Odpoczynek
W karczmie, ku mojemu zdziwieniu, przy ladzie siedział
już Salus i czekał na mnie. Wyjaśnił, że udało mu się ominąć kolejkę, podał mi
klucz do pokoju i powiedział, że w najbliższych dniach ma do załatwienia sporo
spraw i będzie nieosiągalny. Kazał mi się dobrze bawić, a kiedy opowiedziałam
mu o spotkaniu z dawnymi towarzyszami, szeroko się uśmiechnął, życzył jeszcze
raz dobrej zabawy przy oglądaniu turnieju, po czym przeprosił mnie i wyszedł z
karczmy. Już przy wyjściu czekał na niego bogato ubrany krasnolud, z którym od
razu rozpoczął ożywioną konwersację i ruszyli w stronę głównego placu.
Budowa
miasta krasnoludzkiego idealnie odzwierciedlała mentalność jego mieszkańców –
proste, masywne budynki, którym zdecydowanie brakowało subtelności i
wyrafinowania, którym odznaczały się elfickie budowle. Niewiele krasnoludzkich
domów w jakikolwiek sposób zdobiono, a i tak wszelkim zdobieniom daleko było do
kunsztu nawet najprostszych elfickich ozdób. Usytuowanie miasta pod ziemią
miało jednak jedną bardzo istotną dla mnie zaletę – nie dostawały się tutaj
parzące mnie promienie słoneczne, mogłam więc nareszcie pokazać choć odrobinę
swojego ciała.
W
pokoju znalazłam część moich rzeczy i zawiniętą paczuszkę na moim łóżku, z
karteczką z dobrze mi znanym pismem Salusa „Twoje rzeczy z podróży oddałem przy
okazji z moimi karczmarzowi, na jutro obiecał je uprać, miłego pobytu w Dverg
Morke! PS. Liczę, że udało mi się trafić z kolorem i rozmiarem.” Zaintrygowana
drugą częścią jego wiadomości szybko rozdarłam papier. Na łóżko wypadła suknia
w kolorze głębokiego granatu z aksamitu, nie zdążyłam jeszcze przyjrzeć się jej
krojowi, gdy do drzwi zapukał karczmarz.
– Pan Portanis
prosił, aby, jak tylko pani przybędzie do karczmy, przygotować kąpiel – powiedział, a
ja uśmiechnęłam się szeroko, kolejny raz podziwiając zaradczość i dobroduszność
Salusa.
– Chętnie skorzystam – odparłam, a karczmarz tylko się
szeroko uśmiechnął.
Po
chwili w moim pokoju stanęła balia pełna gorącej wody, zbawienna po tak długim
czasie w siodle. Wyszłam z niej dopiero, gdy woda zaczynała stygnąć i założyłam
na siebie suknię od Salusa. Sięgała mi do samych kostek, głęboki dekolt wcinał
się idealnym klinem między moje piersi, ponadto odsłaniała całe plecy.
Pomyślałam, że będę musiała podziękować mu za tak cudowną kreację, na razie
jednak zamierzałam dobrze się pobawić w towarzystwie drużyny, choć gdzieś z
tyłu głowy złośliwy głosik wyrzucał mi, że nie powinnam się cieszyć, skoro
oddałam córkę w obce ręce, udało mi się go jednak szybko uciszyć.
Schodząc
do kantyny z uwagą obserwowałam reakcję towarzyszy na mój strój. Valarad i Otr
omietli mnie dość obojętnym spojrzeniem, Mikur szeroko się uśmiechnął, Troy z
kolei zapatrzył się w mój dekolt z taką miną, jakby zaraz miał zacząć się ślinić… tak, moje podejrzenia co do niego zdawały się potwierdzać, nadal jednak
postanowiłam dać mu trochę czasu. Lancello zmierzył mnie niechętnym,
uważnym spojrzeniem, wyraźnie sugerującym mi, że jestem tam przez niego niemile
widziana. Podchodziłam już do stołu, przy którym siedzieli, gdy drogę zagrodził
mi ów czarny troll, wcześniej sprawiający wrażenie absolutnego idioty, teraz
jednak jego spojrzenie było całkiem przytomne.
– Witaj, wybacz moje wcześniejsze zachowanie, ale
ostatnie wskrzeszenie przyprawiło mnie o prawdziwy obłęd – powiedział i zmierzył Otra nienawistnym wzrokiem, po czym przeniósł go z powrotem na
mnie, a jego twarz przybrała bardzo uprzejmy wyraz. – Pozwól, że się
przedstawię. Nazywam się Tut i jestem czarnym trollem – wyciągnął ku mnie rękę.
– Vivienne Eleri – przedstawiłam się i podałam mu
dłoń; kiedy ją uścisnął, poczułam wyraźne stwardnienia na jego skórze i miałam
wrażenie, że bez problemu uściskiem zmiażdżyłby mi wszystkie palce – i
rozumiem, że śmierć może przyprawić o obłęd.
– Zawsze miałem słabą głowę, jeśli o to chodzi. Cóż
cię tu sprowadza, piękna? – spytał z uśmiechem, zerkając mi w oczy, co było
dość proste, gdyż był niewiele wyższy ode mnie.
– Towarzyszyłam przyjacielowi w podróży w interesach i
szczęśliwym trafem zauważyłam w kolejce Mikura i Valarada, z którymi jakiś czas
temu wspólnie podróżowaliśmy – wyjaśniłam i już chciałam dosiąść się do ich
stołu, kiedy wszyscy zaczęli się zbierać. – Gdzie się wybieracie?
– Pierwsza konkurencja nas czeka – Mikur uśmiechnął
się jak dziecko – można wygrać kryształ! Będziemy się ścigać rydwanami!
– Cóż, z przyjemnością się przyjrzę – odparłam, a
stein posłał mi jeszcze szerszy uśmiech.
– Może zechciałabyś więc towarzyszyć mi na trybunach?
Nie biorę z nimi udziału w zawodach – zaproponował Tut, a jako że nie miałam
innej alternatywy, skinęłam potakująco głową.
Co mnie ominięło...
Liczyłam,
że dowiem się co takiego się działo w drużynie od czasu, kiedy zniknęłam.
Okazało się, że Tut dołączył do nich krótko po moim odejściu, okazał się być
więc skarbnicą wiedzy o nich. Wyjaśnił mi sytuację, o której wspominał Mikur.
Pewnego razu lecieli sterowcem i ktoś zauważył pod nimi dziewczynę w białej
sukni uciekającą na jednorożcu, a za nią oddział żołnierzy. Zdecydowali się
pomóc uciśnionej dziewicy (w końcu żadna inna nie mogłaby dosiąść jednorożca) i
opóźnili pościg, po czym zabrali ją wraz z jej wierzchowcem na sterowiec. W tym
momencie z ust Tuta dało się słyszeć wiązankę przekleństw na to „kurewskie
rogate bydle uzależnione od alkoholu”, a kiedy poprosiłam o wyjaśnienie,
zrozumiałam, skąd taka nienawiść – nikt nie chciałby mieć do czynienia z
pijanym jednorożcem, który ma tak zachwiany obraz rzeczywistości, że atakuje nawet
dziewicę. Tut nie omieszkał wspomnieć o aviance, ponoć strasznej idiotce,
żelaznej dziewicy, która jakimś cudem związała się z Valaradem i o niewielkim
żarciku, który wymyślił Lancello. Owa avianka pewnego razu po konkursie picia
była na tyle pijana, że zamiast do swojego pokoju, trafiła do łóżka Lancello.
Ten zafundował jej bardzo orzeźwiającą pobudkę, wrzucając ją do jacuzzi a
później zaczął jej wmawiać, że utraciła z nim w nocy niewinność. Co najlepsze,
ona w to uwierzyła, cuchnęła alkoholem, więc jednorożec się od niej odsuwał,
obrażony, że piła i się z nim nie podzieliła. W końcu jej wyjaśnili, że to był
żart, ale pozwolili jej dłuższy czas żyć w tym przekonaniu, żeby dać jej
nauczkę. Co do jej związku z Valaradem… pirat ponoć z nią zerwał, zainteresowało
mnie jednak, że po paru miesiącach nadal była dziewicą, to niepodobne do
jakiegokolwiek pirata. Ostatecznie poznała jakiegoś szlachcica i wyszła za
niego za mąż, co szczerze mnie rozbawiło – z opowieści Tuta nie wydawało mi
się, by była ona w stanie poradzić sobie wśród zawiłości życia na dworze.
Dowiedziałam
się też, że w końcu udało im się odbić od Czarnych Płaszczy sterowiec i obecnie
nim podróżowali. Tut zachwalał jego wielkość i wygodę, wspominał o jacuzzi, ale
byłam niemal pewna, że ze statkiem Bel’salana nie mógł się równać, choć zapewne
nie musiałabym się na nim obawiać, że dotknięcie poręczy czy ozdoby na ścianie
mnie poparzy. Zainteresowała mnie też opowieść o królobójstwie. Owa panna na
jednorożcu okazała się być księżniczką, która uciekła sprzed ołtarza. Obiecała
im wejście do skarbca w zamian za zabicie swojego ojca oraz króla sąsiedniego
księstwa i jego syna, który miał być jej mężem.
Drużyna zadanie wykonała i wtedy dopiero księżniczka wyjawiła im pewien
problem ze skarbcem – żeby go otworzyć potrzebna była znajomość zaklęć i Oko Magii, legendarny przedmiot, który ostatnio widziano na kontynencie elfów, i to
był właśnie powód, dla którego tu przybyli.
Niemal
całe wyścigi rydwanów ciągniętych przez steiny poświęciliśmy na rozmowę, dopiero
pod koniec zaczęliśmy się im przyglądać. Po wygranej Mikura poszliśmy mu
pogratulować, a potem napić się do karczmy z całą drużyną. Znałam doskonale
moją słabą głowę, więc postanowiłam nie pić, a krasnolud, który podawał
wszystkim piwo, spojrzał na mnie z dezaprobatą i na moją prośbę o wodę burknął,
że wodę to konie i żebracy piją, ale w końcu postawił przede mną dzban i
szklankę, choć musiałam ją doczyścić, zanim odważyłam się z niej wypić. Kiedy miałam już dość obserwowania tej bandy chlejącej na umór, wyszłam z karczmy i
poszłam zobaczyć, czy coś ciekawego można by tu kupić. Nie znalazłam niczego, co
wpadłoby mi jakoś szczególnie w oko, ale u jubilera udało mi się sprzedać
kawałek diamentu – znalazłam go jeszcze przed egzaminami do gildii i nie sądziłam,
bym kiedykolwiek go do czegoś wykorzystała, a potrzebowałam gotówki, więc te
pięćset sztuk złota mogło mi się przydać bardziej niż ukruszona błyskotka.
Krew i alkohol
Kiedy
wróciłam do karczmy, część drużyny zdawała się już skończyć popijawę i odpaść z
konkursu – chociażby Lancello leżał na stole półżywy, obok niego Valarad,
jedynie Tut i Mikur zdawali się być pełni sił, Troya nigdzie nie widziałam, być
może padł pod którymś stołem. W każdym razie, kiedy zawołali nas na konkurs
picia steinów, poszłam tylko ja, Tut i mój kamienny przyjaciel. Okazało się, że
owe zawody w niczym nie przypominały tych, w których brała udział reszta
drużyny – przed Mikurem postawiono kilka beczek i otwierali je po kolei: wrząca
smoła, krasnoludzkie wino, woda, krew… nie wiem, co było w kolejnych
beczułkach, ponieważ, kiedy tylko poczułam zapach krwi, niesamowicie kuszący,
od razu wstrzymałam oddech i odsunęłam się poza karczmę, żeby nie czuć tego
przywołującego mnie zapachu. Niestety, moja reakcja nie pozostała niezauważona
– po chwili obok mnie stanął Tut i spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
– Co się stało? – spytał, przekrzywiając nieco głowę.
– Nie znoszę krwi, nieco mnie mdli – odparłam, nie
pomyślałam jednak, że może go zainteresować, skąd tak szybko poznałam, że
ciemny płyn w beczce to akurat krew.
– Hm… interesujące, skąd wiesz, że tam była krew w
tych beczkach? Ja nic nie zauważyłem – zapytał zgodnie z moimi obawami.
– No cóż… mam bardzo czuły węch – wyjaśniłam
wymijająco
– Interesujące, gratuluję zatem zmysłów, raczej to
niepodobne do ludzi, nawet elfy nie mają chyba tak dobrego węchu, żeby wyczuć
krew przez ten odór smoły.
– Zawsze się wyróżniałam, jeśli o to chodzi – dodałam,
a Tut tylko spojrzał na mnie, przez moment mierzył mnie wzrokiem jakby nad
czymś się zastanawiał, po czym wzruszył ramionami.
– Wiesz, mi to tam obojętne, nawet jakbyś była
wampirem, to co mi tam, mojej krwi przecież i tak byś nie ruszyła –
odpowiedział i uśmiechnął się, jakby dając mi tym do zrozumienia, że domyśla
się prawdy, zrobiłam więc jedyne, co mi
przychodziło w tamtej chwili na myśl.
– No tak, jakbym była – powiedziałam i uśmiechnęłam
się bardzo szeroko, upewniając się, by zobaczył moje zaostrzone kły.
– Ah, no tak, jakbyś była – zaśmiał się i spojrzał na
karczmę - to ja wrócę zobaczyć, jak idzie Mikurowi, a ty sobie tutaj poczekaj,
po konkursie zapraszam do wspólnego picia.
– Towarzystwa nie odmówię, wybacz jednak, ale pić nie
będę – uśmiechnęłam się i usiadłam sobie na ławce przed karczmą.
Nie
minęło wiele czasu, a usłyszałam kroki, należały jednak do kogoś o chodzie dużo
lżejszym i bardziej sprężystym od Tuta. Spojrzałam w stronę karczmy i
zobaczyłam podążającego w moją stronę Troya z szerokim uśmiechem na twarzy.
Westchnęłam cicho i odwzajemniłam mu się, unosząc jedynie kącik ust. Nie miałam
ochoty znosić jego uwag i sugestii ani natarczywego spojrzenia, ale nie za
bardzo miałam dokąd uciec, więc postanowiłam szybko go zbyć.
– Witaj, piękna, co tak samotnie siedzisz? – spytał i
usiadł obok mnie, zdecydowanie za blisko, bym mogła czuć się komfortowo. –
Dlaczego z nami nie piłaś? To świetna zabawa.
– Lubię samotność i jakoś nie przepadam za alkoholem,
mam dość słabą głowę – wyznałam i delikatnie się odsunęłam.
– Tut wspominał mi, że chciałabyś się być może czegoś
napić, więc przyszedłem, on zdaje się wybrał teraz chlanie z resztą drużyny –
wyjaśnił Troy, a ja przeklęłam w myślach trolla… o tak, napiłabym się czegoś,
ale ten człowiek cuchnął karczmą, czyli alkoholem i potem, nie zdawał się być
więc atrakcyjnym posiłkiem.
– Cóż… preferuję dobre, elfickie wina, jeśli już coś
mam pić – odparłam, chcąc się go pozbyć.
– Już się robi – uśmiechnął się szeroko i ruszył do
karczmy; liczyłam, że wciągnie go karczemna popijawa, jednak po chwili wrócił,
niosąc butlę wina i dwa kieliszki – no i jestem – powiedział i zasiadł obok
mnie, po czym rozlał trunek do kielichów i jeden mi podał. – Za co chcesz
wypić?
– Za spokój – odparłam, dodając w myślach „święty
spokój… by nie użerać się z takimi typami jak ty…”
– Spokój jest nudny, ale skoro chcesz, niech będzie –
rzucił lekko i uniósł kielich, pochylając się w moją stronę – zatem, za spokój!
Łyknęłam
wina i niemal od razu poczułam, jak uderza mi do głowy. To był jeden z niewielu
plusów słabej głowy – niewielka ilość alkoholu zwykle mi wystarczała, żebym się
odprężyła. Teraz też szybko poczułam, jak natrętne myśli i wyrzuty sumienia,
wciąż kołaczące się gdzieś w tyle mojej głowy, choć zepchnięte na jakiś czas na
dalszy plan dzięki mojemu powrotowi do towarzyszy, zaczynają odpływać jeszcze
dalej, ulatniać się. Ten stan błogości był na tyle przyjemny, że zgodziłam się
bez problemu na kolejny kieliszek, kiedy tylko Troy go zaproponował. Oczywiście
miałam tego później bardzo szybko pożałować.
Znów członkiem drużyny
Następnego
dnia rano obudził mnie okropny ból głowy… przypomniałam sobie przebieg wczorajszego
wieczora i od razu sprawdziłam stan mojej garderoby – na szczęście byłam ubrana
dokładnie tak samo, jak dnia poprzedniego, gdy piłam z Troyem. Widać ten
awanturnik miał więcej instynktu samozachowawczego niż bym go podejrzewała.
Kierowana pragnieniem napicia się czegokolwiek, choćby wody, chciałam wyjść z
pokoju i poszukać karczmarza. Jednak, kiedy tylko otworzyłam drzwi, pod moje
nogi upadł jeszcze zapewne chwilę wcześniej smacznie śpiący Troy.
– Co ty tutaj robisz? – powiedziałam zaskoczona, z dezaprobatą
zauważając, jak bardzo ochrypły miałam głos.
– Pilnowałem cię, jak spałaś – odparł i usiadł, po
czym wstał i ziewnął szeroko, racząc mnie widokiem wnętrza swojego gardła i
wyjątkowo zdrowych zębów, w dodatku wszystkich, co było dość zaskakujące,
biorąc pod uwagę jego styl życia.
– To miłe – rzuciłam jeszcze bardziej zaskoczona jego
wręcz… rycerskością – a teraz pozwól, że zejdę na dół, czegoś się napić.
– Proszę bardzo – uśmiechnął się szeroko i odsunął
się, żebym mogła bez problemu przejść, po czym ruszył za mną,
Na
dole zastałam większość drużyny śniadającą i popijającą przeróżne trunki. Przy
kontuarze i innych stołach kręciło się sporo różnych osób, zwłaszcza
krasnoludów i elfów. Ich zapachy uderzyły mnie ze zdwojoną siłą po osłabieniu
po wczorajszym wieczorze, podeszłam więc do Valarada i poprosiłam, czy nie
zechciałby się udać na chwile ze mną do pokoju, bo chciałabym porozmawiać.
Zgodził się bez oporów, znał mnie i mi ufał, poszedł więc ze mną i, kiedy
poprosiłam o nieco krwi, rozciął rękę i nalał mi pełen kielich. Valarad
rozumiał moją potrzebę, jednak Lancello zdawał się jej ani trochę nie rozumieć
i nie akceptować, mało tego, zdawał się gardzić mną i tym, kim, czy też czym
byłam. Kiedy tylko zeszłam z Valaradem z powrotem do karczmy, zmierzył mnie
ostrym spojrzeniem i przez moment zdawało mi się, że usłyszałam cichy zgrzyt
metalu, gdy sięgnął dłonią pod stół… postanowiłam wyjaśnić mu parę spraw.
– Lancello, pozwolisz na chwilę na stronę, chciałabym
z tobą porozmawiać – poprosiłam, gdy już zjedliśmy śniadanie.
Elf
przyjrzał mi się uważnie i skinął niechętnie głową, wstał i pokazał mi gestem,
bym szła przed nim. Tym razem byłam pewna – zgrzyt metalu dochodził z jego
strony, naprawdę musiał mi nie ufać, skoro szykował się do ewentualnej obrony…
lub też ataku. Zaprowadziłam go jednak do mojego pokoju i stanęłam naprzeciw
niego. Zamknął drzwi i oparł się o nie, wyjmując mithrillowy sztylet i
podrzucając go jakby beztrosko i niedbale.
– Chciałam ci tylko wyjaśnić parę spraw, to nie będzie
potrzebne – powiedziałam nieco urażona, zerkając niepewnie na nóż w jego dłoni
– nie zamierzam się na ciebie rzucać.
– Ostrożności nigdy za wiele – odparł cicho, nie
spuszczając ze mnie uważnego wzroku.
– Cóż… skoro tak… chciałam cię zapytać, skąd
wiedziałeś, że jestem wampirem? W listach gończych nikt o tym nie pisze –
spytałam, przechylając głowę i wpatrując się w niego z oczekiwaniem, starając
się, by moje spojrzenie było równie intensywne, co jego, choć nie było to
łatwe.
– Spędziłem sporo czasu jako strażnik w górach, nie
raz miałem do czynienia z istotami twojego rodzaju, więc wiem, jak was
rozpoznać – wyjaśnił i uśmiechnął się wyjątkowo złośliwie – to dla mnie dość
proste.
– Rozumiem… podejrzewam, że mogłeś mieć więc do
czynienia z różnymi wampirami, chcę ci tylko powiedzieć, że być może masz co do
mnie mylne wrażenie. Nie przywykłam do rzucania się do gardła towarzyszy, w
ogóle do wpijania się kłami w kogokolwiek. Jeśli potrzebuję krwi, to zwykle
starcza mi zwierzęca, jeśli czuję, że muszę wypić inną krew… wtedy proszę o
nią, tak jak przed chwilą prosiłam Valarada.
– Możliwe, jednak miałem tyle do czynienia z
wampirami, że wolę być ostrożny, jak na razie jednak będę cię tolerował, ale
licz się z tym, że jeśli zaczniesz się rzucać na moich towarzyszy, to ukrócę
twój wampirzy żywot – ostrzegł uśmiechając się kącikiem ust i cały czas
przyglądając mi się intensywnie.
– Jeśli do tego by doszło, to prosiłabym, byś mnie
powstrzymał, jeśli miałbyś szansę, nie zamierzam zrobić nikomu tego co mi, albo
czegoś jeszcze gorszego… nie stwarzam zagrożenia – zapewniłam, czując się
bardzo niepewnie przez te jego wwiercające się spojrzenie i sztylet, radośnie
połyskujący mithrillem podczas podrzucania.
– To się okaże i możesz być pewna, że skutecznie cię
powstrzymam – powiedział powoli, odsunął się od drzwi i otworzył je – myślę, że
możemy już wracać – dodał, znów wskazując mi ręką, bym poszła przed nim.
Spojrzałam
niepewnie na nóż, który cały czas trzymał. Widząc moje spojrzenie jedynie
złośliwie się uśmiechnął, ale schował sztylet i popędził mnie skinieniem dłoni,
więc, chcąc nie chcąc, ruszyłam przed nim. Przechodząc obok niego poczułam jego
niesamowicie intensywny zapach… pachniał niemal jak Salus, choć silniej i
wyczuwałam też inną nutkę, delikatną woń pszczelego wosku, którą tak dobrze
znałam, w końcu też używałam łuku i sama go konserwowałam. Do tego mieszanka
przeróżnych ziół, idealnie komponująca się z aromatem lasu. Przez myśl
przemknęło mi, że jego krew musiałaby cudownie smakować… nie odważyłabym się
jednak go o nią poprosić – podejrzewałam, że gdybym tylko zaczęła formułować tę
prośbę, po chwili w moim ciele znalazłby się co najmniej jeden celnie rzucony
sztylet. Lancello zdecydowanie nie wydawał mi się być osobą rzucającą słowa na
wiatr, byłam niemal przekonana, że byłby w stanie mnie zabić, unieszkodliwić, w
końcu dla niego byłam istotą chaosu… potworem, stworzonym by zabijać…
Czas
do południa upłynął mi na opowiadaniu sobie wzajemnie z resztą towarzyszy przygód, ja jednak w
większości po prostu słuchałam ich opowieści. Znalazłam się też w dość
niefortunnym położeniu między Tutem a Troyem, i tak jak ten pierwszy, mimo iż
był trollem, potrafił zabawić mnie rozmową na zaskakująco wysokim poziomie jak
na jego pochodzenie, tak ten drugi najzwyczajniej pilnowaniem mnie w nocy
wykorzystał swoje wszelkie pokłady nonszalancji i rycerskości i nie raz
przyłapywałam go na perfidnym wpatrywaniu się w mój dekolt albo musiałam
wysłuchiwać jego komplementów, prawionych dość nieokrzesanym językiem.
Znów opowiadali, że przybyli na ten kontynent chcąc zdobyć Oko Magii, jakiś
legendarny kostur magiczny, zupełnie nie wiedziałam, co to jest, nigdy jakoś
specjalnie nie interesowałam się magią, a moje próby poznania czarnej magii
zostały szybko udaremnione przez Arscheritta, który ukradł mi księgę. Niezbyt
interesowało mnie bieganie po przeróżnych ruinach, lochach, jaskiniach czy
innych podejrzanych norach, stwierdziłam jednak, że nie zaszkodzi na jakiś czas z nimi podróżować. Poprosiłam więc ich, czy mogłabym do nich dołączyć, co część
przyjęła z entuzjazmem, niektórzy raczej obojętnie, tylko dwie osoby zdawały
się być raczej nieprzychylne mojej prośbie – oczywiście Lancello, wielki
pogromca i znawca wampirów, oraz Otr… postanowiłam więc porozmawiać z tym
drugim i dowiedzieć się, dlaczego jest do mnie aż tak bardzo uprzedzony.
Nasza
rozmowa zaczęła się z ogromną rezerwą z jego strony, zaczęłam więc opowiadać mu
moją historię – podróżowałam z nim już dość długo i zdawał się być godzien
zaufania, dlatego czułam, że mogę mu wyjawić to, co się działo w Felmarii, jak
się stałam wampirem i w jaki sposób trafiłam wtedy do ich drużyny, jeszcze na
kontynencie smoków. Słuchał mnie uważnie, w niektórych momentach nawet miałam
wrażenie, że w jego oczach pojawiało się współczucie, zwłaszcza, gdy
opowiedziałam o moim bracie, ciężko jednak było mi to stwierdzić na pewno,
ponieważ na oczy opadały mu gęste włosy, pokrywające całą jego twarz szorstką
szczeciną.
Potem
Otr zaczął, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, opowiadać mi swoją historię.
Płynął niegdyś okrętem z rodzicami, niestety, wpadli w sztorm i ich statek się
rozbił, jemu jednak udało się przeżyć. Wylądował na plaży, w nieznanym miejscu
i przez długi czas przebywał w lesie, żywiąc się tym co znalazł i próbując
sobie poradzić ze stratą, był wtedy niezwykle młody, miał paręnaście lat. Po
paru tygodniach błąkania się w puszczy ujrzał okazałą budowlę, wielki dwór,
poszedł więc tam czym prędzej. Niestety, zamiast ratunku znalazł tam niewolę –
stał się zabawką pewnego wampira. Kiedy opowiadał mi, co tam się działo… nie
dziwiło mnie już jego nastawienie do mnie. Ów wampir celowo przemienił go w
zootropa i postawił go przed lustrem, z satysfakcją obserwując jego
przerażenie, kiedy po raz pierwszy zmieniał formę. Nie dziwiłam się też, że Otr
chce się na nim zemścić, zwłaszcza gdy dodał, że uzyskał informacje o tym,
jakoby w tym dworze mieli być jego rodzice… żywi.
Po
tej rozmowie oboje zaczęliśmy zupełnie inaczej na siebie patrzeć. Otr obiecał
mi pomóc w zemście na Bugdushu, ja z kolei zobowiązałam się wesprzeć go w jego
kompanii przeciwko wampirowi. Gdy tylko skończyliśmy rozmawiać, usłyszałam
głośne wołanie Troya, że skoro zostaję z nimi, to trzeba to uczcić i opić.
Siedliśmy więc i zaczęliśmy pić, ja jednak, pamiętając jeszcze poranny ból
głowy, stanowczo odmówiłam, tłumacząc, że mam swój trunek. Kiedy dyskretnie
przelałam krew do kielicha, odwróciłam się na moment, żeby zbyć kolejną
propozycję napicia się Troya, a kiedy spojrzałam z powrotem, zobaczyłam że krew
nie jest już płynna, tylko galaretowata. Obok mnie siedział Tut, starając się
zrobić niewinną minę, a kiedy spojrzałam na niego przymrużając oczy, wzruszył
ramionami z szerokim uśmiechem i podał mi czysty kielich ze słowami „myślałem,
że się nie zorientujesz, nie sądziłem, że to tak zareaguje w połączeniu z
krasnoludzkim spirytusem”. Wywróciłam tylko oczami, podziękowałam za kielich i
zaczęłam pić z butelki, idąc za przykładem pozostałych, którzy nie zawracali
sobie głów piciem z kielichów czy kufli.
– Co tam masz, piękna? – spytał Troy, stukając
czubkiem palca w trzymaną przeze mnie butelkę – dasz spróbować?
– To mój specjalny… trunek i raczej ci nie zasmakuje,
jest bezalkoholowy – wyjaśniłam, licząc, że tym go zbędę, ale oczywiście złudne
to były nadzieje.
– To może dasz spróbować? – spytał i już chciał
chwycić butelkę, jednak odsunęłam ją poza jego zasięg.
– Wolałabym nie – odparłam już nieco ostrzej.
– To może chociaż powiesz, co tam masz? – dociekał, i
już chciałam mu odpowiedzieć, kiedy ktoś inny mnie uprzedził.
– Krew chleje – rzucił Lancello niedbale i wrócił do
picia krasnoludzkiego spirytusu z Mikurem, rzucając mi jeszcze złośliwe
spojrzenie pełne satysfakcji.
– Hm… dziwne to zwyczaje – powiedział Troy, nieco
zbity z tropu.
– Wcale nie takie dziwne – wyjaśniłam i szeroko się
uśmiechnęłam, znacząco oblizując spiczaste kły.
– Oooo jesteś wampirem, ciekawe… może chcesz spróbować
mojej krwi? – spytał z wręcz niezdrową fascynacją i zainteresowaniem,
wyciągając ku mnie rękę i już podwijając rękaw.
– Nie, dziękuję, ta mi wystarczy – odmówiłam,
podnosząc krew i wracając do picia.
Po
paru godzinach zabawy z towarzyszami cieszyłam się, że odmawiałam sobie
alkoholu. Większość z nich już leżała na stołach lub pod nimi, jedynie Mikur
wytrwale jeszcze pił, jakby chciał pobić swój własny rekord. Robiłam się coraz
bardziej zmęczona, ale nie chciałam tak zostawiać pijanych towarzyszy, starałam
się więc zbudzić część z nich, udało mi się to jedynie z Lancello, ten jednak
kazał mi iść i poszedł spać dalej, wzruszyłam więc ramionami i poszłam do
swojego pokoju.
Niesłuszne oskarżenia
Obudziło
mnie nieprzyjemne zimno i głośny gwar rozmów oraz ciche okrzyki pełne grozy i
zaskoczenia. Szybko otworzyłam oczy i chciałam już wykonać jakiś ruch, żeby
ustawić się w pozycji gotowej by odeprzeć atak, jednak nie mogłam się ruszyć –
moje ręce i nogi były związane grubymi powrozami. Z przerażeniem zauważyłam, że
moja koszula nocna jest cała we krwi, całkiem świeżej, krasnoludzkiej krwi, a
ja leżę na ziemi na środku jakiejś nieznanej mi alejki pod budynkiem, z którego
dochodziły okrzyki jakby pełne rozpaczy. Próbowałam się dowiedzieć, o co
chodzi, byłam absolutnie zdezorientowana jak się tam mogłam znaleźć, szarpnięto
mnie jednak brutalnie na nogi i zaczęto prowadzić w nieznanym mi kierunku, nie
zwracając uwagi na to, że mam bose stopy i jestem w koszuli nocnej. Kiedy nalegałam,
by mi wszystko wyjaśnili, jeden z otaczających mnie ciasno krasnoludów burknął:
– Zamilcz, lepiej zachowaj siły na tłumaczenie się
księciu Drenmgarowi.
Jego
głos był przesiąknięty skrajną pogardą i wręcz nienawiścią, nie zadawałam więc
już więcej pytań, licząc, że ów książę okaże się być bardziej cywilizowany. Nie
miałam pojęcia, co się działo, ale, sądząc po całej zakrwawionej sukni, nie
trudno się było domyślić, że ktoś mnie wrabiał w jakieś zabójstwo. Przyjrzałam
się sobie, zerkając w dół. Moje stopy były już zupełnie brudne od chodzenia bez
butów po kamiennych chodnikach i miejscami poranione od ostrych kamieni. Koszula nocna, dawniej jasnoniebieska,
teraz przyjęła w większości barwę soczystej czerwieni i przylgnęła do mojego
ciała, podkreślając niektóre moje atuty i kształty. Chciałam zakryć się choćby
włosami, zgarniając część z nich do przodu, niestety, grube powrozy i silne
ręce krasnoludów, prowadzących mnie za ramiona z obydwu stron, skutecznie to udaremniały,
musiałam więc poddać się i czekać na dalszy bieg wydarzeń.
Wprowadzili
mnie do masywnego, trzypiętrowego budynku z licznymi zdobieniami i nawet
kilkoma płaskorzeźbami na frontowej ścianie. Po przejściu przez długi korytarz
dotarliśmy do dużej sali, gdzie na masywnym krześle za równie masywnym biurkiem
siedział młody krasnolud, pijący ciemne piwo z kufla i przyglądający mi się ze
zmęczonym spojrzeniem, jakby miał już dość siedzenia tam. Ci, co trzymali mnie
pod ramiona, puścili mnie tak, że zachwiałam się i upadłam na kolana. Więzy
boleśnie wpiły się w przeguby moich nadgarstków, i ledwo się utrzymałam, by nie
paść na twarz, dzięki temu jednak część moich włosów przesunęła się na przód,
więc moje piersi osłonięte wyłącznie cienkim, mokrym od krwi materiałem nie
były już tak wyeksponowane. Podniosłam wzrok na krasnoluda, który, jak się
domyśliłam, musiał być owym księciem, o którym wspominali wcześniej. Mężczyzna
wyprostował się, odstawił kufel, a na jego twarzy zagościł surowy grymas.
– Wampirzyco, zostałaś znaleziona pod domem
gubernatora, cała w jego krwi, a gubernator leżał martwy w swojej sypialni z
rozszarpanym gardłem – odezwał się niskim, głębokim głosem, wbijając we mnie
ostre spojrzenie. – Dlaczego to zrobiłaś?
– Ja tego nie zrobiłam, przysięgam – niemal wyłkałam,
siadając na stopach i opuszczając głowę – nikogo nie zabiłam.
– Podnieście ją, niech nie klęczy przede mną jak przed
katem – powiedział do strażników, a ci od razu, bez zbędnej delikatności,
chwycili mnie za ramiona i postawili do pionu, wtedy książę znów zwrócił się do mnie
– skoro jesteś niewinna, to jak wytłumaczysz to, że jesteś cała we krwi?
– Nie wiem, naprawdę nic nie zrobiłam – spojrzałam na
niego proszącym wzrokiem.
– Co więc robiłaś w domu gubernatora?
– Nie wiem…
– Jak tam się znalazłaś?
– Też nie wiem… naprawdę nie wiem… – odpowiadałam
coraz bardziej zrozpaczona.
– Jak wyjaśnisz ten zbieg okoliczności, ty cała we
krwi znaleziona pod domem, w której wampir rozszarpał gardło gubernatorowi? –
nie ustępował, tylko napierał na mnie coraz bardziej pytaniami, a jego mocny
głos wręcz dźwięczał mi w głowie.
– Nie w…
– Tak, rozumiem, nie wiesz. Czy w twoim słowniku
znajduje się jakieś inne słowo poza nie wiem? – spytał już wyraźnie zirytowany
i wstał, podchodząc bliżej mnie. – Co masz na swoje wytłumaczenie, wampirzyco?
– Naprawdę tego nie zrobiłam i nie potrafię
wytłumaczyć, co się stało – odparłam, zbierając w sobie odwagę i wolę walki,
musiałam mu udowodnić, że to nie ja… przecież nie jestem potworem, nie dam się
skazać za czyjeś zbrodnie... mam córkę... gdyby mnie skazali, nigdy bym jej już nie spotkała... – wczoraj z towarzyszami trochę wypiliśmy, ale ja
skończyłam po ledwie kieliszku i poszłam do swojego pokoju w zajeździe na
spoczynek. Przysięgam ci, książę, to ostatnie, co pamiętam, możesz ich spytać,
nie poluję na ludzi, elfy, krasnoludy czy jakiekolwiek inne istoty
inteligentne, piję wyłącznie zwierzęcą krew, jeślibyś posłał teraz kogoś do
karczmy, w której się zatrzymałam, znalazłbyś beczułkę ze świńską krwią… ja tego nie
zrobiłam, nie wiem jak to się stało, ale ja świadomie nigdy bym nikogo nie
zabiła, nie jestem morderczynią – mówiłam, patrząc na niego błagalnie, licząc,
że choć zechce zbadać sprawę i dojść do prawdy.
– Poślijcie po tych, o których mówi, chcę z nimi
porozmawiać – powiedział, obrzucając mnie dość niechętnym spojrzeniem.
Paru
krasnoludów wyszło z sali, książę westchnął i z powrotem usiadł na
krześle, znów biorąc do ręki kufel i wypijając do końca piwo. Rozsiadł się
wygodnie i czekał na powrót posłańców, zapewne z członkami mojej drużyny, nie
przejmując się zupełnie, że stoję ubrana wyłącznie w zakrwawioną koszulę nocną, na
szczęście podłoga tutaj nie była kamienna, tylko wyłożona miękkim dywanem, nie
czułam więc przeraźliwego chłodu ciągnącego od stóp.
Liczyłam,
że towarzysze pomogą mi w tej sytuacji, jednak, kiedy przyszli, zamiast pewnych
siebie mężczyzn gotowych mnie ratować z opresji, ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy
– popijawa z dnia poprzedniego zdawała się poczynić u każdego wyraźne
spustoszenie w stanie psychicznym i fizycznym. Jedynie Troy nieźle się trzymał,
krocząc raźnie na przedzie, ale to pewnie dzięki temu, że przywykł do
regularnego picia, również Otr prezentował się nienajgorzej, ale bardzo
możliwe, że skutki popijawy skutecznie kryło gęste futro pokrywające jego
twarz. Lancello wyglądał tak, jakby każdy ruch kroczących obok niego strażników
przyprawiał go o ból porównywalny z pękającą czaszką, Valarad miał nieprzytomny
wzrok wbity w przestrzeń, jakby obserwował coś na ścianie, a Mikur… szkoda
gadać, jego kamienna twarz miała niemal bliźniaczy wyraz co Lancello przy
każdym brzdęknięciu zbroi krasnoludów i każdym jego stąpnięciu. Tut mrużył oczy
– w jego przypadku odtruwanie po nocy najwyraźniej objawiało się dotkliwym
światłowstrętem i otępieniem, kroczył jakby ktoś zmienił go zeszłej nocy w
zombie. Otr pierwszy zaczął się orientować w sytuacji i podszedł do mnie,
pytając wręcz z troską.
– Francesco, co się stało?
– Jestem oskarżona o zabójstwo gubernatora, czego nie
zrobiłam – odparłam, błagając w myślach, by mi uwierzył, znałam w końcu jego
podejście do wampirów…
W
tym momencie za plecami usłyszałam przeciągły gwizd Tuta – najwyraźniej
odzyskał na moment wzrok i postanowił w ten dość grubiański, ale jakże pasujący
do trolla sposób, wyrazić aprobatę względem mojego wyglądu. Niestety, tak
wysoki dźwięk dotkliwie poraził elfie uszy Lancello, który zaczął wywrzaskiwać
po elficku jakąś wiązankę, dość szybko jednak została przerwana – usłyszałam
jedynie głuche uderzenie i łomot ciała upadającego na podłogę. Kiedy się
odwróciłam, zobaczyłam elfa leżącego na dywanie z wyrazem błogości na twarzy –
najwyraźniej ogłuszenie było najlepszym, co w tym stanie można było zrobić dla
jego skołatanej głowy… choć nie wiem, czy jak się obudzi i poczuje zapewne
bolesnego guza na głowie też będzie tak sądził.
– Nie jesteś jeszcze oskarżona, wampirzyco… jak na
razie jesteś tylko podejrzana i przesłuchiwana – sprostował książę,
przyglądając się już nie mi, tylko drużynie za moimi plecami z lekkim
rozbawieniem.
– W takim razie dlaczego jestem związana? – spytałam
nawet z lekkim oburzeniem, obecność drużyny dodała mi pewności siebie i walka o
moje prawa wydawała się już dużo łatwiejsza.
– Hm… rozwiążcie ją, chyba nie stanowi zagrożenia –
odparł krasnolud, przenosząc wzrok z powrotem na mnie.
Jeden
ze stojących przy mnie krasnoludów niechętnie sięgnął za moje plecy i rozwiązał
pęta. Zaczęłam masować nadgarstki, kiedy poczułam, że ktoś mnie okrywa
płaszczem, a mój węch poraził ostry zapach alkoholu. Odwróciłam się i
zobaczyłam niemrawo uśmiechającego się do mnie Tuta, kątem oka zauważyłam też,
że Lancello nie leży już na swojej pelerynie. Otuliłam się szarym materiałem z
poczuciem ulgi – lubiłam swoje ciało, jednak nie odczuwałam satysfakcji z
eksponowania go w takiej sytuacji.
– Nie wypada, żebyś stała niemal naga – powiedział, a ja z
całych sił powstrzymałam się od zmarszczenia nosa, gdy poczułam jego oddech i
podziękowałam, a on tylko wzruszył ramionami i cofnął się o parę kroków.
– Co wiecie o wczorajszym wieczorze? – spytał książę
drużynę, a oni zaczęli jeden przez drugiego opowiadać przebieg wydarzeń; gdy skończyli,
krasnolud zmarszczył czoło i zastanawiał się chwilę, po czym machnął ręką. –
Możecie odejść, jak na razie jesteście wolni. Tobie, wampirzyco, nie wolno
opuszczać miasta, na dniach zjawi się mentat który przebada sprawę.
– Dziękuję – skłoniłam się lekko i skierowałam się do
wyjścia, mijając po drodze Tuta, bijącego po twarzy Lancello, żeby go ocucić;
ból głowy musiał być naprawdę dotkliwy, gdyż nawet nie zauważył braku peleryny
– miałam zamiar mu ją oddać jak tylko dotrzemy do karczmy, po cichu licząc, że
krew na moim ciele wyschła na tyle, by jej nie zabrudziła.
Zaraz
po dotarciu do zajazdu poprosiłam karczmarza o balię pełną gorącej wody,
chciałam zmyć z siebie brud zbrodni, której nie byłam winna, tak jakby pozbycie
się krwi z ciała miało zmazać ze mnie również oskarżenia… kiedy kąpiel była
gotowa, zdarłam z siebie halkę, sztywną od krwi i rzuciłam ją w kąt. Przyjrzałam
się też uważnie płaszczowi Lancello – całe szczęście, był tylko lekko
zabrudzony w jednym miejscu, więc od razu go uprałam, jeszcze gotów byłby
rzucić we mnie sztyletem, gdybym śmiała mu zabrudzić pelerynę. Zastanawiałam
się, kto tak bardzo mnie nienawidził, żeby wpakować mnie w takie kłopoty… na
myśl przychodziła mi tylko jedna osoba, wątpiłam jednak, by Bugdush się tu
zapuścił. Bardziej prawdopodobne było, że ktoś chciał się pozbyć gubernatora i
postanowił wykorzystać nikomu nieznaną, młodą wampirzycę, która szczęśliwym
trafem zjawiła się w mieście. Nie miałam niestety szans sama się dowiedzieć, o
co poszło, w końcu i tak nikt by nie chciał ze mną rozmawiać i udzielić mi
żadnych informacji, a nie miałam nawet pieniędzy, żeby móc kogoś przekupić,
pozostało mi więc jedynie liczyć, że rozpoznanie mentata będzie mi przychylne. Czekać, na uniewinnienie lub wyrok...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz