Tak więc dotarłem do miasta tych zadufanych w sobie dupków i moim oczom ukazała się niemała delegacja różnych oficjeli i wysoko urodzonych noszących szaty paradne (przypominało to stado napuszonych rajskich ptaków ze względu na ilość kolorów i ozdób, aż kuło w oczy) i czekających przy bramach miasta. Myślałem że mnie szlag trafi. Celowo w drodze nigdzie nie podawałem swojego nazwiska a także jak mogłem unikałem wszelkich kupców i handlarzy jeśli nie potrzebowałem zapasów a tu stoi sobie kilku princitari i czekają na mnie. Jeszcze tylko czerwonego dywanu brakuje. Ale trzeba by być ślepym idiotą i maniakalnym optymistą by nie dostrzec tych kpiących wyrazów na ich pyskach. Dranie urządzili wszystko na drwinę. Cóż, przy najbliższej okazji odpłacę im pięknym za nadobne na miarę moich skromnych sił i możliwości. I wrednego charakteru.
Odrzucenie
Słoneczne elfy uwielbiają ceremoniał i dyplomację. Wręcz się tym lubują i czerpią z tego przyjemność. Postanowiłem więc udawać że nie zauważam tej całej kolorowej bandy i ignorując pierwszego syna władcy miasta, który właśnie witał mnie przyprawiającą o mdłości mową o odwiecznej przyjaźni i wzajemnej pomocy solitari i silvitari, wkroczyłem wgłąb miasta mijając cały zaskoczony korowód. Po ciszy jaka zapadła można było wnioskować że wysokie elfiątka nagle znalazły się na nieznanych wodach w towarzystwie tego, który płynie w ich stronę z szerokim uśmiechem i trójkątną płetwą sterczącą nad powierzchnią wody i nie wiedzą jak się zachować. I dobrze. Wesoło pogwizdując skierowałem swe kroki ku górującej niedaleko iglicy wieży magów by tam zapytać o interesujące mnie rzeczy. Ku mojemu rozczarowaniu oznajmiono mi (czego w sumie mogłem się spodziewać), że żaden z magów w mieście nie przyjmuje obecnie uczniów i że "strasznie mu przykro" że muszę odejść z pustymi rękami ale przez najbliższy rok nie przyjmują uczniów z poza miasta i jest już kolejka. Kiedy wyszedłem z wieży na zewnątrz spotkałem cała tą tęczową bandę, którą zostawiłem przy bramach miasta. Oświadczyli mi że niestety z gidia magów nic nie da się zrobić (słowo daję, musieli pod drzwiami podsłuchiwać) ale znają pewnego potężnego maga, który mógłby zechcieć mnie uczyć. Nie mając wiele do stracenie poszedłem za ich wskazówkami i niebawem pukałem do drzwi okazałego, lecz wyglądającego na opuszczony, dworu.
Straszny dwór
Do środka zostałem wpuszczony bez jakiejś specjalnej zwłoki ale w środku... Ciemno, zimno, przeciąg i zapach jak w starym grobowcu. I wtedy ukazali mi się dwaj gospodarze tego "cudownego" domostwa. No piękny mi się znalazł nauczyciel, nie powiem. Wprawdzie jeden z nich wyglądał jak normalny słoneczny elf w podeszłym wieku to drugi... wyglądał jak trup. A dokładniej to jak Licz. Cholerny, nieumarły Licz. Drugi z kolei szybko przedstawił mi się jako brat tego truchła i revenant. Pięknie, po prostu pięknie. Dwóch martwych braciszków. No ale jeśli nauczyli by mnie magii to i to zniosę. I zaczęli mnie uczyć. Powoli, kawałek po kawałku ale uczyli. Któregoś dnia błąkając się po podziemiach tego wspaniałego domostwa trafiłem na salę z eksperymentami. Dziesiątki skutych i torturowanych na różne sposoby elfów. Martwych, półżywych lub wyrywających się i krzyczących. Już miałem się zagłębić dalej w pomieszczenie by spróbować otworzyć chociaż część klatek gdy poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Sądząc po zimnie promieniującym z kościstych palców był to właśnie mój nauczyciel. Spodziewałem się już porażeniem jakimś zaklęciem lub klątwą ale zamiast tego zobaczyłem uśmiech na jego twarzy i zyskałem pochwałę za moją ciekawość. Pokazał mi wtedy swoje "dzieło" w całej okazałości i wyjaśnił na czym polega jego wspaniały eksperyment - Mortitari, Martwe Elfy. Obaj z bratem planowali stworzenie nowego typu elfów, wyższego od innych pod każdym względem. Nie bojących się śmierci, nie znających upływu czasu, i mogących odtwarzać uszkodzenia. Muszę powiedzieć że byłem pod wrażeniem. Nie tych martwych kukieł tylko obu dziwaków. Zastanawiałem się już jak dać drapaka z tej zatęchłej nory, najlepiej przy okazji ją spalając do gołej ziemi lecz moje rozważania rozważania przerwało łomotanie do bramy. Gdy ją otwarłem zobaczyłem twarzyczki moich starszych braci i zaraz potem dostałem w pysk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz