Ucieczka
W porcie stał statek handlowy,
właśnie mieli wypływać na kontynent smoków. Przewozili przeróżne towary –
zwierzęta, alkohole, materiały i bronie. Kapitan był gburem niemal takim jak
Niosący Śmierć, ale był dobrym człowiekiem, więc pozwolił mi płynąć z nimi w
zamian za pomoc w kuchni. Nie zdradziłam się, że nie jestem człowiekiem. Przez
całą podróż po kryjomu schodziłam do zwierząt pod pozorem opieki nad swoim
koniem, podczas gdy tak naprawdę spuszczałam krew ze zwierząt, na przykład z
innych koni czy byków. Robiłam to na tyle umiejętnie, że ślady po igle były
niemal niewidoczne.
Tak dotrwałam jakoś podróż na
kontynent smoków, nie zdradzając nikomu, kim jestem. Potem włóczyłam się po
nieznanych mi terenach, szukając komu mogłabym towarzyszyć. Nie spotkałam
jednak nikogo, poza starym wampirem, który zaszył się gdzieś w maleńkiej
mieścinie. Spędziłam u niego miesiąc, uczył mnie, jak mam panować nad swoimi
zdolnościami, pokazał mi, co potrafię i co dopiero będę potrafiła. Mówił, że
jestem stworzonym wampirem, że powoli z czasem będę zyskiwała kolejne zdolności.
Ostrzegł przed łowcami wampirów i opowiedział o czymś takim jak klub wampira.
Najciekawsze było, jak mnie nauczył zmieniać się w wilka i nietoperza, nie
wiedziałam, że jestem w stanie coś takiego zrobić. Dzięki niemu zaczynałam
dostrzegać pozytywne strony bycia wampirem, choć nadal nie potrafiłam
zaakceptować tego, czym się stałam, to coraz mniej się siebie brzydziłam.
Po miesiącu postanowiłam wyruszyć
w dalszą podróż, nie chciałam zbyt długo być w jednym miejscu, on też mówił, że
może to być dla mnie niebezpieczne, dwa wampiry w tym jeden tak młody, który nie
zawsze potrafi nad sobą zapanować, to zdecydowanie za wiele jak na tak
niewielkie miasteczko.
Ruszyłam więc dalej, w głąb
kontynentu, w coraz gęstsze i dziksze lasy. Wampir, który, jak sam mówił, nie
zamierzał już opuszczać tego miejsca do śmierci, podarował mi miecz i łuk
skorpiona, życząc, by służyły mi równie dobrze jak jemu. Słuchając jego rad,
nie schodziłam z traktu, zahaczałam o różne miasta, żeby uzupełnić zapasy
żywności, w żadnym jednak nie zatrzymywałam się na dłużej niż jedną noc. W karczmach widywałam moje wizerunki, nie chciałam ryzykować...
Choć trzymałam się gościńca, nie
zaszkodziło to poczwarom spróbować mnie dorwać. Jechałam przez bagnisty teren,
gdy wystrzeliła ku mnie jakaś dziwna macka, nie chwyciła jednak mnie, tylko
oplotła się wokół tylnych nóg konia. Ten stanął dęba i zrzucił mnie z siebie.
Szybko zerwałam się na nogi, wzięłam łuk i strzeliłam do poczwary.
Przestrzeliłam mackę, która wciągała konia w bagno, strzelałam tak długo, aż
nie puściła, zatruwając każdą strzałę. Ku mnie wystrzeliła kolejna, obrzydliwa
macka, pokryta klejącą mazią, już chciałam posłać do niej strzałę, jednak, ku
mojemu przerażeniu, gdy sięgnęłam, do kołczana, okazał się już pusty.
Uskoczyłam więc, jednak nie wystarczająco daleko – mięsista, oślizgła macka
podcięła mi nogi i przewróciła tak, że uderzyłam głową w kamień. Zamroczyło
mnie na chwilę, a kiedy z powrotem odzyskałam ostrość widzenia, ujrzałam
rosłego, czarnego smoka, zionącego na poczwarę. Bagnisko zaczęło się gotować od
spadającej nań magmy, potwór zawył z bólu i skrył się głęboko w odmętach, a
przede mną wylądował wielki, czarny smok. Po chwili na jego miejscu stał
wysoki, umięśniony mężczyzna. Ku mojej konsternacji zauważyłam, że wisząca na
jego szyi sakiewka, w której właśnie czegoś szukał, była jedynym jego ubiorem,
więc taktownie się odwróciłam, uważnie nasłuchując.
- Nie powinnaś się sama zapuszczać w te rejony. To dzika
puszcza, nie miejsce dla żądnych wrażeń panienek, które zawstydza widok nagiego
mężczyzny – powiedział niskim głosem, więc się odwróciłam, chcąc już mu coś
odpyskować, kiedy zobaczyłam, jak z sakwy dobywa ogromny dwuręczny miecz z
szerokim płazem, co zdecydowanie mnie zniechęciło do kłótni z nim.
- Nie mam się gdzie podziać, więc szukam swojego miejsca w
świecie – powiedziałam, podchodząc do przerażonego konia, uspokajając go i
rozcinając martwe macki, nadal owinięte wokół jego pęcin.
- Tutaj możesz je znaleźć jedynie na dnie mokradeł albo w
paszczy jakiegoś potwora – odparł i podszedł do bagna, wyjmując z niego mackę i
wyrywając te strzały, które jeszcze się do czegoś nadawały.
Przyjrzałam się mu. Wysoki,
dobrze zbudowany mężczyzna o kruczoczarnych włosach z dziwnym znamieniem na
twarzy. To było coś jakby smocza czaszka, chcąca pożreć oko. Jego oczy były
gadzie, pomarańczowe, ze skośnymi źrenicami. Wyglądał na kogoś, kto potrafi
dobrze sobie radzić w trudnych warunkach, kogoś, kto swoje przeżył. Kiedy już
uwolniłam konia, podał mi strzały, a gdy wskoczyłam na siodło, ruszył traktem w
stronę, w którą też zmierzałam.
- Mogę ci towarzyszyć? – spytałam, a on odwrócił się i
rzucił mi przez ramię bardzo zdziwione spojrzenie, tak jakby nikt nigdy go
wcześniej o to nie poprosił.
- Jeśli chcesz – odparł, przyglądając mi się z
zainteresowaniem.
Droga do miasta zajęła nam parę
dni. Rozmawialiśmy po drodze trochę. Smok nazywał się Raves i miał przeszło 200
lat. Ku mojemu zdziwieniu, w żaden sposób nie obrzydziło go to, że jestem
wampirem, ostrzegł tylko, żebym lepiej na niego uważała i nie piła jego krwi,
bo zdarza mu się wpadać w szał, gdy ktoś go zrani. Kusiło mnie, żeby zapytać o
pochodzenie owej blizny na jego twarzy, ale za bardzo się bałam go urazić, nie
chciałam znów zostać sama. Był dobrym towarzyszem, wysłuchiwał, nie oceniał…
potem miało się okazać, że bardzo dużo się od niego nauczę.
W mieście, kiedy już się
rozgościliśmy w karczmie, mieliśmy zdobyć jakieś grzybki dla miejscowego
zielarza. Były one jednak w głębokiej puszczy, na wysepce na rzece, w której
pływały cholernie zwinne ryby. Próbowałam przejść tam po nierównych balach,
jednak bardzo szybko musiałam się wycofać. Po chwili jeszcze dopadł do nas
krokodyl, ogromny, nigdy tak wielkiego nie widziałam i znów pewnie bym zginęła,
gdyby Raves nie zmienił się w smoka i mnie nie odratował. Zaniósł mnie
nieprzytomną na rękach do karczmy, kupił dla mnie krew u rzeźnika i napoił mnie,
aż nie odzyskałam przytomności. Kupiłam później jeszcze trochę krwi, jednak
była jakaś dziwna i się porządnie zatrułam, aż musiałam szukać alchemika. Ha!
Głupiec, sprzedając mi miksturkę proponował, żebym została jego żoną… zaiste,
nie wiedział do kogo mówił.
Jeszcze dobrze nie wydobrzałam,
kiedy w mieście zapraszano wojowników do walk na arenie. Smok mi to proponował,
ale mimo miksturki od alchemika nadal nie czułam się na siłach, żeby walczyć z
tyloma przeciwnikami. Poza tym, walki oznaczały dużo lejącej się wszędzie krwi,
a ja nie byłam pewna, czy dam radę się opanować. Wolałam w formie nietoperza
spijać krew pokonanych.
W drodze na arenę ze smokiem
poznaliśmy bardzo interesująca postać. Wysoki, smukły elf, bez oka, z długimi,
czarnymi włosami. Wtedy wzięłam go za prostaka, ponieważ kiedy się spotkaliśmy,
usłyszałam jak krzyczy za mną chamskie uwagi co do mojej urody i jeszcze
bardziej chamskie propozycje. Potem okazało się, że to jednak nie on, ale o tym
za jakiś czas. W każdym razie ów elf, Pan Wąż, jak się później dowiedziałam,
niemal oberwał od Ravesa za te zaczepki. Próbował mi jednak telepatycznie wytłumaczyć,
że to nie on… dziwny gość, naprawdę dziwny…
Po turnieju, w którym i Raves i
ten dziwaczny elf zajęli całkiem przyzwoite miejsca, udaliśmy się na przyjęcie.
Spotkałam tam dwóch bardzo intrygujących, ale też bardzo niebezpiecznych mężczyzn.
Jeden z nich miał oboje oczu czerwonych, więc od razu coś w mojej głowie
zaczęło bić na alarm, że mam do czynienia z malarem. Ten drugi zaś… pachniał
jak człowiek, ale było w nim coś nieczłowieczego… nigdy nie czułam takiej
mieszanki zapachów, było w niej coś nieodparcie ujmującego, coś człowieczego,
ale jednocześnie gadziego, czułam też magię, potężną magię… do tego jego oczy,
jedno fiołkowe, jedno zielone. Był naprawdę bardzo wyjątkowy i przez to
szalenie intrygujący i pociągający. Oczywiście od razu się zorientowali, że
jestem wampirem, ale nie zdawało się to robić im większej różnicy. Ku mojemu
zdziwieniu, ten drugi, Ventus, jak się później dowiedziałam, naciął sobie rękę
i kazał mi zrobić to samo, po czym przyłożył swoją dłoń do mojej. Po tym
dziwnym rytualne z krwią, poczułam, jak budzi się we mnie do życia moc
ciemności. Ventus nalał też swoją krew do trzech fiolek, mówiąc, że może to mi
się kiedyś przydać. Kiedyś, kiedy byłam na skraju śmierci wypiłam jedną fiolkę
i przywróciła mi sporo sił… jej smak zapamiętam do końca życia.
Wróciłam do karczmy, gdzie z
Ravesem mieliśmy wynajęte pokoje, z całkiem dobrym nastrojem. Mieliśmy dołączyć
do drużyny Pana Węża, choć, co ciekawe, ów elf zniknął tuż po przyjęciu. Ja za
to znalazłam rano przy moim pasku sztylet, niezwykle zdobiony i w równie
okazałej pochwie. Nie wiedziałam, skąd się tam wziął, ale wydawał się być
bardzo wartościowy. Potem okazało się, że poznanie go miało sporo zmienić i
namieszać w moim życiu. Tak, nie pomyliłam się – celowo napisałam o poznaniu
sztyletu, miecza… ale o tym później, wtedy jeszcze to był dla mnie po prostu
ładny przedmiot.
Pierwsze spotkanie z drużyną
Dołączyliśmy więc do drużyny.
Dziwna to była ekipa, naprawdę, podróżując z Niosącym Śmierć wiele dziwnych
grup widziałam, ale ta biła wszelkie rekordy. Był tam chomik, zabawiający się
mocą, gadający wciąż o sterowcu i o Czarnych Płaszczach, po jakimś czasie,
akurat kiedy musiałam załatwić parę swoich spraw, więc nie było mnie z drużyną,
chomik zrobił kolejną tak chaotyczną rzecz, że stał się awatarem chaosu, co
tylko pogłębiło jego obsesję na punkcie Płaszczy, tak że obecnie gania
wszystko, co nosi czarny płaszcz… pomyślałam wtedy, że nie obraziłabym się,
gdyby gdzieś na swojej drodze spotkał Niosącego Śmierć, zawsze ubranego w
kruczoczarny strój. Drużyna ta więc miała niegdyś sterowiec, a ukradły im go
Czarne Płaszcze, po co i dlaczego, do dziś się nie dowiedziałam, po prostu
niezbyt mnie to interesowało – to była ich sprawa, mi wystarczyło, że
wiedziałam, co mieliśmy robić. Był też wśród nich krwawy elf imieniem Valarad i
jego piraci. Marnie skończyli wyprawę przez kontynent smoków… z tego co
pamiętam, ledwie dwóch uszło z życiem. Muszę przyznać, że było w tym także
trochę mojego udziału, ale teraz to już raczej nieistotne. Valarad w każdym
razie również był dość interesującą postacią, pirat, świetnie walczący
szablami, naprawdę, jego serie ataków nie raz robiły na mnie spore wrażenie.
Należał też do tej części drużyny, która nie miała nic przeciwko temu, że byłam
wampirem, nawet kiedy potrzebowałam krwi bez większych problemów mi pomagał,
jak to mówił – rozumiał moje potrzeby. Była też smoczyca, trochę otępiała i
bardzo nieokrzesana, rzekłabym, że nie było w niej ani krztyny kobiecości.
Nabawiła się swego czasu dziwnej tendencji do kaleczenia się, wręcz sama mi
proponowała, że ona bardzo chętnie mi odda krew. Z jej regeneracją parę kropel
krwi to nie problem, więc często ją prosiłam o taką właśnie drobną przysługę.
Dołączył też do nas swego czasu avianin, który jednak dość szybko stał się
blarghiem – właśnie owa smoczyca niefortunnie się potknęła zionąc, no i Manro
powstał jako nieumarły. Stał się dość interesującą istotą – blargh to w końcu
zdegenerowany wampir, a więc istota chaosu… tymczasem on jako swoją życiową
misję obrał czynienie dobra i szerzenie ładu za wszelką cenę… eh… ciekawe,
kiedy życie zweryfikuje jego poglądy. Manro przyjaźni się z Otrem,
najdziwniejszym stworzeniem jakie chyba widziałam. Włochaty, mieszanka smoka,
gatte, merena i krasnoluda… można sobie wyobrazić, jak dziwacznie wygląda, a jeszcze
dziwniej pachnie, choć przyznam, że nie jest to do końca pociągający zapach –
miał w sobie zarówno coś gadziego, kociego i rybiego, do tego aromat krasnoluda…
zdecydowanie nie zaliczyłabym go do przyjemnie pachnących istot. Otr jest wysoki,
skrzydlasty, cały włochaty, do tego zmienia się w tchórzołaka, co akurat
świetnie do niego pasuje, bo jest chyba największym tchórzem w całej drużynie.
No, równać się z nim mogła jedynie ludzka medyczka, która niegdyś z nami
podróżowała, choć przez krótki czas. W ogóle przewinęło się przez tę drużynę
całkiem sporo istot, jedne podróżowały z nami krócej, inne dłużej… ale tylko
niektóre w jakiś sposób zapadły w mojej pamięci. Interesujący był też pewien samuraj. Kaleka, który zamiast rąk i nóg miał protezy, z twarzą tak szpetną, że musiał nosić maskę, gdyż jej widok potrafił wpędzić w obłęd. Zabawiał się aurą i tworzył wielkiego, złotego lwa, na którym jeździł... doprawdy, śmieszny to był człowieczek...
Poza tymi, co już wymieniłam,
pewnego razu dołączył też do nas stein Mikur. Wielki, kamienny golem, choć
bardzo inteligentny. Lubiłam go, był taki… miły, dla wszystkich… nawet dla
mnie, choć może to dlatego, że na pewno go nie straszyli od dziecka wampirami –
w końcu cóż ja bym mu mogła zrobić? Co najwyżej połamałabym sobie zęby na
obsydianie, z którego był zbudowany (swoją drogą, określenie go „drogim
przyjacielem” nabierało naprawdę nowego wymiaru). Pomógł mi nie raz, ot tak,
bezinteresownie, ale nie czułabym się dobrze, wykorzystując jego dobroć, tak
więc kiedy znalazłam w jednym trupie przepołowiony diament, dałam mu część w podziękowaniu
za pomoc. Miałam nadzieję, że nie spotka go w życiu nic, co by zmieniło jego
optymistyczne podejście do życia. Szkoda, że nie udało mi się nawet z nim
pożegnać, gdy opuszczałam drużynę na długi czas, właściwie nie wiedząc, czy do
nich wrócę… miałam jednak nadzieję, że jeszcze go kiedyś spotkam.
W pewnym momencie dołączył do nas
też ork. Był zły, zły do szpiku obrzydliwych orczych kości. Nazywał się Gyrg i
był jednym z żołnierzy mojego brata… sądzę, że brał udział wtedy w znęcaniu się
nade mną i odzieraniu mnie z wszelkiego honoru i człowieczeństwa, ale nigdy się
nie przyznał, więc też nie miałam pewności. W czasie podróży zyskał dziwny
zestaw przedmiotów, wyglądał naprawdę komicznie w pełnym zestawie błazna.
Najgorsze były jego umiejętności… nigdy nie pozwolę, żeby ktokolwiek to zyskał.
Na szczęście zostały zatopione w magmie w jednym z podziemi, razem z tym co
zostało z ciała Gyrga po tym, jak zajęły się nim ghule. Bardzo rozbawiło mnie,
jak pewnego razu, gdy próbowałam na nim wymusić przyznanie się do udziału w
torturowaniu mnie, zaczął mnie szarpać i krzyczeć, że mam się od niego
odpierdolić. Poczuł wtedy bardzo wyraźnie ostrze miecza, które nagle pojawiło
się między nami… od razu rozpoznałam w nim miecz, którego używał Pan Wąż na
turnieju, a po krótkim czasie zauważyłam, że tamten okazały sztylet zniknął.
Ork bardzo szybko się ode mnie odsunął i raczej unikał po tym kontaktu ze mną.
Brandr'rivor
Ów miecz nazywał się Brandr’rivor,
dowiedziałam się tego od Valarada, który przyjaźnił się z Panem Wężem. Od
tamtego czasu zaczęłam go używać. Musiał mieć w sobie jakiś stop srebra,
zapewne mithrillu, ponieważ, gdy go chwytałam, nie czułam zimna zwykłej stali,
ale dość przyjemne ciepło. Miałam okazję poznać już, jak pali mithrill, ów wampir
u którego spędziłam parę tygodni pokazał mi kiedyś, jak bardzo boli zranienie
bronią z niego wykonaną… Brandr’rivor miał więc w sobie zapewne jakiś ułamek
mithrillu, choć i tak miałam nadzieję, że nigdy nie zranię się nim przez
przypadek. Z czasem dowiedziałam się, że ten miecz ma swoją jaźń i że to on
podrywał mnie w tak bezpośredni sposób, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Pana
Węża. Okazało się jednak, że to nie jedna niespodzianka co do Brandr’rivora,
Valarad wspominał niby o tym, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć… ale do tego
dojdę za chwilę.
Pewnego razu walczyliśmy z
Gorkami, gatte, której jedynym osiągnięciem było zjedzenie części mojego ciała,
gdy byłam nieprzytomna w formie nietoperza, uciekła do lasu, a kiedy wróciła,
biegł za nią niedźwiedź, przerośnięty jak wszystko na kontynencie smoków (tam
nawet komary są wielkości szczurów), Raves przybrał smoczą formę i wszyscy na
niego wskoczyliśmy, byliśmy już wycieńczeni walką z gorkami, Manro był martwy,
nie mieliśmy szans pokonać tego niedźwiedzia, nie bez strat. Wtedy
zobaczyliśmy, że obok nas znikąd pojawił się krwawy elf w okazałej szacie,
który zaczął coś inkantować. Kiedy skończył, niedźwiedź wręcz wybuchł, wokół
wszędzie walała się jego krew, było jej tyle, że ożywiła nawet blargha. Wtedy
wylądowaliśmy, chciałam podziękować Brandr’rivorowi, póki był w takiej formie,
jednak szybko wrócił do postaci miecza, nie racząc nawet odpowiedzieć na
podziękowania.
Podczas jednej walki, parę dni
później, byłam w skrajnym zagrożeniu, nie dałabym rady sparować uderzenia,
które wyprowadzał we mnie wróg. Wtedy poczułam jak moje ręce idą za mieczem,
który sam odparł uderzenie, najpierw jednak naszło go na pogawędkę. Wydawało
się, że utrzymywanie broni przeciwnika w bezpiecznej odległości nie robi na nim
większego zagrożenia. Kazał mi przysiąc sobie posłuszeństwo, w zamian za to on
miał mnie ochronić. Pamiętając jego propozycję, kiedy należał jeszcze do Pana
Węża (choć z czasem zorientowałam się, że to raczej Pan Wąż należał do Brandr’rivora),
odparłam że w zamian za ochronę przystanę na tamtą propozycję. Zgodził się na
to i ochronił mnie wtedy.
Tego wieczora, gdy już dotarliśmy
do karczmy i wynajęliśmy pokoje, Brandr’rivor znów stał się krwawym elfem.
Smukły, wysoki, przystojny, z wyniosłością wymalowaną na twarzy i czerwonymi
włosami, które w płomieniach świec zapalonych w pokoju zdawały się płonąć.
Okazało się, że jego charakter nieco różni się, w zależności od tego jakie
formy przyjmował. W postaci miecza zdawał się być skurwysynem, liczącym tylko
na zabawę i zyski, kiedy był elfem, aż tak nie rzucało się to w oczy. Muszę
przyznać, że jego umiejętności były nie tylko świetnie rozwinięte w walce i
mocy, jako kochanek też nie miał sobie równych… żaden mężczyzna do tamtej pory
nie zapewnił mi tylu doznań, co on. Nie skończyło się tylko na jednej nocy… za
drugim razem było jeszcze lepiej, a za trzecim… chyba cała karczma słyszała,
jak Brandr’rivor sprawnie posługuję się orężem, co wnioskowałam po minie innych
gości, karczmarza, jak i moich towarzyszy podróży, gdy zobaczyli mnie nad
ranem. Później wiele nocy upływało nam na przeróżnych zabawach… Brandr’rivor
miał setki lat doświadczeń, potrafił na kobiecym ciele zagrać jaką melodię
chciał… to były dobre noce, naprawdę… we
dnie niekiedy uczył mnie różnych rzeczy, to jemu zawdzięczam oburęczność i
wytrwałość, choć było to bardzo bolesne, ledwo żyłam, gdy skończył naukę… na
szczęście nocą mi to wynagrodził.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz