Przeznaczenie
Nazywam się Kyrl'Lancello Veritari Rayhe Illie'Adain Sil-Run i jestem elfem Silvitari, przez większość innych ras nazywanymi leśnymi elfami. Nie będę się zbytni zagłębiał w historie z dzieciństwa i wczesnej młodości ale mogę zdradzić że niczego mi w życiu nie brakowało i zawsze otrzymywałem to, czego sobie zażyczyłem. Spokojne życie które raczej negatywnie wpływało na charakter, który do tej pory mam niełatwy ale z innych przyczyn. Głównym czynnikiem wyróżniającym mnie spośród mojego rodzeństwa oraz wpływającym na moje życie był znak pod którym się urodziłem - mianowicie pierwszego dnia roku pod znakiem Przeznaczenia. Taaaa.... przeznaczenie, znak pod którym podobno rodzą wielcy bohaterowie i inni niewydarzeni zbawcy świata. Nie interesowało mnie to ani trochę. Chciałem żyć spokojnie i wygodnie ciesząc się przywilejami które miałem oraz zajmować się moimi zainteresowaniami. A interesował mnie magia.
Ucieczka
Miałem najlepszych możliwych nauczycieli we wszystkim czego pragnąłem się uczyć więc gdy tylko trochę podrosłem i dojrzałem (banalne 25 lat), zakomunikowałem rodzinie że pragnę zostać magiem. Co to było za poruszenie... ja, potencjalny bohater miałem zostać jakimś tam magiem zamiast jak ostatni kretyn uganiać się z mieczem za potworami? Niedoczekanie. Ojca nie było w domu (jak w sumie większość czasu, był wiecznie zajęty) a matka nie dała rady mnie zatrzymać. Spakowany i przygotowany ruszyłem do oddalonego o 3 tygodnie pieszej wędrówki miasta Solitari (słoneczne elfy) Sol Domini. Chciałem się uczyć od najlepszych a były nimi według mnie własnie słoneczne elfy.
Należy wspomnieć że moje rodzinne miasto, Sil Run, mieści się w południowej części wielkiej puszczy Lia'Venslineri (w języku powszechnym znaczy to "Las zielonych Liści"). Mimo iż był środek lata i oba słońca niemiłosiernie prażyły to jednak ciągnący się stale las dawał sporo cienia i szło mi się względnie przyjemnie, szlak był udeptany a mnie jeszcze nigdy nie zwiodło wyczucie kierunku. Podróż odbyła się bez problemów i, z wyjątkiem polowania na zwierzynę, ani razu nie musiałem dobywać swojego łuku a strzelcem jestem niezłym dzięki wysiłkom moich nauczycieli. Cóż, widocznie nie na darmo moje imię oznacza w języku potocznym "Ten, który perfekcyjnie posyła strzały". Cholerne przeznaczenie. W każdym razie, do Sol Domini dotarłem bez żadnych incydentów.
Niechęć
Już dawno słyszałem jak ojciec narzeka i przeklina słonecznych elfów. Według jego słów jest to najbardziej arogancka,przepełniona poczuciem wyższości, pewna siebie i dumna gałąź elfów której nie dorównuje w tym polu żadna inna rasa. A mojej rodziny mieli nie znosić z racji samej nazwy rodu. Chyba muszę w tym miejscu wyjaśnić że nazwisko mojego rodu - Veritari - oznacza ni mniej ni więcej tylko "prawdziwy elf" lub "pierworodzony elf" (zależnie od wymowy) co jednoznacznie oznacza wspólnych przodków wszystkich Tari (elf w powie powszechnej), niezwykle potężnych Veritari, którzy po dawnej wojnie z Malarami zniknęli bez śladu. Przodków tych jednak słoneczne elfy przypisują tylko sobie uznając innych Tari za istoty gorsze i poślednie (zdecydowana większość słonecznych elfów tak uważa), dlatego też wszyscy używamy też dla nich kpiącej nazwy Princitari ("wysoki elf" lub... "ten który w swej głupocie zadziera nosa"). Jeśli chce się mieć jakiekolwiek kontakty z Solitari, nie należy używać tej drugiej nazwy. Ale dość o tych pyszałkach. Przybywszy do ich najważniejszego miasta byłem daleki od uprzedzeń i posiadałem otwarty umysł. Wkrótce miałem się przekonać jak bardzo się myliłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz