Delf- księstwo jak wiele innych,
położone na wybrzeżu, w dosyć bliskim towarzystwie rzeki, na równinach
pozbawionych gęstszych lasów w najbliższej okolicy. Jednym słowem-
strategicznie umiejscowiona forteca jakich wiele. To tu miało odbyć się kolejne
zadanie jakie stanęło przed nami. Z początku część drużyny martwiła się, że
zadanie, które wykonujemy jest spoza gildii, jednak wizja zabrania czego tylko
chcemy z królewskiego skarbca była nad wyraz kusząca. Największe, moralne
sprzeciwy wobec tego, mieli nasze rycerzyki Manro i Otr, oraz nasz najdroższy
przyjaciel – Mikur. Jednak Mikur, jak już mówiłem, ma w sobie zbyt dużo pary do
walki i nie odpuściłby sobie takiej zabawy. No i powoli zauważa, że wcale nie
jest warto zawsze podążać dobrą ścieżką. Doooobry kamień. Tak więc Mikur,
Lancello, JingJang, Valarad, ja, Griselle jak i parę piratów zdecydowaliśmy się
ruszyć pościnać głowy. Otr i Manro zostali na sterowcu, bo niezbyt zgadzali się
z takimi metodami (ale założę się, że do podziału skarbca będą pierwsi… eh). Pierwszy
problem jaki napotkaliśmy to- jak dostać się na królewskie przyjęcie. Szybko
stwierdziliśmy, że najłatwiej byłoby przedostać się cichaczem i pod przykrywką.
Znaczy, nie wszyscy tak twierdzili. Popatrzyłem się na nich i powiedziałem, że
najlepiej będzie zrobić atak frontalny. Wbić się tam siłą, rozwalić wszystkich,
zlać podłogę krwią obecnych i jakby nigdy nic dumnie wyjść. Taaa, to był
idealny plan. Zaraz zawtórowała mi Avianka. No! To mi się podoba! Reszta jednak
popatrzyła na nas jak na idiotów. Stwierdziliśmy z Avianką, że niezłe z nich
tchórze. Chociaż kawał baby z niej, to jednak potrafi się bawić, tak pomyślałem
wtedy. Reszta stwierdziła z uśmiechem, że proszę bardzo, jak chcemy to zróbmy
jak uważamy. Avianka chyba speszyła się tym uśmieszkiem, bo nagle zaczęła
gadać, że chyba lepiej będzie jak reszta iść pod osłoną. Eee tam! Stchórzyła.
Ale nie ja! Poszedłem szykować swoją zbroję i opancerzenie. Pozostali
stwierdzili, że przekradną się jako słudzy. No tak- Stein i Maggius służącymi,
no i Elfy i Avianka. Ech.. poszliby na atak frontalny, a nie kombinowali jak
koń pod górkę. Wszedłem gotowy do akcji, na co Lancello spojrzał na mnie i
spytał czy serio chce atakować od frontu, powiedziałem, że oczywiście tak.
Lancello powiedział, że to dobrze i obmyślił plan. On, Griselle, Valarad i
kilku jego piratów mieli udać się na przyjęcie jako służba. JingJang miał dostać
się tylnimi drzwiami, które miał ktoś od nich otworzyć i skryć się gdzieś.
Kolos z niego nie był, więc to brzmiało jeszcze z sensem, choć i tak głupiej
jak atak frontalny obarczony ścięciem paru przypadkowych głów po drodze. I
teraz uważajcie! Mikur miał się przedostać po cichu (po cichu!) i wejść na
wieże, wraz z kilkoma piratami i teraz najlepsze- po linie mieli wszyscy
zeskoczyć i wlecieć przez okno. Noooo! To Mikurek zrobił oczka jak dwa małe
węgielki i chyba był gotów zgodzić się żeby ze mną przeprowadzić atak od
frontu. I tu nagle jak grom z jasnego nieba- Mikur zgadza się , a nawet jest
podekscytowany kiedy inni dyskutują, że będzie trzeba wzmocnić linę… Stwórco
wszystkich… No cóż, widać nie każdy myśli tak dobrze jak ja. Propos- Ja miałem
spełnić swoje zadanie rozpoczynając imprezkę wbiegając od frontu i robiąc małe
zamieszanie. Nie przeszkadzało żebym po drodze przetrącił kilka karków… Ale
zanim ruszyliśmy wpadłem na mały pomysł. Poszedłem pogadać z jednym z piratów
Valarada, którzy mieli iść razem ze Steinem. Nagadałem mu, że zrobimy dowcip
reszcie i niech skoczy bez liny, zakładając się z resztą, a ja miałem czekać na
niego na dole i złapać go uleczając zwojami ewentualne stłuczenia (miałem kilka
po pewnym trupie w poprzedniej walce), kasą podzielić mieliśmy się po 1/3 dla mnie i 2/3 dla niego.
Niespodziewanie szybko się zgodził- cóż szybki zysk wydawać by się mogło. Nie
musiał wiedzieć, że mnie tam nie będzie na dole, hahaha! Ach nie mogłem
doczekać się akcji!
Wszystko poszło jak po maśle,
każdy zajął swoje pozycje. Widziałem jak na wieży porusza się duży cień. A więc
wszystko gotowe. Przechadzałem się w pobliżu wyjścia, a przynajmniej tak to
wyglądało. Spokojnie podszedłem do strażników przy wejściu i spytałem się im co
tam się dzieje w środku. Trochę rozbawieni pytaniem, zaczęli opowiadać. Wtedy
walnąłem jednego z pawęży tak, ze cofnął się łapiąc za nos, a zanim drugi
krzyknął kantem uderzyłem go w usta, na co też jęknął. Obaj dosyć nieporadnie
chcieli chwycić broń, więc korzystając z ich nieuwagi jak za starych lat
złapałem swoja pawęż oburącz i szerokim zamachem zdzieliłem obu po karkach.
Padli jak kawka, a ja dla pewności skręciłem im karki. Zabawę czas zacząć!
Pomyślałem i ustawiając się z pawężą zacząłem biec przed siebie uderzając
każdego przede mną tak, że upadał nieprzytomny odbijając się o mury i inne
przeszkody. Kiedy wbiegłem na salę krzyknąłem na całe gardło- Zginiecie
wszyscy!! Parszywe skurwiele!!. Nagle na sali zrobiła się cisza i równie nagle
każdy na sali wpadł w panikę, a zwłaszcza cherlaki, które stały bardzo blisko
mnie. Nagle! O, cudzie! Stein wpadł przez okno rozbijając je na drobny maczek,
za nim pirat, za nim… Hahaha! Usłyszałem głośne „ja nie skocze?!” i dźwięk
łamanego ciała o bruk. Z ledwością wytrzymałem postawę, żeby się nie zaśmiać w
głos. Następni piraci wskoczyli już bezbłędnie. Tłum spanikował i zaczął
uciekać mieliśmy co robić z Mikurem, żeby nas nie porwali z pędem. W tym czasie
reszta się zdemaskowała i zabiła księcia, ojca naszej księżniczki i przy okazji
jeszcze króla tego państwa. Kurde, taka zabawa mnie ominęła. Głupi tłum. Do
nogi Steina przyczepił się jakiś szlachcic i dźgał go sejmitarem. Zabawne,
Mikur nawet nic sobie z tego nie robił prąc na przód. Dobiegłem do martwych
ciał i razem z Avianką zaczęliśmy wynosić ciała na zewnątrz. Jednocześnie
skorzystaliśmy z zamieszania. Ona zabrała jedną koronę, a ja drugą. Były
jeszcze dwa klejnoty przy trupie ojca Konstancji. Avianka spojrzała na mnie a
ja machnąłem ręką, że ich nie chce. Zdziwiona, ale zadowolona zabrała oba i wyfrunęła
z ciałem. Ja wziąłem księcia i jego ojca na barki i jakby nigdy nic wyszedłem.
Reszta zajęła się sprzątaniem sali. Na sterowcu Mikur oderwał od siebie w końcu
szlachcica, który się do niego wręcz przyssał i rzuciliśmy go w kąt. Spytałem
się Lancello czy mogę skrócić jego męki, bo widział nas i jak go puścimy to nas
wyda. Blubrał coś o tym, że wcale nie, ale wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że
kłamie tylko by ocalić głowę. Lancello stwierdził, że to dobre wyjście, więc mi
go zostawił. Cóż… ostatnio bywałem trochę zdenerwowany, a w dodatku ten
szlachcic denerwował mnie swoją paplaniną, wręcz obłąkańczego szukania ratunku…
wyjąłem swoją buławę i zacząłem okładać go po mordzie raz za razem. W końcu
biedak zdechł, ale to nie dało mi satysfakcji- po prostu musiałem się wyżyć, a
ten cielak przede mną był do tego idealny. Więc okładałem go jeszcze po tym jak
zauważyłem jego zgon- tak dla pewności. Tak dla pewności, w ogóle, to wziąłem
chwyciłem skurczybyka za oczodoły i sprawnym mocnym ruchem wyrwałem głowę z jego
ciała, rycząc wrogo i dając upust wszystkiemu co ostatnio mnie denerwowało.
Wszyscy patrzyli na mnie ze zdumieniem nie wiedząc co powiedzieć. Gdyby była tu
Tasha pewnie zaczęłaby klaskać- znała moje zwyczaje. Ale jej tu nie było, więc
aplauzu również. Czułem jak rośnie chaos w mojej duszy, a ja miałem ochotę na
więcej znęcania się. Ale powstrzymałem się widząc resztę. Schowałem głowę do
torby chcąc kiedyś zrobić sobie naszyjnik ze zdobytych głów. Szlachcic na
początek to nie tak źle.
Poszliśmy z Avianką pokazać
Konstancji ciała jej kłopotów. Griselle zapukała do pokoju księżniczki, a gdy
ta lekko uchyliła drzwi wpakowałem w szczelinę głowę jej ojczulka. Od razu
zaczęła strzelać całą serie w jego głowę. Suka naprawdę go nie lubiła. Ale cóż-
każdy ma powód do zabicia swojego ojca. Mieliśmy kolejny problem- pozbyć się
ciał, ale tak by nikt ich nie odnalazł. Nagle któreś z drużyny powiedziało, że
wśród członków załogi jest smoczyca, która lubi jeść i jak jej przyrządzimy te
ciała to na pewno wsunie ze smakiem. Serio? Podróżujemy już tak długo z nimi, a
oni nic nie powiedzieli o jednej ze swoich towarzyszek? Ten sterowiec jest
duży, ale po pierwsze- jakim cudem przez cały czas się mijaliśmy, a po drugie- czemu
przez tak długi czas nigdzie nie wychodziła? Cóż, bywa. Tak więc po obraniu
potrawki z ubrań przyrządziliśmy całkiem ładnie pachnące danie- trochę jakby
lekko przypalony kurczak z rusztu. Razem z Griselle poszliśmy we wskazane nam
miejsce. No, no, no- już wiem czemu tak rzadko wychodziła- nie jeden chłop
rzuciłby się na taką młodą i śliczną panienkę. Miała wręcz płomienne włosy i
szeroki uśmiech, co więcej nie przestraszyła się widząc jak wchodzą obce osoby.
Oblizała się za to czując zapach jedzenia, które mieliśmy ze sobą. Spytała się
co tam mamy, a my sprytnie wyminęliśmy się, że chcieliśmy ją poznać, a przecież
nie wypada z pustymi rękoma. Jeju- strasznie łatwowierna ta smoczyca. Może
zawitam tu jeszcze kiedyś, hehe. Nie ma się co dziwić, że nie wychodzi- tu jest
bezpieczniejsza. Jednak to nie koniec problemów, jak się okazało. Usiedliśmy
wszyscy, wraz z księżniczką by dogadać naszą zapłatę. Jednak okazało się, że
skarbiec zabezpieczony jest przez magiczne pieczęcie. A jedyną osobą, która
potrafiła odpowiednio ominąć te zabezpieczenia był kto? Martwy ojczulek! No co
za szmata! Suka pierdolona! Wiedziałem, że nas wyrucha! Mówiłem żeby zajebać
sukę, a nie pościg! To nie! Jebane rycerzyki za krzywy ryj! Gdyby nie ten jej
jebany jednochujek na czole! Rozbebeszyłbym kurwę i półżywą rzucił na pożarcie padlinożercom
podtrzymując tak długo przy życiu, że pożałowałaby, że kiedykolwiek się narodziła
błagając o skrócenie życia! Grrrr… Inni
też nie wyglądali na zadowolonych. Księżniczka powiedziała nam, że mamy pełny
dostęp do skarbca, ale pieczęci sami musimy złamać… Niedoruchana dziewica… nie
tknąłbym jej patykiem… Cisze przerwał Lancello, który powiedział, że istnieją pogłoski
o pewnym artefakcie zwanym Okiem Magii. No i? pomyślałem, a w tym samym
momencie nasz Maggius rozwarł tak
szeroko swoje oczy jak jeszcze nigdy nie widziałem u niego przez te wszystkie
lata wspólnego podróżowania. Okazało się, że to artefakt, który bardzo mocno
wzmacniał zdolności magiczne. Lancello zaproponował, że poszukamy tego
artefaktu, a JingJang zajmie się złamaniem magicznych pieczęci. Maggius zdawał się
bardziej zainteresowany samym artefaktem, ale zgodził się. Księżniczka
powiedziała nam, że słyszała o pewnych ruinach, gdzie można było znaleźć
zapiski na temat tego artefaktu i wskazała nam gdzie ich szukać. Niezbyt byłem
przekonany żeby wierzyć tej zasranej dziwce z najgorszej speluny, zwłaszcza, że
ponoć miejsca tamtego miały chronić żywiołaki, ale co kogo obchodzi moje zdanie
w tej bandzie rycerzyków o cnym serduszku… Obraliśmy kurs.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz