czwartek, 8 stycznia 2015

Koniec egzaminów

Szybki kurs gotowania


                Kolejne zadanie zaczęło się, gdy tylko ostatni zdający wrócili z puszczy. Znów zabrzmiały trąby, zwołujące nas tym razem przed kilkoma egzaminatorami. Obok nich stały drewniane skrzynie z warzywami i długie stoły z przeróżnymi narzędziami do gotowania - naczyniami, nożami i wielkimi słojami z różnokolorowymi przyprawami. Dowiedzieliśmy się, że kolejnym zadaniem jest przygotowanie posiłku, który próbować miało grono egzaminatorów. Powiedzieli nam też, że od nich dostaniemy wszystko, co będzie nam potrzebne, z wyjątkiem mięsa, które miało być podstawą. Mieliśmy na wykonanie zadania dwie godziny. Większość zaczęła się szybko rozchodzić, zabrali bronie i ruszyli w stronę puszczy. Raves też od razu odszedł w bok, a już po chwili mogliśmy podziwiać cielsko ogromnego, czarnego smoka, lecącego w stronę lasu. Mikur i Valarad też szybko się zebrali i ruszyli na poszukiwanie zwierzyny. Niegdyś polowałam w lesie na przeróżne zwierzęta, myślałam, że teraz też łatwo przyjdzie mi wytropienie i zabicie dzika czy sarny. I faktycznie, dość szybko znalazłam gromadkę młodych warchlaków, były jednak wyjątkowo duże. Już chciałam strzelić w ich stronę, gdy usłyszałam w pobliżu odgłosy jakiegoś o wiele większego zwierza. No tak, mamusia pilnowała swojego potomstwa... nie dziwiłam się jej - też nie zamierzałam narażać bezpieczeństwa dziecka.
Wróciłam do obozu, licząc, że znajdę inny sposób na znalezienie mięsiwa. Sądząc po unoszących się tam zapachach, parę osób już zabrało się za przyrządzanie dziczyzny, niektórzy jednak zdawali się mięso pomylić z odchodami - odór dobiegający z kilku kotłów był wręcz porażający. Gdzieś na uboczu siedział sobie Raves i popijał coś z pękatej butli.
– Już skończyłeś? – zdziwiłam się, a on tylko uśmiechnął się szelmowsko.
– Mój dzik właśnie się piecze – odparł i zerknął na stojącego nieopodal mężczyznę, krzątającego się przy dwóch rożnach.
– Jak go przekonałeś? – spytałam, myśląc, że warto byłoby pójść w jego ślady.
– Przyniosłem dwa dziki i krzyknąłem, że dam jednego jak ktoś mi go przyrządzi. Nie musiałem długo szukać – wzruszył ramionami i spojrzał na mnie z zapytaniem – a gdzie twoja dziczyzna?
– Biega w lesie – burknęłam, opadając na pieniek obok niego – boję się ryzykować ze względu na dziecko.
– Przecież masz ten swój miecz nieśmiertelności – zauważył, patrząc na mnie jak na dość żałosną, słabą istotę... ta... często zdarzało się mu tak patrzeć na słabszych od niego.
– Ale z nim nawet muchy nie upoluję – burknęłam, opierając łokcie na kolanach i podpierając głowę dłońmi – chyba to obleję.
– No dobra, przyniosę ci dzika, ale przyrządzenie go już musisz sobie sama załatwić – rzucił od niechcenia, chyba już nieco zmęczony moją bezradnością.
– Naprawdę, zrobisz to? – ucieszyłam się, patrząc na niego z promiennym uśmiechem. – Co byś chciał w zamian? – chciałam wiedzieć od razu, bo dobrze wiedziałam, że Raves rzadko kiedy robił coś, jeśli nie miał z tego bezpośrednich korzyści.
– Dopisz do listy tego, co mi zawdzięczasz, może kiedyś nadarzy się okazja, że to ty mi będziesz mogła pomóc – odparł i zaczął się rozbierać i pakować rzeczy do sakwy; oczywiście, nie raczył odejść gdzieś dalej, więc szybko się odwróciłam, co zdawało się go nieźle bawić. – Po tylu głośnych nocach z Brandr'rivorem nadal zawstydza cię nagi mężczyzna?
– Nie zawstydza, po prostu uważam, że wpatrywanie się w ciebie byłoby nietaktowne – sprostowałam, a on głośno się roześmiał.
– Doprawdy, takt w życiu za wiele ci nie pomoże – stwierdził, po czym przemienił się w smoka i od razu zerwał się do lotu.
                Podmuch, jaki wywołał swoimi wielkimi, skórzastymi skrzydłami, rozwiał mi włosy i niemal zdarł kaptur, udało mi się go jednak w ostatniej chwili chwycić. Chyba zawsze będzie mnie fascynować smocza przemiana… niby ja też potrafiłam przyjmować inne formy, ale jednak nietoperz czy wilk były niewielkimi stworzeniami, smok natomiast był ogromny… myślę, że gdyby się postarał, połknąłby nawet jakiegoś mniejszego konia. Nic dziwnego, że ciężko było go przerazić. Zawsze rwał się do bitki w pierwszym rzędzie, ja tak nie potrafiłam, zresztą, wychowywałam się w pałacach, ojciec nawet rzadko kiedy zabierał mnie na polowania, a i wtedy mogłam jedynie obserwować poczynania mężczyzn, siedząc w damskim siodle, w długiej sukni z ciasno zasznurowanym gorsetem. Nigdy nie miałam o to żalu do ojca, wiedziałam, że tak należy… o tak, te słowa były ulubionym zwrotem w języku mojego ojca.
                W sumie mam z nim nienajgorsze wspomnienia. Był co prawda zawsze zasadniczy i surowo przestrzegał postawionych przez siebie zasad zarówno wśród poddanych, jak i członków rodziny, ale przy tym nigdy nie pozwalał, by komuś z jego bliskich działa się krzywda i bardzo dbał o dobro rodu. Największy nacisk kładł na honor, choć nie do końca jest to dla mnie zrozumiałe, skoro zdarzało mu się chędożyć nawet orczyce, czego najlepszym dowodem jest istnienie Bugdusha… ale cóż, nie było nikogo, kto by mu mógł tego zabronić, więc robił co chciał. Dobrze pamiętam też jak zawsze mi mówił, że nie ma nic ważniejszego, niż zachowywanie się tak, jak na szlachetnie urodzoną przystało. Musiałam brać udział w niemal codziennych lekcjach etykiety odkąd tylko skończyłam siódmy rok życia, do tego z czasem doszły inne nauki – geografia, historia, wiedza o języku i szeroko pojęte szlacheckie obyczaje. Najbardziej zawsze cieszyłam się na lekcje jazdy konnej, zwłaszcza, że kilka razy nauczyciel dał się nawet przebłagać, żebym mogła spróbować jazdy w męskim siodle… niestety, ojciec się o tym dowiedział i na następnej lekcji uczył mnie już ktoś inny. Edukacja zdawała się być dla ojca również bardzo ceniona, zawsze dbał, żebym miała najlepszych nauczycieli, ale i tak nade wszystko ważna dla niego była gospodarność. Może dlatego większymi względami darzył Bugdusha – pewnie sądził, że kobieta nie będzie w stanie dobrze gospodarzyć jego ziemiami… pewnie już nigdy nie dane mi będzie mu udowodnić, że się mylił…
                Ponury bieg wspomnień przerwał mi powrót Ravesa. Tym razem, na szczęście, oszczędził mi widoku swojego nagiego ciała i przyszedł już przebrany, targając za sobą dwa spore warchlaki z poderżniętymi gardłami. Podziękowałam mu, on tylko machnął ręką i poszedł gdzieś, pewnie szukać jakiejś rozrywki, którą zwykle odnajdywał w oglądaniu różnych walk i kłótni. Spojrzałam na leżące u  moich nóg truchła ze świadomością, że sama nic z nimi nie zrobię – moja wiedza co do kuchni ograniczała się do, co najwyżej, wychwalania wykwintności potraw, gdy jeszcze mieszkałam w pałacu, albo do wyzywania karczmarzy za to, że chcą wytruć gości, kiedy dostawałam jakieś wyjątkowo okropne skwarki na brudnych talerzach. Rozejrzałam się wokół, parę osób krzątało się jakby bez celu, krzyknęłam więc, że oddam jednego dzika w zamian za przyrządzenie mi drugiego. Bardzo szybko pojawił się koło mnie szczurowaty człowiek, mówiąc, że on się zna i przyrządzi mi dzika „jak ta lala”. Zgodziłam się, ale obserwowałam go przy pracy, a po zapachu dobiegającego z kotła doszłam do wniosku, że faktycznie potrafił gotować. Ku mojej radości, egzaminatorom również bardzo przypadła do gustu zaserwowana im przeze mnie potrawa, tak więc kolejny etap egzaminu miałam za sobą.

Ostateczne testy

                Następny test miał sprawdzać naszą zwinność. Kazano nam zostawić wszystkie bronie i stanąć na starcie dziwnego toru przeszkód. To był rząd bali o mniej więcej podobnej średnicy, wystarczającej jedynie dla jednej osoby, więc niekiedy żeby przesunąć się dalej, trzeba było kogoś wypchnąć. Co jakiś czas losowe, niezajęte przez nikogo miejsca, jakby zapadały się w dół, a po paru naszych ruchach zaczęliśmy napotykać na drodze poustawiane przy torze gatlingi, które zadawały nam magicznie obrażenia, ale tak naprawdę nas nie raniły. Gdyby było inaczej, na pewno zrezygnowałabym z tego etapu, nawet mój elfi pancerz, osłaniający brzuch, nic mi nie dawał w starciu z normalnymi pociskami, które przelatywały przez stal jak masło, z tego co wiedziałam, jedynie czarny metal i ciężka, adamantowa zbroja były w stanie im się oprzeć. Mikur jednak, kiedy tylko trafiłam na linię ostrzału, a on znajdował się blisko mnie, poświęcał się i wypychał mnie poza pole rażenia pocisków. Dzięki tej drobnej pomocy i przede wszystkim mojej wampirzej zwinności udało mi się pokonać ten etap bez większych problemów.
                Kolejna była gra w szachy. Niegdyś grywałam w nie z moim nauczycielem filozofii i logiki, uważał on, że gra ta ćwiczy bardzo szlachetny sposób myślenia, zawsze jednak szybko mnie nudziła, nie widziałam sensu w przesuwaniu złotych i srebrnych figurek po planszy, niby jak to mogło uczyć myśleć? Nie sądziłam, że kiedyś być może przyda mi się ta umiejętność. Całą drużynę rozstawili na różnych polach, w zależności od poprzednich osiągnięć zajmowaliśmy pola innych figur, mi akurat trafił się goniec. Naszym zadaniem było przetrwanie kilkunastu ruchów tak, żeby nikt z nas nie poległ, co jakoś wspólnymi siłami udało się nam osiągnąć. Muszę przyznać, że w zasadzie niemal w pełni zawdzięczaliśmy to knuciu Valarada – być może podczas swoich wypraw, kiedy akurat nie znajdywał interesujących dziewek w porcie, zdarzało mu się ćwiczyć zdolności intelektualne? Zaśmiałam się na myśl o nim uczącym grać swoich nierozgarniętych piratów, doprawdy, to byłby bardzo zabawny widok.
                Po dniu odpoczynku nastał w końcu upragniony, ostatni etap egzaminu. Zebrano nas wszystkich wokół wielkiej areny, na którą mieliśmy kolejno wychodzić, żeby pokonać wylosowanego przez nas jednego z dziesięciu przeciwników. Żeby nam to utrudnić, można było używać wyłącznie jednego rodzaju ataków, co dla niektórych okazało się przekleństwem. Ze smutkiem obserwowałam zmagania Mikura z wielkim sępem z żelaznym dziobem. Niestety, nie udało mu się wylosować nic, w czym był dobry, trafił na aurę i ze sprzętów, jakie były do dyspozycji, wybrał rękawicę z pociskami aurowymi. Może i by mu się go udało pokonać, ale zepsuł rękawicę i musiał przerwać dalszą walkę. Nierówny bój z sępem stoczył też Valarad – chyba nie ważne, co by nie wylosował, i tak byłby skazany na porażkę. To ptaszydło zdawało się być istnym królem areny, nie wiem czy nawet ja dałabym radę ustrzelić go z łuku. Niewiele więcej szczęścia do losowania umiejętności miał Raves – trafiła mu się magia, choć z kolei poszczęściło mu się z przeciwnikiem – na arenę wybiegł naprzeciw niemu chłop z widłami. Zabawnie było obserwować minę potężnego smoka, kiedy wziął do ręki niewielką różdżkę. Przyglądał się jej jakby miał ochotę za chwilę walić nią biednego chłopa w głowę, ostatecznie jednak udało mu się jakimś cudem wykastować parę zaklęć, które pokonały chłopa, choć podejrzewam, że gdyby tylko trafił na innego przeciwnika, podzieliłby los Mikura i Valarada. Zdecydowanie więcej szczęścia niż rozumu z kolei miał ten parszywy orczy skurwysyn – jemu również przypadło walczyć z chłopem, tyle że przy użyciu umiejętności fizycznych… z biednego człowieka nie było za bardzo co zbierać, tak długo okładał go swoim młotem w bezmyślnej agresji…
                Obawiałam się, z czym mi przyjdzie walczyć. Wylosowałam używanie aury… zrządzenie losu, biorąc pod uwagę moje ostatnie przeżycia… na szczęście wśród przedmiotów był do wyboru łuk, który chwyciłam bez zastanowienia. Z drugiej strony areny wyszedł w moją stronę wielki jaszczur, ale nie zdołał się nawet do mnie zbliżyć i wykonać jakiegokolwiek ruchu. Posłałam w jego stronę kilka celnych strzał, i choć jedną zraniłam sama siebie, i tak bez problemu udało mi się go pokonać. Jaszczur padł, nie robiąc mi żadnej krzywdy, więc zeszłam z areny z satysfakcją zauważając podziw w oczach paru osób obserwujących krwawe zmagania. Po ukończeniu walk, każdy z nas dostał kopertę z licencją, ustawili nas w krąg mówiąc, że jedynie część z nas wyjdzie z niego jako członek gildii. I znów okazało się, że logiczne myślenie naprawdę przydaje się w życiu – dość szybko domyśliłam się, kto ma moją licencję i bez problemu ukończyłam ten ostatni etap. Dostałam się do gildii poszukiwaczy przygód… ku ironii, owych przygód coraz mniej pragnęłam, coraz częściej marząc o znalezieniu swojego miejsca w świecie, nawet w niewielkiej mieścinie. Chciałam żyć na uboczu, bez tych wszelkich problemów, które w ostatnim czasie sypały się na mą głowę, i móc w spokoju wychowywać dziecko… oczywiście, to były tylko próżne marzenia, które nigdy zapewne się nie spełnią… zbyt wiele rzeczy działo się wokół mnie, bym mogła żyć w spokoju choć przez jakiś czas…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz