wtorek, 31 marca 2015

Dverg Morke

Odpoczynek 

            W karczmie, ku mojemu zdziwieniu, przy ladzie siedział już Salus i czekał na mnie. Wyjaśnił, że udało mu się ominąć kolejkę, podał mi klucz do pokoju i powiedział, że w najbliższych dniach ma do załatwienia sporo spraw i będzie nieosiągalny. Kazał mi się dobrze bawić, a kiedy opowiedziałam mu o spotkaniu z dawnymi towarzyszami, szeroko się uśmiechnął, życzył jeszcze raz dobrej zabawy przy oglądaniu turnieju, po czym przeprosił mnie i wyszedł z karczmy. Już przy wyjściu czekał na niego bogato ubrany krasnolud, z którym od razu rozpoczął ożywioną konwersację i ruszyli w stronę głównego placu.
                Budowa miasta krasnoludzkiego idealnie odzwierciedlała mentalność jego mieszkańców – proste, masywne budynki, którym zdecydowanie brakowało subtelności i wyrafinowania, którym odznaczały się elfickie budowle. Niewiele krasnoludzkich domów w jakikolwiek sposób zdobiono, a i tak wszelkim zdobieniom daleko było do kunsztu nawet najprostszych elfickich ozdób. Usytuowanie miasta pod ziemią miało jednak jedną bardzo istotną dla mnie zaletę – nie dostawały się tutaj parzące mnie promienie słoneczne, mogłam więc nareszcie pokazać choć odrobinę swojego ciała.
                W pokoju znalazłam część moich rzeczy i zawiniętą paczuszkę na moim łóżku, z karteczką z dobrze mi znanym pismem Salusa „Twoje rzeczy z podróży oddałem przy okazji z moimi karczmarzowi, na jutro obiecał je uprać, miłego pobytu w Dverg Morke! PS. Liczę, że udało mi się trafić z kolorem i rozmiarem.” Zaintrygowana drugą częścią jego wiadomości szybko rozdarłam papier. Na łóżko wypadła suknia w kolorze głębokiego granatu z aksamitu, nie zdążyłam jeszcze przyjrzeć się jej krojowi, gdy do drzwi zapukał karczmarz.
 – Pan Portanis prosił, aby, jak tylko pani przybędzie do karczmy, przygotować kąpiel – powiedział, a ja uśmiechnęłam się szeroko, kolejny raz podziwiając zaradczość i dobroduszność Salusa.
– Chętnie skorzystam – odparłam, a karczmarz tylko się szeroko uśmiechnął.
                Po chwili w moim pokoju stanęła balia pełna gorącej wody, zbawienna po tak długim czasie w siodle. Wyszłam z niej dopiero, gdy woda zaczynała stygnąć i założyłam na siebie suknię od Salusa. Sięgała mi do samych kostek, głęboki dekolt wcinał się idealnym klinem między moje piersi, ponadto odsłaniała całe plecy. Pomyślałam, że będę musiała podziękować mu za tak cudowną kreację, na razie jednak zamierzałam dobrze się pobawić w towarzystwie drużyny, choć gdzieś z tyłu głowy złośliwy głosik wyrzucał mi, że nie powinnam się cieszyć, skoro oddałam córkę w obce ręce, udało mi się go jednak szybko uciszyć.
                Schodząc do kantyny z uwagą obserwowałam reakcję towarzyszy na mój strój. Valarad i Otr omietli mnie dość obojętnym spojrzeniem, Mikur szeroko się uśmiechnął, Troy z kolei zapatrzył się w mój dekolt z taką miną, jakby zaraz miał zacząć się ślinić… tak, moje podejrzenia co do niego zdawały się potwierdzać, nadal jednak postanowiłam dać mu trochę czasu. Lancello zmierzył mnie niechętnym, uważnym spojrzeniem, wyraźnie sugerującym mi, że jestem tam przez niego niemile widziana. Podchodziłam już do stołu, przy którym siedzieli, gdy drogę zagrodził mi ów czarny troll, wcześniej sprawiający wrażenie absolutnego idioty, teraz jednak jego spojrzenie było całkiem przytomne.
– Witaj, wybacz moje wcześniejsze zachowanie, ale ostatnie wskrzeszenie przyprawiło mnie o prawdziwy obłęd – powiedział i zmierzył Otra nienawistnym wzrokiem, po czym przeniósł go z powrotem na mnie, a jego twarz przybrała bardzo uprzejmy wyraz. – Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Tut i jestem czarnym trollem – wyciągnął ku mnie rękę.
– Vivienne Eleri – przedstawiłam się i podałam mu dłoń; kiedy ją uścisnął, poczułam wyraźne stwardnienia na jego skórze i miałam wrażenie, że bez problemu uściskiem zmiażdżyłby mi wszystkie palce – i rozumiem, że śmierć może przyprawić o obłęd.
– Zawsze miałem słabą głowę, jeśli o to chodzi. Cóż cię tu sprowadza, piękna? – spytał z uśmiechem, zerkając mi w oczy, co było dość proste, gdyż był niewiele wyższy ode mnie.
– Towarzyszyłam przyjacielowi w podróży w interesach i szczęśliwym trafem zauważyłam w kolejce Mikura i Valarada, z którymi jakiś czas temu wspólnie podróżowaliśmy – wyjaśniłam i już chciałam dosiąść się do ich stołu, kiedy wszyscy zaczęli się zbierać. – Gdzie się wybieracie?
– Pierwsza konkurencja nas czeka – Mikur uśmiechnął się jak dziecko – można wygrać kryształ! Będziemy się ścigać rydwanami!
– Cóż, z przyjemnością się przyjrzę – odparłam, a stein posłał mi jeszcze szerszy uśmiech.
– Może zechciałabyś więc towarzyszyć mi na trybunach? Nie biorę z nimi udziału w zawodach – zaproponował Tut, a jako że nie miałam innej alternatywy, skinęłam potakująco głową.

Co mnie ominięło...

                Liczyłam, że dowiem się co takiego się działo w drużynie od czasu, kiedy zniknęłam. Okazało się, że Tut dołączył do nich krótko po moim odejściu, okazał się być więc skarbnicą wiedzy o nich. Wyjaśnił mi sytuację, o której wspominał Mikur. Pewnego razu lecieli sterowcem i ktoś zauważył pod nimi dziewczynę w białej sukni uciekającą na jednorożcu, a za nią oddział żołnierzy. Zdecydowali się pomóc uciśnionej dziewicy (w końcu żadna inna nie mogłaby dosiąść jednorożca) i opóźnili pościg, po czym zabrali ją wraz z jej wierzchowcem na sterowiec. W tym momencie z ust Tuta dało się słyszeć wiązankę przekleństw na to „kurewskie rogate bydle uzależnione od alkoholu”, a kiedy poprosiłam o wyjaśnienie, zrozumiałam, skąd taka nienawiść – nikt nie chciałby mieć do czynienia z pijanym jednorożcem, który ma tak zachwiany obraz rzeczywistości, że atakuje nawet dziewicę. Tut nie omieszkał wspomnieć o aviance, ponoć strasznej idiotce, żelaznej dziewicy, która jakimś cudem związała się z Valaradem i o niewielkim żarciku, który wymyślił Lancello. Owa avianka pewnego razu po konkursie picia była na tyle pijana, że zamiast do swojego pokoju, trafiła do łóżka Lancello. Ten zafundował jej bardzo orzeźwiającą pobudkę, wrzucając ją do jacuzzi a później zaczął jej wmawiać, że utraciła z nim w nocy niewinność. Co najlepsze, ona w to uwierzyła, cuchnęła alkoholem, więc jednorożec się od niej odsuwał, obrażony, że piła i się z nim nie podzieliła. W końcu jej wyjaśnili, że to był żart, ale pozwolili jej dłuższy czas żyć w tym przekonaniu, żeby dać jej nauczkę. Co do jej związku z Valaradem… pirat ponoć z nią zerwał, zainteresowało mnie jednak, że po paru miesiącach nadal była dziewicą, to niepodobne do jakiegokolwiek pirata. Ostatecznie poznała jakiegoś szlachcica i wyszła za niego za mąż, co szczerze mnie rozbawiło – z opowieści Tuta nie wydawało mi się, by była ona w stanie poradzić sobie wśród zawiłości życia na dworze.
                Dowiedziałam się też, że w końcu udało im się odbić od Czarnych Płaszczy sterowiec i obecnie nim podróżowali. Tut zachwalał jego wielkość i wygodę, wspominał o jacuzzi, ale byłam niemal pewna, że ze statkiem Bel’salana nie mógł się równać, choć zapewne nie musiałabym się na nim obawiać, że dotknięcie poręczy czy ozdoby na ścianie mnie poparzy. Zainteresowała mnie też opowieść o królobójstwie. Owa panna na jednorożcu okazała się być księżniczką, która uciekła sprzed ołtarza. Obiecała im wejście do skarbca w zamian za zabicie swojego ojca oraz króla sąsiedniego księstwa i jego syna, który miał być jej mężem.  Drużyna zadanie wykonała i wtedy dopiero księżniczka wyjawiła im pewien problem ze skarbcem – żeby go otworzyć potrzebna była znajomość zaklęć i Oko Magii, legendarny przedmiot, który ostatnio widziano na kontynencie elfów, i to był właśnie powód, dla którego tu przybyli.
                Niemal całe wyścigi rydwanów ciągniętych przez steiny poświęciliśmy na rozmowę, dopiero pod koniec zaczęliśmy się im przyglądać. Po wygranej Mikura poszliśmy mu pogratulować, a potem napić się do karczmy z całą drużyną. Znałam doskonale moją słabą głowę, więc postanowiłam nie pić, a krasnolud, który podawał wszystkim piwo, spojrzał na mnie z dezaprobatą i na moją prośbę o wodę burknął, że wodę to konie i żebracy piją, ale w końcu postawił przede mną dzban i szklankę, choć musiałam ją doczyścić, zanim odważyłam się z niej wypić. Kiedy miałam już dość obserwowania tej bandy chlejącej na umór, wyszłam z karczmy i poszłam zobaczyć, czy coś ciekawego można by tu kupić. Nie znalazłam niczego, co wpadłoby mi jakoś szczególnie w oko, ale u jubilera udało mi się sprzedać kawałek diamentu – znalazłam go jeszcze przed egzaminami do gildii i nie sądziłam, bym kiedykolwiek go do czegoś wykorzystała, a potrzebowałam gotówki, więc te pięćset sztuk złota mogło mi się przydać bardziej niż ukruszona błyskotka.

Krew i alkohol

                Kiedy wróciłam do karczmy, część drużyny zdawała się już skończyć popijawę i odpaść z konkursu – chociażby Lancello leżał na stole półżywy, obok niego Valarad, jedynie Tut i Mikur zdawali się być pełni sił, Troya nigdzie nie widziałam, być może padł pod którymś stołem. W każdym razie, kiedy zawołali nas na konkurs picia steinów, poszłam tylko ja, Tut i mój kamienny przyjaciel. Okazało się, że owe zawody w niczym nie przypominały tych, w których brała udział reszta drużyny – przed Mikurem postawiono kilka beczek i otwierali je po kolei: wrząca smoła, krasnoludzkie wino, woda, krew… nie wiem, co było w kolejnych beczułkach, ponieważ, kiedy tylko poczułam zapach krwi, niesamowicie kuszący, od razu wstrzymałam oddech i odsunęłam się poza karczmę, żeby nie czuć tego przywołującego mnie zapachu. Niestety, moja reakcja nie pozostała niezauważona – po chwili obok mnie stanął Tut i spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
– Co się stało? – spytał, przekrzywiając nieco głowę.
– Nie znoszę krwi, nieco mnie mdli – odparłam, nie pomyślałam jednak, że może go zainteresować, skąd tak szybko poznałam, że ciemny płyn w beczce to akurat krew.
– Hm… interesujące, skąd wiesz, że tam była krew w tych beczkach? Ja nic nie zauważyłem – zapytał zgodnie z moimi obawami.
– No cóż… mam bardzo czuły węch – wyjaśniłam wymijająco
– Interesujące, gratuluję zatem zmysłów, raczej to niepodobne do ludzi, nawet elfy nie mają chyba tak dobrego węchu, żeby wyczuć krew przez ten odór smoły.
– Zawsze się wyróżniałam, jeśli o to chodzi – dodałam, a Tut tylko spojrzał na mnie, przez moment mierzył mnie wzrokiem jakby nad czymś się zastanawiał, po czym wzruszył ramionami.
– Wiesz, mi to tam obojętne, nawet jakbyś była wampirem, to co mi tam, mojej krwi przecież i tak byś nie ruszyła – odpowiedział i uśmiechnął się, jakby dając mi tym do zrozumienia, że domyśla się prawdy, zrobiłam więc jedyne, co  mi przychodziło w tamtej chwili na myśl.
– No tak, jakbym była – powiedziałam i uśmiechnęłam się bardzo szeroko, upewniając się, by zobaczył moje zaostrzone kły.
– Ah, no tak, jakbyś była – zaśmiał się i spojrzał na karczmę - to ja wrócę zobaczyć, jak idzie Mikurowi, a ty sobie tutaj poczekaj, po konkursie zapraszam do wspólnego picia.
– Towarzystwa nie odmówię, wybacz jednak, ale pić nie będę – uśmiechnęłam się i usiadłam sobie na ławce przed karczmą.
                Nie minęło wiele czasu, a usłyszałam kroki, należały jednak do kogoś o chodzie dużo lżejszym i bardziej sprężystym od Tuta. Spojrzałam w stronę karczmy i zobaczyłam podążającego w moją stronę Troya z szerokim uśmiechem na twarzy. Westchnęłam cicho i odwzajemniłam mu się, unosząc jedynie kącik ust. Nie miałam ochoty znosić jego uwag i sugestii ani natarczywego spojrzenia, ale nie za bardzo miałam dokąd uciec, więc postanowiłam szybko go zbyć.
– Witaj, piękna, co tak samotnie siedzisz? – spytał i usiadł obok mnie, zdecydowanie za blisko, bym mogła czuć się komfortowo. – Dlaczego z nami nie piłaś? To świetna zabawa.
– Lubię samotność i jakoś nie przepadam za alkoholem, mam dość słabą głowę – wyznałam i delikatnie się odsunęłam.
– Tut wspominał mi, że chciałabyś się być może czegoś napić, więc przyszedłem, on zdaje się wybrał teraz chlanie z resztą drużyny – wyjaśnił Troy, a ja przeklęłam w myślach trolla… o tak, napiłabym się czegoś, ale ten człowiek cuchnął karczmą, czyli alkoholem i potem, nie zdawał się być więc atrakcyjnym posiłkiem.
– Cóż… preferuję dobre, elfickie wina, jeśli już coś mam pić – odparłam, chcąc się go pozbyć.
– Już się robi – uśmiechnął się szeroko i ruszył do karczmy; liczyłam, że wciągnie go karczemna popijawa, jednak po chwili wrócił, niosąc butlę wina i dwa kieliszki – no i jestem – powiedział i zasiadł obok mnie, po czym rozlał trunek do kielichów i jeden mi podał. – Za co chcesz wypić?
– Za spokój – odparłam, dodając w myślach „święty spokój… by nie użerać się z takimi typami jak ty…”
– Spokój jest nudny, ale skoro chcesz, niech będzie – rzucił lekko i uniósł kielich, pochylając się w moją stronę – zatem, za spokój!
                Łyknęłam wina i niemal od razu poczułam, jak uderza mi do głowy. To był jeden z niewielu plusów słabej głowy – niewielka ilość alkoholu zwykle mi wystarczała, żebym się odprężyła. Teraz też szybko poczułam, jak natrętne myśli i wyrzuty sumienia, wciąż kołaczące się gdzieś w tyle mojej głowy, choć zepchnięte na jakiś czas na dalszy plan dzięki mojemu powrotowi do towarzyszy, zaczynają odpływać jeszcze dalej, ulatniać się. Ten stan błogości był na tyle przyjemny, że zgodziłam się bez problemu na kolejny kieliszek, kiedy tylko Troy go zaproponował. Oczywiście miałam tego później bardzo szybko pożałować.

Znów członkiem drużyny

                Następnego dnia rano obudził mnie okropny ból głowy… przypomniałam sobie przebieg wczorajszego wieczora i od razu sprawdziłam stan mojej garderoby – na szczęście byłam ubrana dokładnie tak samo, jak dnia poprzedniego, gdy piłam z Troyem. Widać ten awanturnik miał więcej instynktu samozachowawczego niż bym go podejrzewała. Kierowana pragnieniem napicia się czegokolwiek, choćby wody, chciałam wyjść z pokoju i poszukać karczmarza. Jednak, kiedy tylko otworzyłam drzwi, pod moje nogi upadł jeszcze zapewne chwilę wcześniej smacznie śpiący Troy.
– Co ty tutaj robisz? – powiedziałam zaskoczona, z dezaprobatą zauważając, jak bardzo ochrypły miałam głos.
– Pilnowałem cię, jak spałaś – odparł i usiadł, po czym wstał i ziewnął szeroko, racząc mnie widokiem wnętrza swojego gardła i wyjątkowo zdrowych zębów, w dodatku wszystkich, co było dość zaskakujące, biorąc pod uwagę jego styl życia.
– To miłe – rzuciłam jeszcze bardziej zaskoczona jego wręcz… rycerskością – a teraz pozwól, że zejdę na dół, czegoś się napić.
– Proszę bardzo – uśmiechnął się szeroko i odsunął się, żebym mogła bez problemu przejść, po czym ruszył za mną,
                Na dole zastałam większość drużyny śniadającą i popijającą przeróżne trunki. Przy kontuarze i innych stołach kręciło się sporo różnych osób, zwłaszcza krasnoludów i elfów. Ich zapachy uderzyły mnie ze zdwojoną siłą po osłabieniu po wczorajszym wieczorze, podeszłam więc do Valarada i poprosiłam, czy nie zechciałby się udać na chwile ze mną do pokoju, bo chciałabym porozmawiać. Zgodził się bez oporów, znał mnie i mi ufał, poszedł więc ze mną i, kiedy poprosiłam o nieco krwi, rozciął rękę i nalał mi pełen kielich. Valarad rozumiał moją potrzebę, jednak Lancello zdawał się jej ani trochę nie rozumieć i nie akceptować, mało tego, zdawał się gardzić mną i tym, kim, czy też czym byłam. Kiedy tylko zeszłam z Valaradem z powrotem do karczmy, zmierzył mnie ostrym spojrzeniem i przez moment zdawało mi się, że usłyszałam cichy zgrzyt metalu, gdy sięgnął dłonią pod stół… postanowiłam wyjaśnić mu parę spraw.
– Lancello, pozwolisz na chwilę na stronę, chciałabym z tobą porozmawiać – poprosiłam, gdy już zjedliśmy śniadanie.
                Elf przyjrzał mi się uważnie i skinął niechętnie głową, wstał i pokazał mi gestem, bym szła przed nim. Tym razem byłam pewna – zgrzyt metalu dochodził z jego strony, naprawdę musiał mi nie ufać, skoro szykował się do ewentualnej obrony… lub też ataku. Zaprowadziłam go jednak do mojego pokoju i stanęłam naprzeciw niego. Zamknął drzwi i oparł się o nie, wyjmując mithrillowy sztylet i podrzucając go jakby beztrosko i niedbale.
– Chciałam ci tylko wyjaśnić parę spraw, to nie będzie potrzebne – powiedziałam nieco urażona, zerkając niepewnie na nóż w jego dłoni – nie zamierzam się na ciebie rzucać.
– Ostrożności nigdy za wiele – odparł cicho, nie spuszczając ze mnie uważnego wzroku.
– Cóż… skoro tak… chciałam cię zapytać, skąd wiedziałeś, że jestem wampirem? W listach gończych nikt o tym nie pisze – spytałam, przechylając głowę i wpatrując się w niego z oczekiwaniem, starając się, by moje spojrzenie było równie intensywne, co jego, choć nie było to łatwe.
– Spędziłem sporo czasu jako strażnik w górach, nie raz miałem do czynienia z istotami twojego rodzaju, więc wiem, jak was rozpoznać – wyjaśnił i uśmiechnął się wyjątkowo złośliwie – to dla mnie dość proste.
– Rozumiem… podejrzewam, że mogłeś mieć więc do czynienia z różnymi wampirami, chcę ci tylko powiedzieć, że być może masz co do mnie mylne wrażenie. Nie przywykłam do rzucania się do gardła towarzyszy, w ogóle do wpijania się kłami w kogokolwiek. Jeśli potrzebuję krwi, to zwykle starcza mi zwierzęca, jeśli czuję, że muszę wypić inną krew… wtedy proszę o nią, tak jak przed chwilą prosiłam Valarada.
– Możliwe, jednak miałem tyle do czynienia z wampirami, że wolę być ostrożny, jak na razie jednak będę cię tolerował, ale licz się z tym, że jeśli zaczniesz się rzucać na moich towarzyszy, to ukrócę twój wampirzy żywot – ostrzegł uśmiechając się kącikiem ust i cały czas przyglądając mi się intensywnie.
– Jeśli do tego by doszło, to prosiłabym, byś mnie powstrzymał, jeśli miałbyś szansę, nie zamierzam zrobić nikomu tego co mi, albo czegoś jeszcze gorszego… nie stwarzam zagrożenia – zapewniłam, czując się bardzo niepewnie przez te jego wwiercające się spojrzenie i sztylet, radośnie połyskujący mithrillem podczas podrzucania.
– To się okaże i możesz być pewna, że skutecznie cię powstrzymam – powiedział powoli, odsunął się od drzwi i otworzył je – myślę, że możemy już wracać – dodał, znów wskazując mi ręką, bym poszła przed nim.
                Spojrzałam niepewnie na nóż, który cały czas trzymał. Widząc moje spojrzenie jedynie złośliwie się uśmiechnął, ale schował sztylet i popędził mnie skinieniem dłoni, więc, chcąc nie chcąc, ruszyłam przed nim. Przechodząc obok niego poczułam jego niesamowicie intensywny zapach… pachniał niemal jak Salus, choć silniej i wyczuwałam też inną nutkę, delikatną woń pszczelego wosku, którą tak dobrze znałam, w końcu też używałam łuku i sama go konserwowałam. Do tego mieszanka przeróżnych ziół, idealnie komponująca się z aromatem lasu. Przez myśl przemknęło mi, że jego krew musiałaby cudownie smakować… nie odważyłabym się jednak go o nią poprosić – podejrzewałam, że gdybym tylko zaczęła formułować tę prośbę, po chwili w moim ciele znalazłby się co najmniej jeden celnie rzucony sztylet. Lancello zdecydowanie nie wydawał mi się być osobą rzucającą słowa na wiatr, byłam niemal przekonana, że byłby w stanie mnie zabić, unieszkodliwić, w końcu dla niego byłam istotą chaosu… potworem, stworzonym by zabijać…
                Czas do południa upłynął mi na opowiadaniu sobie wzajemnie z resztą towarzyszy przygód, ja jednak w większości po prostu słuchałam ich opowieści. Znalazłam się też w dość niefortunnym położeniu między Tutem a Troyem, i tak jak ten pierwszy, mimo iż był trollem, potrafił zabawić mnie rozmową na zaskakująco wysokim poziomie jak na jego pochodzenie, tak ten drugi najzwyczajniej pilnowaniem mnie w nocy wykorzystał swoje wszelkie pokłady nonszalancji i rycerskości i nie raz przyłapywałam go na perfidnym wpatrywaniu się w mój dekolt albo musiałam wysłuchiwać jego komplementów, prawionych dość nieokrzesanym językiem. Znów opowiadali, że przybyli na ten kontynent chcąc zdobyć Oko Magii, jakiś legendarny kostur magiczny, zupełnie nie wiedziałam, co to jest, nigdy jakoś specjalnie nie interesowałam się magią, a moje próby poznania czarnej magii zostały szybko udaremnione przez Arscheritta, który ukradł mi księgę. Niezbyt interesowało mnie bieganie po przeróżnych ruinach, lochach, jaskiniach czy innych podejrzanych norach, stwierdziłam jednak, że nie zaszkodzi na jakiś czas z nimi podróżować. Poprosiłam więc ich, czy mogłabym do nich dołączyć, co część przyjęła z entuzjazmem, niektórzy raczej obojętnie, tylko dwie osoby zdawały się być raczej nieprzychylne mojej prośbie – oczywiście Lancello, wielki pogromca i znawca wampirów, oraz Otr… postanowiłam więc porozmawiać z tym drugim i dowiedzieć się, dlaczego jest do mnie aż tak bardzo uprzedzony.
                Nasza rozmowa zaczęła się z ogromną rezerwą z jego strony, zaczęłam więc opowiadać mu moją historię – podróżowałam z nim już dość długo i zdawał się być godzien zaufania, dlatego czułam, że mogę mu wyjawić to, co się działo w Felmarii, jak się stałam wampirem i w jaki sposób trafiłam wtedy do ich drużyny, jeszcze na kontynencie smoków. Słuchał mnie uważnie, w niektórych momentach nawet miałam wrażenie, że w jego oczach pojawiało się współczucie, zwłaszcza, gdy opowiedziałam o moim bracie, ciężko jednak było mi to stwierdzić na pewno, ponieważ na oczy opadały mu gęste włosy, pokrywające całą jego twarz szorstką szczeciną.
                Potem Otr zaczął, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, opowiadać mi swoją historię. Płynął niegdyś okrętem z rodzicami, niestety, wpadli w sztorm i ich statek się rozbił, jemu jednak udało się przeżyć. Wylądował na plaży, w nieznanym miejscu i przez długi czas przebywał w lesie, żywiąc się tym co znalazł i próbując sobie poradzić ze stratą, był wtedy niezwykle młody, miał paręnaście lat. Po paru tygodniach błąkania się w puszczy ujrzał okazałą budowlę, wielki dwór, poszedł więc tam czym prędzej. Niestety, zamiast ratunku znalazł tam niewolę – stał się zabawką pewnego wampira. Kiedy opowiadał mi, co tam się działo… nie dziwiło mnie już jego nastawienie do mnie. Ów wampir celowo przemienił go w zootropa i postawił go przed lustrem, z satysfakcją obserwując jego przerażenie, kiedy po raz pierwszy zmieniał formę. Nie dziwiłam się też, że Otr chce się na nim zemścić, zwłaszcza gdy dodał, że uzyskał informacje o tym, jakoby w tym dworze mieli być jego rodzice… żywi.
                Po tej rozmowie oboje zaczęliśmy zupełnie inaczej na siebie patrzeć. Otr obiecał mi pomóc w zemście na Bugdushu, ja z kolei zobowiązałam się wesprzeć go w jego kompanii przeciwko wampirowi. Gdy tylko skończyliśmy rozmawiać, usłyszałam głośne wołanie Troya, że skoro zostaję z nimi, to trzeba to uczcić i opić. Siedliśmy więc i zaczęliśmy pić, ja jednak, pamiętając jeszcze poranny ból głowy, stanowczo odmówiłam, tłumacząc, że mam swój trunek. Kiedy dyskretnie przelałam krew do kielicha, odwróciłam się na moment, żeby zbyć kolejną propozycję napicia się Troya, a kiedy spojrzałam z powrotem, zobaczyłam że krew nie jest już płynna, tylko galaretowata. Obok mnie siedział Tut, starając się zrobić niewinną minę, a kiedy spojrzałam na niego przymrużając oczy, wzruszył ramionami z szerokim uśmiechem i podał mi czysty kielich ze słowami „myślałem, że się nie zorientujesz, nie sądziłem, że to tak zareaguje w połączeniu z krasnoludzkim spirytusem”. Wywróciłam tylko oczami, podziękowałam za kielich i zaczęłam pić z butelki, idąc za przykładem pozostałych, którzy nie zawracali sobie głów piciem z kielichów czy kufli.
– Co tam masz, piękna? – spytał Troy, stukając czubkiem palca w trzymaną przeze mnie butelkę – dasz spróbować?
– To mój specjalny… trunek i raczej ci nie zasmakuje, jest bezalkoholowy – wyjaśniłam, licząc, że tym go zbędę, ale oczywiście złudne to były nadzieje.
– To może dasz spróbować? – spytał i już chciał chwycić butelkę, jednak odsunęłam ją poza jego zasięg.
– Wolałabym nie – odparłam już nieco ostrzej.
– To może chociaż powiesz, co tam masz? – dociekał, i już chciałam mu odpowiedzieć, kiedy ktoś inny mnie uprzedził.
– Krew chleje – rzucił Lancello niedbale i wrócił do picia krasnoludzkiego spirytusu z Mikurem, rzucając mi jeszcze złośliwe spojrzenie pełne satysfakcji.
– Hm… dziwne to zwyczaje – powiedział Troy, nieco zbity z tropu.
– Wcale nie takie dziwne – wyjaśniłam i szeroko się uśmiechnęłam, znacząco oblizując spiczaste kły.
– Oooo jesteś wampirem, ciekawe… może chcesz spróbować mojej krwi? – spytał z wręcz niezdrową fascynacją i zainteresowaniem, wyciągając ku mnie rękę i już podwijając rękaw.
– Nie, dziękuję, ta mi wystarczy – odmówiłam, podnosząc krew i wracając do picia.
                Po paru godzinach zabawy z towarzyszami cieszyłam się, że odmawiałam sobie alkoholu. Większość z nich już leżała na stołach lub pod nimi, jedynie Mikur wytrwale jeszcze pił, jakby chciał pobić swój własny rekord. Robiłam się coraz bardziej zmęczona, ale nie chciałam tak zostawiać pijanych towarzyszy, starałam się więc zbudzić część z nich, udało mi się to jedynie z Lancello, ten jednak kazał mi iść i poszedł spać dalej, wzruszyłam więc ramionami i poszłam do swojego pokoju.

Niesłuszne oskarżenia

                Obudziło mnie nieprzyjemne zimno i głośny gwar rozmów oraz ciche okrzyki pełne grozy i zaskoczenia. Szybko otworzyłam oczy i chciałam już wykonać jakiś ruch, żeby ustawić się w pozycji gotowej by odeprzeć atak, jednak nie mogłam się ruszyć – moje ręce i nogi były związane grubymi powrozami. Z przerażeniem zauważyłam, że moja koszula nocna jest cała we krwi, całkiem świeżej, krasnoludzkiej krwi, a ja leżę na ziemi na środku jakiejś nieznanej mi alejki pod budynkiem, z którego dochodziły okrzyki jakby pełne rozpaczy. Próbowałam się dowiedzieć, o co chodzi, byłam absolutnie zdezorientowana jak się tam mogłam znaleźć, szarpnięto mnie jednak brutalnie na nogi i zaczęto prowadzić w nieznanym mi kierunku, nie zwracając uwagi na to, że mam bose stopy i jestem w koszuli nocnej. Kiedy nalegałam, by mi wszystko wyjaśnili, jeden z otaczających mnie ciasno krasnoludów burknął:
– Zamilcz, lepiej zachowaj siły na tłumaczenie się księciu Drenmgarowi.
                Jego głos był przesiąknięty skrajną pogardą i wręcz nienawiścią, nie zadawałam więc już więcej pytań, licząc, że ów książę okaże się być bardziej cywilizowany. Nie miałam pojęcia, co się działo, ale, sądząc po całej zakrwawionej sukni, nie trudno się było domyślić, że ktoś mnie wrabiał w jakieś zabójstwo. Przyjrzałam się sobie, zerkając w dół. Moje stopy były już zupełnie brudne od chodzenia bez butów po kamiennych chodnikach i miejscami poranione od ostrych kamieni. Koszula nocna, dawniej jasnoniebieska, teraz przyjęła w większości barwę soczystej czerwieni i przylgnęła do mojego ciała, podkreślając niektóre moje atuty i kształty. Chciałam zakryć się choćby włosami, zgarniając część z nich do przodu, niestety, grube powrozy i silne ręce krasnoludów, prowadzących mnie za ramiona z obydwu stron, skutecznie to udaremniały, musiałam więc poddać się i czekać na dalszy bieg wydarzeń.
                Wprowadzili mnie do masywnego, trzypiętrowego budynku z licznymi zdobieniami i nawet kilkoma płaskorzeźbami na frontowej ścianie. Po przejściu przez długi korytarz dotarliśmy do dużej sali, gdzie na masywnym krześle za równie masywnym biurkiem siedział młody krasnolud, pijący ciemne piwo z kufla i przyglądający mi się ze zmęczonym spojrzeniem, jakby miał już dość siedzenia tam. Ci, co trzymali mnie pod ramiona, puścili mnie tak, że zachwiałam się i upadłam na kolana. Więzy boleśnie wpiły się w przeguby moich nadgarstków, i ledwo się utrzymałam, by nie paść na twarz, dzięki temu jednak część moich włosów przesunęła się na przód, więc moje piersi osłonięte wyłącznie cienkim, mokrym od krwi materiałem nie były już tak wyeksponowane. Podniosłam wzrok na krasnoluda, który, jak się domyśliłam, musiał być owym księciem, o którym wspominali wcześniej. Mężczyzna wyprostował się, odstawił kufel, a na jego twarzy zagościł surowy grymas.
– Wampirzyco, zostałaś znaleziona pod domem gubernatora, cała w jego krwi, a gubernator leżał martwy w swojej sypialni z rozszarpanym gardłem – odezwał się niskim, głębokim głosem, wbijając we mnie ostre spojrzenie. – Dlaczego to zrobiłaś?
– Ja tego nie zrobiłam, przysięgam – niemal wyłkałam, siadając na stopach i opuszczając głowę – nikogo nie zabiłam.
– Podnieście ją, niech nie klęczy przede mną jak przed katem – powiedział do strażników, a ci od razu, bez zbędnej delikatności, chwycili mnie za ramiona i postawili do pionu, wtedy książę znów zwrócił się do mnie – skoro jesteś niewinna, to jak wytłumaczysz to, że jesteś cała we krwi?
– Nie wiem, naprawdę nic nie zrobiłam – spojrzałam na niego proszącym wzrokiem.
– Co więc robiłaś w domu gubernatora?
– Nie wiem…
– Jak tam się znalazłaś?
– Też nie wiem… naprawdę nie wiem… – odpowiadałam coraz bardziej zrozpaczona.
– Jak wyjaśnisz ten zbieg okoliczności, ty cała we krwi znaleziona pod domem, w której wampir rozszarpał gardło gubernatorowi? – nie ustępował, tylko napierał na mnie coraz bardziej pytaniami, a jego mocny głos wręcz dźwięczał mi w głowie.
– Nie w…
– Tak, rozumiem, nie wiesz. Czy w twoim słowniku znajduje się jakieś inne słowo poza nie wiem? – spytał już wyraźnie zirytowany i wstał, podchodząc bliżej mnie. – Co masz na swoje wytłumaczenie, wampirzyco?
– Naprawdę tego nie zrobiłam i nie potrafię wytłumaczyć, co się stało – odparłam, zbierając w sobie odwagę i wolę walki, musiałam mu udowodnić, że to nie ja… przecież nie jestem potworem, nie dam się skazać za czyjeś zbrodnie... mam córkę... gdyby mnie skazali, nigdy bym jej już nie spotkała... – wczoraj z towarzyszami trochę wypiliśmy, ale ja skończyłam po ledwie kieliszku i poszłam do swojego pokoju w zajeździe na spoczynek. Przysięgam ci, książę, to ostatnie, co pamiętam, możesz ich spytać, nie poluję na ludzi, elfy, krasnoludy czy jakiekolwiek inne istoty inteligentne, piję wyłącznie zwierzęcą krew, jeślibyś posłał teraz kogoś do karczmy, w której się zatrzymałam, znalazłbyś beczułkę ze świńską krwią… ja tego nie zrobiłam, nie wiem jak to się stało, ale ja świadomie nigdy bym nikogo nie zabiła, nie jestem morderczynią – mówiłam, patrząc na niego błagalnie, licząc, że choć zechce zbadać sprawę i dojść do prawdy.
– Poślijcie po tych, o których mówi, chcę z nimi porozmawiać – powiedział, obrzucając mnie dość niechętnym spojrzeniem.
                Paru krasnoludów wyszło z sali, książę westchnął i z powrotem usiadł na krześle, znów biorąc do ręki kufel i wypijając do końca piwo. Rozsiadł się wygodnie i czekał na powrót posłańców, zapewne z członkami mojej drużyny, nie przejmując się zupełnie, że stoję ubrana wyłącznie w zakrwawioną koszulę nocną, na szczęście podłoga tutaj nie była kamienna, tylko wyłożona miękkim dywanem, nie czułam więc przeraźliwego chłodu ciągnącego od stóp.
                Liczyłam, że towarzysze pomogą mi w tej sytuacji, jednak, kiedy przyszli, zamiast pewnych siebie mężczyzn gotowych mnie ratować z opresji, ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy – popijawa z dnia poprzedniego zdawała się poczynić u każdego wyraźne spustoszenie w stanie psychicznym i fizycznym. Jedynie Troy nieźle się trzymał, krocząc raźnie na przedzie, ale to pewnie dzięki temu, że przywykł do regularnego picia, również Otr prezentował się nienajgorzej, ale bardzo możliwe, że skutki popijawy skutecznie kryło gęste futro pokrywające jego twarz. Lancello wyglądał tak, jakby każdy ruch kroczących obok niego strażników przyprawiał go o ból porównywalny z pękającą czaszką, Valarad miał nieprzytomny wzrok wbity w przestrzeń, jakby obserwował coś na ścianie, a Mikur… szkoda gadać, jego kamienna twarz miała niemal bliźniaczy wyraz co Lancello przy każdym brzdęknięciu zbroi krasnoludów i każdym jego stąpnięciu. Tut mrużył oczy – w jego przypadku odtruwanie po nocy najwyraźniej objawiało się dotkliwym światłowstrętem i otępieniem, kroczył jakby ktoś zmienił go zeszłej nocy w zombie. Otr pierwszy zaczął się orientować w sytuacji i podszedł do mnie, pytając wręcz z troską.
– Francesco, co się stało?
– Jestem oskarżona o zabójstwo gubernatora, czego nie zrobiłam – odparłam, błagając w myślach, by mi uwierzył, znałam w końcu jego podejście do wampirów…
                W tym momencie za plecami usłyszałam przeciągły gwizd Tuta – najwyraźniej odzyskał na moment wzrok i postanowił w ten dość grubiański, ale jakże pasujący do trolla sposób, wyrazić aprobatę względem mojego wyglądu. Niestety, tak wysoki dźwięk dotkliwie poraził elfie uszy Lancello, który zaczął wywrzaskiwać po elficku jakąś wiązankę, dość szybko jednak została przerwana – usłyszałam jedynie głuche uderzenie i łomot ciała upadającego na podłogę. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam elfa leżącego na dywanie z wyrazem błogości na twarzy – najwyraźniej ogłuszenie było najlepszym, co w tym stanie można było zrobić dla jego skołatanej głowy… choć nie wiem, czy jak się obudzi i poczuje zapewne bolesnego guza na głowie też będzie tak sądził.
– Nie jesteś jeszcze oskarżona, wampirzyco… jak na razie jesteś tylko podejrzana i przesłuchiwana – sprostował książę, przyglądając się już nie mi, tylko drużynie za moimi plecami z lekkim rozbawieniem.
– W takim razie dlaczego jestem związana? – spytałam nawet z lekkim oburzeniem, obecność drużyny dodała mi pewności siebie i walka o moje prawa wydawała się już dużo łatwiejsza.
– Hm… rozwiążcie ją, chyba nie stanowi zagrożenia – odparł krasnolud, przenosząc wzrok z powrotem na mnie.
                Jeden ze stojących przy mnie krasnoludów niechętnie sięgnął za moje plecy i rozwiązał pęta. Zaczęłam masować nadgarstki, kiedy poczułam, że ktoś mnie okrywa płaszczem, a mój węch poraził ostry zapach alkoholu. Odwróciłam się i zobaczyłam niemrawo uśmiechającego się do mnie Tuta, kątem oka zauważyłam też, że Lancello nie leży już na swojej pelerynie. Otuliłam się szarym materiałem z poczuciem ulgi – lubiłam swoje ciało, jednak nie odczuwałam satysfakcji z eksponowania go w takiej sytuacji.
– Nie wypada, żebyś stała niemal naga – powiedział, a ja z całych sił powstrzymałam się od zmarszczenia nosa, gdy poczułam jego oddech i podziękowałam, a on tylko wzruszył ramionami i cofnął się o parę kroków.
– Co wiecie o wczorajszym wieczorze? – spytał książę drużynę, a oni zaczęli jeden przez drugiego opowiadać przebieg wydarzeń; gdy skończyli, krasnolud zmarszczył czoło i zastanawiał się chwilę, po czym machnął ręką. – Możecie odejść, jak na razie jesteście wolni. Tobie, wampirzyco, nie wolno opuszczać miasta, na dniach zjawi się mentat który przebada sprawę.
– Dziękuję – skłoniłam się lekko i skierowałam się do wyjścia, mijając po drodze Tuta, bijącego po twarzy Lancello, żeby go ocucić; ból głowy musiał być naprawdę dotkliwy, gdyż nawet nie zauważył braku peleryny – miałam zamiar mu ją oddać jak tylko dotrzemy do karczmy, po cichu licząc, że krew na moim ciele wyschła na tyle, by jej nie zabrudziła.
                Zaraz po dotarciu do zajazdu poprosiłam karczmarza o balię pełną gorącej wody, chciałam zmyć z siebie brud zbrodni, której nie byłam winna, tak jakby pozbycie się krwi z ciała miało zmazać ze mnie również oskarżenia… kiedy kąpiel była gotowa, zdarłam z siebie halkę, sztywną od krwi i rzuciłam ją w kąt. Przyjrzałam się też uważnie płaszczowi Lancello – całe szczęście, był tylko lekko zabrudzony w jednym miejscu, więc od razu go uprałam, jeszcze gotów byłby rzucić we mnie sztyletem, gdybym śmiała mu zabrudzić pelerynę. Zastanawiałam się, kto tak bardzo mnie nienawidził, żeby wpakować mnie w takie kłopoty… na myśl przychodziła mi tylko jedna osoba, wątpiłam jednak, by Bugdush się tu zapuścił. Bardziej prawdopodobne było, że ktoś chciał się pozbyć gubernatora i postanowił wykorzystać nikomu nieznaną, młodą wampirzycę, która szczęśliwym trafem zjawiła się w mieście. Nie miałam niestety szans sama się dowiedzieć, o co poszło, w końcu i tak nikt by nie chciał ze mną rozmawiać i udzielić mi żadnych informacji, a nie miałam nawet pieniędzy, żeby móc kogoś przekupić, pozostało mi więc jedynie liczyć, że rozpoznanie mentata będzie mi przychylne. Czekać, na uniewinnienie lub wyrok...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz