wtorek, 15 marca 2016

Niezagojone rany

Oszpecona

            Czytałam jakąś lekką lekturę, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Wiedziałam, kto przyszedł, czekałam na niego. Wstałam, krzywiąc się lekko, gdy naciągnęłam rany na plecach i poszłam otworzyć drzwi.
– Nie przeszkadzam? – uśmiechnął się Lancello, gdy tylko mnie zobaczył i poprawił torbę przewieszoną przez ramię.
– Nie, proszę, wejdź – odparłam i zaprosiłam go do pokoju – czekałam na ciebie.
            Lancello wszedł do pokoju i zaczął rozkładać na stoliku przy łóżku przeróżne maści, bandaże, gazy, olejki… a to wszystko, żeby opatrzyć moje rany. Westchnęłam, obserwując to i usiadłam na łóżku, nie chcąc zwlekać.
– Bierzmy się do pracy – uśmiechnęłam się do niego niemrawo i zaczęłam rozwiązywać szlafrok.
            Odłożyłam jedwabny materiał na łóżko i usiadłam tyłem do Lancello, mając na sobie jedynie delikatną bieliznę i bandaże zakrywające cały mój korpus. Elf usiadł za mną i odgarnął delikatnie moje włosy, które od razu chwyciłam nad głową, a on zaczął delikatnie zdejmować bandaże z mojego ciała.
– Wiesz, że moja mama nie cierpi elfów? – zaczęłam po chwili, chcąc odsunąć myśli od nadal tkliwych ran na plechach.
– No dało się zauważyć, że na nas wszystkich dziwnie patrzy – przyznał, odłożył zużyte bandaże na bok i odkorkował butelkę, uwalniając tym samym ostrą, ziołową woń.
– Żyła sobie spokojnie, słuchając legend i podań, tkwiąc w małomiasteczkowym zakłamaniu – powiedziałam, przypominając sobie rozmowę z mamą, podczas której biadoliła, jak to znajdzie mi męża, rudego i o spiczastych uszach, żeby Bairre wyglądała jak jego córka… i jej oburzenie, gdy poinformowałam ją, że nie zamierzam za nikogo wychodzić. – Sporo będzie się musiała nauczyć – westchnęłam i głośno zasyczałam, gdy moje plecy przeszył ostry ból.
– Przepraszam – powiedział szybko Lancello i zaczął delikatniej obmywać rany.
– Pieprzone smoki… a wiesz, że Ravis się po tym wszystkim do mnie słowem nie odezwał?
– Nic nie powiedział? – zdziwił się i znów namoczył delikatną gazę, którą zawsze przemywał moje rany.
– Nic a nic, nawet mam wrażenie, że mnie unikał.
– Niestety nie wiem, co mu chodzi po głowie.
            Westchnęłam cicho, również nie wiedząc. Od ataku Ravesa minęło już kilka dni, a Ravis poza zwykłymi uprzejmościami wymienianymi w kantynie czy na korytarzu nie odezwał się do mnie ani słowem. A przecież to jego brat tak srodze mnie okaleczył... nawet nie widziałam jeszcze swoich ran, ale nie musiałam ich widzieć, by czuć, jakie spustoszenie jego szpony zrobiły na moich plecach, bolały mnie od lędźwi niemal do szyi. Na szczęście Lancello dbał o mnie każdego dnia i zmieniał mi opatrunki, rano i wieczorem, zawsze w takich godzinach, by mama nie mogła zauważyć, że jestem ranna. Coraz więcej jej o sobie opowiadałam, ale byłam pewna, że widok moich pleców ją przerazi, chciałam więc jej tego oszczędzić…nagle poczułam jednak chęć zobaczenia moich ran.
– Bardzo źle to wygląda? Chciałabym zobaczyć.
– Jest lepiej, niż można by podejrzewać – zaczął ostrożnie – ale nie wiem, czy chcesz oglądać je tak wcześnie…
– Chcę – powiedziałam pewnie i wstałam, spinając po drodze włosy klamrą, wysoko, by nie opadały mi na plecy.
            Nie zawracałam sobie głowy zakrywaniem piersi, przez ostatnie dni Lancello widział mnie nie raz nagą od pasa w górę, nie było to już dla mnie krępujące. Podeszłam do wysokiego lustra i stanęłam tak, by zobaczyć plecy… wciągnęłam głęboko powietrze i jęknęłam żałośnie. Przez moje plecy biegły na ukos cztery poszarpane linie. Najdłuższa sięgała od mojego karku niemal do pośladków, najkrótsza, choć i tak długa co najmniej na stopę, znaczyła moją prawą łopatkę. Ten widok był tak paskudny, że szybko odwróciłam głowę, a w moich oczach zebrały się gorące łzy.
– Bogowie… wyglądam paskudnie – załkałam i znów odwróciłam się na chwilę do lustra, co jeszcze bardziej pogorszyło mój stan – jestem oszpecona…
            Drżałam, patrząc w lustro. Odbicie rozmazywało mi się od gromadzących się w oczach łez, spływających gorącą strużką po moich policzkach. Wyglądałam tak paskudnie… moje plecy, niegdyś moja chluba, przypominały teraz siekane mięso… nie mogłam się pozbierać, czułam jak nogi zaczynają mi drżeć. Nawet nie usłyszałam, kiedy Lancello do mnie podszedł. Stanął obok mnie i chwycił mnie za ramiona, odwracając mnie przodem do siebie, jedną dłonią chwycił mój podbródek, żebym na niego spojrzała.
– Wcale nie jesteś oszpecona, jesteś piękna i byle rany tego nie zmienią – powiedział pewnym głosem; puścił mnie na moment i jednym ruchem zdjął z siebie koszulę, ukazując nagą pierś… światło na jego blizny padało pod takim kątem, że tworzyły cień, przez co wyglądały wręcz groteskowo. – Spójrz na moje blizny, rany były o wiele gorsze od twoich, a wygoiły się do tego stopnia.
            Byłam zaskoczona jego reakcją i tylko wpatrywałam się w jego blizny. Były szerokie i nierówne, najbardziej przerażająca była jedna, biegnąca w poprzek piersi, a wiedziałam, że na plecach ma dwie kolejne, skrzyżowane i jeszcze gorsze. Nigdy… już nigdy nie będę mogła pokazać swoich pleców… blizny u mężczyzny nie były tak szpetne, jak u kobiety… w jednej chwili znalazłam się w ramionach Lancello, wtuliłam się w jego szeroką pierś i zaczęłam głośno płakać… objął mnie delikatnie, nie dotykając ran i szeptał ciche, uspokajające słowa.
            Nie wiem, ile czasu minęło, w końcu jednak udało mi się uspokoić… łzy nadal płynęły z moich oczu, ale moim ciałem przestał już wstrząsać szloch. Poczułam usta Lancello, muskające wierzch mojej głowy i jego cichy szept:
– Będzie dobrze… jestem przy tobie…
            Uniosłam głowę i przymknęłam powieki, spod których nadal płynęły łzy, łącząc nasze usta w delikatnym, rozedrganym pocałunku. Lancello położył dłoń na moim karku i odchylił delikatnie moją głowę, całując mnie równie delikatnie, wręcz czule. Trwaliśmy tak chwilę, aż moje ciało zaczęły przenikać dreszcze… od emocji… od chłodu…
– Zimno ci? – spytał z troską Lancello, patrząc mi w oczy.
– Trochę – szepnęłam i wróciłam do całowania go, nim cokolwiek zdążyłby odpowiedzieć.
            Całowaliśmy się coraz śmielej, coraz odważniej, zatracając się w tym, jakby nasze pocałunki mogły zmyć wszystko złe, co się wydarzyło. Wspięłam się na palce i wplotłam dłonie w jego włosy, przyciągając go do siebie, chciałam być przy nim, z nim, czuć go… tak jakby jego obecność była dla mnie ratunkiem. Odsunęłam się na moment, oddychając szybko z ustami tak blisko jego, że nasze oddechy łączyły się w jeden. Patrzyłam w jego ciemnobrązowe oczy i dotknęłam dłonią jego policzek.
– Mi amado… – wyszeptałam cicho.
– Mea queri – odparł równie cicho i krótko mnie pocałował – cała drżysz – zauważył.
– To… to nic…
– Marzniesz, trzeba cię zabandażować i musisz się rozgrzać – powiedział, patrząc mi w oczy.
– Dobrze – westchnęłam i ruszyłam z powrotem na łóżko, nie patrząc już w lustro.
            Lancello szedł za mną i coś mamrotał pod nosem, nie dosłyszałam jednak żadnego słowa.
– Co mówiłeś? – odwróciłam się do niego, gdy już usiadłam.
– Co? – spytał zaskoczony.
– No… coś mamrotałeś pod nosem.
– Hm… chyba zastanawiałem się nad czymś i głośno myślałem, wypadło mi teraz z głowy – odparł i zaczął szykować maści.
            Przyglądałam mu się przez moment, czując teraz coraz bardziej, jak bardzo zmarzłam przez ten moment. Pokoje na sterowcu nie należały do najcieplejszych, a przez rany ciągle miałam wyższą temperaturę ciała niż powinnam, drżałam więc już na całym ciele. Kichnęłam dwukrotnie, krzywiąc się i sycząc przy tym z bólu przez nagły zryw. Lancello nasmarował moje plecy jak najszybciej maściami i bez zbędnej zwłoki zabrał się za bandażowanie. Robił to szybko, przez co kilka razy musnął moją talię i piersi, wywołując dodatkowe drżenie w moim ciele, to jednak nie było nieprzyjemne, o czym świadczyły moje twardniejące piersi.
– Przepraszam – szepnął Lancello, gdy się zorientował.
– Nie ma za co…
            Chwilę później skończył opatrywanie mnie i okrył moje ramiona szlafrokiem. Wsunęłam ręce w rękawy i podniosłam się, po czym usiadłam okrakiem na jego kolanach i wtuliłam się w niego, kładąc ręce na jego plecach. Na początku wydawał się zaskoczony, po chwili objął mnie jednak w talii i wtulił twarz w moje włosy.
– Zostaniesz? – wyszeptałam cicho, wręcz nieśmiało.
– Zostanę – przytaknął i pocałował moje czoło – oczywiście, że zostanę.
            Kiedy już leżeliśmy w jednym łóżku, spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, a on od razu odwzajemnił uśmiech, w ten swój jedyny, wyjątkowy sposób… to był uśmiech przeznaczony dla mnie, do nikogo innego tak się nie uśmiechał…
– Dziękuję ci… za wszystko… – szepnęłam, a on wyciągnął rękę i pogładził mnie po policzku.
– Ja również ci dziękuję – odparł, i splótł palce z moimi.
            Zasnęliśmy w milczeniu, patrząc sobie w oczy, ze splecionymi dłońmi… tak bliscy sobie, jak nigdy wcześniej…
               

Kamienne serce Mikura

            Kolejny tydzień był ciężki. Radość z odnalezienia matki nadal towarzyszyła mi każdego dnia, coraz ciężej było mi się z nią jednak porozumieć. Miała bardzo hermetyczne poglądy, świat powinien wyglądać tak, jak ona się tego nauczyła, ciężko jej było znieść to, że w niektórych aspektach wyglądał zupełnie inaczej. Bała się też przedstawicieli innych ras, patrzyła na nich bardzo stereotypowo, przez co nie potrafiła przekonać się do żadnego z moich towarzyszy. Dowiedziałam się też, że miała spore spięcie z Mikurem, gdy odprowadzał ją na sterowiec… nie dociekałam, o co poszło, postanowiłam jednak wyjaśnić obecną sytuację mojej matki Mikurowi. Poszłam do jego pokoju i przeszłam przez zasłonę, którą miał zamiast drzwi, które wcześniej ciągle psuł, podłogi i ściany również miał w wielu miejscach wyłożone jakimiś materiałami, zapewne żeby nie zniszczyć spawów. Siedział sobie na środku pokoju i czyścił topór Behemotha, kiedy weszłam z lekkim uśmiechem.
– Mogę? – spytałam, a kiedy skinął głową, przysiadłam na skrzyni blisko niego – Chciałam porozmawiać o mojej mamie… wiem, że trochę się pokłóciliście, nie wiem o co, ale...
– Chciała wleźć do Alphonse’a – burknął – musiałem przez nią przed nim uciekać i uparła się, że chce iść do twojego pokoju.
– Na pewno nie miała nic złego na myśli – westchnęłam – dla niej wiele rzeczy jest nowych, to teraz ciężkie chwile, mnóstwo z tego, co do tej pory wiedziała, okazuje się być teraz nieprawdziwe, w dodatku znalazła się w otoczeniu naprawdę… specyficznej zbieraniny… ciężko jej jest.
– A ja myślę, że miała coś bardzo złego na myśli – odparł mój kamienny przyjaciel, patrząc na mnie kryształowymi oczami – przynajmniej tyle wywnioskowałem z jej wrzasków… i tego, że niemal w ogóle nie dostaję jedzenia.
– Proszę cię, nie bądź na nią zły – poprosiłam go, patrząc mu w oczy – to dla mnie ważne, żebyś się z nią dogadał… oboje was kocham, nie chcę, żebyście się kłócili… Mikur… ja przez niemal całe swoje życie myślałam, że moja matka nie żyje, a ona teraz…
– Szkoda, że jednak jest inaczej – burknął z nutką złości Mikur – że jednak żyje – dodał, a ja poczułam zbierające się w moich oczach łzy.
– Jak… jak możesz… to moja matka…
            Nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć, nie chciałam dłużej z nim rozmawiać, patrzeć na niego… zerwałam się z miejsca i wybiegłam z jego pokoju, gnając korytarzami prosto do siebie. Zakluczyłam za sobą drzwi i rozpłakałam się na dobre. Nie mogłam uwierzyć, że usłyszałam te słowa od Mikura… od mojego przyjaciela… najdroższego przyjaciela, od początku podróży z tą zgrają…
            Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek przyjdzie mi poznać kamienną stronę Mikura, że będę musiała przez niego płakać… przez cały dzień chodziłam ponura, nawet przygotowany przez mamę deser nie poprawił mi humoru... nie mogłam jej opowiedzieć, co się stało, a nie chciałam chodzić po sterowcu w obawie, że napotkam Mikura… czekałam więc na wieczorną wizytę Lancello.

Strach

            – Nie wiem, co w niego wstąpiło – powiedział Lancello, gdy opowiedziałam mu wszystko już po zmianie opatrunków – jeśli chcesz, porozmawiam z nim.
– Nie – pokręciłam głową – musi sam to zrozumieć… nic mu nie mów – poprosiłam, siedząc na jego kolanach i tuląc się do niego.
– Dobrze, mea queri – odparł spokojnie i pocałował mnie.
            Od razu oddałam pocałunek, przysuwając się do niego bliżej. Z początku nasze wargi ledwie się muskały, czułam jego oddech, pieszczący moją skórę i usta. Minęła ledwie chwila, a z delikatnego pocałunek przerodził się w namiętny i głęboki, oboje zaczęliśmy się coraz bardziej zatracać w naszej bliskości. Przysunęłam się do Lancello, by móc go poczuć jak najbliżej i wsunęłam ręce pod jego koszulę, a on chwycił moje biodra swoimi dużymi dłońmi i przysunął mnie do siebie. Jego pocałunki stały się gorączkowe, całował moje usta, policzki, po linii szczęki i po szyi, sunął nimi aż do obojczyków, a ja poddawałam się jego działaniom, drżąc i wzdychając cicho. Przesunął dłonie na moje pośladki i zaczął poruszać moimi biodrami na swoich kolanach, szybko więc mogłam poczuć jego podniecenie. Zdjęłam z niego koszulę i wplotłam palce w jego włosy, przyciągając jego twarz ku sobie i wpijając się łapczywie w jego usta.
            Jego bliskość też na mnie oddziaływała, jego dotyk i pocałunki elektryzowały moją skórę, wywołując fale przyjemnych dreszczy. Przesunęłam dłonie na jego pierś i pchnęłam go, kładąc się na nim i zaczęłam wodzić po jego ciele, znów ucząc się struktury jego blizn i mięśni. Sama już ruszałam biodrami, czując rosnące podniecenie, wzdychałam na przemian z nim, całowałam go jakby to miał być nasz ostatni pocałunek, zatracałam się w nim…
– Mmm…. Vivienne – wymruczał cicho i zamknął oczy, a kiedy je otworzył, płonęły pożądaniem, które i mnie rozpalało.
            Przesunął rękoma wzdłuż moich ramion aż do dłoni i splótł nasze palce razem. Spojrzałam mu w oczy i przygryzłam wargę, uświadamiając sobie, jak daleko zabrnęliśmy, że zabrniemy dalej, jeśli tego nie przerwę… przestałam się poruszać i zatrzymałam twarz milimetry od jego twarzy, tak że nasze oddechy łączyły się w niewielkiej przestrzeni. Lancello uniósł głowę, chcąc mnie pocałować, ale odsunęłam się, uniemożliwiając mu to.
– Vivienne – szepnął ochrypłym od pożądania głosem, patrząc mi w oczy – pragnę cię – dodał, rozłączając nasze dłonie i przenosząc ręce na moje uda, które zaczął delikatnie gładzić palcami.
– Wiem… ale nie teraz… nie dziś – szepnęłam cicho i pogłaskałam go po włosach.
            Lancello przytaknął powoli, wpatrując się we mnie z niesłabnącym pożądaniem. Pragnął mnie, widziałam to… pragnął mnie mimo wszystkich moich wad, mimo tego kim byłam, jak wyglądałam, mimo szpecących mnie blizn, które oglądał każdego dnia…
            Westchnęłam i zeszłam z niego. Rozpuściłam włosy i wsunęłam się pod pościel z drugiej strony łóżka, po chwili Lancello zdjął spodnie i ułożył się w bokserkach obok mnie. Od tygodnia spędzaliśmy razem noce, nigdy jednak nie zabrnęliśmy aż tak daleko, nigdy jeszcze tak bardzo nie zatraciliśmy się w pocałunkach,  w pieszczotach…
            Lancello pocałował mnie jeszcze na dobranoc i szybko zasnął, ja jednak nie mogłam zmrużyć oczu. Obserwowałam śpiącego obok mnie mężczyznę, czując narastający we mnie strach.
            Kochałam go, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Nie wiedziałam, czy on żywi do mnie równie silne uczucie, byłam jednak pewna, że nie jestem mu obojętna. A mimo to radość z przebywania z nim zaczął przyćmiewać strach, który chwycił moje serce żelazną pięścią. Nie wolno ci… zdawał się mówić w moich myślach jeśli go kochasz, zostawisz go… sprowadzisz na niego tylko śmierć, tylko zniszczenie… nie dasz mu nic dobrego… przypomnij sobie Williama…
            Strach ma wielkie oczy. Zobaczyłam w myślach toczącą się po bruku głowę, rzuconą przez Bugdusha pod moje kolana, kiedy jednak się zatrzymała, ujrzałam ciemnobrązowe, puste oczy Lancello, jego rozchylone do krzyku usta, które zaczęły szeptać… to twoja wina… Mścibór cię przejrzał… narodziłaś się by nieść śmierć… nie potrafiłaś być dobrą matką, nic w życiu ci się nie udało… jeśli go kochasz, porzucisz go…
            Moje ciało przebiegł dreszcz. Nie, to nie mogła być prawda… a jednak… cóż mogłam mu ofiarować? Nawet nie byłam w stanie do końca mu się oddać. Kiedy posunęliśmy się tak daleko w pieszczotach… z jednej strony pragnęłam go, z drugiej bałam się, co będzie, gdy zajdziemy dalej… bałam się, że pewnego dnia zniknie, tak jak zniknął Brandere. Zniknięcia Lancello jednak bym nie zniosła… stał mi się zbyt bliski, teraz sobie to uświadomiłam… pozwoliłam sobie pokochać go, choć obiecałam sobie kiedyś, że już nigdy tego nie zrobię. Każdy, kogo ja kochałam, kto był mi bliski, od razu znajdował się w ogromnym niebezpieczeństwie…
            Spojrzałam na Lancello z łzami w oczach i pocałowałam go lekko w czoło. Nie obudził się, jedynie cicho westchnął przez sen. Był piękny, nawet mimo blizn… nie potrafiłam uważać ich za szpecące, były nieodłączną częścią niego, bez nich nie byłby sobą…
            Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie i to, jak mnie wtedy potraktował. Jego rezerwę i ostrożność… był łowcą, a ja wampirem, powinien na mnie polować, nie leżeć ze mną w łóżku. To musiało się skończyć, dla jego dobra… musiałam zakończyć ten piękny sen, obudzić się, nim zmieni się w najgorszy z koszmarów.
            Wiedziałam już, co muszę zrobić, choć podjęłam tę decyzję z bólem serca. Otarłam łzy z policzków…przyniesiesz mu tylko śmierć i cierpienie… mówił głosik w mojej głowie. To dla jego dobra
– To dla twojego dobra – wyszeptałam ledwie słyszalnie i pogładziłam jego policzek, następnie wstałam z łóżka, żeby go nie obudzić i poszłam do ładowni, gdzie nikogo w nocy nie powinno być. Tam mogłam płakać do woli… 

piątek, 7 sierpnia 2015

Poznawanie na nowo

Poranek

                Sen był lekki… spokojny… zbitek niepowiązanych obrazów, wśród których najczęściej przewijała się Bairre i Lancello. Nie pamiętałam  nawet tuż po obudzeniu, o czym dokładnie śniłam, na pewno nie były to jednak koszmary… obudziłam się szczęśliwa… otworzyłam powoli oczy i uśmiechnęłam się szerzej, widząc przyglądającego mi się Lancello.
– Dzień dobry – odezwał się z czułym uśmiechem.
– Dzień dobry – odparłam, ale nadal byłam zaspana, więc ostatnie słowo przeciągnęłam w szerokim ziewnięciu.
– Hej, co znaczy mi amado? – spytał Lancello niedbałym tonem.
– Hmmm… co? – odparłam rozkojarzona, zastanawiając się, skąd mu to nagle przyszło do głowy… może znowu coś mówiłam przez sen… w końcu śnił mi się Lancello, którego idealnie mogłam opisać tym słowem – mój ukochany – wyjaśniłam mu – dlaczego pytasz?
– A nic, tak po prostu – uśmiechnął się i pogładził mnie po włosach, odgarniając część na bok, żeby lepiej widzieć moją twarz – przypomniałem sobie zasłyszane słowa.
– Mmm – zamruczałam cicho, nadal nie do końca rozbudzona i znów ziewnęłam, przyglądając się jak Lancello się przeciąga i po chwili również krótko ziewa – która godzina?
– Będzie ze dwie godziny po świcie.
– Dawno tyle nie spałam… nie bez mikstury – zdziwiłam się.
– I bardzo dobrze, że jej nie potrzebowałaś, choć pewnie leki przeciwbólowe też zrobiły swoje.
– A wiesz, że chyba śniło mi się nawet coś miłego? Pamiętam, że była tam Bairre… – wspomniałam i uśmiechnęłam się lekko, pomijając to, że o nim też śniłam.
– To miło słyszeć.
– Już za nią tęsknię…
– Wierzę, widziałem, jak ci na niej zależy – uśmiechnął się ciepło.
– To moja córka… oddałabym za nią bez wahania życie. Nie planowałam tej ciąży, ale nigdy, przenigdy nie żałowałam, że Bairre pojawiła się na tym świecie… to mój największy skarb – powiedziałam, chcąc mu wyjaśnić tę sytuację… żeby zrozumiał, co mną kierowało, że oddałam córkę do świątyni i kłamałam ich przez ten cały czas.
– To dobrze, że tak o niej myślisz – odparł pewnym głosem.
– Chciałabym, żeby mogła być przy mnie… ale tam jest bezpieczna. Nie mogę jej narazić, nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś jej się stało…
– Zobaczysz, niedługo będziesz mogła być przy niej, a jak nam się uda załatwić twojego brata, to już będzie o wiele bezpieczniej.
– Jeszcze musiałabym pozbyć się kultu krwi – westchnęłam – oni nie odpuszczą, póki mnie nie dopadną… a teraz mają już dwa cele na sterowcu.
– Jeśli byś została wśród elfów, to bardzo mało prawdopodobne, by tu przybyli.
– Wiesz, że nawet o tym myślałam? Tutaj podoba mi się o wiele bardziej, wolałabym, żeby Bairre dorastała wśród elfów – westchnęłam i spojrzałam na niego z uśmiechem – cieszę się, że mnie wepchnąłeś do tego portalu.
– Nie ma za co – odparł lekko, wzruszając ramionami – widziałem, że tak naprawdę chciałaś iść, to tylko pomogłem ci podjąć decyzję.
– Dziękuję – powiedziałam i zaczęłam bardzo powoli się podnosić, żeby oprzeć się na łokciach, jednak nawet tak delikatne ruchy wywoływały ból, na który aż się skrzywiłam… no tak, mikstura i maści przestały już działać…
– Lepiej uważaj na plecy – poradził zmartwiony Lancello i jakby chciał mi pomóc się podnieść, ale gestem kazałam mu pozwolić mi zrobić to samodzielnie.
– Czuję – odparłam tylko i, zaciskając zęby, podniosłam się i usiadłam bokiem do niego – jest dużo lepiej niż wczoraj – uśmiechnęłam się lekko do niego; faktycznie, było dużo lepiej, co nie znaczy, że było dobrze…
                Pościel zsunęła się z moich pleców, gdy siadałam i opadła, odsłaniając przy tym też sporą część moich nóg. Nie dało się nie zauważyć, że wzrok Lancello zbłądził na ten kawałek mojej nagiej skóry. Uśmiechnęłam się do niego lekko, wyciągając rękę i sunąc opuszkiem palca po jego ramieniu, ku dołowi. Chwyciłam jego dłoń i uniosłam ją, porównując wielkość z moją, tak drobną i delikatną przy jego. Pogładziłam lekko wierzch jego dłoni i przyłożyłam ją do swojego policzka, jakby wtulając w nią twarz i uśmiechnęłam się zachęcająco do Lancello. Zrozumiał mój gest i zaczął delikatnie gładzić mój policzek, przysuwając się bliżej mnie i cały czas intensywnie wpatrując się w moje oczy. Przesunęłam jego dłoń niżej, na szyję, on pogładził ją lekko i sam przeniósł ją na mój kark, również go masując. Puściłam jego rękę i przeniosłam swoją dłoń na jego klatkę piersiową, jego blizny, robiąc to, o czym marzyłam już wcześniej. Delikatnie, opuszkiem palca, zaczęłam badać fakturę jego szram, zastanawiając się intensywnie nad czymś.
– Będę miała podobne? – spytałam, nadal tylko delikatnie muskając jego skórę.
– Wątpliwe, twoje zagoją się o wiele lepiej – powiedział z wyraźnym napięciem w głosie, które poczułam też w jego mięśniach, gdy przyłożyłam do jego ciała całą dłoń.
– Przepraszam – wyszeptałam, nie chcąc robić czegoś wbrew niemu, i już chciałam odsunąć dłoń, kiedy przykrył ją swoją.
– Nie, to nie przez ciebie – odparł, przysuwając się jeszcze bliżej, tak że już niemal czułam jego oddech na swojej twarzy.
                Uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam mu głęboko w oczy, zbliżając się do niego i łącząc nasze wargi w czułym pocałunku. Sunęłam jedną dłonią po jego piersi, powoli poznając fakturę jego pokaleczonej skóry, drugą wplotłam w jego przydługie, rozczochrane włosy. Lancello również wsunął palce w moje włosy i odchylił delikatnie moją głowę, pogłębiając z zaangażowaniem pocałunek. Uniosłam się jednak, zbliżając się do niego tak, że nasze ciała zetknęły się na całej długości i, nawet przez bandaże, czułam bijące od niego gorąco. W tym jednym pocałunku było tyle emocji…
– Lancello… – wyszeptałam, odsuwając się od niego na milimetry, tak, że jego przyspieszony oddech muskał moje wargi – co ty ze mną robisz?
– Przepraszam… ja… – zaczął, patrząc w moje oczy, jednak nie pozwoliłam mu dokończyć, znów łącząc nasze usta w pocałunku.
                Pchnęłam go lekko, by się położył, po czym powoli ułożyłam się na jego piersi, całując go coraz namiętniej i sunąc dłońmi od jego bioder, przez pierś i z powrotem, czując pod palcami napinające się pod moim dotykiem silne mięśnie. Jego ręce również błądziły po moim ciele, po biodrach, talii, udach… w końcu zatrzymał chwycił moje udo i podciągnął je, przyciągając mnie tym samym bliżej siebie i przesunął dłoń na wyeksponowany w ten sposób pośladek, gładząc go lekko. Drugą dłoń wplótł w moje włosy…
                Czułam rosnące z każdą chwilą podniecenie, chciałam więcej i więcej… pragnęłam poczuć go jak najbliżej, jak najmocniej… chciałam, by nasze ciała złączyły się w jedno… wiedziałam jednak, że przez moje rany było to niemożliwe… już ten pocałunek momentami wywoływał ból, udawało mi się go jednak zignorować, stłumić przyjemnymi doznaniami płynącymi z kontaktu z Lancello… widziałam, czułam, że zapał Lancello też rośnie, musiałam więc zwolnić…
                Odsunęłam się na moment, opierając swoje czoło o jego i oddychając szybko. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, nic nie mówiąc… przez tę chwilę liczyły się tylko nasze oddechy, bliskość… i to, co wyczytaliśmy w swoich spojrzeniach… po chwili zaczęłam znów go całować, tym razem jednak delikatnie, lekko, ledwie muskając jego usta. Uniosłam się wyżej i zaczęłam mu się przyglądać, odgarnęłam włosy z jego czoła i delikatnie pogładziłam jego policzek, na co Lancello uśmiechnął się delikatnie, a ja poczułam, jak usta same wyginają mi się w szerokim uśmiechu… byłam tak szczęśliwa w tamtej chwili…
– Jesteś piękna – powiedział Lancello ze szczerym zachwytem.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, choć myślałam, że już to było niemożliwe.
– Uwielbiam twój uśmiech – wyznał, wpatrując się we mnie.
– Dzięki tobie coraz częściej mam powody, by się uśmiechać – odparłam i pocałowałam go lekko w usta, po czym osunęłam się niżej, układając głowę na jego piersi.
– Bardzo mnie to cieszy – powiedział i zaczął głaskać moje włosy.
                Leżeliśmy tak wtuleni jeszcze parę dobrych minut. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio mogłam się przytulić do kogoś, przy kim czułabym się tak… bezpiecznie. I nie chodziło o bezpieczeństwo fizyczne, takich zagrożeń się nie obawiałam, nie tak jak innych… Lancello dawał mi komfort psychiczny, zapewniał wewnętrzny spokój… nie wiem, jak to robił, ale mu się to udawało…
– Dobrze mi – szepnęłam cicho, kręcąc opuszkiem palca kółka na jego piersi.
– Mi też – odparł cicho i musnął dłonią mój policzek.
                Trwaliśmy kolejną dłuższą chwilę w takiej pozycji, aż w końcu Lancello uznał, że czas zająć się moimi ranami. Pomógł mi zdjąć swoją koszulę i opatrunek, po czym opatrzył rany na nowo, znów smarując je jakąś ostro pachnącą ziołami maścią, która na szczęście bardzo łagodziła ból, na tyle, że w niektórych miejscach czułam wręcz drętwienie skóry. Starałam się powstrzymywać, kiedy mnie opatrywał, przed jęknięciami z bólu, parę razy jednak mi się nie udało, i Lancello od razu zaczynał mnie przepraszać. Kiedy skończył, podziękowałam mu cmoknięciem w policzek i uśmiechnęłam się lekko, licząc, że nie zobaczy moich wilgotnych oczu.
– Było już dużo lepiej, prawie nie bolało – skłamałam, nie chcąc go zamartwiać.
– Będzie dobrze, nie martw się – zapewnił i przybliżył się, żeby pocałować mnie w czoło.
– Będzie… zaczynam w to wierzyć… w końcu nie jestem sama… prawda? – powiedziałam niby pewnie, choć w ostatnim słowie zabrzmiało zwątpienie.
– Oczywiście, że nie jesteś sama – uśmiechnął się i chwycił moją dłoń.
                Odpowiedziałam mu lekkim uśmiechem i przeniosłam wzrok na jego pierś. Znów lekko przesunęłam palcem po bliźnie, tym razem mięśnie Lancello spięły się jedynie na moment, potem jakby się rozluźnił, przyzwyczajając się do mojego dotyku. Przypomniałam sobie zdarzenia z lochu, Ravesa i jego nowego towarzysza…
– Ten w lochu… ten elf co był z Ravesem… twój brat… to on ci to zrobił? – spytałam cicho z obawą, czy aby nie posunęłam się za daleko i spojrzałam mu w oczy.
– Tak – odparł, poważniejąc, a jego twarz przybrała dość ostry wyraz – mój brat.
– Przykro mi – szepnęłam i położyłam dłoń na jego mostku, czując szybkie bicie jego serca pod ręką – twoje koszmary… to on..
– Spokojnie – powiedział równie cicho, choć w jego głosie nie słyszałam spokoju – tak już niestety jest.
– Nie zasłużyłeś na to – stwierdziłam ze smutkiem… był dobry… nie zasłużył na coś tak okrutnego…
– Ty też nie zasłużyłaś na to, co cię spotkało – odparł i znów pocałował mnie w czoło, po czym przyciągnął do swojej piersi i przytulił lekko.
– Ale są też tego dobre strony – westchnęłam i lekko się uśmiechnęłam.
– Też tak sądzę.
– Gdyby nie wydarzenia w Felmarii… pewnie byłabym zmuszona w końcu wyjść za któregoś z przedstawianych mi kandydatów, często dużo ode mnie starszych, za to z dobrą pozycją i opasłą kiesą... a teraz jestem wolna... i wiesz co? Niepotrzebne mi już te tytuły, majątek, bale... to jest tak bardzo nieistotne... to tu kryje się prawda – oświadczyłam, poruszając ręką, nadal ułożoną przy jego sercu – nie w nazwisku – uśmiechnęłam się i odsunęłam odrobinę, chcąc mu spojrzeć w oczy.
– Masz rację. Całkowitą rację – powiedział i miałam wrażenie, że jego serce jeszcze przyspieszyło w tamtym momencie.
                Uśmiechnęłam się do niego znów i przysunęłam, łącząc nasze usta w czułym, długim pocałunku, który z czasem stawał się coraz bardziej namiętny. Oderwaliśmy się w końcu od siebie, z szybszym oddechem i zaczęliśmy się zbierać na śniadanie. Musiałam, chciałam też w końcu spędzić trochę czasu z matką, wyjaśnić jej wszystko. Lancello podał mi świeżą koszulę, na tyle dużą, że sięgała mi do połowy ud, po czym poszedł ze mną do mojego pokoju, gdzie przebrałam się w suknię, która zamaskowała cały opatrunek – nie zamierzałam przerażać matki od razu moimi obrażeniami, lepiej, żeby  nie wiedziała… i tak to, co musiałam jej powiedzieć, będzie dla niej dość szokujące.
                Poprosiłam Lancello, by zasznurował mi suknię i, gdy to robił, delikatnie, by nie urazić moich ran, wpadłam na pewien pomysł. Zsunęłam z palca jeden z pierścieni, którymi rzucił we mnie Raves; dobrze wiedziałam, co to za pierścienie. Jeden z nich, ten, który nadal tkwił na moim palcu, to Pierścień Cienia Księżyców, pozwalający użytkować moc ciemności i zimna. Drugi z kolei, który chwyciłam w dłoń, to Pierścień Blasku Słońc, dający przeciwne moce do poprzedniego – światło i ciepło. Światło i ciemność, ciepło i zimno, słońce i noc… z jakiegoś powodu, nie wiadomo dlaczego, poczułam chęć ofiarowania jednego z nich Lancello. I nie chodziło tylko o to, że wcześniej wspominał, iż jeden z nich chciałby mieć… pomyślałam, że byłoby to dość symboliczne, w końcu byłam istotą mroku… on z kolei był moim światłem w tej ciemności, w której do niedawna byłam pogrążona.
– Dziękuję – odwróciłam się, gdy skończył i pocałowałam go lekko w usta, chwytając jego dłoń i wsuwając doń Pierścień Blasku Słońc – chyba może cię to zainteresować – powiedziałam cicho z uśmiechem.
– To… dajesz mi go? – zdziwił się, spoglądając na pierścień i przybliżając go do twarzy.
– Tak – wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się – pamiętam, że wspominałeś, że chciałbyś go mieć.
– Wspominałem, że by mi się przydał… – odparł nadal wyraźnie zdziwiony.
– No to teraz go masz – uśmiechnęłam się i wyciągnęłam przed siebie dłoń z drugim pierścieniem – ja mam ten – dodałam, a Lancello odpowiedział mi uśmiechem i wsunął na palec pierścień – Raves rzucił nimi we mnie… niby jako zapłatę… za usługi – wzdrygnęłam się, przypominając sobie tamtą chwilę…
                Lancello od razu, bez słów przytulił mnie do siebie i pogładził po włosach, szepcząc uspokajające słowa. Wtuliłam się w niego, chłonąc jego spokój i po chwili już odsunęłam się z lekkim uśmiechem, chwytając jego dłoń.
– Chodźmy do kantyny – powiedziałam, a Lancello skinął głową i razem ruszyliśmy.

Matczyne ramiona

                Już na korytarzu poczuliśmy niezwykle kuszący zapach potraw, spojrzeliśmy więc po sobie zdziwieni i ruszyliśmy szybszym krokiem. Jak tylko przeszliśmy przez drzwi, moja mama zmierzyła nas uważnym spojrzeniem i nakazała nam usiąść, po czym zaczęła nakładać nam na talerze potrawkę. Uśmiechnęłam się do niej, bardzo mile zaskoczona tym, jak się rozgościła na sterowcu i że tak szybko znalazła sobie miejsce – wiedziałam, że uwielbia gotować, nie sądziłam jednak, że tak szybko przejmie władzę w naszej kuchni (później dowiedziałam się, że zrobiła to dość obcesowo, grożąc piratom patelnią, kiedy tylko zobaczyła, co przygotowywali na śniadanie).
– Pogoniłam tego waszego niby kucharza – powiedziała, nakładając mi na talerz niezwykle hojną porcję – kto to widział, podawać do jedzenia takie śmieci! I taki bałagan w kuchni! – dodała, szczerze oburzona.
– Cóż… pirat robił co mógł – wzruszyłam ramionami uśmiechając się do niej łagodnie i smakując potrawki – Mamo! To jest pyszne!
– Dziękuję – odpowiedziała zadowolona – porozmawiamy po śniadaniu?
– Pewnie, możemy usiąść spokojnie w moim pokoju.
– Dobrze, córeczko.
                Wszyscy jedli śniadanie z ogromnym apetytem, Mikur nawet z jeszcze większym niż zwykle – normalnie nakładał sobie podwójną porcję, tego poranka poprosił aż o potrójną, choć porcje nakładane przez mamę były naprawdę ogromne. Ledwo zmieściłam to, co mi nałożyła, a już biegła z dokładką, twierdząc, że marnie wyglądam i że muszę zacząć się zdrowo odżywiać. Nie dało się ukryć, że sporo schudłam od czasu rozstania z Bairre… nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek wcześniej była tak szczupła. W końcu udało mi się przekonać mamę, że naprawdę więcej nie dam rady zjeść i poszłyśmy do mojego pokoju. Przez całą drogę mama oglądała się przez ramię, więc w końcu nie wytrzymałam i spytałam, dlaczego to robi.
– Patrzę, czy któryś z tych bandytów za nami nie idzie – odpowiedziała, a ja ledwo powstrzymałam śmiech.
– Mamo… to moi towarzysze, a paru z nich to przyjaciele – uśmiechnęłam się.
– Ale jeden jest wielkim kamieniem, a trzech ma szramy na pyskach, kolejny to chyba zmutowany pies, a inny zaciąga padliną.
– Ten kamień jest pocieszny, naprawdę, mamo, to takie duże dziecko, tego śnieżnego elfa nie znam, ale białowłosy smok to dobry towarzysz, za to Lancello to świetny przyjaciel… jedynie co do Manro możesz mieć trochę racji, jemu też nie ufam, jest dla mnie złem koniecznym na tym sterowcu.
– Nie jestem do żadnego z nich przekonana – powiedziała sceptycznie, wyraźnie niechętnie do nich nastawiona.
– Musisz ich poznać – uśmiechnęłam się do niej lekko i otworzyłam drzwi do mojej kajuty, zapraszając ją ręką – zapraszam.
                Mama weszła i zaczęła się rozglądać wokół, za wiele jednak nie mogła zobaczyć. Okna zasłonięte były przed promieniami słońca grubymi kotarami, w całym pokoju panował więc przyjemny półmrok, co mogło działać na moją korzyść, bo utrudniało dojrzenie ogromu bałaganu, jaki panował w całym pokoju.
– Dlaczego tu tak ciemno? I jaki bałagan! – powiedziała, zerkając na stół i łóżko, zasłane moimi ubraniami i książkami.
– Nigdy nie potrafiłam utrzymać porządku – wzruszyłam ramionami i podeszłam do łóżka, gdzie na samym wierzchu leżała koszula Lancello, chcąc ją szybko zwinąć razem z innymi rzeczami i wrzucić do skrzyni… niestety, byłam zbyt wolna.
– To chyba na ciebie troszkę za duże - powiedziała mama i spojrzała na mnie podejrzliwie.
– Musiało się zapodziać w praniu, zapytam, czyje to – skłamałam szybko, na co mama tylko zmrużyła oczy, szybko więc zmieniłam temat – chodź, usiądźmy – zaprosiłam ją do stołu, zdejmując z krzeseł i blatu moje rzeczy i wrzucając je do skrzyni, po czym wyjęłam koszulę z rąk matki i też ją tam wrzuciłam, zatrzaskując ciężkie, drewniane wieko.
– Hej! Czemu to chowasz? – oburzyła się mama.
– Żeby nie zawadzało, potem oddam właścicielowi, sądząc po kolorze i zdobieniach to koszula Lancello albo Valarada.
– Może daj mi i ja ją oddam, popytam czyja jest i dam im wykład o pilnowaniu swoich rzeczy.
– Daj spokój mamo, każdemu się zdarza – westchnęłam – tyle czasu się nie widziałyśmy, porozmawiajmy.
– Ciemno tu, ledwie cię widzę.
– Zapalę świece – powiedziałam, zdejmując z szafki duży świecznik i zaczęłam go zapalać
– Wolę dzienne światło – dyskutowała, na co tylko westchnęłam zmęczona.
– Ale ja nie – postawiłam świecznik na stole, ale mama i tak stanowczym krokiem poszła w stronę okna, podbiegłam więc do niej i chwyciłam ją za ramię – nie rób tego – zabroniłam jej wręcz ostro.
– A to dlaczego? – zdziwiła się, patrząc na mnie uważnie.
– Nie lubię światła… usiądź, proszę, to wszystko ci wyjaśnię – poprosiłam, a mama usiadła na krześle z surową miną i rękoma założonymi na piersiach, westchnęłam więc lekko, nie mając pojęcia, jak ubrać w słowa to wszystko, co się zdarzyło, żeby za bardzo jej nie zaszokować – nie wiem od czego zacząć… nie wiem, ile o mnie wiesz…
– Niestety niewiele, ale sądzę, że kilka rzeczy przede mną ukrywasz.
– Tak – westchnęłam i spojrzałam w jej brązowe oczy – musisz wiedzieć, że wiele się zmieniło i obecnie bardzo się różnię od małej Carmen, którą ci odebrano, bardzo się różnię nawet od Francesci sprzed pamiętnej wyprawy do Felmarii – zaczęłam, a mama tylko skinęła głową, patrząc na mnie z wyczekiwaniem, co dalej powiem, kontynuowałam więc bez zwłoki. – W Felmarii zostałam zdradzona, Bugdush uknuł spisek, żeby odebrać mi majątek, co wyszło mu perfekcyjnie, a jego orkowie wywiązali się wręcz idealnie z zadania, jakie im zlecił… wykonali je wręcz z entuzjazmem… Bugdush nie przewidział tylko jednego – westchnęłam i wzięłam głębszy oddech, zanim zaczęłam mówić dalej – nie pomyślał, że jeśli pozostawi moje martwe ciało w lesie, to może się nim zainteresować pewna błąkająca się tam istota… zostałam ukąszona przez wampira… i  przemieniona w niego…
– Carmen… – odezwała się mama drżącym tonem, patrząc na mnie nie z odrazą czy strachem, czego się spodziewałam, a ze… współczuciem – tak mi przykro, córeczko…
– Dlatego okna są zasłonięte – wytłumaczyłam powoli, a mama przez chwilę milczała, przetrawiając najwyraźniej tę informację.
– Muszę zatem uważać, by nie dodawać czosnku do potraw – powiedziała w końcu; w innych okolicznościach pewnie bym się roześmiała, słysząc ten przesąd, w tej sytuacji jednak jedynie lekko się uśmiechnęłam
– Czosnek mi nie szkodzi – odparłam, czując ogromną ulgę, że mnie nie odrzuciła, mimo tego, czym się stałam – ale unikam srebrnej zastawy.
– No dobrze…
– Potem włóczyłam się trochę po lesie, spotkałam Niosącego Śmierć, płatnego zabójcę… pragnęłam zemsty na Bugdushu, więc zaczęłam się u niego szkolić… przynajmniej do czasu, aż nie zobaczył listu gończego i nie musiałam uciekać – tłumaczyłam dalej spokojnym głosem, uważnie obserwując reakcję mamy na kolejne informacje – tak wylądowałam na kontynencie smoków, gdzie dołączyłam do drużyny… tam też poznałam Brandera.
– Który to? – spytała mama, mrużąc nieco oczy.
– Nie ma go tutaj, ostatni raz widziałam go jeszcze na kontynencie centralnym – wyjaśniłam – jest krwawym elfem, strasznym skurwielem i moim dawnym kochankiem.
– Córeczko! – oburzyła się – kochanek? Jakiś skurwiel?
– No… innego określenia na niego nie znam – wzruszyłam ramionami – no bo… jakbyś nazwała mężczyznę, który porzuca bez słowa kobietę, noszącą jego dziecko?
–  Byłaś w ciąży? – spytała podniesionym głosem, wyraźnie bardziej zszokowana tym faktem niż wiadomością, że jej córka jest wampirem.
–  Tak – uśmiechnęłam się delikatnie – i urodziłam zdrową, śliczną córeczkę.
–  Gdzie ona jest?
–  W bezpiecznym miejscu.
–  Gdzie? – nie ustępowała.
– W świątyni Raistra w jednym z elfickich miast – wyjaśniłam cicho – nie potrafiłabym jej ochronić… musiałam mieć pewność, że nic jej nie zagrozi, nie darowałabym sobie, gdyby… – urwałam, czując ścisk w gardle na myśl, że mogłoby się coś stać mojej kochanej córeczce.
– Chcę ją zobaczyć – powiedziała stanowczo.
– Teraz to niemożliwe… ale jeśli będziemy blisko, to obiecuję, że ją odwiedzimy, a teraz może i ją stamtąd zabiorę… nie jestem już sama, podróżuję sterowcem, nie konno… chciałabym mieć ją przy sobie…
– No mam nadzieję.
– Nie zdajesz sobie sprawy, w jak wielkim zagrożeniu byłaby przy mnie – starałam się ją przekonać, że musiałam oddać Bairre, żeby mnie nie osądzała zbyt pochopnie… choć jeszcze nie tak dawno sama nie mogłam sobie tego darować…
– Nie trzeba było się mieszać, tylko spokojnie wyjść za mąż.
– Nie sądziłam, że to będzie możliwe… jestem wampirem, a Brandere… po prostu nigdy bym nie pomyślała, że my będziemy mogli mieć dziecko… ale stało się i nigdy, przenigdy nie żałowałam pojawienia się Bairre, jest moim największym skarbem i jeśli tylko uznam, że będzie to dla niej bezpieczne, to zabiorę ją ze świątyni… wczoraj byłam u niej, jeden z portali mnie do niej przeniósł… niczego jej nie brakuje, jest taka  śliczna, radosna – uśmiechnęłam się do matki, której wzrok po moich słowach zaczął łagodnieć; czułam w sercu ogromną tęsknotę za córką, którą tak bardzo, bardzo kochałam – są ludzie, którzy mogliby ją wykorzystać, by tylko mnie dorwać, nie mogę jej narazić… to moje dziecko, moja malutka córeczka i nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo wyrzucam sobie, że nie jestem z nią – mówiłam, już nie hamując łez, pozwoliłam im płynąć po mojej twarzy, płacz też łamał moje słowa, ale nie potrafiłam powstrzymać emocji, były zbyt silne. – Mamo, ja chciałam się zabić, bo nie potrafiłam tego znieść...
– Spokojnie, córeczko – powiedziała łagodnie mama i podeszła do mnie, tuląc mnie do siebie – spokojnie…
– Nie miałam nikogo… byłam zupełnie sama, na obcym kontynencie – płakałam, wtulając się w nią.
– Już dobrze dziecko, mama jest z tobą – zapewniła mnie i pochyliła się, całując czubek mojej głowy.
                Objęłam ją rękoma i przytuliłam głowę do jej brzucha, płacząc rzewnie i krzywiąc się co jakiś czas przez ból, jaki wywoływały moje poranione plecy przy każdym szlochu. W tamtej chwili ze zdwojoną siła uderzyły wszelkie krzywdy, jakie doznałam w życiu, wszystko, przez co musiałam przejść, co musiałam wycierpieć… i przez cały ten czas byłam zupełnie sama, nie miałam absolutnie nikogo, kto by mnie pokochał tak bezwarunkową miłością, jaką darzyła mnie moja matka, miłością, którą sama też zdążyłam już poznać i zrozumieć. Chociaż byłam już dorosłą kobietą i sama byłam matką, kiedy tak płakałam, wtulona w moją mamę, czułam się bezbronna i bezsilna jak małe dziecko…
– Tyle lat myślałam, że nie żyjesz – wyłkałam, już zupełnie tracąc nad sobą kontrolę.
– Zawsze chciałam być przy tobie – wyszeptała mama, drżącym głosem, wyraźnie bliska płaczu – myślałam, że dobrze żyjesz i nie chcesz mnie widzieć.
– Powiedzieli, że umarłaś, jak tylko zajechałam do posiadłości ojca… byłaś taka słaba, jak mnie od ciebie zabrali…
– Byłam bardzo chora – głaskała delikatnie moje włosy – ale medycy ojca mnie wyleczyli.
– Jak on mógł tak zrobić… tyle rzeczy… tyle spraw mogłoby się potoczyć inaczej…
– To pewnie przez tę sukę, z którą romansował – stwierdziła ostro – przecież był dobrym człowiekiem.
– Dla mnie był dobry, tylko Bugdush od samego początku mnie nienawidził… a ojciec nie potrafił sobie z nim poradzić, nie panował nad nim – powiedziałam cicho, nadal drżącym głosem, choć już udało mi się trochę uspokoić – i boję się, że to z czasem Bugdush zaczął panować nad ojcem… przed Felmarią już miał na niego ogromny wpływ…
– Ciężko mi uwierzyć, by ten człowiek tak się zmienił – mówiła wyraźnie niedowierzając.
– Nie rozumiem tego wszystkiego – stwierdziłam i odsunęłam się trochę od niej, żeby móc spojrzeć w jej oczy – dlaczego jego strażnicy pilnowali ciebie i jedynie kazali mi odejść, zamiast mnie aresztować? Przecież Bugdush pozbawił mnie tytułu w liście gończym i chce w nim mojej głowy… a oni kazali mi tylko odejść…
– Może to była decyzja twojego ojca.
– Możliwe… ale tak się cieszę, że żyjesz… – powiedziałam, a mama odparła mi łagodnym uśmiechem i ponownie mnie przytuliła – kocham cię, mamo…
– Ja ciebie też córeczko – wyszeptała i znów pocałowała mnie w czubek głowy – ja ciebie też…
                Trwałyśmy przez dłuższy czas w tym uścisku, matka z córką… obie myślałyśmy, że już nigdy nie będzie dane nam się spotkać, los jednak przygotował dla nas inny plan. Cieszyłam się, że jest znów przy mnie i obiecałam sobie, że zapewnię jej lepszy byt. Czułam okropne wyrzuty sumienia, że ja żyłam sobie w bogactwie i dostatku, podczas gdy moja matka ledwo wiązała koniec z końcem, musząc podejmować przeróżne prace, żeby tylko przetrwać. Ja tymczasem stroiłam się w suknie i klejnoty warte ogromne sumy, tańczyłam na balach i flirtowałam z bogatymi kawalerami, by zdobyć od nich jeszcze więcej drogocennych prezentów… kiedy sobie to przypominałam, aż nie mogłam się nadziwić, jak płytką osobą wtedy byłam…
                Cieszyłam się, że odnalazłam matkę, choć wiedziałam doskonale, że nie będzie jej łatwo przyzwyczaić się do nowego życia. Musiała się do wielu nowych rzeczy przyzwyczaić, poznać świat taki, jakim jest naprawdę, a nie z legend czy przesądów. Tak naprawdę my też musiałyśmy się poznać na nowo, nauczyć się ze sobą żyć, rozmawiać… czekała nas długa i trudna droga, ale nie bałam się tego – najważniejsze było to, że żyła i w końcu byłyśmy razem.