niedziela, 19 kwietnia 2015

W sercu lasu

Czas z drużyną

                Czas spędzony w kantynie z częścią drużyny dodał mi otuchy. Chwilami widziałam, jak niektórzy rzucają w moją stronę zaniepokojone, niepewne spojrzenia, jakby się spodziewali, że za chwilę wbiję sobie prosto w tętnicę nóż, którym odkrawałam mięso, albo że wymyślę coś jeszcze gorszego. Nigdzie nie zauważyłam Mścibora i Mikura oraz Manro… pewnie ten ostatni nadal trzymał tamtą dwójkę w aurowym więzieniu… eh… dziwna to istota. Dobrze pamiętam nasze… powitanie tuż po wylocie z Dverg Morke, kiedy już się lepiej poczułam i zeszłam do kantyny.
                Siedziałam wtedy i jadłam posiłek, gdy ów blargh stanął nade mną… prędzej go poczułam, niż zobaczyłam czy usłyszałam… cuchnął trupem i starym mięsem na kilometr, ledwo więc powstrzymywałam marszczenie co chwila nosa. Spojrzał na mnie z wyższością i swego rodzaju zaciekawieniem… czyżby nikt mu jeszcze nie przekazał, że znów do nich dołączyłam?
– Co ty tu robisz? – spytał wręcz z wyrzutem, mierząc mnie z góry.
– Jem – odparłam spokojnie, nie zamierzając wdawać się z nim w dyskusje, nadal miałam w pamięci to jak mnie potraktował, kiedy ostatni raz się widzieliśmy…
– Widzę, pytam, co robisz na sterowcu. Zresztą, nieważne, odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Uciekłaś czy cię wypuścili? – zadał pytanie, a ja prychnęłam ze śmiechem.
– Naprawdę sądzisz, że im można uciec?
– Wolę się upewnić – powiedział, nadal mierząc mnie jakby był nie wiadomo kim.
– Cóż, więc się upewniłeś, poza tym, mnie nikt nie więził, byłam z nimi z własnej woli – wyjaśniłam i już chciałam wrócić do jedzenia, gdy blargh zadał jeszcze jedno pytanie.
– A co z dzieckiem?
– Nie żyje… –  przy tych słowach głos lekko mi zadrżał… ciężko było kłamać w ten sposób nawet komuś takiemu, jak on –  ale powinno cię to cieszyć, ostatnio wydawałeś się być ochoczo nastawiony do wbicia mi miecza w brzuch – odparłam ze stalową nutą w głosie, nie zaszczycając go już spojrzeniem; Manro nic już nie odpowiedział, bo do kantyny weszła kobieta w okazałej, białej sukni, ze skwaszonym wyrazem twarzy. – Witaj, Konstancjo – zwróciłam się do niej, a ta spojrzała na mnie, mrużąc podejrzliwie oczy, najwyraźniej mnie nie poznając, więc od razu wyjaśniłam – jestem Francesca van der Vicanis, w zasadzie obecnie tylko Vicanis, poznałyśmy się na jednym z bali w pałacu twego ojca.
– Ah, tak – odpowiedziała wyniosłym tonem… o tak, typowa księżniczka… mnie nie obchodziła już etykieta, nie była mi na nic potrzebna, nie wysiliłam się więc i nawet nie wstałam, witając się z nią: nie widziałam takiej potrzeby, na sterowcu była dla mnie tylko członkiem drużyny lub pasażerem, na pewno nie członkiem królewskiej rodziny, poza tym biodro wtedy nadal jeszcze było obolałe po urazie, wolałam więc go nie nadwyrężać. – Zmieniłaś się, Francesco.
– Proszę, zwracaj się do mnie Vivienne – odparłam, a ona skinęła głową – i każdy by się zmienił, gdyby przeżył tyle, co ja. Mój braciszek się postarał, bym miała życie pełne wrażeń. A propos… cóż się dzieje w pałacu ojca, wiesz może? – spytałam, płynnie przechodząc na helijski, z racji na obecność Manro i piratów wokół.
– Twój ojciec się wycofał, a władzę przejął twój brat… było to niemałym zaskoczeniem dla wszystkich, decyzja twego ojca wywołała głośny skandal, ten oszalały półork baronem? No, ale Rigard van der Vicanis tak postanowił, więc nie było odwrotu i trzeba było uszanować decyzję, jakby nie patrzeć, Bugdush to jego syn – wyjaśniła, a ja kiedyś poczułabym zapewne rosnącą we mnie wściekłość, że Bugdush poszerzył swoje wpływy… ale teraz było mi to obojętne… to już mnie nie dotyczyło.
                Tak samo jak nie dotyczyła mnie ta wyprawa po legendarne Oko Magii… do niczego nie było mi potrzebne, mi nie obiecano dostępu do skarbca… choć od Mikura dowiedziałam się, że Manro bardzo zależy na dostaniu się tam, gdyż umieszczono tam Łzę Stwórcy… boski artefakt, pozwalający odzyskać duszę. Czyli blargh chciałby przywrócić sobie duszę… dla mnie i tak na zawsze pozostanie sukinsynem, który groził śmiercią kobiecie w ciąży, niewinnej i bezbronnej. W każdym razie, poszukiwania o których wszyscy tyle mówili, nie były dla mnie niczym szczególnym… zamierzałam wspomóc ich w walce, nic nie obniżało stresu tak jak  potężna dawka adrenaliny… nie sądziłam jednak, bym znalazła w którejkolwiek z lokalizacji coś, co by mnie zainteresowało.
                Kiedy znudziły mnie już rozmowy o walkach i o tym, kto co potrafi i jak to szybko rozprawi się z zagrożeniem, które na pewno nas czekało w takich miejscach, podziękowałam za towarzystwo, szczególnie patrząc na Lancello… elf zdaje się zrozumiał, o co mi chodziło, bo skinął głową z lekkim uśmiechem i życzył mi udanej kąpieli, gdy powiedziałam, że tam się udaję. W tej chwili, siedzący obok mnie Troy, objął mnie ramieniem w talii i zaproponował, że może mi potowarzyszyć… odsunęłam się od niego i wstałam od stołu, zdecydowanie odmawiając, nawet gdy zasugerował, że przecież moglibyśmy pozostać w bieliźnie, jeślibym się wstydziła… prostak, myślał, że uda mu się do mnie dobrać? Nie miał szans… 
               Wyszłam z kantyny i wróciłam do pokoju, w którym złożyli mnie po przyjściu z Dverg Morke, a z którego już nie zamierzałam się wynosić. Drzwi, wstawione przez kogoś, gdy spałam, otwarły się ze skrzypieniem, ale, na szczęście, szczelnie się zamykały. Zaczęłam rozbierać się do kąpieli, ale nie zdążyłam nawet rozsznurować sukni, kiedy usłyszałam pukanie. Poczułam zapach człowieka pod drzwiami, chwyciłam więc mój miecz, myśląc, że może Troy przypełzł z nachalnymi prośbami, zbliżając się do drzwi poczułam jednak, że to jeszcze marniejsza istota, nie opuściłam więc broni, tylko otworzyłam drzwi, unosząc ją ku gardłu przybysza.
– Czego? – spytałam, mierząc go z pogardą.
– Słuchaj… rozumiem, że nie wszyscy są tak pojebani na temat śmierci, jak ja… – zaczął, więc spojrzałam na niego z zainteresowaniem, zastanawiając się, do czego dąży, nadal nie opuszczałam jednak ostrza.
– Tak…?
– Chciałem cię przeprosić. Rozumiem, że strata dziecka musi boleć – powiedział i, o dziwo, zabrzmiało to szczerze, a na jego twarzy widziałam prawdziwą skruchę – wybacz, nie wiedziałam.
– Dobrze – odparłam nieco niepewnie – coś jeszcze?
– Nie, tylko tyle – powiedział i, nie czekając, aż coś zrobię czy odpowiem, odsunął się od ostrza miecza i odszedł.
                Zamknęłam drzwi. Nie chciałam się zastanawiać nad zachowaniem Mścibora… pewnie dowiedział się o  mojej historii i zrobiło mu się mnie żal… niepotrzebnie… sama byłam sobie winna. Lancello może i obiecał mi pomóc z bratem, nie wiedział jednak, że porzuciłam własne dziecko, a teraz wszystkich kłamię, że nie żyje… ciekawe, czy wtedy też zaoferowałby swoją pomoc… szczerze w to wątpiłam. Rozebrałam się z sukni i narzuciłam na siebie szlafrok, po czym poszłam do łazienki. Idąc korytarzem, słyszałam śmiechy członków drużyny, dobiegające z kantyny – wszyscy jeszcze pili w najlepsze, ciesząc się wieczorem, być może dla niektórych ostatnim… w końcu nigdy nie wiedzieliśmy, co nas czeka w ruinach czy lochu, do którego mieliśmy dotrzeć następnego dnia i czy to nie będzie nasza ostatnia walka.
                Po gorącej kąpieli sen przyszedł szybko, zwłaszcza, że Lancello zostawił w moim pokoju fiolkę z resztą płynu, do wypicia którego mnie zmusił, czekała więc mnie kolejna noc bez koszmarów. Pomyślałam, że warto by było poprosić go o więcej… ta miksturka to jedyna rzecz, która zapewniała mi spokojny sen, tylko ona koiła wyrzuty sumienia, które nękały mnie w koszmarach, przedstawiając mi tak często martwą Bairre… jej zakrwawione, zimne ciałko na moich rękach… wzdrygnęłam się, chcąc odsunąć od siebie te wizje i wypiłam do reszty zawartość fiolki. Może i nie było jej wiele, dużo mniej niż w poprzedniej dawce, którą we mnie wlali, w połączeniu z alkoholem i tak jednak zrobiła swoje i już po chwili zasnęłam twardym, spokojnym snem.

Poszukiwania w lesie

                Kiedy obudziłam się następnego dnia, dotarliśmy już na miejsce i wszyscy szykowali się do zejścia na ląd. Założyłam skórznię, na to Zbroję Mrocznego Łowcy, przewiesiłam Łuk Skorpioni przez plecy, Róg Heimdalla zawiesiłam na ramię i poszłam do wyjścia. Nie udało się znaleźć dobrego miejsca na wylądowanie, sterowiec zawisł więc nad drzewami i wszyscy musieliśmy zejść po drabince na niewielką polanę, skąpaną blaskiem obu słońc. Z westchnieniem narzuciłam kaptur i założyłam rękawiczki, po czym bez trudności zeszłam na ląd i spojrzałam w górę.
                Wcześniej nie dane mi było zobaczyć sterowca z zewnątrz – kiedy się na nim znalazłam, byłam nieprzytomna, później natomiast, kiedy zatrzymaliśmy się w mieście słonecznych elfów, ani trochę nie miałam nastroju by go opuszczać. Obserwowanie od wewnątrz stalowych ścian w zupełności mi wystarczało, nie sądziłam, by z zewnątrz prezentował się lepiej. Wszyscy się nim zachwycali, dla mnie jednak był po prostu blaszaną puszką… tak daleką od okrętu, na którym dane mi było podróżować z załogą Bel’salana. Kiedy przyjrzałam mu się z zewnątrz, doszłam do wniosku, że niewiele się myliłam – sterowiec, którym podróżowaliśmy, był po prostu wielką puszką ze stali, zawieszoną pod ogromnym, pękatym balonem, również poszytym metalem. Wiedziałam od Otra, że wewnątrz znajdowały się materiałowe komory, wypełnione ciepłym gazem, dzięki któremu sterowiec się unosił, niezbyt jednak interesowała mnie konstrukcja tej machiny, nie wiedziałam więc, do czego służą liczne rury, przewody, wiatraki i inne wymysły krasnoludzkiej inżynierii, których nawet nie potrafiłam nazwać, choć Otr z zapałem mi o nich opowiadał.
                Rozejrzałam się wokół. Las nas otaczający był bardzo stary, strzeliste drzewa o pniach tak grubych, że Mikur miałby problem z objęciem niektórych, zdawały się sięgać samych chmur. Jeszcze ze sterowca zauważyłam, że puszcza zdawała się ciągnąc bez końca… inni też to musieli zauważyć, bo po chwili zaczęliśmy się już wszyscy zastanawiać, jakim cudem znajdziemy tam miejsce, o którym mówił Valarad, i czy w ogóle owe miejsce istnieje. Niestety, jedyna osoba, która miała o tym jako taką wiedzę, czyli kapitan piratów, wczorajszej nocy tak długo i intensywnie chlał ze swoją załogą, że dzisiaj nie nadawał się nawet do zwleczenia swojego leniwego zada z łóżka, musieliśmy więc sobie poradzić bez niego. Troy wpadł na pomysł, żeby po prostu rozejrzeć się po okolicy, nie sądziłam jednak, by to było aż tak proste – wiedziałam z doświadczenia, że do legendarnych miejsc ciężko się dostać. Mścibór zdawał się wpaść na inny pomysł, podszedł do jednego drzew, jakby czegoś nasłuchiwał i pochylił się, po czym podniósł z ziemi małego, błyszczącego żuczka. Położył go sobie na ręce i zaczął do niego mówić… dokładnie tak, jakby z nim rozmawiał.
– Uspokój się, chcę tylko pogadać. Nic ci nie grozi – powiedział, gdy żuczek nerwowo próbował uciec, a ten, o dziwo, przystanął i zwrócił się czułkami w jego stronę; uniosłam w powątpiewaniu brew, a Mścibór zwrócił się do swojego małego przyjaciela, co jakiś czas robiąc chwile przerwy, jakby wysłuchiwał jego odpowiedzi. – Słuchaj, wiesz może czy gdzieś w tym lesie są lochy? Co byś chciał w zamian za informacje? Jasne, nie ma problemu – dodał, a ja już nie wytrzymałam.
– Eee? A ty się dobrze czujesz? Z kim rozmawiasz? – spytałam, patrząc na niego jak na wariata.
– Tak, czuję się doskonale, a rozmawiam z żuczkiem – wyjaśnił, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem; co prawda słyszałam pogłoski o druidach, miłośnikach i strażnikach przyrody, jakoby potrafili rozmawiać ze zwierzętami, zawsze jednak uważałam to za plotki.
– Rozmawiasz z żuczkiem, tak? – spytałam jeszcze raz, po czym, nie czekając na jego odpowiedź, zwróciłam się do reszty towarzyszy. – Na pewno wszystko z nim dobrze? Chyba trochę mu odbiło.
– On tak ma – odparł Troy; Mikur zdawał się być równie zdziwiony, co ja, Lancello natomiast wzruszył ramionami, jakby w zupełności go to nie dziwiło… – A gdyby tak teraz przybić ci piątkę, Mścibór? – awanturnik zaśmiał się złośliwie.
– Albo wziąć tak pstryknąć w tego żuczka – zawtórował mu stein.
– Spokojnie, już odchodzimy od nich – Mścibór spojrzał na owada i zakrył go drugą dłonią, jakby chciał go przed nami ochronić.
Zaczął człapać, w stronę lasu i odszedł na tyle daleko, żebyśmy nie rozumieli, jak szepcze do żuczka. Oglądał się co jakiś czas, jakby chciał się upewnić, że nikt nie podąża za nim… dziwoląg. Wdaliśmy się w rozmowę, gdzie mogą być ukryte ruiny lub loch i co tam może na nas czekać, co jakiś czas zerkając tylko na Mścibora. Starałam się zrozumieć jego rozmowę, ale słyszałam jedynie pomrukiwania tego dziwnego człowieczka. W pewnym momencie pochylił się i chyba odstawił owada na trawę, po czym dotknął drzewa… do tej pory pełne życia, o zdrowym pniu, nagle zmurszało w miejscu, gdzie spoczęła dłoń Mścibora, a na ziemię posypało się mnóstwo kory… kiedy do nas wrócił, spojrzałam na niego zdziwiona, zaskoczona… rozmawiał ze zwierzętami i dotykiem zabijał rośliny… nie mógł być druidem… do tego jego poglądy związane ze śmiercią, mutacje… był dziwakiem… wyrzutkiem…
Opowiedział nam, czego dowiedział się od żuka. Ponoć musieliśmy znaleźć pień, który, według owada, znajdował się po tej stronie, gdzie nie ma słońc. Doszliśmy do wniosku, że musiało chodzić o północ… rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy szukać. Z początku widziałam innych gdzieś w oddali, kilka razy Manro przemknął nade mną w locie, po jakimś czasie jednak zabrnęłam już na tyle daleko, że ani nie widziałam towarzyszy, ani w żaden sposób nie czułam ich obecności. Rozglądałam się w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby wyglądać jak wejście… wszystkie drzewa wyglądały jednak po prostu jak… najzwyklejsze drzewa. Pnie też niczym się nie wyróżniały, minęłam kilka przewróconych, rosłych drzew, nigdzie jednak nie widziałam nic nadzwyczajnego. Ot, las jak las.
Słyszałam nie raz drobne gryzonie w trawie czy ptaki w konarach drzew, większość z nich jednak szybko pierzchała, gdy tylko znalazłam się w pobliżu, nie dane mi więc było ani na moment przyjrzeć się śpiewającym pięknie słowikom. No tak… byłam dla nich drapieżnikiem… instynkt przetrwania kazał im uciekać przed zagrożeniem. Po godzinie spaceru po lesie przysiadłam pod jednym z drzew i oparłam się o szeroki pień, wdychając zapach liści, traw, polnych kwiatów, rosnących w miejscach, gdzie korony nie były tak rozłożyste i do podłoża docierały promienie słoneczne… uwielbiałam tę woń… dlatego tak bardzo przyciągał mnie zapach Lancello. Jako leśny elf miał zapach przywodzący na myśl tętniącą życiem puszczę o poranku, z kroplami rosy zwisającymi z traw jak łzy z rzęs… nie sądziłam jednak, by kiedykolwiek dane mi było spróbować jego krwi – być może już nie wyjmował noży za każdym razem, gdy znajdowałam się w pobliżu, ale nadal ja byłam wampirem, a on… strażnikiem z gór… zapewne gór otaczających Martwe Ziemie, miejsce pełne istot chaosu, demonów… na statku Bel’salana zdarzało mi się słyszeć opowieści, co tam się czai i, choć część z nich zapewne była ubarwiona, wolałabym nigdy nie weryfikować nawet najłagodniejszych historii.
Oparłam głowę o pień i przymknęłam oczy, delektując się otaczającą mnie przyrodą. Poza dobrymi skojarzeniami, wróciły jednak niestety też te złe… Puszcza Felmaria i wszystko, co tam się wydarzyło… wzdrygnęłam się, starając się nie dopuścić do siebie myśli o tym, co kazał mi tam zrobić Bugdush… o jego orkach, którzy tak ochoczo wykonali jego rozkaz... czułam, jak znów zalewa mnie ten paskudny nastrój… nie chciałam dać mu znów sobą zawładnąć, wstałam więc i szybkim krokiem ruszyłam z powrotem na polanę, gdzie mieliśmy się spotkać i zdać relacje z naszych poszukiwań.
Okazało się, że wyprawy w las innych były równie owocne, co moja, czyli nadal wiedzieliśmy o celu naszej wyprawy tyle samo, co w momencie zejścia na polanę, to jest jedno wielkie nic. Mikur był naprawdę zirytowany, już wcześniej przychodziły mu do głowy głupie pomysły, co by skakać, pamiętałam jednak dobrze, jak to się ostatnio skończyło i stanowczo mu tego zabroniłam, tłumacząc reszcie, co ostatnio wywołał, i parę głosów mi zawtórowało. Stein zrobił wtedy minę dziecka, któremu dopiero co odebrano zabawkę, ale przełknął to i przestał nalegać. Teraz jednak wydawał się zdeterminowany, by działać.
– Nie no – niemal krzyknął z irytacją – poskaczę! To jest bez sensu! Ten las jest ogromny!
– A skacz sobie – rzucił od niechcenia Lancello, który dopiero co wyłonił się spośród drzew ze zrelaksowaną miną; ledwie powstrzymałam szeroki uśmiech, gdy go zobaczyłam wychodzącego z lasu chwilę wcześniej… nie miałam pojęcia, skąd się wzięło to uczucie, ale jakoś tak… od razu lepiej mi się zrobiło na jego widok…
                Mikur, po odpowiedzi Lancello, uśmiechnął się szeroko i, mimo moich głośnych protestów, zaczął podskakiwać. Ziemia pod nami zadrżała, gdy ten siedmiuset tonowy stein skakał jak małe dziecko… którym, swoją drogą, w głębi serca nadal był, mimo wszystko jakimś cudem udało mu się zachować tę dziecięcą naiwność… nie wiedziałam tylko, jak długo jeszcze uda mu się nie zmienić tego stanu…
                Ku naszemu zdziwieniu, jego skakanie przyniosło nieoczekiwanie dobre efekty. Zniszczył ściółkę, spod której zauważyliśmy jasne drewno, z ciemniejszą pręgą, wyglądającą jak część słoja… ogromnego słoja… odsunęliśmy jeszcze trochę ziemi, żeby zobaczyć, w jaką stronę biegnie linia, po czym zaczęliśmy iść w stronę wnętrza pnia. Tam w drewnie wyryte były inskrypcje po elficku, Lancello pochylił się więc i odczytał je na głos, tłumacząc na język wspólny.
– Życie przelane otworzy wrota – powiedział, przyglądając się napisowi w zamyśleniu, jakby to mogło dać mu odpowiedź.
– W sensie trzeba jakąś krew rozlać, czy co? – spytał Mikur niepewnie… czyżby las wymagał od nas ofiary z życia, by ujawnić swoje tajemnice?
– Możliwe… – odparł cicho Lancello i wyjął nóż, po czym szybkim ruchem rozciął sobie dłoń i ustawił tak, by krew spływała na napis…
                Zapach krwi uderzył moje zmysły potężnym ciosem… krew Lancello pachniała tak kusząco… ledwie się powstrzymałam, by nie zlizać jej z jego dłoni… podejrzewałam jednak, że przypłaciłabym to życiem, wzięłam więc głęboki wdech, by uspokoić wampirze żądze, choć nie przyszło mi to łatwo. Lancello, widząc moje spojrzenie wbite w krwawiącą ranę na jego ręce, szybko wyciągnął kawałek materiału i owinął ranę, posyłając mi przepraszające spojrzenie… zdawało mi się, że chciał coś do mnie powiedzieć, ale nagle las wokół nas zasłoniły obrośnięte bluszczem i mchem kamienne ruiny. Ledwie zdążyłam im się przyjrzeć, gdy niewiadomo skąd zjawiły się przeróżne istoty, większość z nich widziałam po raz pierwszy w życiu… różnej wielkości stworzenia, złożone jakby z wirujących liści i gałązek, ogromne pająki, ze szczękami, w których bez problemu mogłyby zgnieść czaszkę dorosłego człowieka i kolcami, lśniącymi kroplami jadu w promieniach słońca. Nad wszystkimi istotami górowały kilkumetrowe drzewce – humanoidalne istoty o ciele z drewna i skórze z kory...

Strażnicy puszczy 

                Szybko rozgorzała walka. Lancello od razu zniknął dzięki swojej pelerynie, usłyszałam jedynie jego oddalające się kroki i świst strzał, zawsze celnie trafiających i nie raz powalających od razu ofiarę. Zadęłam kilkakrotnie w róg, żeby zwiększyć nasze siły w starciu z obrońcami puszczy. Największą trudność sprawiały nam żywiołaki z wirujących liści, nie sposób było ich trafić normalną bronią, dlatego rozpoczęłam inkantować i skupiłam się, by uderzyć w nich siłą ciemności… z satysfakcją zauważyłam, jak część z nich się rozpada, powtórzyłam więc to jeszcze kilka razy, aż do granic moich możliwości i sił. Niestety, zapomniałam o pająkach – jeden z nich podbiegł do mnie i przewrócił mnie przednimi odnóżami, przygniatając do ziemi i szczękając złowieszczo. Już widziałam zbliżające się do mojego ciała ociekające jadem kolce, gdy powietrze nade mną przeszyła strzała wycelowana idealnie w podbrzusze pająka. Stwór drgnął i wyprężył się, po czym opadł na mnie, przygniatając mnie do ziemi włochatym odwłokiem. Próbowałam się spod niego wydostać, zasłaniał mi widok na całe pole walki, nie widziałam więc, czy nie zbliża się kolejne zagrożenie… wtedy poczułam powiew wiatru, a po chwili wokół mnie zaroiło się od małych listków. Były ostre jak sztylety, zdawały się przenikać na wskroś moje ciało, nie zadawały mi jednak krwawiących ran, były niematerialne… po chwili ten powiew zastąpił inny, mroźny wiatr… Mikur walczył z roślinami Mroźną Żałobą  wykorzystując jej śnieżną moc, stworzył tuż obok mnie zamieć… w końcu udało mi się wyczołgać spod martwego pająka. Zobaczyłam Mikura, wygrzebującego się spod gruzów i drzewca, zrzucającego z siebie Troya… idiota, chyba wykorzystał przyczepność lwich butów i postanowił wbiec na drewnianego ludzika, który nie przyjął tego zbyt entuzjastycznie… chyba, żeby za przejaw entuzjazmu uznać to, z jakim zapałem obecnie przydeptywał leżącego obecnie na ziemi Troya, który, na swoje nieszczęście, zachował bardzo długo świadomość… jego krzyki ucichły dopiero, gdy rozległ się głośny chrzęst pękającego kręgosłupa szyjnego i czaszki. Mścibór już wcześniej leżał martwy… o tak… natura zajadle broniła swoich skarbów i tajemnic…
                Odsunęłam się na bok i wyciągnęłam łuk, szyjąc w te istoty, które jeszcze żyły. Poczułam zapach Lancello obok mnie i uśmiechnęłam się lekko, posyłając jednocześnie kolejną strzałę w rosłego pająka, który w końcu padł, przyozdobiony kilkoma brzechwami sterczącymi z odwłoka. To był jeden z ostatnich, mniejszych przeciwników, pozostały tylko ogromne drzewce. Nagle jednak, jeden po drugim, zaczęły się rozpadać, jakby coś trawiło je od środka, najpierw padł ten tuż przy ciele Mścibora, potem dwa kolejne. Zauważyłam też złamany miecz w jednym z drzewców… dobrze mi znany miecz, więżący w sobie duszę demona, Zarathosa. Drzewiec powstał na moment, tylko po to, by po chwili znów się rozpaść. Niedługo potem, nie wiadomo w jaki sposób, powstał Mścibór… jednak gdy tylko wstał, jego ciało zaczęło się zmieniać i już wiedziałam, dlaczego nie potrzebował wskrzeszenia… jedna jego strona nadal wyglądała jak Mścibór, druga natomiast zmieniła się i przybrała demoniczne cechy Zarathosa.
                Lancello zrzucił już zasłonę niewidzialności i stanął niedaleko ode mnie… choć minęło trochę czasu i rana na jego dłoni już nie krwawiła, nadal czułam zapach dość świeżej krwi. Atak żywiołaków mnie osłabił i mój organizm domagał się krwi, pragnął jej. Zwróciłam się do Lancello, przygryzając z zakłopotaniem wargę… był jedyną osobą, od której mogłam w tamtej chwili wziąć życiodajny płyn, a pragnienie stawało się coraz silniejsze i wiedziałam, że jeszcze trochę i mogłabym przestać nad sobą panować…
– Lancello… potrzebuję krwi… czy mógłbyś? – poprosiłam ostrożnie, podchodząc do niego powoli, jakbym chciała mu pokazać, że świetnie sobie radzę z panowaniem nad żądzą, a on tylko zmierzył mnie na moment badawczo, po czym cicho westchnął.
– Skoro musisz – powiedział i odwiązał kawałek materiału z ręki, którą wcześniej sobie rozciął – tylko się nie przyzwyczajaj.
                Skinęłam głową i podeszłam do niego w normalnym tempie, choć moje mięśnie krzyczały, by biec w jego stronę i wbić zęby w jego ciało… co też po chwili i tak musiałam zrobić, gdyż rana była już zasklepiona. Chwyciłam dłoń Lancello i przysunęłam ją sobie do ust, po czym szybko, byle nie sprawiać mu niepotrzebnego bólu, wgryzłam się w jego skórę. Smak jego krwi był absolutnie niesamowity… Salus smakował podobnie, też był w końcu leśnym elfem, ale we krwi Lancello była jakaś niesamowita nutka, nadająca jej jeszcze więcej słodyczy… Lancello cierpliwie zniósł moje posilanie się, przyglądając mi się tylko na początku, później natomiast obserwując z pewnym zaciekawieniem Mścibora. Kiedy poczułam, jak wracają mi siły, z trudem oderwałam się od picia i podziękowałam elfowi, na co ten tylko skinął głową z lekkim uśmiechem i wrócił do obserwowania naszego dziwnego towarzysza, otarłam usta z krwi i również zaczęłam się mu przyglądać... Mścibór wyglądał zaiste bardzo interesująco, wykonując nieskoordynowane ruchy, najwyraźniej walcząc z demonem o kontrolę nad ciałem.
– Zostaw to ciało! – rozległ się krzyk Mścibora, po chwili znów wrzasnął, jakby odpowiadał sam sobie. – To ty je zostaw! Zresztą… i tak niedługo to ciało zostanie moje w pełni.
– Mściborze, jak to się stało? – spytałam, podchodząc do niego ostrożnie.
– Co za idiota… – skomentował sytuację Manro; to on musiał być odpowiedzialny za uwolnienie demona, w końcu miecz był jego i on nim walczył… może i nie miałam zbyt wysokiego mniemania o Mściborze, ale na miano idioty zasługiwał zgoła ktoś inny…
                Chciałam mu odpyskować, naprawdę, miałam ogromną ochotę zetrzeć ten parszywy uśmieszek z jego trupiej gęby. Już otwierałam usta, żeby na niego nakrzyczeć, kiedy moją uwagę odwrócił szmer skrzydeł gdzieś ponad nami. 

Niespodziewany przybysz

                Wielki, śnieżnobiały smok zatoczył koło nad ruinami i wylądował na ziemi obok nas, po czym od razu przybrał ludzką postać. Szybko się odwróciłam, zasłaniając oczy dłonią… jak ja nie znosiłam takiego publicznego obnażania się…
– Smoki… czy naprawdę wszystkie smoki musza tak razić po oczach nagością? – powiedziałam do siebie, niestety, moja uwaga została usłyszana przez nieproszonego gościa w ciele Mścibora.
– Że też akurat tobie to przeszkadza – zakpił Zarathos, a ja spojrzałam w jego stronę z nienawiścią.
– Masz jakiś problem? – warknęłam, na co demon jedynie uśmiechnął się szyderczo połową ciała, która przybrała jego cechy.
– Dwa pasożyty, elf i kamień… zdaje się, że dobrze trafiłem – usłyszałam głos smoka, tak łudząco podobny do głosu osoby, której nie widziałam już tyle czasu…
– Raves? – odwróciłam się i spojrzałam na przybysza z zaskoczeniem… był tak łudząco podobny do naszego dawnego towarzysza… wyglądałby zupełnie jak on, gdyby nie blizna, biegnąca przez jego lewe oko i zupełnie białe włosy.
– Ravis, Raves to mój brat – wyjaśnił; w momencie, gdy wypowiedział swoje imię, usłyszałam ciche prychnięcie Lancello – szukam was od dawna, musimy porozmawiać.
– Jeszcze będzie na to czas, teraz dokończmy, co zaczęliśmy – powiedział Lancello, odwracając się tyłem do Ravisa, poszłam więc jego śladem.
                Przed nami pojawiła się trójka dostojnych elfów, ich kontury rozmywały się, podejrzewałam więc, że mogą być duchami lub swego rodzaju iluzją… nie wiem, jak długo obserwowali naszą rozmowę, w każdym razie mieli dość obojętne miny, jakby byli zdecydowanie ponad to, co działo się obecnie wokół. Jeden z nich trzymał w dłoni Excallibura, drugi katanę  Muramasę, trzeci natomiast, stojący pośrodku, dumnie dzierżył Oko Magii… cel wyprawy moich towarzyszy.
– Pokonaliście pierwszych strażników – elf ze środka wystąpił o krok do przodu – lecz teraz to my, elfi strażnicy, stoimy przed wami. Możecie z nami walczyć lub możecie otrzymać nasze błogosławieństwo, lecz prosić może o nie jedynie prawdziwy elf. Któż spośród was jest godzien? – spytał, a my spojrzeliśmy po sobie… jakoś tak wszystkie nasze spojrzenia spoczęły na Lancello, w końcu w tamtej chwili był jedynym elfem wśród nas.
– Lećcie na sterowiec po mikstury, mogą się przydać. Manro, zostajesz ze mną, reszta niech wraca… Ravis, skoro masz do nas jakąś sprawę, zabierz ich na sterowiec – zarządził Lancello, a wszyscy skinęli głowami – pogadamy o tym jak wrócimy. Vivienne, weź jakoś zbierz to, co zostało z Troya i zabierz do mnie do pokoju, nie możemy go tutaj zostawić.
                Ravis skinął jedynie głową i znów zaczął się rozbierać, ponownie odwróciłam więc wzrok. Nie krępowała mnie nagość, ale nie czułam potrzeby wpatrywania się w czyjeś przyrodzenie. Podeszłam do ciała Troya, a raczej tego, co z niego zostało… dzięki temu, że Lancello użył mocy zimna i zamroził szczątki, jakoś pozbierałam to wszystko w jego pelerynę. Nie odczuwałam satysfakcji z tego, że zginął w tak okrutny sposób, ale nie zamierzałam też płakać nad jego ciałem – zginął poniekąd na własne życzenie i przez własną głupotę, w dodatku jego towarzystwo było dla mnie naprawdę uciążliwe i podejrzewałam, że zmienić to się mogło tylko i wyłącznie na gorsze
                Chwyciłam zawiniątko ze szczątkami i podeszłam do Ravisa… ostatnim smokiem, na którym leciałam, był właśnie jego brat… nawet w formie smoczej łudząco przypominał Ravesa, pomijając oczywiście kolor – pod tym względem chyba bardziej się różnić nie mogli. Spojrzałam na Mścibora, który najwyraźniej kłócił się wewnętrznie z nowym pasażerem w swoim ciele.
– Weź się rusz w końcu, nie będziemy czekać – zwróciłam się do niego, opierając stopę na zgięciu nogi smoka i wspinając się na niego.
– Dziwka mi nie będzie rozkazywać – prychnął pogardliwie Zarathos, zmierzyłam więc go wściekła już z grzbietu smoka… demoniczna strona Mścibora, widząc to, uśmiechnęła się szyderczo – Francesca, a co ty na trójkącik? Ty, ja i Talatsu? Co dwa miecze to nie jeden, no nie? – spytał kpiąco, nie zamierzałam jednak odpowiedzieć na jego prowokację, usadowiłam się tylko wygodnie na grzbiecie Ravisa i upewniłam się, że po drodze nie zgubię żadnej części ciała awanturnika.
                Zarathos albo w końcu się znudził, albo Mściborowi udało się odzyskać kontrolę, bo jego ciało zaczęło wracać do normalnego wyglądu. Po chwili podszedł do smoka i zaczął się na niego niezdarnie wdrapywać… no tak, w końcu miał trzy stawy. Nie lepiej szło to Mikurowi... kiedy tylko udało im się zająć bezpieczną pozycję za mną, Ravis rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Pochyliłam się nad jego grzbietem, wbijając dłonie w łuski, żeby tylko nie spaść… lot na sterowiec na szczęście był krótki, nie musiałam więc się długo obawiać o upadek.

Odpoczynek po walce i niespodziewany finał

                Po powrocie na sterowiec, od razu zaniosłam truchło Troya do pokoju Lancello. Moc, która zmroziła zmiażdżone zwłoki, przestała już działać – zauważyłam to, idąc korytarzem na sterowcu, kiedy rozmrażająca się krew zaczęła skapywać z przesiąkniętej peleryny, tak więc pierwsze, co zrobiłam, to rozejrzenie się za czymś, na co mogłabym to położyć, żeby nie zakrwawić podłogi. Niestety, nie zauważyłam nic, poza kociołkiem do ważenia mikstur… nie wypuszczając z rąk zawiniątka z ciałem Troya, poszłam do łazienki, gdzie wrzuciłam ciało do balii i przydźwigałam to na drugą stronę korytarza, z powrotem do pokoju Lancello. Prosił, żeby zostawić truchło tam, więc prośby wysłuchałam.
                Postawiłam balię na środku pomieszczenia i rozejrzałam się wokół. Po raz pierwszy widziałam pokój Lancello, nigdy wcześniej nie miałam okazji nawet pukać do jego drzwi, byłam więc ciekawa, jak zagospodarował swoją przestrzeń. Pokój był podobny do mojego, tylko nieco większy i pozbawiony stosów ubrań, które przestały mieścić się już w skrzyni… jeszcze będąc w Dverg Morke kupiłam kilkanaście nowych sukien i trochę różnego rodzaju bielizny, w końcu w perspektywie miałam podróżowanie sterowcem, nie było więc problemu z przechowywaniem ubrań. W pokoju Lancello tuż obok drzwi znajdował się wieszak, obecnie pusty, kawałek dalej stało spore łóżko, przy jego zagłówku ustawiony został niewielki stolik, zajęty przez dzban z wodą, kubek i mithrillowy sztylet, natomiast przy nogach łóżka na podłodze stała duża, drewniana skrzynia (zamknięta, w przeciwieństwie do mojej, która nie była w stanie sprostać zadaniu ukrycia gorsetów). Pod okrągłym oknem, naprzeciwko drzwi, dokładnie jak w moim pokoju, stał stół z dwoma krzesłami, a na nim blaszany garnek i osełka, widać Lancello lubił dbać o ostrość swoich strzał i noży do rzucania. Z kolei na prawo od drzwi stała szafka i stojak na broń, w którym w tym momencie był zostawiony tylko dość dobrej jakości łuk ze zdjętą cięciwą, a oparta o niego leżała legendarna tarcza Aegis. W rogu Lancello ustawił kociołek z paleniskiem i blaszany stolik, a na nim moździerz, retorty, alembik i inne utensylia alchemiczne – najwyraźniej w tym miejscu realizował się jako zielarz i alchemik.
Rzuciłam ostatnie spojrzenie na pokój, zastanawiając się, jakim cudem elfowi udaje się go utrzymać w takim porządku, po czym ruszyłam do siebie. Używanie mocy żywiołów było wyczerpujące, a ja nie miałam w tym zbyt wielkiego doświadczenia, tak więc musiały wrócić mi siły. Sen mi w tym nie pomagał, potrzebowałam jedynie czasu, nie chciałam go jednak marnować, byśmy jak najszybciej mogli wrócić do Lancello i blargha. Los Manro niezbyt mnie obchodził, nie było mi jednak obojętne życie Lancello, a nie wiedzieliśmy, jak się zachowali strażnicy po naszym odejściu… niestety, reszta drużyny miała ważniejsze sprawy na głowie, jak chociażby pokazanie Ravisowi pokoju po jego bracie… czekałam długo na towarzyszy, siedząc przy wyjściu ze sterowca…
Do ruin wróciliśmy dopiero po zmierzchu i, kiedy tylko wylądowaliśmy, zobaczyliśmy naszych towarzyszy srogo pokiereszowanych, ale z satysfakcją na twarzach – dzierżyli oba legendarne ostrza i Oko Magii. Lancello spojrzał po nas z wyrzutem i z lekko złośliwym uśmieszkiem, który błąkał się na jego ustach zawsze gdy udał mu się jakiś żart… zastanawiało mnie, jakim cudem udało im się pokonać tych strażników, zwłaszcza, że nie zauważyłam, by w kołczanie Lancello ubyło strzał od czasu walki… pomyślałam, że warto byłoby go o to później zapytać.
– No, nie spieszyło się wam jakoś zbytnio z powrotem, z Manro już tak zaczęliśmy się nudzić, że sami zajęliśmy się strażnikami – odezwał się Lancello, gdy tylko zsiedliśmy z Ravisa.
– Mikur oprowadzał Ravisa po sterowcu – odparłam z rozgoryczeniem, spoglądając na moment na nich i Mścibora zmrużonymi oczami.
– Ej no, przecież nie minęło tak dużo czasu – bronił się stein.
– Skoro parę godzin to w tej sytuacji niedługo, to mamy chyba inne pojęcie czasu – burknął Lancello – lepiej już wracajmy.
– Ale jak wam się udało pokonać strażników? Co potrafili? – dopytywał Mikur, ale oboje zbyli go tylko niechętnymi spojrzeniami.
– Nic ci nie jest? – spytałam Lancello, ignorując pytania mojego kamiennego przyjaciela; mnie nie obchodziła walka, natomiast zmartwił mnie wygląd elfa… Manro też był poharatany, ale, jak już wspominałam, jego los był mi raczej obojętny.
– Ależ skąd, czuję się świeżo jak kwiatuszek o poranku – rzucił sarkastycznie z paskudnie ironicznym grymasem, po czym, ujrzawszy troskę i zmartwienie wypisane na mojej twarzy, dodał już normalnym tonem ze swoim zwykłym, lekkim uśmieszkiem – bez obaw, wyliżę się.
                Uśmiechnęłam się do niego i wdrapałam się na grzbiet Ravisa, oglądając się za siebie, czy Lancello nie byłaby potrzebna pomoc, wspiął się jednak zaraz za mną z dużo większą gracją, niż ja i posłał mi szelmowski uśmiech. Manro rozłożył skrzydła i, bez słowa, odleciał w stronę sterowca, trzymając w dłoniach Muramasę i Oko Magii, zerknęłam na Lancello i zobaczyłam, że za pas założył Excallibura. Po chwili Mścibór i Mikur dołączyli do nas i smok wzniósł się w niebo, kierując się za blarghiem, a ja znów wbiłam kurczowo paznokcie w zagłębienia pomiędzy łuskami, mając nadzieję, że i tym razem uda mi się nie zsunąć po śliskiej skórze. Jak ja nie znosiłam latać na smokach… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz