Czas z drużyną
Czas spędzony w kantynie z częścią drużyny dodał mi
otuchy. Chwilami widziałam, jak niektórzy rzucają w moją stronę zaniepokojone,
niepewne spojrzenia, jakby się spodziewali, że za chwilę wbiję sobie prosto w
tętnicę nóż, którym odkrawałam mięso, albo że wymyślę coś jeszcze gorszego. Nigdzie
nie zauważyłam Mścibora i Mikura oraz Manro… pewnie ten ostatni nadal trzymał
tamtą dwójkę w aurowym więzieniu… eh… dziwna to istota. Dobrze pamiętam nasze…
powitanie tuż po wylocie z Dverg Morke, kiedy już się lepiej poczułam i zeszłam
do kantyny.
Siedziałam
wtedy i jadłam posiłek, gdy ów blargh stanął nade mną… prędzej go poczułam, niż
zobaczyłam czy usłyszałam… cuchnął trupem i starym mięsem na kilometr, ledwo
więc powstrzymywałam marszczenie co chwila nosa. Spojrzał na mnie z wyższością
i swego rodzaju zaciekawieniem… czyżby nikt mu jeszcze nie przekazał, że znów
do nich dołączyłam?
– Co ty tu robisz? – spytał wręcz z wyrzutem, mierząc
mnie z góry.
– Jem – odparłam spokojnie, nie zamierzając wdawać się
z nim w dyskusje, nadal miałam w pamięci to jak mnie potraktował, kiedy ostatni
raz się widzieliśmy…
– Widzę, pytam, co robisz na sterowcu. Zresztą,
nieważne, odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Uciekłaś czy cię wypuścili? –
zadał pytanie, a ja prychnęłam ze śmiechem.
– Naprawdę sądzisz, że im można uciec?
– Wolę się upewnić – powiedział, nadal mierząc mnie
jakby był nie wiadomo kim.
– Cóż, więc się upewniłeś, poza tym, mnie nikt nie
więził, byłam z nimi z własnej woli – wyjaśniłam i już chciałam wrócić do
jedzenia, gdy blargh zadał jeszcze jedno pytanie.
– A co z dzieckiem?
– Nie żyje… – przy tych słowach głos lekko mi zadrżał…
ciężko było kłamać w ten sposób nawet komuś takiemu, jak on – ale powinno cię to cieszyć, ostatnio wydawałeś
się być ochoczo nastawiony do wbicia mi miecza w brzuch – odparłam ze stalową
nutą w głosie, nie zaszczycając go już spojrzeniem; Manro nic już nie
odpowiedział, bo do kantyny weszła kobieta w okazałej, białej sukni, ze skwaszonym
wyrazem twarzy. – Witaj, Konstancjo – zwróciłam się do niej, a ta spojrzała na
mnie, mrużąc podejrzliwie oczy, najwyraźniej mnie nie poznając, więc od razu
wyjaśniłam – jestem Francesca van der Vicanis, w zasadzie obecnie tylko
Vicanis, poznałyśmy się na jednym z bali w pałacu twego ojca.
– Ah, tak – odpowiedziała wyniosłym tonem… o tak,
typowa księżniczka… mnie nie obchodziła już etykieta, nie była mi na nic
potrzebna, nie wysiliłam się więc i nawet nie wstałam, witając się z nią: nie
widziałam takiej potrzeby, na sterowcu była dla mnie tylko członkiem drużyny
lub pasażerem, na pewno nie członkiem królewskiej rodziny, poza tym biodro wtedy nadal jeszcze było obolałe po urazie, wolałam więc go nie nadwyrężać. – Zmieniłaś
się, Francesco.
– Proszę, zwracaj się do mnie Vivienne – odparłam, a
ona skinęła głową – i każdy by się zmienił, gdyby przeżył tyle, co ja. Mój
braciszek się postarał, bym miała życie pełne wrażeń. A propos… cóż się dzieje
w pałacu ojca, wiesz może? – spytałam, płynnie przechodząc na helijski, z racji
na obecność Manro i piratów wokół.
– Twój ojciec się wycofał, a władzę przejął twój brat…
było to niemałym zaskoczeniem dla wszystkich, decyzja twego ojca wywołała
głośny skandal, ten oszalały półork baronem? No, ale Rigard van der Vicanis tak
postanowił, więc nie było odwrotu i trzeba było uszanować decyzję, jakby nie
patrzeć, Bugdush to jego syn – wyjaśniła, a ja kiedyś poczułabym zapewne rosnącą we
mnie wściekłość, że Bugdush poszerzył swoje wpływy… ale teraz było mi to obojętne… to
już mnie nie dotyczyło.
Tak
samo jak nie dotyczyła mnie ta wyprawa po legendarne Oko Magii… do niczego nie
było mi potrzebne, mi nie obiecano dostępu do skarbca… choć od Mikura dowiedziałam się, że Manro bardzo zależy na dostaniu się tam, gdyż umieszczono tam
Łzę Stwórcy… boski artefakt, pozwalający odzyskać duszę. Czyli blargh chciałby
przywrócić sobie duszę… dla mnie i tak na zawsze pozostanie sukinsynem, który
groził śmiercią kobiecie w ciąży, niewinnej i bezbronnej. W każdym razie,
poszukiwania o których wszyscy tyle mówili, nie były dla mnie niczym
szczególnym… zamierzałam wspomóc ich w walce, nic nie obniżało stresu tak jak potężna dawka adrenaliny… nie sądziłam
jednak, bym znalazła w którejkolwiek z lokalizacji coś, co by mnie
zainteresowało.
Kiedy
znudziły mnie już rozmowy o walkach i o tym, kto co potrafi i jak to szybko
rozprawi się z zagrożeniem, które na pewno nas czekało w takich miejscach, podziękowałam
za towarzystwo, szczególnie patrząc na Lancello… elf zdaje się zrozumiał, o co
mi chodziło, bo skinął głową z lekkim uśmiechem i życzył mi udanej kąpieli, gdy
powiedziałam, że tam się udaję. W tej chwili, siedzący obok mnie Troy, objął
mnie ramieniem w talii i zaproponował, że może mi potowarzyszyć… odsunęłam się
od niego i wstałam od stołu, zdecydowanie odmawiając, nawet gdy zasugerował, że
przecież moglibyśmy pozostać w bieliźnie, jeślibym się wstydziła… prostak,
myślał, że uda mu się do mnie dobrać? Nie miał szans…
Wyszłam z kantyny i
wróciłam do pokoju, w którym złożyli mnie po przyjściu z Dverg Morke, a z
którego już nie zamierzałam się wynosić. Drzwi, wstawione przez kogoś, gdy
spałam, otwarły się ze skrzypieniem, ale, na szczęście, szczelnie się zamykały.
Zaczęłam rozbierać się do kąpieli, ale nie zdążyłam nawet rozsznurować sukni,
kiedy usłyszałam pukanie. Poczułam zapach człowieka pod drzwiami, chwyciłam
więc mój miecz, myśląc, że może Troy przypełzł z nachalnymi prośbami, zbliżając
się do drzwi poczułam jednak, że to jeszcze marniejsza istota, nie opuściłam
więc broni, tylko otworzyłam drzwi, unosząc ją ku gardłu przybysza.
– Czego? – spytałam, mierząc go z pogardą.
– Słuchaj… rozumiem, że nie wszyscy są tak pojebani na
temat śmierci, jak ja… – zaczął, więc spojrzałam na niego z zainteresowaniem,
zastanawiając się, do czego dąży, nadal nie opuszczałam jednak ostrza.
– Tak…?
– Chciałem cię przeprosić. Rozumiem, że strata dziecka
musi boleć – powiedział i, o dziwo, zabrzmiało to szczerze, a na jego twarzy
widziałam prawdziwą skruchę – wybacz, nie wiedziałam.
– Dobrze – odparłam nieco niepewnie – coś jeszcze?
– Nie, tylko tyle – powiedział i, nie czekając, aż coś
zrobię czy odpowiem, odsunął się od ostrza miecza i odszedł.
Zamknęłam
drzwi. Nie chciałam się zastanawiać nad zachowaniem Mścibora… pewnie dowiedział
się o mojej historii i zrobiło mu się
mnie żal… niepotrzebnie… sama byłam sobie winna. Lancello może i obiecał mi
pomóc z bratem, nie wiedział jednak, że porzuciłam własne dziecko, a teraz
wszystkich kłamię, że nie żyje… ciekawe, czy wtedy też zaoferowałby swoją
pomoc… szczerze w to wątpiłam. Rozebrałam się z sukni i narzuciłam na siebie
szlafrok, po czym poszłam do łazienki. Idąc korytarzem, słyszałam śmiechy
członków drużyny, dobiegające z kantyny – wszyscy jeszcze pili w najlepsze,
ciesząc się wieczorem, być może dla niektórych ostatnim… w końcu nigdy nie
wiedzieliśmy, co nas czeka w ruinach czy lochu, do którego mieliśmy dotrzeć
następnego dnia i czy to nie będzie nasza ostatnia walka.
Po
gorącej kąpieli sen przyszedł szybko, zwłaszcza, że Lancello zostawił w moim
pokoju fiolkę z resztą płynu, do wypicia którego mnie zmusił, czekała więc mnie
kolejna noc bez koszmarów. Pomyślałam, że warto by było poprosić go o więcej…
ta miksturka to jedyna rzecz, która zapewniała mi spokojny sen, tylko ona koiła
wyrzuty sumienia, które nękały mnie w koszmarach, przedstawiając mi tak często
martwą Bairre… jej zakrwawione, zimne ciałko na moich rękach… wzdrygnęłam się,
chcąc odsunąć od siebie te wizje i wypiłam do reszty zawartość fiolki. Może i
nie było jej wiele, dużo mniej niż w poprzedniej dawce, którą we mnie wlali, w
połączeniu z alkoholem i tak jednak zrobiła swoje i już po chwili zasnęłam
twardym, spokojnym snem.
Poszukiwania w lesie
Kiedy
obudziłam się następnego dnia, dotarliśmy już na miejsce i wszyscy szykowali
się do zejścia na ląd. Założyłam skórznię, na to Zbroję Mrocznego Łowcy,
przewiesiłam Łuk Skorpioni przez plecy, Róg Heimdalla zawiesiłam na ramię i poszłam do wyjścia. Nie udało się
znaleźć dobrego miejsca na wylądowanie, sterowiec zawisł więc nad drzewami i
wszyscy musieliśmy zejść po drabince na niewielką polanę, skąpaną blaskiem obu
słońc. Z westchnieniem narzuciłam kaptur i założyłam rękawiczki, po czym bez
trudności zeszłam na ląd i spojrzałam w górę.
Wcześniej
nie dane mi było zobaczyć sterowca z zewnątrz – kiedy się na nim znalazłam,
byłam nieprzytomna, później natomiast, kiedy zatrzymaliśmy się w mieście
słonecznych elfów, ani trochę nie miałam nastroju by go opuszczać. Obserwowanie
od wewnątrz stalowych ścian w zupełności mi wystarczało, nie sądziłam, by z
zewnątrz prezentował się lepiej. Wszyscy się nim zachwycali, dla mnie jednak
był po prostu blaszaną puszką… tak daleką od okrętu, na którym dane mi było
podróżować z załogą Bel’salana. Kiedy przyjrzałam mu się z zewnątrz, doszłam do
wniosku, że niewiele się myliłam – sterowiec, którym podróżowaliśmy, był po
prostu wielką puszką ze stali, zawieszoną pod ogromnym, pękatym
balonem, również poszytym metalem. Wiedziałam od Otra, że wewnątrz znajdowały
się materiałowe komory, wypełnione ciepłym gazem, dzięki któremu sterowiec się
unosił, niezbyt jednak interesowała mnie konstrukcja tej machiny, nie
wiedziałam więc, do czego służą liczne rury, przewody, wiatraki i inne wymysły
krasnoludzkiej inżynierii, których nawet nie potrafiłam nazwać, choć Otr z
zapałem mi o nich opowiadał.
Rozejrzałam
się wokół. Las nas otaczający był bardzo stary, strzeliste drzewa o pniach tak
grubych, że Mikur miałby problem z objęciem niektórych, zdawały się sięgać
samych chmur. Jeszcze ze sterowca zauważyłam, że puszcza zdawała się ciągnąc
bez końca… inni też to musieli zauważyć, bo po chwili zaczęliśmy się już
wszyscy zastanawiać, jakim cudem znajdziemy tam miejsce, o którym mówił
Valarad, i czy w ogóle owe miejsce istnieje. Niestety, jedyna osoba, która
miała o tym jako taką wiedzę, czyli kapitan piratów, wczorajszej nocy tak długo
i intensywnie chlał ze swoją załogą, że dzisiaj nie nadawał się nawet do
zwleczenia swojego leniwego zada z łóżka, musieliśmy więc sobie poradzić bez
niego. Troy wpadł na pomysł, żeby po prostu rozejrzeć się po okolicy, nie
sądziłam jednak, by to było aż tak proste – wiedziałam z doświadczenia, że do
legendarnych miejsc ciężko się dostać. Mścibór zdawał się wpaść na inny pomysł,
podszedł do jednego drzew, jakby czegoś nasłuchiwał i pochylił się, po czym
podniósł z ziemi małego, błyszczącego żuczka. Położył go sobie na ręce i zaczął
do niego mówić… dokładnie tak, jakby z nim rozmawiał.
– Uspokój się, chcę tylko pogadać. Nic ci nie grozi –
powiedział, gdy żuczek nerwowo próbował uciec, a ten, o dziwo, przystanął i zwrócił
się czułkami w jego stronę; uniosłam w powątpiewaniu brew, a Mścibór zwrócił
się do swojego małego przyjaciela, co jakiś czas robiąc chwile przerwy, jakby
wysłuchiwał jego odpowiedzi. – Słuchaj, wiesz może czy gdzieś w tym lesie są
lochy? Co byś chciał w zamian za informacje? Jasne, nie ma problemu – dodał, a
ja już nie wytrzymałam.
– Eee? A ty się dobrze czujesz? Z kim rozmawiasz? –
spytałam, patrząc na niego jak na wariata.
– Tak, czuję się doskonale, a rozmawiam z żuczkiem –
wyjaśnił, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem; co prawda słyszałam
pogłoski o druidach, miłośnikach i strażnikach przyrody, jakoby potrafili
rozmawiać ze zwierzętami, zawsze jednak uważałam to za plotki.
– Rozmawiasz z żuczkiem, tak? – spytałam jeszcze raz,
po czym, nie czekając na jego odpowiedź, zwróciłam się do reszty towarzyszy. –
Na pewno wszystko z nim dobrze? Chyba trochę mu odbiło.
– On tak ma – odparł Troy; Mikur zdawał się być równie
zdziwiony, co ja, Lancello natomiast wzruszył ramionami, jakby w zupełności go to
nie dziwiło… – A gdyby tak teraz przybić ci piątkę, Mścibór? – awanturnik zaśmiał się
złośliwie.
– Albo wziąć tak pstryknąć w tego żuczka – zawtórował
mu stein.
– Spokojnie, już odchodzimy od nich – Mścibór spojrzał
na owada i zakrył go drugą dłonią, jakby chciał go przed nami ochronić.
Zaczął człapać, w stronę
lasu i odszedł na tyle daleko, żebyśmy nie rozumieli, jak szepcze do żuczka.
Oglądał się co jakiś czas, jakby chciał się upewnić, że nikt nie podąża za nim…
dziwoląg. Wdaliśmy się w rozmowę, gdzie mogą być ukryte ruiny lub loch i co tam może na nas czekać, co jakiś czas zerkając tylko na
Mścibora. Starałam się zrozumieć jego rozmowę, ale słyszałam jedynie
pomrukiwania tego dziwnego człowieczka. W pewnym momencie pochylił się i chyba
odstawił owada na trawę, po czym dotknął drzewa… do tej pory pełne życia, o
zdrowym pniu, nagle zmurszało w miejscu, gdzie spoczęła dłoń Mścibora, a na
ziemię posypało się mnóstwo kory… kiedy do nas wrócił, spojrzałam na niego
zdziwiona, zaskoczona… rozmawiał ze zwierzętami i dotykiem zabijał rośliny… nie
mógł być druidem… do tego jego poglądy związane ze śmiercią, mutacje… był
dziwakiem… wyrzutkiem…
Opowiedział nam, czego
dowiedział się od żuka. Ponoć musieliśmy znaleźć pień, który, według owada,
znajdował się po tej stronie, gdzie nie ma słońc. Doszliśmy do wniosku, że
musiało chodzić o północ… rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy szukać. Z początku
widziałam innych gdzieś w oddali, kilka razy Manro przemknął nade mną w locie,
po jakimś czasie jednak zabrnęłam już na tyle daleko, że ani nie widziałam
towarzyszy, ani w żaden sposób nie czułam ich obecności. Rozglądałam się w
poszukiwaniu czegoś, co mogłoby wyglądać jak wejście… wszystkie drzewa
wyglądały jednak po prostu jak… najzwyklejsze drzewa. Pnie też niczym się nie
wyróżniały, minęłam kilka przewróconych, rosłych drzew, nigdzie jednak nie
widziałam nic nadzwyczajnego. Ot, las jak las.
Słyszałam nie raz drobne
gryzonie w trawie czy ptaki w konarach drzew, większość z nich jednak szybko
pierzchała, gdy tylko znalazłam się w pobliżu, nie dane mi więc było ani na
moment przyjrzeć się śpiewającym pięknie słowikom. No tak… byłam dla nich
drapieżnikiem… instynkt przetrwania kazał im uciekać przed zagrożeniem. Po
godzinie spaceru po lesie przysiadłam pod jednym z drzew i oparłam się o
szeroki pień, wdychając zapach liści, traw, polnych kwiatów, rosnących w
miejscach, gdzie korony nie były tak rozłożyste i do podłoża docierały
promienie słoneczne… uwielbiałam tę woń… dlatego tak bardzo przyciągał mnie
zapach Lancello. Jako leśny elf miał zapach przywodzący na myśl tętniącą życiem
puszczę o poranku, z kroplami rosy zwisającymi z traw jak łzy z rzęs… nie
sądziłam jednak, by kiedykolwiek dane mi było spróbować jego krwi – być może
już nie wyjmował noży za każdym razem, gdy znajdowałam się w pobliżu, ale nadal
ja byłam wampirem, a on… strażnikiem z gór… zapewne gór otaczających Martwe Ziemie, miejsce pełne istot chaosu, demonów… na statku Bel’salana zdarzało mi
się słyszeć opowieści, co tam się czai i, choć część z nich zapewne była
ubarwiona, wolałabym nigdy nie weryfikować nawet najłagodniejszych historii.
Oparłam głowę o pień i
przymknęłam oczy, delektując się otaczającą mnie przyrodą. Poza dobrymi
skojarzeniami, wróciły jednak niestety też te złe… Puszcza Felmaria i wszystko,
co tam się wydarzyło… wzdrygnęłam się, starając się nie dopuścić do siebie
myśli o tym, co kazał mi tam zrobić Bugdush… o jego orkach, którzy tak ochoczo wykonali jego rozkaz... czułam, jak znów zalewa mnie ten
paskudny nastrój… nie chciałam dać mu znów sobą zawładnąć, wstałam więc i
szybkim krokiem ruszyłam z powrotem na polanę, gdzie mieliśmy się spotkać i
zdać relacje z naszych poszukiwań.
Okazało się, że wyprawy w
las innych były równie owocne, co moja, czyli nadal wiedzieliśmy o celu naszej
wyprawy tyle samo, co w momencie zejścia na polanę, to jest jedno wielkie nic.
Mikur był naprawdę zirytowany, już wcześniej przychodziły mu do głowy
głupie pomysły, co by skakać, pamiętałam jednak dobrze, jak to się ostatnio
skończyło i stanowczo mu tego zabroniłam, tłumacząc reszcie, co ostatnio wywołał, i parę głosów mi zawtórowało. Stein zrobił wtedy minę dziecka, któremu
dopiero co odebrano zabawkę, ale przełknął to i przestał nalegać. Teraz jednak
wydawał się zdeterminowany, by działać.
– Nie no – niemal krzyknął z irytacją – poskaczę! To
jest bez sensu! Ten las jest ogromny!
– A skacz sobie – rzucił od niechcenia Lancello, który
dopiero co wyłonił się spośród drzew ze zrelaksowaną miną; ledwie powstrzymałam
szeroki uśmiech, gdy go zobaczyłam wychodzącego z lasu chwilę wcześniej… nie
miałam pojęcia, skąd się wzięło to uczucie, ale jakoś tak… od razu lepiej mi
się zrobiło na jego widok…
Mikur,
po odpowiedzi Lancello, uśmiechnął się szeroko i, mimo moich głośnych protestów,
zaczął podskakiwać. Ziemia pod nami zadrżała, gdy ten siedmiuset tonowy stein
skakał jak małe dziecko… którym, swoją drogą, w głębi serca nadal był, mimo
wszystko jakimś cudem udało mu się zachować tę dziecięcą naiwność… nie
wiedziałam tylko, jak długo jeszcze uda mu się nie zmienić tego stanu…
Ku
naszemu zdziwieniu, jego skakanie przyniosło nieoczekiwanie dobre efekty.
Zniszczył ściółkę, spod której zauważyliśmy jasne drewno, z ciemniejszą pręgą,
wyglądającą jak część słoja… ogromnego słoja… odsunęliśmy jeszcze trochę ziemi,
żeby zobaczyć, w jaką stronę biegnie linia, po czym zaczęliśmy iść w stronę
wnętrza pnia. Tam w drewnie wyryte były inskrypcje po elficku, Lancello
pochylił się więc i odczytał je na głos, tłumacząc na język wspólny.
– Życie przelane otworzy wrota – powiedział,
przyglądając się napisowi w zamyśleniu, jakby to mogło dać mu odpowiedź.
– W sensie trzeba jakąś krew rozlać, czy co? – spytał
Mikur niepewnie… czyżby las wymagał od nas ofiary z życia, by ujawnić swoje
tajemnice?
– Możliwe… – odparł cicho Lancello i wyjął nóż, po
czym szybkim ruchem rozciął sobie dłoń i ustawił tak, by krew spływała na
napis…
Zapach
krwi uderzył moje zmysły potężnym ciosem… krew Lancello pachniała tak
kusząco… ledwie się powstrzymałam, by nie zlizać jej z jego dłoni…
podejrzewałam jednak, że przypłaciłabym to życiem, wzięłam więc głęboki wdech,
by uspokoić wampirze żądze, choć nie przyszło mi to łatwo. Lancello, widząc
moje spojrzenie wbite w krwawiącą ranę na jego ręce, szybko wyciągnął kawałek
materiału i owinął ranę, posyłając mi przepraszające spojrzenie… zdawało mi
się, że chciał coś do mnie powiedzieć, ale nagle las wokół nas zasłoniły
obrośnięte bluszczem i mchem kamienne ruiny. Ledwie zdążyłam im się przyjrzeć,
gdy niewiadomo skąd zjawiły się przeróżne istoty, większość z nich widziałam po
raz pierwszy w życiu… różnej wielkości stworzenia, złożone jakby z wirujących
liści i gałązek, ogromne pająki, ze szczękami, w których bez problemu mogłyby
zgnieść czaszkę dorosłego człowieka i kolcami, lśniącymi kroplami jadu w
promieniach słońca. Nad wszystkimi istotami górowały kilkumetrowe drzewce – humanoidalne
istoty o ciele z drewna i skórze z kory...
Strażnicy puszczy
Szybko
rozgorzała walka. Lancello od razu zniknął dzięki swojej pelerynie, usłyszałam jedynie jego oddalające się kroki i świst strzał, zawsze celnie trafiających
i nie raz powalających od razu ofiarę. Zadęłam kilkakrotnie w róg, żeby
zwiększyć nasze siły w starciu z obrońcami puszczy. Największą trudność
sprawiały nam żywiołaki z wirujących liści, nie sposób było ich trafić normalną
bronią, dlatego rozpoczęłam inkantować i skupiłam się, by uderzyć w nich siłą
ciemności… z satysfakcją zauważyłam, jak część z nich się rozpada, powtórzyłam
więc to jeszcze kilka razy, aż do granic moich możliwości i sił. Niestety,
zapomniałam o pająkach – jeden z nich podbiegł do mnie i przewrócił mnie
przednimi odnóżami, przygniatając do ziemi i szczękając złowieszczo. Już
widziałam zbliżające się do mojego ciała ociekające jadem kolce, gdy powietrze
nade mną przeszyła strzała wycelowana idealnie w podbrzusze pająka. Stwór drgnął i
wyprężył się, po czym opadł na mnie, przygniatając mnie do ziemi włochatym
odwłokiem. Próbowałam się spod niego wydostać, zasłaniał mi widok na całe pole
walki, nie widziałam więc, czy nie zbliża się kolejne zagrożenie… wtedy
poczułam powiew wiatru, a po chwili wokół mnie zaroiło się od małych listków.
Były ostre jak sztylety, zdawały się przenikać na wskroś moje ciało, nie
zadawały mi jednak krwawiących ran, były niematerialne… po chwili ten powiew
zastąpił inny, mroźny wiatr… Mikur walczył z roślinami Mroźną Żałobą – wykorzystując jej śnieżną moc, stworzył tuż obok mnie zamieć… w końcu udało mi
się wyczołgać spod martwego pająka. Zobaczyłam Mikura, wygrzebującego się spod
gruzów i drzewca, zrzucającego z siebie Troya… idiota, chyba wykorzystał
przyczepność lwich butów i postanowił wbiec na drewnianego ludzika, który nie
przyjął tego zbyt entuzjastycznie… chyba, żeby za przejaw entuzjazmu uznać to,
z jakim zapałem obecnie przydeptywał leżącego obecnie na ziemi Troya, który, na
swoje nieszczęście, zachował bardzo długo świadomość… jego krzyki ucichły
dopiero, gdy rozległ się głośny chrzęst pękającego kręgosłupa szyjnego i
czaszki. Mścibór już wcześniej leżał martwy… o tak… natura zajadle broniła
swoich skarbów i tajemnic…
Odsunęłam
się na bok i wyciągnęłam łuk, szyjąc w te istoty, które jeszcze żyły. Poczułam
zapach Lancello obok mnie i uśmiechnęłam się lekko, posyłając jednocześnie
kolejną strzałę w rosłego pająka, który w końcu padł, przyozdobiony kilkoma
brzechwami sterczącymi z odwłoka. To był jeden z ostatnich, mniejszych
przeciwników, pozostały tylko ogromne drzewce. Nagle jednak, jeden po drugim,
zaczęły się rozpadać, jakby coś trawiło je od środka, najpierw padł ten tuż
przy ciele Mścibora, potem dwa kolejne. Zauważyłam też złamany miecz w jednym z
drzewców… dobrze mi znany miecz, więżący w sobie duszę demona, Zarathosa.
Drzewiec powstał na moment, tylko po to, by po chwili znów się rozpaść.
Niedługo potem, nie wiadomo w jaki sposób, powstał Mścibór… jednak gdy tylko
wstał, jego ciało zaczęło się zmieniać i już wiedziałam, dlaczego nie
potrzebował wskrzeszenia… jedna jego strona nadal wyglądała jak Mścibór, druga
natomiast zmieniła się i przybrała demoniczne cechy Zarathosa.
Lancello
zrzucił już zasłonę niewidzialności i stanął niedaleko ode mnie… choć minęło trochę
czasu i rana na jego dłoni już nie krwawiła, nadal czułam zapach dość świeżej
krwi. Atak żywiołaków mnie osłabił i mój organizm domagał się krwi, pragnął jej.
Zwróciłam się do Lancello, przygryzając z zakłopotaniem wargę… był jedyną osobą, od
której mogłam w tamtej chwili wziąć życiodajny płyn, a pragnienie stawało się
coraz silniejsze i wiedziałam, że jeszcze trochę i mogłabym przestać nad sobą
panować…
– Lancello… potrzebuję krwi… czy mógłbyś? – poprosiłam
ostrożnie, podchodząc do niego powoli, jakbym chciała mu pokazać, że świetnie
sobie radzę z panowaniem nad żądzą, a on tylko zmierzył mnie na moment badawczo, po czym cicho westchnął.
– Skoro musisz – powiedział i odwiązał kawałek
materiału z ręki, którą wcześniej sobie rozciął – tylko się nie przyzwyczajaj.
Skinęłam
głową i podeszłam do niego w normalnym tempie, choć moje mięśnie krzyczały, by
biec w jego stronę i wbić zęby w jego ciało… co też po chwili i tak musiałam zrobić,
gdyż rana była już zasklepiona. Chwyciłam dłoń Lancello i przysunęłam ją sobie
do ust, po czym szybko, byle nie sprawiać mu niepotrzebnego bólu, wgryzłam się
w jego skórę. Smak jego krwi był absolutnie niesamowity… Salus smakował
podobnie, też był w końcu leśnym elfem, ale we krwi Lancello była jakaś
niesamowita nutka, nadająca jej jeszcze więcej słodyczy… Lancello cierpliwie
zniósł moje posilanie się, przyglądając mi się tylko na początku, później natomiast
obserwując z pewnym zaciekawieniem Mścibora. Kiedy poczułam, jak wracają mi
siły, z trudem oderwałam się od picia i podziękowałam elfowi, na co ten tylko
skinął głową z lekkim uśmiechem i wrócił do obserwowania naszego dziwnego
towarzysza, otarłam usta z krwi i również zaczęłam się mu przyglądać... Mścibór wyglądał zaiste bardzo interesująco, wykonując nieskoordynowane ruchy,
najwyraźniej walcząc z demonem o kontrolę nad ciałem.
– Zostaw to ciało! – rozległ się krzyk Mścibora, po
chwili znów wrzasnął, jakby odpowiadał sam sobie. – To ty je zostaw! Zresztą… i
tak niedługo to ciało zostanie moje w pełni.
– Mściborze, jak to się stało? – spytałam, podchodząc
do niego ostrożnie.
– Co za idiota… – skomentował sytuację Manro; to on
musiał być odpowiedzialny za uwolnienie demona, w końcu miecz był jego i on nim
walczył… może i nie miałam zbyt wysokiego mniemania o Mściborze, ale na miano
idioty zasługiwał zgoła ktoś inny…
Chciałam
mu odpyskować, naprawdę, miałam ogromną ochotę zetrzeć ten parszywy uśmieszek z
jego trupiej gęby. Już otwierałam usta, żeby na niego nakrzyczeć, kiedy moją
uwagę odwrócił szmer skrzydeł gdzieś ponad nami.
Niespodziewany przybysz
Wielki, śnieżnobiały smok
zatoczył koło nad ruinami i wylądował na ziemi obok nas, po czym od razu
przybrał ludzką postać. Szybko się odwróciłam, zasłaniając oczy dłonią… jak ja
nie znosiłam takiego publicznego obnażania się…
– Smoki… czy naprawdę wszystkie smoki musza tak razić
po oczach nagością? – powiedziałam do siebie, niestety, moja uwaga została
usłyszana przez nieproszonego gościa w ciele Mścibora.
– Że też akurat tobie to przeszkadza – zakpił
Zarathos, a ja spojrzałam w jego stronę z nienawiścią.
– Masz jakiś problem? – warknęłam, na co demon jedynie
uśmiechnął się szyderczo połową ciała, która przybrała jego cechy.
– Dwa pasożyty, elf i kamień… zdaje się, że dobrze
trafiłem – usłyszałam głos smoka, tak łudząco podobny do głosu osoby, której
nie widziałam już tyle czasu…
– Raves? – odwróciłam się i spojrzałam na przybysza z
zaskoczeniem… był tak łudząco podobny do naszego dawnego towarzysza… wyglądałby
zupełnie jak on, gdyby nie blizna, biegnąca przez jego lewe oko i zupełnie
białe włosy.
– Ravis, Raves to mój brat – wyjaśnił; w momencie, gdy wypowiedział swoje imię, usłyszałam ciche prychnięcie Lancello – szukam was od
dawna, musimy porozmawiać.
– Jeszcze będzie na to czas, teraz dokończmy, co
zaczęliśmy – powiedział Lancello, odwracając się tyłem do Ravisa, poszłam więc
jego śladem.
Przed
nami pojawiła się trójka dostojnych elfów, ich kontury rozmywały się,
podejrzewałam więc, że mogą być duchami lub swego rodzaju iluzją… nie wiem, jak
długo obserwowali naszą rozmowę, w każdym razie mieli dość obojętne miny, jakby byli
zdecydowanie ponad to, co działo się obecnie wokół. Jeden z nich trzymał w
dłoni Excallibura, drugi katanę – Muramasę, trzeci natomiast, stojący pośrodku,
dumnie dzierżył Oko Magii… cel wyprawy moich towarzyszy.
– Pokonaliście pierwszych strażników – elf ze środka
wystąpił o krok do przodu – lecz teraz to my, elfi strażnicy, stoimy przed wami. Możecie z nami walczyć
lub możecie otrzymać nasze błogosławieństwo, lecz prosić może o nie jedynie
prawdziwy elf. Któż spośród was jest godzien? – spytał, a my spojrzeliśmy po
sobie… jakoś tak wszystkie nasze spojrzenia spoczęły na Lancello, w końcu w
tamtej chwili był jedynym elfem wśród nas.
– Lećcie na sterowiec po mikstury, mogą się przydać.
Manro, zostajesz ze mną, reszta niech wraca… Ravis, skoro masz do nas jakąś
sprawę, zabierz ich na sterowiec – zarządził Lancello, a wszyscy skinęli
głowami – pogadamy o tym jak wrócimy. Vivienne, weź jakoś zbierz to, co zostało
z Troya i zabierz do mnie do pokoju, nie możemy go tutaj zostawić.
Ravis
skinął jedynie głową i znów zaczął się rozbierać, ponownie odwróciłam więc
wzrok. Nie krępowała mnie nagość, ale nie czułam potrzeby wpatrywania się w
czyjeś przyrodzenie. Podeszłam do ciała Troya, a raczej tego, co z niego
zostało… dzięki temu, że Lancello użył mocy zimna i zamroził szczątki, jakoś
pozbierałam to wszystko w jego pelerynę. Nie odczuwałam satysfakcji z tego, że zginął w tak okrutny sposób, ale nie zamierzałam też płakać nad jego ciałem – zginął poniekąd na własne życzenie i przez własną głupotę, w dodatku jego towarzystwo było dla mnie naprawdę uciążliwe i podejrzewałam, że zmienić to się mogło tylko i wyłącznie na gorsze.
Chwyciłam zawiniątko ze szczątkami i podeszłam do Ravisa… ostatnim
smokiem, na którym leciałam, był właśnie jego brat… nawet w formie smoczej łudząco
przypominał Ravesa, pomijając oczywiście kolor – pod tym względem chyba
bardziej się różnić nie mogli. Spojrzałam na Mścibora, który najwyraźniej
kłócił się wewnętrznie z nowym pasażerem w swoim ciele.
– Weź się rusz w końcu, nie będziemy czekać – zwróciłam
się do niego, opierając stopę na zgięciu nogi smoka i wspinając się na niego.
– Dziwka mi nie będzie rozkazywać – prychnął
pogardliwie Zarathos, zmierzyłam więc go wściekła już z grzbietu smoka… demoniczna strona Mścibora,
widząc to, uśmiechnęła się szyderczo – Francesca, a co ty na trójkącik? Ty, ja i
Talatsu? Co dwa miecze to nie jeden, no nie? – spytał kpiąco, nie zamierzałam
jednak odpowiedzieć na jego prowokację, usadowiłam się tylko wygodnie na
grzbiecie Ravisa i upewniłam się, że po drodze nie zgubię żadnej części ciała
awanturnika.
Zarathos
albo w końcu się znudził, albo Mściborowi udało się odzyskać kontrolę, bo jego
ciało zaczęło wracać do normalnego wyglądu. Po chwili podszedł do smoka i
zaczął się na niego niezdarnie wdrapywać… no tak, w końcu miał trzy stawy. Nie
lepiej szło to Mikurowi... kiedy tylko udało im się zająć bezpieczną pozycję za
mną, Ravis rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Pochyliłam się nad jego
grzbietem, wbijając dłonie w łuski, żeby tylko nie spaść… lot na sterowiec
na szczęście był krótki, nie musiałam więc się długo obawiać o upadek.
Odpoczynek po walce i niespodziewany finał
Po
powrocie na sterowiec, od razu zaniosłam truchło Troya do pokoju Lancello. Moc,
która zmroziła zmiażdżone zwłoki, przestała już działać – zauważyłam to, idąc
korytarzem na sterowcu, kiedy rozmrażająca się krew zaczęła skapywać z
przesiąkniętej peleryny, tak więc pierwsze, co zrobiłam, to rozejrzenie się za
czymś, na co mogłabym to położyć, żeby nie zakrwawić podłogi. Niestety, nie
zauważyłam nic, poza kociołkiem do ważenia mikstur… nie wypuszczając z rąk
zawiniątka z ciałem Troya, poszłam do łazienki, gdzie wrzuciłam ciało do balii
i przydźwigałam to na drugą stronę korytarza, z powrotem do pokoju Lancello.
Prosił, żeby zostawić truchło tam, więc prośby wysłuchałam.
Postawiłam
balię na środku pomieszczenia i rozejrzałam się wokół. Po raz pierwszy widziałam pokój
Lancello, nigdy wcześniej nie miałam okazji nawet pukać do jego drzwi, byłam
więc ciekawa, jak zagospodarował swoją przestrzeń. Pokój był podobny do mojego,
tylko nieco większy i pozbawiony stosów ubrań, które przestały mieścić się już
w skrzyni… jeszcze będąc w Dverg Morke kupiłam kilkanaście nowych sukien i
trochę różnego rodzaju bielizny, w końcu w perspektywie miałam podróżowanie
sterowcem, nie było więc problemu z przechowywaniem ubrań. W pokoju Lancello
tuż obok drzwi znajdował się wieszak, obecnie pusty, kawałek dalej stało spore
łóżko, przy jego zagłówku ustawiony został niewielki stolik, zajęty
przez dzban z wodą, kubek i mithrillowy sztylet, natomiast przy nogach łóżka na
podłodze stała duża, drewniana skrzynia (zamknięta, w przeciwieństwie do mojej,
która nie była w stanie sprostać zadaniu ukrycia gorsetów). Pod okrągłym oknem, naprzeciwko
drzwi, dokładnie jak w moim pokoju, stał stół z dwoma krzesłami, a na nim
blaszany garnek i osełka, widać Lancello lubił dbać o ostrość swoich strzał i noży do rzucania. Z
kolei na prawo od drzwi stała szafka i stojak na broń, w którym w tym momencie
był zostawiony tylko dość dobrej jakości łuk ze zdjętą cięciwą, a oparta o
niego leżała legendarna tarcza Aegis. W rogu Lancello ustawił kociołek z
paleniskiem i blaszany stolik, a na nim moździerz, retorty, alembik i inne
utensylia alchemiczne – najwyraźniej w tym miejscu realizował się jako zielarz i alchemik.
Rzuciłam ostatnie spojrzenie
na pokój, zastanawiając się, jakim cudem elfowi udaje się go utrzymać w takim
porządku, po czym ruszyłam do siebie. Używanie mocy żywiołów było wyczerpujące,
a ja nie miałam w tym zbyt wielkiego doświadczenia, tak więc musiały wrócić mi
siły. Sen mi w tym nie pomagał, potrzebowałam jedynie czasu, nie chciałam go
jednak marnować, byśmy jak najszybciej mogli wrócić do Lancello i blargha. Los
Manro niezbyt mnie obchodził, nie było mi jednak obojętne życie Lancello, a nie
wiedzieliśmy, jak się zachowali strażnicy po naszym odejściu… niestety, reszta
drużyny miała ważniejsze sprawy na głowie, jak chociażby pokazanie Ravisowi
pokoju po jego bracie… czekałam długo na towarzyszy, siedząc przy wyjściu ze
sterowca…
Do ruin wróciliśmy dopiero
po zmierzchu i, kiedy tylko wylądowaliśmy, zobaczyliśmy naszych towarzyszy srogo
pokiereszowanych, ale z satysfakcją na twarzach – dzierżyli oba legendarne
ostrza i Oko Magii. Lancello spojrzał po nas z wyrzutem i z lekko złośliwym
uśmieszkiem, który błąkał się na jego ustach zawsze gdy udał mu się jakiś żart…
zastanawiało mnie, jakim cudem udało im się pokonać tych strażników, zwłaszcza,
że nie zauważyłam, by w kołczanie Lancello ubyło strzał od czasu walki…
pomyślałam, że warto byłoby go o to później zapytać.
– No, nie spieszyło się wam jakoś zbytnio z powrotem, z
Manro już tak zaczęliśmy się nudzić, że sami zajęliśmy się strażnikami –
odezwał się Lancello, gdy tylko zsiedliśmy z Ravisa.
– Mikur oprowadzał Ravisa po sterowcu – odparłam z
rozgoryczeniem, spoglądając na moment na nich i Mścibora zmrużonymi oczami.
– Ej no, przecież nie minęło tak dużo czasu – bronił się
stein.
– Skoro parę godzin to w tej sytuacji niedługo, to
mamy chyba inne pojęcie czasu – burknął Lancello – lepiej już wracajmy.
– Ale jak wam się udało pokonać strażników? Co
potrafili? – dopytywał Mikur, ale oboje zbyli go tylko niechętnymi
spojrzeniami.
– Nic ci nie jest? – spytałam Lancello, ignorując pytania
mojego kamiennego przyjaciela; mnie nie obchodziła walka, natomiast zmartwił
mnie wygląd elfa… Manro też był poharatany, ale, jak już wspominałam, jego
los był mi raczej obojętny.
– Ależ skąd, czuję się świeżo jak kwiatuszek o poranku
– rzucił sarkastycznie z paskudnie ironicznym grymasem, po czym, ujrzawszy
troskę i zmartwienie wypisane na mojej twarzy, dodał już normalnym tonem ze
swoim zwykłym, lekkim uśmieszkiem – bez obaw, wyliżę się.
Uśmiechnęłam
się do niego i wdrapałam się na grzbiet Ravisa, oglądając się za siebie, czy
Lancello nie byłaby potrzebna pomoc, wspiął się jednak zaraz za mną z dużo
większą gracją, niż ja i posłał mi szelmowski uśmiech. Manro rozłożył skrzydła
i, bez słowa, odleciał w stronę sterowca, trzymając w dłoniach Muramasę i Oko
Magii, zerknęłam na Lancello i zobaczyłam, że za pas założył Excallibura. Po
chwili Mścibór i Mikur dołączyli do nas i smok wzniósł się w niebo, kierując
się za blarghiem, a ja znów wbiłam kurczowo paznokcie w zagłębienia pomiędzy
łuskami, mając nadzieję, że i tym razem uda mi się nie zsunąć po śliskiej
skórze. Jak ja nie znosiłam latać na smokach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz