, ale nie przerwał mi – a ja jestem wyrodną matką i ją porzuciłam, zostawiłam ją w świątyni, bo nie potrafiłam unieść ciężaru odpowiedzialności i zapewnić bezpieczeństwa własnej córce… zostawiłam ją obcym ludziom… nic mnie nie tłumaczy... powinnam była móc ją obronić, ukryć się, a ją porzuciłam, rozumiesz? Porzuciłam własne dziecko, krew z mojej krwi… nie zasługuję, by żyć, może i lepiej by było, żebym zginęła gdzieś na polu walki, byłaby szczęśliwsza bez takiej matki... – mówiłam już pod koniec tak drżącym głosem, hamując napływającą falę płaczu, że nie miałam nawet pewności, czy mnie zrozumiał.
– Oczywiście, najlepiej się poddać! – podniósł głos, najwyraźniej zirytowany moimi słowami. – Możesz gdzieś zginąć, ostatecznie przekreślając szanse, że twoja córka kiedykolwiek pozna matkę, ale możesz też walczyć! Możesz pokonać wszystkie przeciwności, jeśli nie sama, to z pomocą przyjaciela – oświadczył i wiedziałam, że mówi o sobie, nic nie odpowiedziałam… jedno słowo, i rozszlochałabym się wtedy na dobre, wolałam więc milczeć i pozwolić jemu mówić. – Oczywiście nie daje to pewności, że nie zginiemy. W tym świecie o śmierć jest łatwo, w każdej chwili możemy zostać zasiekani, zmiażdżeni, spaleni, zjedzeni, opętani, rozproszeni, wykończeni, wyczerpani psychicznie, fizycznie i na wszystkie możliwe sposoby, oczywiście nie wykluczam też możliwości przebicia, nagłego opadu meteorów lub wszelkiego rodzaju naszpikowania nożami, strzałami, oszczepami lub toporami. Nie zapominajmy też o rozerwaniu przez…
– Wyjdź – przerwałam mu stanowczo – zostaw mnie samą!
– Nie, bo znowu zrobisz coś głupiego – założył ręce na piersi – nie chcę, żebyś się zabiła.
– Wynoś się w tej chwili – warknęłam, patrząc mu prosto w oczy i starając się go zdominować dzięki spojrzeniu mu głęboko w oczy, jednak coś poszło nie tak, kiedy zobaczyłam swoje odbicie w jego kamiennych źrenicach… Mikur odmówił, a ja wtedy zmieniłam zdanie – Dobra, jak chcesz! To ja wyjdę!
Zerwałam się z łóżka i, zanim zdążył cokolwiek zrobić, wybiegłam z pokoju i ruszyłam w stronę łazienki. Wiedziałam, że tam nie wejdzie, nie wolno mu było tam wchodzić ze względu na jego tendencje do psucia wszystkiego, a wodę w jacuzzi zapewniała malarska technologia i wolałam nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby coś zepsuł w tej instalacji. Zatrzasnęłam drzwi i przekręciłam klucz w zamku, po czym osunęłam się po nich na podłogę, zalewając się łzami. Mikur krzyczał pod drzwiami, żebym go wpuściła, nie odpowiedziałam mu jednak ani słowem, szybko więc zrezygnował, zostawiając mnie sam na sam z myślami…
Mikur miał rację, w każdej chwili mogliśmy zginąć i istniała ogromna szansa, że śmierć ta nie byłaby łatwa… nie sądziłam jednak, by mogła mnie czekać śmierć gorsza od tej, którą zapewnił mi Bugdush i jego orkowie… godziny cierpienia i upokorzenia, odarcia ze wszelkiej godności… cóż mogło być od tego gorsze? Dzikie bestie nie mają w sobie tyle okrucieństwa, ile potrafi mieć istota myśląca, inteligentna… to takich potworów bardziej się bałam… i to takie potwory zagrażały Bairre… ja też się do nich zaliczałam, w końcu przyczyniłam się do cierpienia mojej małej córeczki, jej płacz, pełen niezrozumienia, przerażenia, gdy straciła mnie z oczu… ten dźwięk będzie mnie prześladował do końca życia… wiedziałam jednak, a przynajmniej liczyłam, że to jest prawda, że zrobiłam to, co dla niej najlepsze… porzucając ją, ochroniłam jej życie… nikt nie powinien jej ze mną powiązać… nikt… tylko ja będę musiała ponieść tego cenę…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz