czwartek, 8 stycznia 2015

Początek przygody

                Mam na imię Troy. O swojej przeszłości nie będę się rozpisywać, przynajmniej nie w tej chwili. Może kiedyś coś Wam opowiem, ale na razie powiem tyle, że jestem człowiekiem około 25 letnim. Chce wam opowiedzieć o momencie, w którym przestałem być zwykłym bywalcem karczm i uczestnikiem karczemnych burd (jedno i drugie uwielbiam), gdzie lania się na pięści, można rzec, podniosłem do rangi sztuki.

Nowa droga życia

Więc siedziałem sobie jak to zwykle w karczmie w mieście Grivet i żłopałem dość dobrej jakości piwsko (no trzeba było tak powiedzieć, aby karczmarza nie urazić); znaczy piwko było ok., ale nie to co krasnoludzkie, te to waliły w gębę lepiej niż nie jeden skory do bitki pijany cwaniaczek.
No więc tak sobie siedzę i chleję, w sumie dopiero drugie i rozpytuje o jakąś robotę – czasem trzeba coś dorobić, potem ruszyć dalej – od tak przemierzałem sobie od kilku lat kontynent. Więc tak sobie siedzę i piję gdy nagle zza pleców słyszę znajomy mi głos  „Oooo siema dawno cię nie widziałem”. Nim zdążyłem się zorientować, jak ktoś mnie jebnął z łapy w plecy, to praktycznie przeleciałem przez szynkwas, zatrzymując się na barmanie (dość pokaźnym – chyba miał za dziadka ogra), który jednym machnięciem ręki przerzucił mnie z powrotem w stronę baru. Dopiero teraz upewniłem się do kogo należy głos, podnosząc się i opierając o bar. Był to stary znajomy elf imieniem Lancello, lubię go ale zazwyczaj sprowadzał jakoś kłopoty, wiec wiedziałem, że i tym razem coś się kroi.  Lancello zaczął mówić:  „dobrze cię widzieć przyd….aaaaa”, na co wyjebałem mu, że wyleciał przez okno – kumpel kumplem, ale piwa się z zaskoczenia nie wylewa. Długo w barze nie pobyłem bo karczmarz od razu wyrzucił mnie przez to samo okno, na szczęście Lancello trochę złagodził upadek. Chwilę się jeszcze „powitaliśmy”, a gdy już miał dość (no cóż niezły z niego łucznik, ale na łapy to się niejedna baba lepiej bije niż on), wstał, otrzepując się i zbierając rzeczy, i zaczął mówić: „no więc dobrze cię widzieć, chociaż nie spodziewałem się ciebie spotkać, w każdym razie zaraz wyruszam z towarzyszami na kontynent elfów i w sumie przydałby się nam ktoś z twoimi zdolnościami, co ty na to? Można dużo zarobić i się nieźle zabawić przy okazji”. No na taką wiadomość i propozycję to ja z chęcią przystanę, zwłaszcza,  że prowadząc mnie do drużyny nabył kanister krasnoludzkiego spirytusu. Tak więc idąc za Lancello, dotarłem na obrzeża miasta gdzie... no ja pierdziele – sterowiec. Skubaniec, nie powiedział, że dorobili się zajebiście wielkiego sterowca, normalnie większy od niejednej willi. Nooo tak z klasą to ja mogę podróżować. „Chodź, poznasz swoich nowych towarzyszy, niezła banda dziwadeł, więc będziesz się doskonale wpasowywać” powiedział Lancelot, wskazując mi wejście do sterowca.

Nowa drużyna

Tak więc Lancello wprowadził mnie na pokład sterowca, który był zajebiście wielki – miał chyba ze cztery poziomy (łażąc potem po nim kilka razy się zgubiłem ), no ale pierwszy raz jak szliśmy to zaprowadził mnie wprost do… stołówki, normalnie wielkiej stołówki – kilkanaście stołów i wielka kuchnia. Ha! można by tu zmieścić mała restaurację; przy największym stole siedziała grupka ciekawych osobników . Lancello niedbale przedstawił mnie po czym usiadł, czekając chyba, aż sam się z wszystkimi zapoznam (leń jeden).
No więc osobnicy ci to byli po kolei wielki Stein imieniem Mikur, kamieniolud, kawał twardziela na pierwszy rzut oka zwłaszcza, że nie rozstawał się z wielgachnym toporem i dwuręcznym wieczorem, normalnie tymi brońmy to by można całą krowę na raz rozjebać na pół, ale po bliższym poznaniu okazało się że ma…. jak to się mówi – gołębie serce (i chyba trochę ptasi móżdżek patrząc na jego późniejsze wyczyny). Co zabawne, ten „milusi kamyczek dobroci” ma jedną ciekawą przypadłość, wystarczy takiego pobić, a wkurza się jak wściekły dzik i zaczyna napierdalać wszystko jakby wypił o jedno piwo za dużo i uznał, że jest najsilniejszy(mam nadzieje że kiedyś będę mógł spróbować spacyfikować go jak wpadnie w ten swój szał, jestem ciekaw czy moje pieści wytrzymają napierdalanie w kamień taki jak on). Co też jest zabawne, często drużyna nazywa go drogocennym przyjacielem, początkowo myślałem, że tak go cenią za to jaki jest… jak się później okazał zwrot ten dotyczył tego z CZEGO jest wykonany… nooo kurwa, nasz kamyczek jest warty ponad 80 TYSIAKÓW. Sprzedać skubańca krasnoludom i się jest ustawionym do końca życia, niestety on sam bardzo sceptycznie podchodzi do tego pomysłu…
                Drugim z tej bandy dziwadeł był czarny troll o jakże inteligentnym imieniu Tut, wyższy trochę ode mnie i, o dziwo, co nie pasuje do jego rasy, zakuty w żelazo i walczący z dwoma tarczami, jakby jedna mu nie wystarczała. Co on się bał, że ktoś go skaleczy? Co ciekawe okazał się później naprawdę dobry w… staniu i przyjmowaniu wszystkiego na klatę, normalnie istny sejf pancerny z kurewsko mocną regeneracją. Niestety jego głowa do chlania jest odwrotnie proporcjonalna do niego regeneracji, wystarczy nieraz jeden kufel  i już leży pod stołem. Ale jakby nie było okazał się spoko kompanem i z chęcią siada do picia (szkoda ze często muszę dokończyć butelkę sam…).
Kolejnym z tej bandy jest niejaki krwawy elf „kapitan” Valarad, niby dostojny, wyniosły i przywódczy, ale coś te jego cechy kapitańskie często gdzieś znikają…. w sumie wporzo gość nawet i z jego „załogą” można się polać na piąchy i pograć w kości, no i trzeba mu przyznać, że umie wywijać tymi szaszłykami, które nazywa mieczami – istny huragan cięć, widać, że się trochę w życiu namachał. Zna się też trochę na magii podróży… no dobra tak w sumie zna jedno zaklęcie, dość użyteczne, ale nieraz irytujące jak tak błyska sobie z jednego końca pomieszczenia na drugi. Jego problem to dość słaba wytrzymałość – wystarczy raz takiego walnąć i już woła o leczenie (hmm… będę musiał z nim się trochę ponaparzać, aby naprał mięśni w klacie). Kompan do picia niezły, chociaż też odpada w miarę szybko, ale co się dziwić – w końcu to elf, więc wszystko mocniejsze od ich soczku, które nazywają winem. od razu zwala go z nóg.
Kolejna ciekawa postać to księżniczka jakiegoś tam małego królestwa, przedstawiała się ale jej …. argumenty estetyczne (no dobra, zajebiście wielkie balony) zupełnie odwróciły moją uwagę. Sztywna, jakby jej ktoś wsadził kij w to zgrabne dupsko i co chwila wymachuje bronią palną – prawie na dzień dobry mnie postrzeliła, ale ostatecznie chyba zrezygnowała. Cała drużyna, co ciekawe, doskonale wie, że jest dziewicą, ale jakoś nie chcieli powiedzieć, skąd wiedzą (później się dość boleśnie przekonałem).
Następny był ….OTR (nie wiem, czy to imię, czy nazwa rasowa, bo takiego dziwaka jeszcze nie widziałem). Stwór ponad 2 metry, cały w futrze, skrzydła, rogi, ogon, na początku myślałem, że to jakaś maskotka drużyny, wielki pies czy coś, ale łazi to na dwóch nogach i gada, i to dość mądrze i rozważnie, co interesujące zmienia się w….. GIGANTYCZNEGO latającego kundla, no kurwa skąd oni go wzięli? Jak się później okazało, Otr to jednak imię a raczej część imienia, bo całość była dłuższa chyba jeszcze od imienia panny „wielkie balony”, w każdym razie Otr bardzo chętnie pochwalił mi się ryciną jego pochodzenia, z tego ,co wywnioskowałem, to jest on wynikiem kilku niezłych imprez, gdzie alkohol lał się strumieniami i każdy pieprzył się z każdym ….. (kurde gdzie są takie imprezy?). Co do jego zachowania – istna ciocia dobra rada, co każdemu chce pomóc, doradzić i każdego strofuje, co wolno, a co nie wolno, ale widać, że dba o drużynę i steruje tym wielkim żelaznym cholerstwem, które stało się moim tymczasowym domem, więc lepiej go chyba nie wkurwiać bez powodu.
Ostatni z drużyny był, jak myślałem na początku, smokiem i to zdawało mi się ze dość ułomnym, bo nawet skrzydeł nie umiał chować w ludzkiej formie, jak się później okazało Manro, bo tak miał na imię, był blarghiem, czyli takim cholerstwem, co się na dzień dobry morduje, spala, zamyka w trumnie i znowu spala – pieprzona zdegenerowana wersja wampira niech się nie zbliża do mnie i do mojej krwi, bo wybije mu te ząbki. Na swoje szczęście (a moje chyba nieszczęście). był ja cie pierdzielę „fanatykiem dobra i rycerskości” (już mi niedobrze, nie żebym był zły, ale jak można być tak debilnie zapatrzonym tylko w jedną stronę monety? Przecież obydwie tworzą całość, prawda?). Wszędzie widział zło, każdego kto złamał prawo chciał mordować, i do tego władał aurą i to dość potężnie, więc lepiej uważać, bo jak coś odbije temu krwiożłopowi to zajebie (zwłaszcza, że ostatnio dorobiłem się ciekawych rękawic ze stopu z mitrillem, a jak wiadomo takie stworki nie cierpią srebrnego metalu… ale o tym opowiem później).Nna szczęście w trakcie podróży okazał się dość spokojny – miał swoje zapasy „jedzenia”, więc nie wariował, ale lepiej na niego uważać….
A, zapomniałbym – drużyna ma jeszcze jednego „członka” … taaa, wielkie białe jednorogie bydle… no kurwa, JEDNOROŻEC, prawdziwy jednorożec, myślałem, że Otr jest rzadkim okazem na sterowcu, ale to przebiło wszystko, chciałem się z nim nawet grzecznie przywitać, ale nim się zorientowałem przyjąłem od tego pieprzonego skurczybyka kopa prosto w klatę, dobrze, że trafiłem w ścianę, bo jakbym wyleciał przez okno to miałbym przymusową kąpiel, bo lecieliśmy akurat nad oceanem. Taa… ten „kochany” przedstawiciel jednej z „najcudowniejszych” ras ma wdzięczne imię Alpfonse  i ma naprawdę „anielski charakter” (nie kurde jest kawałem niezłego skurczybyka i cwaniaka który uważa się za cud świata – czyżby wychowany przez słoneczne elfiątka?). No cóż, lepiej się do niego nie zbliżać, dopóki nie wymyśle, jak skurczybyka przekonać do siebie, bo pomimo, że to jednorożec i kawał drania, jakoś jego zacięcie i złośliwość są interesujące, no i dość boleśnie się dowiedziałem, że lubi sobie wypić, a pijany jednorożec to ….. interesująca zabawa w SPIERDALANIE.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz