poniedziałek, 5 stycznia 2015

Dalsza podróż

Miasto avian

Dotarliśmy do miasta avian. Było naprawdę wyjątkowe, powietrzne miasto, na trąbie powietrznej… trzy pierścienie, im bliżej środka, tym wyżej usadowione, a żeby dostać się na kolejne, trzeba było mieć specjalne glejty. Zewnętrzny pierścień był głównie złożony z kamiennych i drewnianych budynków, w środkowym drewno zastąpiła palona cegła, wewnętrzny natomiast, ten najwyższy krąg, do którego dostęp mieli tylko nieliczni, zbudowany został z marmurów i kryształów, które połyskiwały z daleka w blasku słońca. Oczywiście budynki wewnątrz były okazalsze nie tylko ze względu na budulec, również ich forma zapierała dech w piersiach. Z daleka widać było liczne kolumny i zdobienia, które też pojawiały się w dalszych kręgach, ale były o wiele rzadsze i nie tak okazałe. Wszędzie było pełno avian, czułam ich zapach, przywodzący mi na myśl wiatr, ale z powodu ciasnoty mieli schowane skrzydła. Byliśmy w zewnętrznym kręgu, gdzie roiło się od przyjezdnych, formacji wojskowych i biedniejszych mieszczan, no i od straży w kryształowych zbrojach, z którymi mieliśmy wątpliwą przyjemność walczyć…
 Okazało się, że w mieście grasuje jakiś wampir, który zabija i zmienia istoty. Musiał być naprawdę doświadczonym wampirem, wszystko powiązał ze mną, tak że nawet aviański mentat dotarł do mnie po śladach aury. Nie chcieli mi uwierzyć, że to nie ja, że nie zdobywam w ten sposób krwi… dowody przemawiały przeciw mnie, więc oskarżyli mnie i zaaresztowali. Kiedy siedziałam w więzieniu avian, a reszta drużyny szukała sposobu, żeby mnie uniewinnić, do celi wtargnął wampir i pozabijał strażników. Oczywiście, znowu wszystko było na mnie, choć zostałam w celi, nawet nie próbując się uwolnić. Bez ceregieli skazali mnie na śmierć… kiedy prowadzili mnie na plac, gdzie miała odbyć się egzekucja, w korytarzu zmaterializował się tamten wampir, powiedział mi z krzywym uśmieszkiem, że jestem bardzo dobrą zasłoną, po czym zabił strażników i rozpłynął się we mgle. Nie miałam wyboru i uciekłam, nie chciałam zostać zamordowana za coś, czego nie zrobiłam.
Udało mi się trafić dość szybko na drużynę, jednak po drodze zauważyli mnie strażnicy, więc szybko zamieniłam się w nietoperza i schowałam w kieszeni skórzanego płaszcza Ravesa. Potraktowali nas mocą dźwięku, gdyż ten idiota, ork, musiał ich zaatakować, przez co ledwo udało mi się ujść z życiem,  w tej formie miałam niesamowicie wyczulony słuch. Wyleciałam z kieszeni smoka i wzleciałam na dach, niestety, nie miałam zupełnie żadnej ochrony przed palącym słońcem, a przez tamten dźwięk ucierpiałam tak mocno, że padłam nieprzytomna na dachu. Tam dopadła mnie gatte, ta sama co ściągnęła na nas niedźwiedzia… niemal mnie zamordowała, kiedy stwierdziła że jestem świetną przekąską, a ja nie mogłam nic zrobić. Na szczęście drużyna sprawnie uporała się ze strażnikami i zawołali gatte, która zbiegła ze mną na ulicę. Dowiedziałam się od nich później, że gdy tylko Raves to zobaczył, od razu rozkazał jej mnie oddać i wrzucił mnie do kieszeni. Gdy byli już w karczmie, wrzucili mnie do naczynia z krwią. Kiedy się ocknęłam, poczułam ból jak nigdy, bolało mnie absolutnie wszystko… o tak, regeneracja tkanek jest bolesna, mi musiało odrosnąć sporo ciała, ręka, kawałek brzucha i twarzy… w końcu wszystko się odnowiło, ale chyba nigdy nie zapomnę tego bólu… i tego pragnienia… łaknęłam krwi wtedy nade wszystko, zaczęłam kąsać każdego, kogo miałam pod ręką, nie zwracając uwagi, czy wstrzykuję jad czy nie… na szczęście nic się nikomu nie stało, ale nie wiem jakby się to skończyło, gdyby Raves mnie nie przydusił do ziemi, żebym się uspokoiła.
Po tych zdarzeniach musieliśmy uciekać z miasta avian. Udało nam się dogadać z kimś, kto nas wyprowadził stamtąd przez ruiny starej świątyni. Przeszliśmy kanałami, po drodze tocząc jeszcze bój z gorkami, i trafiliśmy na jakieś podwórko, gdzie tkwiło mnóstwo skrzyń. Tam powitał nas kupiec. Mogliśmy zrobić u niego zakupy z bardzo dużą zniżką, do mnie natomiast podszedł nieznany mi mężczyzna i poprosił mnie na stronę. Mówił mi, że jest z kultu krwi i zaproponował dołączenie do nich. Niewiele wiedziałam o tej organizacji, z grubsza powiedział mi o co chodzi i jaka byłaby moja rola. Miałam od czasu do czasu wykonywać dla nich pewne zadania, dostosowane do moich możliwości. W ramach tego, zagwarantował mi, że dopóki im pomagam, brat mnie nie tknie, ponieważ również pracuje dla nich. Nie miałam nic do stracenia, przynajmniej tak wtedy myślałam. Kiedy się zgodziłam, poprowadził mnie korytarzem w głąb piwnic. Po drodze mijaliśmy ogromne kadzie krwi… była tak kusząco pachnąca, a ja dawno nie piłam, do tego podczas ucieczki odniosłam rany, więc nie dałam rady się powstrzymać i zaczęłam pić krew z jednej z nich. Odciągnęli mnie od niej po chwili, spodziewałam się innej reakcji z ich strony, ale zdawali się to rozumieć… w każdym razie, kiedy już otarłam twarz i przeprosiłam, poprowadzili mnie dalej. W pomieszczeniu były tam przykute łańcuchami dwa żywiołaki – krwi i kości. Zabrali od nich jakiś płyn i podali mi go. Kiedy go później wypiłam, poczułam, że budzi się we mnie moc krwi i moc kości, tak samo, jak było w przypadku mocy ciemności. Tamten mężczyzna dał mi jeszcze dwa sztylety, jeden przypominający dziwny lejek, drugi ozdobiony kamieniami szlachetnymi, który miał mi służyć do kontaktu z nimi. Nie wiedziałam, że przystąpienie do nich będzie niosło za sobą tak daleko idące konsekwencje…

Błogosławieństwo

W międzyczasie, będąc jeszcze w mieście avian, dowiedzieliśmy się o egzaminie do gildii. Samo dotarcie na egzamin zajęło nam bardzo wiele czasu i nie należało do łatwych zadań. Na pierwszym etapie musieliśmy się dostać do „paszczy smoka”, na najdalej wysunięty na północ kraniec kontynentu, czyli czekał nas w najlepszym wypadku ponad miesiąc drogi. Znaleźliśmy na szczęście transport i polecieliśmy tam statkiem powietrznym.  Pozwoliło to mi na kontynuowanie niemal codziennie fizycznego treningu z Brandr’rivorem. Pierwsze noce były cudowne, aż członkowie załogi dziwnie na mnie spoglądali, gdy wychodziłam po posiłki. Z czasem zaczęłam podejrzewać, że zdarzyło się coś, o czym myślałam, że nigdy nie będzie miało miejsca. Przecież byłam wampirzycą… Brandr’rivor niby zmieniał się w elfa i wszystko było jak najbardziej w porządku z jego fizjologią, jednak tak naprawdę nawet nie był żywy, w końcu nikt w pełni żywy nie zmienia się w miecz… Mimo to, moje podejrzenia z każdym dniem okazywały się coraz bardziej słuszne, nudności, wymioty i wszystko inne… byłam w ciąży…
Na początku nikomu o tym nie mówiłam. Nie do końca wiedziałam, co o tym myśleć. Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie jako matki. Gdyby nie wyprawa do puszczy i mój brat, ojciec w końcu pewnie wydałby mnie za jakiegoś bogatego szlachcica z układami, który bez wątpienia by oczekiwał, że urodzę mu co najmniej jednego potomka, nigdy jednak nie sądziłam o tym jako o czymś, co mnie szybko spotka. Zawsze pamiętałam, żeby być ostrożna, ale z Brandr’rivorem… to było przecież wbrew prawom natury, skąd mogłam wiedzieć… byłam jednak w ciąży i czekało mnie wiele zagrożeń, przez które mogłam stracić dziecko, z jednej strony pozbawiłoby to mnie zmartwień, z drugiej… nie potrafiłabym celowo wystawić się na zbyt duże ryzyko. Żyłam jednak jak żyłam, zdecydowanie nie sprzyjało to ciężarnej kobiecie… krótko po dotarciu do celu, trafiliśmy do jaskiń, gdzie czekała nas walka z nieumarłymi. Brandr’rivor tak rwał się do walki, że, nie czekając na mój ruch, wyrwał się na pole bitwy i zaczął zabijać, ciągnąc mnie za sobą. Znalazłam się blisko drakolicza, który pewnie by mnie zabił, bo nie sądzę, żebym dała radę uniknąć jego zionięcia czy sparować jego potężne ciosy, więc krzyknęłam do Brandr’rivora, że jestem w ciąży. Był zapewne w niemałym szoku, jednak natychmiast zabrał mnie stamtąd bliżej skrzyni, gdzie były zwoje pozwalające przejść dalej. Odczytałam jeden z nich i znalazłam się na jakiejś polanie, na której leżał szkielet, a obok niego miecz. Później się dowiedziałam, że mając go przy sobie, byłam nieśmiertelna – odczuwałam ból, ale zamiast głębokich ran miałam ledwie siniaki… oj, nie raz uratował mi życie…
Brandr’rivor przestał się zmieniać w elfa i się do mnie odzywać, nawet jak prosiłam go, by coś powiedział, cały czas uparcie milczał. Pewnie myślał, jak się zachować i co zrobić… W międzyczasie czekała nas podróż na kontynent ludzi. Jakimś cudem udało mi się trafić na tamtego kapitana, który pomógł mi uciec przed Niosącym Śmierć. Chyba nawet ucieszył się, że chcę znów z nimi podróżować, zgodził się bez problemu, żebym z nimi podróżowała jedynie za niewielką opłatą.  Podróż minęła mi na czytaniu książek, bo Brandr'rivor nadal nie raczył się odezwać do mnie ani jednym słowem... naprawdę, to było gorsze, niż jakby robił mi wymówki, ale miałam swój honor i nie zamierzałam ulec. Na kontynencie ludzi spotkałam się z resztą drużyny i ruszyliśmy w dalszą trasę.
Brandr’rivor cały czas uparcie milczał. Pomyślałam, że może przyda się go sprowokować do jakiś czynów. Byliśmy akurat w obozie, blisko osób, które również chciały przystąpić do egzaminu, i musieliśmy zdobyć zwoje grając w kości. Nigdy nie miałam szczęścia w hazardzie, więc i tym razem nie mogło mi dobrze pójść, musiałam zdobyć zwój w inny sposób. Postanowiłam sprowokować Brandr’rivora do działania. Ubrałam się w najbardziej odsłoniętą suknię i przespacerowałam się pomiędzy obozami, ukrywając się w cieniu Mikura przed palącymi promieniami. Paru mężczyzn się mną zainteresowało, jednak latający obok miecz wyraźnie ich zniechęcał, zwłaszcza, że kiedy tylko ktoś podnosił na mnie wzrok, z pozycji ostrzem w dół przenosił się od razu ostrzem w stronę spoglądającego. W połowie drogi Brandr’rivor w końcu nie wytrzymał i zapytał, czy mogę łaskawie nie kusić innych przy nim. Powiedziałam mu, że chciałam w ten sposób zdobyć zwój, na co on, że to trzeba było jemu powiedzieć, po czym gdzieś odleciał. Później dowiedzieliśmy się o rabunku w jednym z namiotów, z którego zginął czarny płaszcz i stojak, więc od razu wiedziałam, kto był tego winien. No tak, mój kochanek wyraźnie się ostatnio nudził i miał nieco zmartwień, tak więc pewnie postanowił odreagować. 

Bugdush bo-Ragrash van der Vicanis

Ledwie Brandr’rivor zniknął, między obozami zobaczyłam znajome barwy herbowe i sztandary mojego ojca, a także bandę orków, choć może nazwanie ich bandą nie do końca pasowało. Bugdush, mimo że był skurwielem, jakich mało, był bardzo charyzmatycznym dowódcą i potrafił zaprowadzić porządek wśród swoich żołnierzy, ale nie wywołując w nich strach… oni go naprawdę szanowali… cóż, jeśli zapewniał im często takie rozrywki jak wtedy, podarowując im mnie, to nawet im się nie dziwię. Uzbrojeni po zęby orkowie weszli więc w dość zgrabnym szyku, dostosowując go do mijanych po drodze mniejszych czy większych ognisk. Skryłam się za Mikurem, dysząc z przerażenia… nie widziałam go od tamtego pamiętnego dnia, od mojej śmierci… choć wiedziałam, że domyślił się, że jednak przeżyłam, nie sądziłam, że tak szybko przyjdzie mi go spotkać. Użyłam jeden ze zwojów kupionych niegdyś od pewnego ratkina, którego towary eskortowaliśmy przez puszcze na smoczym lądzie, jednak, kiedy sprawdziłam swoje odbicie w sztylecie, nic się nie zmieniło…
Bałam się… nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać po Bugdushu, a przecież chodziło już nie tylko o moje życie… mnie mogliby wskrzesić krwią, gdyby brat znów chciał mnie zabić, ale dziecko… nie miałoby szans przeżyć. Skontaktowałam się z kultem krwi, ale zapewnili mnie, że z jego strony nic mi nie grozi. Zebrałam więc w sobie resztki odwagi i całą dumę, jaka mi jeszcze pozostała i razem z Mikurem przeszliśmy do karczmy, której rolę pełnił ogromny namiot. Tam szybko powiedziałam członkom drużyny, że mój brat jest w mieście, uspokoiłam się trochę, wiedząc, mając nadzieję, że w razie czego nie pozwolą Bugdushowi zabić mnie bez walki. Zamierzałam się czegoś napić, jednak zanim podeszłam do szynku, usłyszałam jak odsłania się kotara, a wraz z powiewem świeżego powietrza, do zatęchłego wnętrza namiotu wtargnął bardzo dobrze mi znany zapach… drewno i surowe mięso… zapach orków, kilku orków… i zapach mojego brata…
– Witaj, siostrzyczko – usłyszałam znienawidzony przeze mnie głos, który tyle razy śnił mi się po nocach w najgorszych koszmarach – cóż za spotkanie…
– Witaj, Bugdushu – wycedziłam przez zęby, starając się ukryć strach i podnosząc wyniośle głowę – czego chcesz?
– Przyjechałem tu z częścią żołnierzy, żeby paru wciągnąć do gildii, czasami mogą się trafić ciekawe zlecenia. Nie sądziłem, że cię tu spotkam… ale to dobrze, przynajmniej wiem, że to prawda, że żyjesz – odparł, a w jego oczach była czysta nienawiść, choć na ustach błąkał się ten cyniczny uśmieszek, który kiedyś z przyjemnością zetrę z jego obrzydliwej orczej gęby.
– Zapewne bardzo ubolewasz z tego powodu.
– Nie kryję, że pokrzyżowało mi to pewne plany… ale to nie jest nic, czego nie da się jeszcze naprawić, choć jak na razie, przez pewną organizację, możesz czuć się bezpieczna, siostrzyczko...
– Nie nazywaj mnie tak – niemal wykrzyknęłam, nie mogąc już znieść jego na pozór uprzejmego tonu – jak śmiesz w ogóle się do mnie odzywać, po tym, co mi zrobiłeś!
– Dbam o swoich żołnierzy, i tak miałaś nie żyć, więc nie powinno ci robić to różnicy, a oni się przynajmniej zabawili. Nie moja wina, że ktoś cię zmienił – dodał, wyraźnie unosząc wargi i pokazując swoje orcze kły, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że wie, czym się stałam.
– Warto było dla pieniędzy niszczyć mi życie?
– O tak.. zrobiłbym to jeszcze raz, gdybym tylko mógł – powiedział, a ja czułam, ba, byłam pewna, że nie żartuje.
– Ja już nic nie chcę. Nie potrzebuję tych pieniędzy, weź je sobie wszystkie. Mogę się zrzec majątku, bylebyś dał mi święty spokój. Chcę po prostu żyć – odparłam szczerze, bo naprawdę nie miałam już ochoty brać tych pieniędzy, były splamione moją krwią, pochodziły z życia, które już do mnie nie należało… tamta Francesca van der Vicanis, której by na tym zależało, zginęła w Puszczy Felmaria…
– Zgoda. Zrzekniesz się praw do całego majątku, a ja w zamian za to dam ci spokój.
– Mogę ci podpisać dokumenty choćby zaraz.
– Nie, nie, nie, siostrzyczko… wszystko musi być jak należy – powiedział tym swoim irytującym głosem… miałam ogromną ochotę rzucić mu się do gardła i je rozszarpać, ale nie skalałabym się piciem jej, o nie… czekałabym, aż wpłynie w ziemię do ostatniej kropli krwi, a potem spaliłabym jego martwe ciało, kawałek po kawałeczku… brat niestety przerwał mi dalszą część tych radosnych planów. – Spotkamy się w posiadłości ojca za trzy miesiące. Tam podpiszemy wszystkie potrzebne dokumenty przy świadkach.
– Zgoda – powiedziałam, zaciskając żeby z wściekłości.
– To do zobaczenia, siostrzyczko – pożegnał się ze mną, skinął na swoich przybocznych i wymaszerowali z namiotu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz