Śladem Brandr'rivora
Usiadłam
przy stole, chwyciłam kufel, z którego pił Raves i pociągnęłam spory łyk. Aż
się wzdrygnęłam – smok pijał zwykle mocne alkohole, a mnie niekiedy pokonywały
elfie wina, choć akurat wtedy krasnoludzki spirytus podziałał na mnie naprawdę
dobrze. Raves spojrzał na mnie z zainteresowaniem, gdy wysyczałam sama do
siebie „skurwysyn, pierdolony skurwiel”. Ledwie skończyłam to mówić, do namiotu
wszedł ork. Pochwalił się nam, że dostał zwój od swojego dawnego dowódcy… mówił
o nim tak, jakby uważał go za nie wiadomo jak cudownego… nie potrafiłam tego
znieść. Wstałam i zaczęłam na niego krzyczeć, nie za bardzo interesowało mnie,
że inni na nas patrzą. Miałam już dość tego orczego idioty, miałam ochotę
wytrzeć jego parszywą gębą podłogę… już chciałam sięgnąć po miecz, gdy do
namiotu wszedł zgarbiony, stary człowiek, podpierający się laską. Nawet nie
krzyknął, po prostu powiedział, że prosi o spokój, ale zrobił to tak
charyzmatycznie, że od razu przerwaliśmy kłótnię. Obrzuciłam jeszcze Gyrga
spojrzeniem pełnym nienawiści i wyszłam z namiotu. Było południe, a ja nadal
miałam na sobie dość odsłoniętą suknię, więc musiałam dotrzeć do naszego obozu
i się przebrać w coś bardziej kryjącego moją skórę przed palącym słońcem,
dlatego poprosiłam Mikura, żeby mi towarzyszył. Oczywiście ochoczo się zgodził,
jak to on… może i był wielkim steinem z kamiennym ciałem, ale często miałam
wrażenie, że jego serce jest wręcz aż za miękkie… i naprawdę miałam nadzieję,
że nikt go nigdy nie zrani tak mocno, żeby zmieniło się w kamień…
Zdążyłam
się już przebrać i skrupulatnie zakryć nawet najmniejszy skrawek skóry, gdy do
naszego obozu przyszedł jeden z orków mojego brata ze zdobioną skrzyneczką.
Ukłonił się ze słowami „pani, dar od brata”. Podziękowałam mu niedbałym
skinieniem, wzięłam pudełeczko do ręki i przyjrzałam mu się. Nie sądziłam, by
Bugdush planował mnie zamordować… niby nigdy nic nie wiadomo, ale w końcu sam
powiedział, że przez kult krwi nie może mnie skrzywdzić, więc podniosłam
wieczko. W środku był zwój i karteczka z odręcznym pismem mojego brata „Do
zobaczenia za 3 miesiące, siostrzyczko”. Chciałam znaleźć Brandr’rivora, żeby
powiedzieć mu, że już nie musi się męczyć, ale nigdzie w okolicy nie było go
widać. Zaczęło mnie to niepokoić… razem z Mikurem rozejrzeliśmy się wokół obozu
i zobaczyliśmy dziwne ślady wiodące na pustynie, tak jakby sunęło tam coś o
kilku nogach… przypomniałam sobie, że z jednego z obozów zginął stojak, więc
ruszyliśmy tym tropem. Minęło kilkadziesiąt minut, zanim dotarliśmy do
pierwszego trupa. Był niemal przepołowiony, więc piasek wokół był cały od krwi,
na szczęście ostatnio piłam dość regularnie, dlatego powstrzymanie się nie
sprawiło mi trudności. Zwłaszcza, że ten trup musiał leżeć w pełnym słońcu już
parę godzin i nie zapraszał zapachem. Obok niego leżał zakrwawiony zwój,
niestety, przecięty wpół. Przeszukałam jego ciało i znalazłam parę sztuk złota.
Poszliśmy dalej po śladach i spotkaliśmy jeszcze parę trupów, przy jednym
znalazłam nawet przepołowiony diament, całkiem zacnych rozmiarów, postanowiłam
dać później część Mikurowi, w podzięce za bezinteresowną pomoc. Słońce
zaczynało już chylić się ku zachodowi, a ślady Brandr’rivora wiodły coraz
bardziej w głąb pustyni, więc postanowiliśmy wrócić. Oczywiście, nie mogło się
obyć bez kłopotów. Już z oddali widziałam grupę paru osób idących w naszą
stronę, a gdy tylko podeszli, od razu zorientowałam się, że z Mikurem wpadliśmy
w tarapaty.
– Patrzcie panowie, co za
niespodzianka – powiedział jeden z nich, oblizując się lubieżnie – no, piękna,
wyskakuj z kiecki i kasy, ty też, kupo kamieni, dalej!
– Nie waż się – odparłam,
napinając przygotowany już wcześniej łuk i kierując strzałę w jego stronę –
dobrze ci radzę, odsuń się.
– Drapieżna! Będzie ciekawie! –
zaśmiał się jeden z nich i ruszył w moją stronę.
Już miałam
wypuścić strzałę, gdy znikąd obok nas pojawił się mężczyzna w ciemnej pelerynie.
Zaczął coś inkantować i nagle oprych idący w moją stronę eksplodował, aż
została z niego jedynie mgiełka. Po chwili reszta podzieliła jego marny los…
nagle wiatr zmienił kierunek, a ja poczułam już znany mi zapach. Ten mężczyzna
bez wątpienia miał coś wspólnego z Ventusem, ten zapach był jedyny w swoim
rodzaju, do tego miał równie piękną, regularną twarz, co on i oczy w dwóch
kolorach – lewe błyszczało krwistą czerwienią, a prawe błękitem nieba. Miał
ciemne, potargane włosy i zarozumiały, nieco wyniosły uśmieszek… choć coś
wyraźnie mnie do niego ciągnęło, nie miałam pewności, czy chciałabym go bliżej
poznać i czy bym go polubiła, niby był podobny do Ventusa, ale jednak czułam,
że wiele go od niego różni. Podziękowałam mu, na co tylko niedbale skinął głową
i ruszył w głąb pustyni.
Aura smoka
Wróciliśmy do
obozu już po zmroku i usiedliśmy przy ognisku. Zastanawiałam się, gdzie się
podział Brandr’rivor… wątpiłam, żeby coś mu się stało, więc albo tak dobrze się
bawił, zabijając każdego, kogo napotkał, albo postanowił zachować się jak
zapewne zachowałaby się większość facetów, czyli po prostu spieprzył. Tak, to
takie typowe – wychędożyć, zbrzuchacić i zostawić… nie raz widziałam to w
pałacu ojca, kiedy któraś ze służek dała się nabrać na gładkie słówka
szlachcica, a ten tylko się zabawił, a jeśli okazywało się, że coś podczas tej
zabawy się zrodziło… taka służka albo znikała w tajemniczych okolicznościach
albo też bardzo szybko traciła dziecko. Okazało się jednak, że Brandr’rivor jeszcze
nie zamierzał mnie opuścić. Kładliśmy już się wszyscy spać, gdy opadł obok mnie
w formie miecza i rzucił mi na kolana zakrwawiony zwój ze słowami „ile to się
trzeba namęczyć, żeby zdobyć jeden pieprzony kawałek papieru”, choć nie
wydawało mi się, żeby był z tego powodu zły, raczej… zadowolony, że w końcu
miał co robić. Odetchnęłam z ulgą i ułożyłam się do snu. O świcie zebraliśmy
się wszyscy i odczytaliśmy zwoje. Okazało się, że tworzyły mapę, więc
ułożyliśmy je obok siebie. Zaznaczona na nich była trasa, wiodąca do kolejnego
punktu, zebraliśmy więc wszystko, co mieliśmy, i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po parunastu
godzinach drogi przez pustynię zauważyliśmy na horyzoncie trąbę powietrzną. Na
początku chcieliśmy uciekać, ale kiedy jej się przyjrzeliśmy, zobaczyliśmy, że
nie rusza się z miejsca, więc podeszliśmy do niej. Gdy tylko się zbliżyliśmy, z
jej wnętrza wyszło ku nam dwóch strażników, skromnie ubranych i z lekkim
uzbrojeniem, pytając, czego chcemy. Po krótkiej rozmowie wpuszczono nas do środka,
pod warunkiem, że przy wejściu sprawdzi nas mentat. Wewnątrz trąby była
zbudowana niewielka osada, wszystkie budynki były drewniane, ale porządne i
schludne, a mieszkańcy zdawali się cieszyć się życiem. Ruszyłam za drużyną w
poszukiwaniu karczmy, ale nagle poczułam na ramieniu czyjąś rękę, więc szybko
się odwróciłam. Za mną stał mentat z dość zafrasowaną, ale spokojną miną.
– Mógłbym prosić o chwilę rozmowy? – poprosił
uprzejmie, wzruszyłam więc ramionami i usiadłam z nim na pobliskiej ławce,
którą wskazał ręką. – Zdajesz sobie sprawę z tego, w jakim jesteś zagrożeniu,
mając taki kształt aury? – spytał, a ja spojrzałam na niego, zupełnie nie wiedząc,
o co mu chodzi.
– Em… to znaczy… jaki kształt? Przecież jestem
wampirem… nie mam przypadkiem aury jak kłąb dymu? – zapytałam zdezorientowana,
pamiętając, co o aurze mówił mi tamten stary wampir, którego spotkałam na
kontynencie smoków.
– To ty nie wiesz, że masz aurę smoka? – tym razem to
mentat był nieco zaskoczony.
– Aurę czego? – niemal wykrzyknęłam i zerwałam się na
nogi, patrząc na niego jakby właśnie oświadczył, że jestem jednorożcem.
– Usiądź i się uspokój – nakazał spokojnie, choć w
jego głosie zabrzmiała stalowa nutka, karząca mi od razu go posłuchać – zwykle wampiry
mają bezkształtną aurę, to prawda, ale ty z jakiegoś powodu masz aurę smoka.
Nie wiem czy wiesz, ale istnieje grupa fanatyków, którzy polują na osoby z taką
aurą – powiedział, a ja tylko skinęłam delikatnie głową, nie dając po sobie
poznać, że doskonale wiem, co znaczy ta aura – sądzą, że jeśli zbiorą
odpowiednią ilość krwi z genami Wroga, uda im się go wskrzesić… oczywiście to
bujda, ale oni i tak próbują. Radzę więc ci uważać na siebie i nie obnosić się
ze swoją aurą, jeśli planujesz jeszcze trochę pożyć. A teraz wybacz, obowiązki
wzywają – pożegnał się i poszedł w stronę bramy, gdzie już kiwali ku niemu
strażnicy, zostawiając mnie samą z myślami.
Przeklęłam
w myślach. No tak, jakbym miała mało zmartwień to jeszcze aury smoka mi
brakowało. Dobrze wiedziałam, o czym on mówił, być może nawet lepiej od niego
zdawałam sobie sprawę, jak bardzo niebezpieczne było ujawnianie się z aurą
smoka. Widziałam też w siedzibie kultu wizerunki osób, wiem jak wiele ich
poszukują… był wśród nich nawet Ventus, zresztą, mówili mi o nim, dałam im nawet
jedną fiolkę jego krwi. Jeszcze gorsze było to, że miałam dla nich wykonywać
zadania… bałam się, że jeśli coś mi się nie uda, jeśli zawiodę… albo jeśli ktoś
zechce się skontaktować ze mną osobiście, albo jak jakiś mentat gdzieś to
zauważy, a będzie ich szpiegiem i na mnie doniesie… musiałam być ostrożna,
bardzo ostrożna. Co gorsza, cały czas miałam świadomość, że ode mnie zależy też
życie mojego dziecka, którego może jeszcze nie czułam, ale kiedy wyraźnie się
przyjrzałam swojemu nagiemu brzuchowi, zauważyłam, że delikatnie zaczął się już
zaokrąglać… musiałam się dowiedzieć, jak się najlepiej kryć, dla siebie, dla
dziecka. Nie ufałam nikomu z drużyny na tyle, by powiedzieć o mojej aurze,
dlatego widziałam tylko jedną możliwość – porozmawiać z kimś, kto również jest
poszukiwany. Musiałam znaleźć Ventusa.
W
Samotni (jak się później dowiedzieliśmy, tak właśnie nazywało się to
niewielkie, ale bardzo wyjątkowe miasteczko) nie spędziliśmy zbyt wiele czasu. Musieliśmy
ruszać dalej, na egzamin do gildii, więc przespaliśmy noc w karczmie i
przygotowaliśmy się do dalszej drogi. Kiedy opuszczaliśmy miasto, przy wyjściu
spotkaliśmy mężczyznę, który pomógł mi i Mikurowi na pustyni. Zobaczył mnie i
puścił mi oko, a ja poprosiłam drużynę, żeby poczekali i podeszłam do niego.
– Znasz Ventusa, prawda?
– Dlaczego pytasz? – odpowiedział pytaniem, a jego
cyniczny uśmieszek stał się jeszcze wyraźniejszy.
– Muszę z nim porozmawiać, to bardzo ważne – odparłam,
a on tylko zmierzył mnie spojrzeniem, w którym igrały sobie przekorne ogniki.
– Nie wiem gdzie jest mój brat, też go szukam,
liczyłem że spotkam go w tym mieście, ale jak zwykle jest nieuchwytny – rzucił niedbale
i spojrzał na mnie z zainteresowaniem – o czym w ogóle chcesz z nim
porozmawiać?
– Prywatne sprawy – odparłam, na co on tylko wzruszył
ramionami.
– Więc do zobaczenia – pożegnał się i skinął mi głową,
a ironiczny uśmieszek cały czas nie spełzał mu z twarzy.
No cóż… wyglądało na to, że
przyjdzie mi liczyć na łut szczęścia i na to, że gdzieś w końcu uda mi się
spotkać Ventusa. Wróciłam do drużyny, która już wyraźnie się niecierpliwiła –
następnym etapem naszej wędrówki miał być obóz, gdzie zbierali się ci,
którzy zdołali przejść przez wcześniejsze etapy i którzy mieli lada
dzień przystąpić do egzaminów. O tak, wszyscy byli tym bardzo podnieceni,
jedynie ja całą drogę szłam pogrążona we własnych myślach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz