środa, 21 stycznia 2015

Królobójstwo

                Delf- księstwo jak wiele innych, położone na wybrzeżu, w dosyć bliskim towarzystwie rzeki, na równinach pozbawionych gęstszych lasów w najbliższej okolicy. Jednym słowem- strategicznie umiejscowiona forteca jakich wiele. To tu miało odbyć się kolejne zadanie jakie stanęło przed nami. Z początku część drużyny martwiła się, że zadanie, które wykonujemy jest spoza gildii, jednak wizja zabrania czego tylko chcemy z królewskiego skarbca była nad wyraz kusząca. Największe, moralne sprzeciwy wobec tego, mieli nasze rycerzyki Manro i Otr, oraz nasz najdroższy przyjaciel – Mikur. Jednak Mikur, jak już mówiłem, ma w sobie zbyt dużo pary do walki i nie odpuściłby sobie takiej zabawy. No i powoli zauważa, że wcale nie jest warto zawsze podążać dobrą ścieżką. Doooobry kamień. Tak więc Mikur, Lancello, JingJang, Valarad, ja, Griselle jak i parę piratów zdecydowaliśmy się ruszyć pościnać głowy. Otr i Manro zostali na sterowcu, bo niezbyt zgadzali się z takimi metodami (ale założę się, że do podziału skarbca będą pierwsi… eh). Pierwszy problem jaki napotkaliśmy to- jak dostać się na królewskie przyjęcie. Szybko stwierdziliśmy, że najłatwiej byłoby przedostać się cichaczem i pod przykrywką. Znaczy, nie wszyscy tak twierdzili. Popatrzyłem się na nich i powiedziałem, że najlepiej będzie zrobić atak frontalny. Wbić się tam siłą, rozwalić wszystkich, zlać podłogę krwią obecnych i jakby nigdy nic dumnie wyjść. Taaa, to był idealny plan. Zaraz zawtórowała mi Avianka. No! To mi się podoba! Reszta jednak popatrzyła na nas jak na idiotów. Stwierdziliśmy z Avianką, że niezłe z nich tchórze. Chociaż kawał baby z niej, to jednak potrafi się bawić, tak pomyślałem wtedy. Reszta stwierdziła z uśmiechem, że proszę bardzo, jak chcemy to zróbmy jak uważamy. Avianka chyba speszyła się tym uśmieszkiem, bo nagle zaczęła gadać, że chyba lepiej będzie jak reszta iść pod osłoną. Eee tam! Stchórzyła. Ale nie ja! Poszedłem szykować swoją zbroję i opancerzenie. Pozostali stwierdzili, że przekradną się jako słudzy. No tak- Stein i Maggius służącymi, no i Elfy i Avianka. Ech.. poszliby na atak frontalny, a nie kombinowali jak koń pod górkę. Wszedłem gotowy do akcji, na co Lancello spojrzał na mnie i spytał czy serio chce atakować od frontu, powiedziałem, że oczywiście tak. Lancello powiedział, że to dobrze i obmyślił plan. On, Griselle, Valarad i kilku jego piratów mieli udać się na przyjęcie jako służba. JingJang miał dostać się tylnimi drzwiami, które miał ktoś od nich otworzyć i skryć się gdzieś. Kolos z niego nie był, więc to brzmiało jeszcze z sensem, choć i tak głupiej jak atak frontalny obarczony ścięciem paru przypadkowych głów po drodze. I teraz uważajcie! Mikur miał się przedostać po cichu (po cichu!) i wejść na wieże, wraz z kilkoma piratami i teraz najlepsze- po linie mieli wszyscy zeskoczyć i wlecieć przez okno. Noooo! To Mikurek zrobił oczka jak dwa małe węgielki i chyba był gotów zgodzić się żeby ze mną przeprowadzić atak od frontu. I tu nagle jak grom z jasnego nieba- Mikur zgadza się , a nawet jest podekscytowany kiedy inni dyskutują, że będzie trzeba wzmocnić linę… Stwórco wszystkich… No cóż, widać nie każdy myśli tak dobrze jak ja. Propos- Ja miałem spełnić swoje zadanie rozpoczynając imprezkę wbiegając od frontu i robiąc małe zamieszanie. Nie przeszkadzało żebym po drodze przetrącił kilka karków… Ale zanim ruszyliśmy wpadłem na mały pomysł. Poszedłem pogadać z jednym z piratów Valarada, którzy mieli iść razem ze Steinem. Nagadałem mu, że zrobimy dowcip reszcie i niech skoczy bez liny, zakładając się z resztą, a ja miałem czekać na niego na dole i złapać go uleczając zwojami ewentualne stłuczenia (miałem kilka po pewnym trupie w poprzedniej walce), kasą podzielić mieliśmy  się po 1/3 dla mnie i 2/3 dla niego. Niespodziewanie szybko się zgodził- cóż szybki zysk wydawać by się mogło. Nie musiał wiedzieć, że mnie tam nie będzie na dole, hahaha! Ach nie mogłem doczekać się akcji!
                Wszystko poszło jak po maśle, każdy zajął swoje pozycje. Widziałem jak na wieży porusza się duży cień. A więc wszystko gotowe. Przechadzałem się w pobliżu wyjścia, a przynajmniej tak to wyglądało. Spokojnie podszedłem do strażników przy wejściu i spytałem się im co tam się dzieje w środku. Trochę rozbawieni pytaniem, zaczęli opowiadać. Wtedy walnąłem jednego z pawęży tak, ze cofnął się łapiąc za nos, a zanim drugi krzyknął kantem uderzyłem go w usta, na co też jęknął. Obaj dosyć nieporadnie chcieli chwycić broń, więc korzystając z ich nieuwagi jak za starych lat złapałem swoja pawęż oburącz i szerokim zamachem zdzieliłem obu po karkach. Padli jak kawka, a ja dla pewności skręciłem im karki. Zabawę czas zacząć! Pomyślałem i ustawiając się z pawężą zacząłem biec przed siebie uderzając każdego przede mną tak, że upadał nieprzytomny odbijając się o mury i inne przeszkody. Kiedy wbiegłem na salę krzyknąłem na całe gardło- Zginiecie wszyscy!! Parszywe skurwiele!!. Nagle na sali zrobiła się cisza i równie nagle każdy na sali wpadł w panikę, a zwłaszcza cherlaki, które stały bardzo blisko mnie. Nagle! O, cudzie! Stein wpadł przez okno rozbijając je na drobny maczek, za nim pirat, za nim… Hahaha! Usłyszałem głośne „ja nie skocze?!” i dźwięk łamanego ciała o bruk. Z ledwością wytrzymałem postawę, żeby się nie zaśmiać w głos. Następni piraci wskoczyli już bezbłędnie. Tłum spanikował i zaczął uciekać mieliśmy co robić z Mikurem, żeby nas nie porwali z pędem. W tym czasie reszta się zdemaskowała i zabiła księcia, ojca naszej księżniczki i przy okazji jeszcze króla tego państwa. Kurde, taka zabawa mnie ominęła. Głupi tłum. Do nogi Steina przyczepił się jakiś szlachcic i dźgał go sejmitarem. Zabawne, Mikur nawet nic sobie z tego nie robił prąc na przód. Dobiegłem do martwych ciał i razem z Avianką zaczęliśmy wynosić ciała na zewnątrz. Jednocześnie skorzystaliśmy z zamieszania. Ona zabrała jedną koronę, a ja drugą. Były jeszcze dwa klejnoty przy trupie ojca Konstancji. Avianka spojrzała na mnie a ja machnąłem ręką, że ich nie chce. Zdziwiona, ale zadowolona zabrała oba i wyfrunęła z ciałem. Ja wziąłem księcia i jego ojca na barki i jakby nigdy nic wyszedłem. Reszta zajęła się sprzątaniem sali. Na sterowcu Mikur oderwał od siebie w końcu szlachcica, który się do niego wręcz przyssał i rzuciliśmy go w kąt. Spytałem się Lancello czy mogę skrócić jego męki, bo widział nas i jak go puścimy to nas wyda. Blubrał coś o tym, że wcale nie, ale wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że kłamie tylko by ocalić głowę. Lancello stwierdził, że to dobre wyjście, więc mi go zostawił. Cóż… ostatnio bywałem trochę zdenerwowany, a w dodatku ten szlachcic denerwował mnie swoją paplaniną, wręcz obłąkańczego szukania ratunku… wyjąłem swoją buławę i zacząłem okładać go po mordzie raz za razem. W końcu biedak zdechł, ale to nie dało mi satysfakcji- po prostu musiałem się wyżyć, a ten cielak przede mną był do tego idealny. Więc okładałem go jeszcze po tym jak zauważyłem jego zgon- tak dla pewności. Tak dla pewności, w ogóle, to wziąłem chwyciłem skurczybyka za oczodoły i sprawnym mocnym ruchem wyrwałem głowę z jego ciała, rycząc wrogo i dając upust wszystkiemu co ostatnio mnie denerwowało. Wszyscy patrzyli na mnie ze zdumieniem nie wiedząc co powiedzieć. Gdyby była tu Tasha pewnie zaczęłaby klaskać- znała moje zwyczaje. Ale jej tu nie było, więc aplauzu również. Czułem jak rośnie chaos w mojej duszy, a ja miałem ochotę na więcej znęcania się. Ale powstrzymałem się widząc resztę. Schowałem głowę do torby chcąc kiedyś zrobić sobie naszyjnik ze zdobytych głów. Szlachcic na początek to nie tak źle.
                Poszliśmy z Avianką pokazać Konstancji ciała jej kłopotów. Griselle zapukała do pokoju księżniczki, a gdy ta lekko uchyliła drzwi wpakowałem w szczelinę głowę jej ojczulka. Od razu zaczęła strzelać całą serie w jego głowę. Suka naprawdę go nie lubiła. Ale cóż- każdy ma powód do zabicia swojego ojca. Mieliśmy kolejny problem- pozbyć się ciał, ale tak by nikt ich nie odnalazł. Nagle któreś z drużyny powiedziało, że wśród członków załogi jest smoczyca, która lubi jeść i jak jej przyrządzimy te ciała to na pewno wsunie ze smakiem. Serio? Podróżujemy już tak długo z nimi, a oni nic nie powiedzieli o jednej ze swoich towarzyszek? Ten sterowiec jest duży, ale po pierwsze- jakim cudem przez cały czas się mijaliśmy, a po drugie- czemu przez tak długi czas nigdzie nie wychodziła? Cóż, bywa. Tak więc po obraniu potrawki z ubrań przyrządziliśmy całkiem ładnie pachnące danie- trochę jakby lekko przypalony kurczak z rusztu. Razem z Griselle poszliśmy we wskazane nam miejsce. No, no, no- już wiem czemu tak rzadko wychodziła- nie jeden chłop rzuciłby się na taką młodą i śliczną panienkę. Miała wręcz płomienne włosy i szeroki uśmiech, co więcej nie przestraszyła się widząc jak wchodzą obce osoby. Oblizała się za to czując zapach jedzenia, które mieliśmy ze sobą. Spytała się co tam mamy, a my sprytnie wyminęliśmy się, że chcieliśmy ją poznać, a przecież nie wypada z pustymi rękoma. Jeju- strasznie łatwowierna ta smoczyca. Może zawitam tu jeszcze kiedyś, hehe. Nie ma się co dziwić, że nie wychodzi- tu jest bezpieczniejsza. Jednak to nie koniec problemów, jak się okazało. Usiedliśmy wszyscy, wraz z księżniczką by dogadać naszą zapłatę. Jednak okazało się, że skarbiec zabezpieczony jest przez magiczne pieczęcie. A jedyną osobą, która potrafiła odpowiednio ominąć te zabezpieczenia był kto? Martwy ojczulek! No co za szmata! Suka pierdolona! Wiedziałem, że nas wyrucha! Mówiłem żeby zajebać sukę, a nie pościg! To nie! Jebane rycerzyki za krzywy ryj! Gdyby nie ten jej jebany jednochujek na czole! Rozbebeszyłbym kurwę i półżywą rzucił na pożarcie padlinożercom podtrzymując tak długo przy życiu, że pożałowałaby, że kiedykolwiek się narodziła błagając o skrócenie życia! Grrrr…  Inni też nie wyglądali na zadowolonych. Księżniczka powiedziała nam, że mamy pełny dostęp do skarbca, ale pieczęci sami musimy złamać… Niedoruchana dziewica… nie tknąłbym jej patykiem… Cisze przerwał Lancello, który powiedział, że istnieją pogłoski o pewnym artefakcie zwanym Okiem Magii. No i? pomyślałem, a w tym samym momencie nasz Maggius  rozwarł tak szeroko swoje oczy jak jeszcze nigdy nie widziałem u niego przez te wszystkie lata wspólnego podróżowania. Okazało się, że to artefakt, który bardzo mocno wzmacniał zdolności magiczne. Lancello zaproponował, że poszukamy tego artefaktu, a JingJang zajmie się złamaniem magicznych pieczęci. Maggius zdawał się bardziej zainteresowany samym artefaktem, ale zgodził się. Księżniczka powiedziała nam, że słyszała o pewnych ruinach, gdzie można było znaleźć zapiski na temat tego artefaktu i wskazała nam gdzie ich szukać. Niezbyt byłem przekonany żeby wierzyć tej zasranej dziwce z najgorszej speluny, zwłaszcza, że ponoć miejsca tamtego miały chronić żywiołaki, ale co kogo obchodzi moje zdanie w tej bandzie rycerzyków o cnym serduszku… Obraliśmy kurs.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz