wtorek, 24 lutego 2015

Powroty

Salus Portanis

                 Po nocy spędzonej w nienajgorszym zajeździe, udałam się na plan świątynny. Wokół kamiennego prostokąta dumnie wznosiły się trzy świątynie – na wprost najokazalsza, czcząca Stwórcę, po bokach, naprzeciw siebie, nieco mniejsze oddające hołd Tetsu i Raistrowi. Nigdzie nie widziałam świątyni Malareia – ta była ukryta w cieniu świątyni Stwórcy. Od elfów z załogi statku wiedziałam, że w każdym mieście musi się znajdować niewielka świątyńka Boga Chaosu. Elfy może i go nie czczą, ale uznają konieczność jego istnienia w świecie, w końcu sam ład oznaczałby stagnację…
                Kiedy zapukałam do drzwi świątyni, zaprowadzono mnie od razu do jadalni, gdzie Salus właśnie kończył śniadanie. Zaproszono mnie, bym dołączyła, a kiedy odmówiłam, Salus podziękował elfom za pomoc i gościnę, położył na stole spory mieszek z brzęczącymi monetami, po czym zabrał swoje rzeczy i wyszedł razem ze mną. Przygotowaliśmy się do podróży i ruszyliśmy na trakt w stronę domu elfa. Opowiadał mi, że ma skromny dom na polanie przy głównym trakcie na ziemiach, które kiedyś dostał w podzięce za zasługi od rodziny królewskiej z miasta Sil Dla. Okazało się, że nie zawsze był kupcem – ponoć niegdyś był psionikiem i nie raz zdarzało mu się wykonywać zadanie wymagające najwyższego stopnia poufności, jednak utracił wszelkie zdolności. Zdziwiło mnie to, gdyż nie sądziłam, że można utracić potencjał magiczny, Salus jednak wyjaśnił mi, że da się utracić wszystko, jeśli znajdzie się ktoś, kto wie, jak to odebrać czy zniszczyć. Zaznaczył też od razu, że poniekąd jest wdzięczny za taki obrót spraw, bo inaczej nigdy nie spotkałby Tesauri, swojej największej i jedynej miłości. Wydawał się być naprawdę szczęśliwy z życia, jakie obecnie wiódł i nie raz przerywał swoją opowieść, żeby po raz kolejny dziękować mi za ratunek.
                Podróż z nim tym razem była przyjemna. Nie wypytywał mnie już o nic, jedynie opowiadał o sobie, a jeśli już o coś pytał, to omijał temat mojego nastroju i tego, co na niego wpłynęło. Zainteresowały go moje zdolności, nie tylko te wampirze, oglądał też moje bronie. Oczy aż mu się zaświeciły, kiedy opowiedziałam mu o cechach Miecza Braterskiej Miłości. Dowiedziałam się, że Salus handlował przede wszystkim zbrojami i broniami, nic więc dziwnego, że tak go to zainteresowało. Rozmowa na takie luźne tematy pozwoliła mi oderwać się choć na moment od nieprzyjemnych myśli…

Dom pełen miłości

                Do jego domu dotarliśmy po trzech dniach drogi. Urokliwy, parterowy dom z równych belek, położony na sporej polanie. Obok niego stała jakaś niewielka szopa i stadnina, na pierwszy rzut oka mogąca pomieścić nie więcej jak trzy, cztery konie. Co dziwne, zauważyłam również wóz, wyglądający dokładnie, jak ten, do którego byłam przywiązana, jednak nie zalegały już na nim liczne skrzynie z towarami. Salus zawołał radośnie, a po chwili z domu wybiegła elfka i rzuciła mu się na szyję, po czym zaczęła go całować, jakby zupełnie nie zauważając mojej obecności.
– Canos mi mówił, co się stało, myślałam, że już cię nigdy nie zobaczę – zaczęła szlochać mu w ramię, wtulając się w niego, jakby chciała go już nigdy nie wypuszczać z objęć.
– Nic mi nie jest, już wszystko dobrze – mówił cicho, gładząc ją uspokajająco po plecach – kocham cię, Tesauri.
– Ja ciebie też – odpowiedziała i zaczęła go całować, Salus jednak przerwał po chwili pocałunek.
– Muszę ci przedstawić kogoś, dzięki komu mogę tutaj być – odsunął ją odrobinę i objął ją w talii, odwracając się w moją stronę, przerwałam więc głaskanie konia i spojrzałam na nią – to Vivienne, ona uratowała mi życie.
                Nic dziwnego, że ten mężczyzna tak bardzo ją pokochał – była absolutnie przepiękna. Patrzyła na mnie z zaskoczeniem dużymi, załzawionymi oczami z tak ciemnymi tęczówkami, że granica między nimi a źrenicami była ledwo zauważalna. Kosmyk prostych, czarnych włosów, sięgających jej ledwie do ramion, przykleił się do mokrego od łez policzka i wąskich ust, więc odgarnęła go smukłą dłonią. Zdawała się mieć tak drobne i delikatnie ciało, że pewnie bez większych problemów mogłabym jej połamać żebra uściskiem. O tak, z pewnością dałabym radę, pomyślałam, gdy nagle podeszła do mnie i zarzuciła mi ramiona na szyję.
– Dziękuję ci, nie wiem, jak ci się odwdzięczę – zaczęła płakać w moje ramię, a ja stałam, zupełnie nie wiedząc, co zrobić – ja nie potrafiłabym bez niego żyć.
– No… cieszę się, że mogłam pomóc – powiedziałam niepewnie i poklepałam ją po plecach, nieprzyzwyczajona, że okazuje mi się tak wylewnie uczucia.
– Przepraszam cię... kiedy Canos mi opowiedział o tobie, myślałam, że już nigdy nie zobaczę Salusa, w końcu jesteś wampirem... a ty uratowałaś mu życie – szlochała.
– Kiepski ze mnie wampir – zażartowałam i, choć nie był to zbyt wyrafinowany żart, elfka delikatnie się zaśmiała.
– Może to i dobrze – odparła i uśmiechnęła się do mnie, odsuwając się i zadzierając twarz, żeby spojrzeć mi w oczy – nie wiem, jak ci się odwdzięczymy za to, co zrobiłaś.
– Nie musicie nic robić – wzruszyłam ramionami, a ona znów się do mnie przytuliła.
                Na szczęście, po chwili Tesauri, stęskniona się za swoim lubym, wróciła do niego, żeby znów go pocałować. Odwróciłam się, czując się trochę jak intruz w ich radości i zaczęłam przeczesywać palcami białą grzywę mojego konia. Bel’salan miał naprawdę świetne poczucie humoru – widząc, że większość moich ubrań jest w ciemnych kolorach, a bronie dość mroczne, przekornie podarował mi śnieżnobiałego ogiera. Nieważne jednak od jego maści, ten koń był rewelacyjny, nigdy żaden inny, od czasów mojej przemiany w wampira, nie był w stosunku do mnie taki ufny. Ten w dodatku wręcz stawał się rozumieć moje nastroje. Pewnego wieczora, kiedy w czasie podróży z Sil Dla do domu Salusa dopadł mnie zły nastrój, ogier podszedł i trącił mnie lekko łbem, jakby chciał przekazać, żebym się nie martwiła… naprawdę, niesamowicie inteligentne stworzenie. Czasami się zastanawiałam, czy Bel’salan podarował mi go tylko dlatego, żebym miała jak się poruszać…
                Okazało się, że Canos to ów woźnica, który uciekł, gdy tylko zaatakowały ich jaszczury. Kajał się i przepraszał Salusa kilkanaście minut, ten jednak tylko machnął ręką, mówiąc, że przecież sam kazał mu ratować życie i że nie ma żalu. Znów usłyszałam liczne słowa pochwały, że to był taki szlachetny czyn… przyjęłam je wzruszeniem ramionami i zaprowadziłam konia do stadniny, gdzie Salus pokazał mi dla niego boks. Zajmował się swoim koniem tuż obok i wypytywał, jak mi się spodobał jego dom i żona, zdawał się być naprawdę szczęśliwy, że mógł mnie tutaj przyprowadzić, więc wyraziłam zachwyt nad wszystkim, o co pytał, co w sumie nie było niezgodne z prawdą.
                Zazdrościłam Salusowi jego szczęścia, ale nie taką mściwą zazdrością… po prostu chciałabym kiedyś też być tak bardzo szczęśliwa. Nie sądziłam, by kiedykolwiek znalazł się ktoś, kto byłby gotów pokochać mnie tak bardzo, jak on Tesauri, marzyłam jednak, by móc żyć gdzieś spokojnie, razem z Bairre. Łzy stanęły mi w oczach na myśl o niej… wiedziałam, ze nie mogłam z nią być, nie teraz, i to najbardziej mnie bolało. Patrząc jednak na dom Salusa, postawiłam sobie cel – chciałam kiedyś też mieć taki dom, na uboczu, gdzie mogłabym żyć z moją córeczką, nienękana przez tych, co chcą mojej śmierci. Żeby tak się stało, musiałabym się pozbyć wielu istnień… w końcu jednak chyba nadszedł czas, by dopełnić obietnicy i zabić mojego brata, który był źródłem wszelkiego zła w moim życiu, który stał się dla mnie prawdziwym przekleństwem.
                Salus nadal coś opowiadał, jednak już go nie słuchałam, w mojej głowie dochodziło do prawdziwej rewolucji. Udało mi się zepchnąć poczucie winy, żal i smutek w najgłębsze części mojej duszy i wypełnić ich wcześniejsze miejsce siłą życia i wolą walki. Walki o to, by móc kiedyś żyć z Bairre. Byłam świadoma, że nie będę mogła nikomu powiedzieć o tym, że ona żyje, czekało mnie wiele kłamstw, by ochronić jej życie. Nie chodziło tylko o to, że miała aurę smoka, bałam się, że któryś z moich wrogów zechce wykorzystać ją jako przynętę na mnie, a nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby coś jej się stało. Już i tak nie potrafiłam nie wyrzucać sobie, że nie potrafiłam należcie jej obronić, sama zadbać o jej dobro i bezpieczeństwo, tylko oddałam ją w ręce obcych osób, choć ona była przy mnie taka spokojna, taka ufna…
                Z myśli wyrwała mnie ręka elfa, która nagle znalazła się na moim ramieniu, wywołując lekkie wzdrygnięcie. Dopiero wtedy zorientowałam się, że już od dłuższego czasu wpatrywałam się pustym wzrokiem w sierść mojego konia i szczotkowałam miejsce, które już od dawna lśniło bielą. Odwróciłam się i spojrzałam na Salusa, wpatrującego się we mnie z troską w jasnobrązowych oczach.
– Coś się stało? – spytał z życzliwym zainteresowaniem, choć jego wzrok mierzył mnie wyjątkowo badawczo.
– Nic – odparłam, wytrzymując jego spojrzenie – wszystko – dodałam po chwili, po czym po raz pierwszy od bardzo dawna, szczerze się uśmiechnęłam – dziękuję ci, że mnie tutaj zabrałeś.
– Nie ma za co – uśmiechnął się i położył mi rękę na ramieniu – cieszę się, widząc twój uśmiech.
                Nic nie powiedziałam, tylko posłałam mu jeszcze jeden uśmiech i wróciłam do szczotkowania konia. Wiedziałam, że czeka mnie długa i ciężka droga, zapewne w samotności, ale byłam na to gotowa. Moi towarzysze, kiedy ostatni raz ich widziałam, podróżowali po kontynencie ludzi, do tego nasze pożegnanie przebiegło w dość… niefortunnych okolicznościach, sądziłam więc, że nie mam co na nich liczyć.

Ku Dverg Morke

                W gościnie u Salusa spędziłam niecały tydzień, po czym elf oświadczył mi, że musi wyruszać z towarami, tym razem jednak do miasta krasnoludzkiego. Spytał od razu, czy nie zechciałabym mu towarzyszyć, a ja, nie mając nic lepszego do robienia, niemal ochoczo się zgodziłam. Tesauria była wyraźnie spokojniejsza, kiedy dowiedziała się, że będę towarzyszyć jej ukochanemu – Salus, utraciwszy zdolności magiczne, mógł bronić się jedynie za pomocą łuku czy szabli, i tak jak to pierwsze szło mu nienajgorzej, tak w drugim bardzo łatwo było go pokonać. Parę razy ćwiczyłam z nim walkę na polanie przed domem, ale nie był zbyt pojętny i udawało mu się wygrać tylko wtedy, gdy mi coś nie wyszło. Raz zdarzyło się, że potknęłam się i jedynie szczęśliwym trafem udało mi się ustać, po chwili jednak Salus tak dziwnie wykręcił dłoń, że wystawił sobie kciuk. Słysząc jego krzyk, z kuchni wybiegła przejęta Tesauria, zostawiając płomień na palenisku, więc po chwili poczułam gryzący zapach spalenizny i szybko pobiegłam, żeby zestawić garnek z ognia. W tym czasie usłyszałam kolejny krzyk Salusa i trzask – Tesauria najwyraźniej nastawiła mu wybity palec. To był ostatni raz, kiedy próbowałam go nauczyć walki…
                Wyruszyliśmy o świcie, zaopatrzeni w przygotowany przez Tesaurię prowiant, ja natomiast miałam mnóstwo czasu, żeby zapolować na jakieś ciekawe zwierzę w lesie, miałam więc przy sobie parę litrów krwi całkiem sporego wilka. Tym razem nie jechał z nami Canos, nie było takiej potrzeby, gdyż Salus miał zamiar kupić towary u krasnoludów i sprzedać je u elfów, planował też kupić nowy wóz, bo stary według niego i tak był już za mały na towary. Czekało nas około czterech tygodni podróży, jeśli spięlibyśmy trochę konie, co też nie raz ochoczo robiliśmy, ścigając się na prostych i spokojnych odcinkach traktu. Salus opowiadał mi trochę o swoich zadaniach z czasów, gdy pracował jeszcze jako psionik, nigdy jednak nie podawał żadnego nazwiska ani danych, które pomogłyby mi zidentyfikować osoby, o których mówił. Z czasem też sama uraczyłam go opowieściami o moich przygodach, które, jego zdaniem, były naprawdę pasjonujące, często więc prosił mnie o więcej szczegółów i o kolejne historie, mówiłam więc ile mogłam, pomijając fakty, które mogłyby za wiele o mnie powiedzieć.
                Po dokładnie dwudziestu siedmiu dniach w siodle w końcu dotarliśmy pod bramę, prowadzącą do miast krasnoludzkich. Pomimo, że robiliśmy postoje w dnie i przesypialiśmy większość nocy, miałam wrażenie, że dolna część mojego ciała zrosła się ze skórą na siodle… uwielbiałam jazdę konną, ale byłam szczęśliwa, że w końcu będę mogła spędzić parę dni w mieście  jeszcze tydzień a zapewne zapominałabym, jak się chodzi i jak to jest spać w łóżku, a nie oparta o kulbakę. Salus przed bramą poprosił, żebym pojechała do miasta sama, bo on ma parę spraw do załatwienia. Powiedział, że Nix (w czasie podróży doszliśmy do wniosku, że warto byłoby nadać mojemu ogierowi imię, Salus zasugerował Nix, co po elficku znaczyło coś związanego ze śniegiem, czyli pasowało idealnie do maści mojego konia) może zostać z nim, żebym nie miała problemów i że zaprowadzi go razem ze swoim koniem do stajni, podałam mu więc wodze i poszłam do wejścia do miasta.

Nieoczekiwane spotkanie

                Do bramy ustawiła się długa, choć luźna kolejka, składająca się głównie z przeróżnych elfów i krasnoludów, choć widziałam też parę steinów i przedstawicieli innych ras. Zdziwiło mnie, że te wielkie, kamienne istoty, były na łańcuchach, w kajdanach i obrożach. Pamiętałam, że Mikur nie raz opowiadał jak bardzo napięte relacje są miedzy jego gatunkiem a krasnoludami ze względu na drogocenne kryształy, tkwiące w ciałach steinów, jednak nie spodziewałam się, że krasnoludy przywykły robić sobie z nich niewolników. Zabawne, że jeden ze steinów przypominał mi Mikura, choć to zapewne przez wspomnienie o moim kamiennym przyjacielu. Tak przynajmniej myślałam na początku… po chwili jednak pod ramieniem obsydianowego steina zauważyłam czerwoną czuprynę, przywołującą obraz kapitana piratów Valarada. Nadal sądziłam, że to zbieg okoliczności, albo po prostu zmylił mnie wzrok, ale postanowiłam podejść do tej grupy i to sprawdzić.
                Z każdym krokiem coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to jednak moi dawni towarzysze, zwłaszcza kiedy usłyszałam głośny śmiech Mikura. Ostatnie metry niemal przebiegłam i dołączyłam do ich grupy z szerokim uśmiechem i radosnym powitaniem.
– Mikur! Valarad! Co wy tutaj robicie?
– Francesca? – spytał Mikur, a jego oczy najpierw wyrażały skrajne zaskoczenie, a potem rozszerzyły się z radości. – Witaj! – zawołał, a ja nie mogłam się powstrzymać i na moment przytuliłam się do jego kamiennego ciała.
– Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że was widzę – odparłam zupełnie szczerze i podeszłam przywitać się z Valaradem, z nim jednak jedynie podaliśmy sobie dłonie, jakoś nigdy nie nawiązaliśmy bardziej przyjacielskich relacji, choć zawsze ceniłam go jako towarzysza. – Jak się tutaj znaleźliście?
– Przylecieliśmy sterowcem na święto do miasta krasnoludzkiego – powiedział Mikur z rozbrajającym uśmiechem, widać było, że cieszy się jak dziecko, które znalazło dawno zagubioną, ulubioną zabawkę.
– Też słyszałam o tym święcie – uśmiechnęłam się do niego i rozejrzałam się po nieznanych mi osobach, stojących z nimi i przyglądających się mi z zainteresowaniem – miło was poznać.
– Mi również, Francesco Vicanis – odparł leśny elf w okazałej zbroi, patrzący na mnie z rezerwą i wyciągnął do mnie dłoń, którą delikatnie uścisnęłam – jestem Lancello.
– Francesca van der Vicanis – sprostowałam, chcąc się dowiedzieć, czy ucięcie przedrostka do nazwiska było celowe, czy po prostu zapomniał.
– Zdaje się, że straciłaś tytuł – powiedział, przypatrując mi się z uwagą zmrużonymi oczami.
– Tak, masz rację – przytaknęłam, wiedząc już, że dobrze wie kim jestem i że ma aktualne informacje.
                Posłał mi tylko szelmowski uśmiech i jeszcze bardziej zmrużył oczy koloru ciemnego, krasnoludzkiego piwa. Przyjrzałam mu się uważniej. Leśny elf, z przydługimi, roztrzepanymi we wszystkie strony brązowymi włosami o całkiem przystojnej twarzy, no, przynajmniej gdyby nie blizna, ciągnąca się na ukos od jego czoła, przez nasadę nosa, aż do policzka. Miał na sobie zbroję z wieloma srebrnymi elementami, które tak mieniły się w słońcu, że nie zdziwiłabym się, gdyby był to mithrill. Na piersi miał płytkę z symbolem kwiatu lotosu, ale nie miałam pojęcia, co to oznacza. Domyślałam się, że zbroja ta była warta nie lada sumę, bardziej jednak od niej zainteresował mnie łuk, który miał przewieszony przez ramię… robił wrażenie.
– Świetny łuk – pochwaliłam go serdecznie, ale chyba zostało to przez niego źle odebrane, bo spojrzał na mnie podejrzliwie i jedynie odburknął krótkie „dziękuję”.
                Po elfie przeniosłam wzrok na jedynego człowieka w tej bandzie. Wysoki, z dobrze umięśnionym ciałem, co wyraźnie dało się zauważyć, gdyż miał na sobie jedynie skórzaną kamizelkę i najwyraźniej uważał, że życie jest zbyt krótkie, by ją zapinać. Może i był dość przystojny, ale jakoś zniechęcił mnie jego wzrok, lustrujący moje ciało jakby było smakowitym kąskiem. Znałam ten typ mężczyzn bardzo dobrze jeszcze z pałacu ojca i wiedziałam, że potrafią być bardzo irytujący… postanowiłam jednak nie oceniać go od razu, tylko dać mu szansę. Wyciągnęłam ku niemu dłoń, którą ochoczo i rześko uścisnął z szerokim, beztroskim uśmiechem.
– Cześć Francesca! Miło cię poznać. Jestem Troy – przedstawił się, potrząsając moją dłonią.
– Cześć – odparłam krótko i przeniosłam wzrok na ostatniego już członka drużyny, który wpatrywał się we mnie bezmyślnym, otępiałym wzrokiem.
– Ty… lekarz… głowa? – spytał nieskładnie, wskazując na głowę, a ja tylko spojrzałam na Valarada pytającym spojrzeniem.
– Nabawił się paru chorób, musimy znaleźć jakiegoś psionika albo frenologa – wyjaśnił, a ja spojrzałam na tego idiotę ze współczuciem.
                Wyglądał dość interesująco, pasował więc do tej zbieraniny dziwaków. Niewiele wyższy ode mnie, ale bardzo solidnie zbudowany, z nieco dłuższymi niż u człowieka ramionami i inną postawą ciała. Od stóp do głów miał na sobie kolczugę, nawet na głowie miał założony kaptur, spod którego próbowała wydostać się czarna czupryna. Jego skóra była oliwkowozielona, a z dolnej szczęki wystawały kły, więc przywodził mi na myśl orków, a zwłaszcza Gyrga – łączył ich ten sam, głupawy wyraz twarzy. Ten tutaj był jednak czarnym trollem i, zamiast buławy, kurczowo trzymał okrągłą tarczę z ostrym brzegiem.
                Nagle poczułam ostre pieczenie na policzku i ledwie się powstrzymałam, żeby nie jęknąć z bólu. Od razu zakryłam twarz ręką i spojrzałam po otaczających mnie mężczyznach. Lancello chował właśnie do kołczanu strzałę i wpatrywał się we mnie ze złośliwym uśmieszkiem. Wredny typ, musiał grotem odbijać promienie słońc tak, by dosięgły mojej twarzy ukrytej w cieniu głębokiego kaptura, co dało mi do myślenia, bo musiał znać mnie nie tylko z listów gończych, które nic nie wspominały o wampiryzmie, teraz jednak byłam zbyt zirytowana, by głębiej się nad tym zastanawiać. Opuściłam rękę i zmrużyłam oczy ze wściekłości.
– Po co to robisz? – warknęłam na niego.
– Chciałem tylko coś sprawdzić – uśmiechnął się jeszcze wredniej, a we mnie zrodziła się ochota, aby zetrzeć mu z twarzy ten parszywy uśmieszek…
– No to sprawdziłeś – wycedziłam przez zęby, a on tylko wzruszył ramionami i przeczesał palcami włosy.
                Już zamierzałam coś mu odpyskować, gdy doszła do nas jeszcze jedna znajoma mi istota i, szczerze mówiąc, prędzej to poczułam, niż usłyszałam. Zapachu Otra nie dałoby się pomylić z żadnym innym – cuchnął jak kot przemieszany z gadem, który dopiero co wypełzł spod ziemi i naszła go ochota, żeby wytarzać się w rybach, a potem pobawić z tchórzem… nie wiem, co by się musiało stać, żebym zapragnęła spróbować jego krwi. On jednak zdawał się mieć złe wspomnienia z wampirami (nic dziwnego, w końcu ktoś musiał go zarazić zootropią, musiał to być jednak ktoś o bardzo specyficznych upodobaniach smakowych), bo zawsze mierzył mnie z ogromną rezerwą, teraz też nie mogłoby być inaczej.
– Witaj, Francesco – powiedział ostrożnie, patrząc na mnie smoczymi oczami – miło cię znowu widzieć – dodał, choć byłam niemal przekonana, że te słowa były raczej wyrazem grzeczności niż jego prawdziwej radości.
– Witaj, Otrze – skinęłam lekko głową na powitanie – mi również miło.
                Uśmiechnął się jeszcze jakoś krzywo, przynajmniej tak mi się wydawało, bo jego całą twarz pokrywała gęsta szczecina. Jeśli ktokolwiek spytałby mnie kiedyś o najdziwniejsze stworzenie na ziemi, powstałe w naturalny sposób, wymieniłabym Otra – cały czas zagadką dla mnie było to, jakim cudem powstał ten potomek smoka, gatte, merena i krasnoluda, choć nie byłam pewna, czy chciałabym znać odpowiedź… czasami lepiej, żeby niektóre dziwne upodobania pozostały niewypowiedziane.
                Kolejka ruszyła dalej, a Mikur zaczął opowiadać, co się u nich działo, kiedy mnie nie było. Z jego ust wylewał się potok słów, jakby jak najszybciej chciał mi przekazać wszystko, co się zdarzyło w przeciągu tych paru miesięcy. Dopóki temat obracał się wokół zdobywania przeróżnych przedmiotów w lochach, wszystko było ok, kiedy jednak przeszedł do tego, że ponoć byli winni królobójstwa, rewolucji, wojny… postanowiłam mu przerwać, zwłaszcza że słyszałam zirytowane sapanie Lancello za moimi plecami.
– Mikur, myślę, że to nie czas i miejsce na takie rozmowy – uśmiechnęłam się do niego, znacząco rozglądając się na liczne obce osoby wokół – opowiesz mi o wszystkim przy dogodniejszej okazji.
                Stein trochę się speszył, ale skinął głową i poszliśmy dalej. Po paru minutach dotarliśmy do bramy, gdzie okazało się, że Mikur musi mieć dokumenty, na których widniałby jego właściciel. Po krótkiej dyskusji, zdecydował, że najlepiej jak jego właścicielem, skoro już tak musi być, zostanie Lancello. Było dla mnie oczywiste, że on nigdy nie dałby się zniewolić i traktować tak jak inni przedstawiciele jego rasy, których mijaliśmy. Nie potrafiłam sobie wyobrazić potulnego Mikura w obroży czy kajdanach, zwłaszcza, jak przypominałam sobie jego napady szału…
                Po przejściu przez bramę wsiedliśmy do jednego z wielu wagonów, ciągniętych przez wielką, buchającą parą lokomotywę, która miała nas zawieźć do miasta Dverg Morke. Przez część jazdy siedziałam cicho, słuchając ich rozmów i cieszyłam się tym, że mogłam znów ich spotkać. Poczułam ulgę, że nie zadawali zbyt wielu pytań, choć momentami przyłapywałam dawnych towarzyszy, jak wpatrują się we mnie z zainteresowaniem, jakby chcieli o coś zapytać, ale nie do końca mogli zebrać odwagę. W końcu jednak, gdy już wysiedliśmy z pociągu i podążaliśmy do karczmy, Valarad podszedł do mnie i zapytał ostrożnie:
– Francesco… a co się stało z dzieckiem?
– Nie żyje – skłamałam i spojrzałam mu w oczy; w moich na wspomnienie o Bairre niemal od razu zebrały się łzy, wyglądało więc to bardzo wiarygodnie.
– Oh… przykro mi – zmieszał się trochę i po chwili przyspieszył kroku – wybacz, muszę zaprowadzić go gdzieś, gdzie by go uleczyli – chwycił trolla za ramię i pociągnął w głąb miasta.
                No tak, w końcu musiał nadejść czas na tego typu pytania… ciężko jednak jest się przygotować do tego, żeby skłamać swoich towarzyszy w tak ważnej sprawie. Wiedziałam, że najtrudniej będzie mi ukrywać prawdę przed Mikurem, to on zawsze z całej drużyny znaczył dla mnie najwięcej. Wmawiałam sobie jednak, że robię to wszystko dla dobra Bairre, w końcu nawet mój kamienny przyjaciel nic nie zdziała, jeśli ktoś rzuci na niego wymuszenie prawdy, a nie mogłam pozwolić, by moi wrogowie dowiedzieli się o mojej córeczce, moim najsłabszym i najsilniejszym jednocześnie punkcie…
                Powiedziałam drużynie nazwę karczmy, w której kazał mi się zatrzymać Salus, a, jako że lokalizacja tejże również im pasowała, też wynajęli tam pokoje. Czekało mnie kilka dni spędzonych ze starymi znajomymi i, mimo wszystko, nie potrafiłam się z tego nie cieszyć. Może i upłynęło wiele czasu, odkąd ostatni raz ich widziałam, ale przecież to dzięki nim, po tylu miesiącach zupełnej samotności, z powrotem mogłam mieć poczucie, że mam przyjaciół. Żałowałam tylko, że nie było z nimi Ravesa, powiedzieli mi jednak, że opuścił ich niedługo po moim odejściu i że od tego czasu go nie widzieli i nie mają pojęcia, co robi. Był jednak Mikur i Valarad, nawet widok Otra przywoływał pewne miłe wspomnienia… z nimi wszystkimi znów mogłam być sobą i nie musiałam ukrywać swojej tożsamości… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz