Oszpecona
Czytałam jakąś lekką lekturę, gdy
rozległo się pukanie do drzwi. Wiedziałam, kto przyszedł, czekałam na niego.
Wstałam, krzywiąc się lekko, gdy naciągnęłam rany na plecach i poszłam otworzyć
drzwi.
– Nie przeszkadzam? – uśmiechnął się
Lancello, gdy tylko mnie zobaczył i poprawił torbę przewieszoną przez ramię.
– Nie, proszę, wejdź – odparłam i zaprosiłam
go do pokoju – czekałam na ciebie.
Lancello
wszedł do pokoju i zaczął rozkładać na stoliku przy łóżku przeróżne maści,
bandaże, gazy, olejki… a to wszystko, żeby opatrzyć moje rany. Westchnęłam,
obserwując to i usiadłam na łóżku, nie chcąc zwlekać.
– Bierzmy się do pracy – uśmiechnęłam się do
niego niemrawo i zaczęłam rozwiązywać szlafrok.
Odłożyłam
jedwabny materiał na łóżko i usiadłam tyłem do Lancello, mając na sobie jedynie
delikatną bieliznę i bandaże zakrywające cały mój korpus. Elf usiadł za mną i
odgarnął delikatnie moje włosy, które od razu chwyciłam nad głową, a on zaczął
delikatnie zdejmować bandaże z mojego ciała.
– Wiesz, że moja mama nie cierpi elfów? –
zaczęłam po chwili, chcąc odsunąć myśli od nadal tkliwych ran na plechach.
– No dało się zauważyć, że na nas wszystkich
dziwnie patrzy – przyznał, odłożył zużyte bandaże na bok i odkorkował butelkę,
uwalniając tym samym ostrą, ziołową woń.
– Żyła sobie spokojnie, słuchając legend i
podań, tkwiąc w małomiasteczkowym zakłamaniu – powiedziałam, przypominając
sobie rozmowę z mamą, podczas której biadoliła, jak to znajdzie mi męża, rudego
i o spiczastych uszach, żeby Bairre wyglądała jak jego córka… i jej oburzenie,
gdy poinformowałam ją, że nie zamierzam za nikogo wychodzić. – Sporo będzie się
musiała nauczyć – westchnęłam i głośno zasyczałam, gdy moje plecy przeszył
ostry ból.
– Przepraszam – powiedział szybko Lancello i
zaczął delikatniej obmywać rany.
– Pieprzone smoki… a wiesz, że Ravis się po
tym wszystkim do mnie słowem nie odezwał?
– Nic nie powiedział? – zdziwił się i znów
namoczył delikatną gazę, którą zawsze przemywał moje rany.
– Nic a nic, nawet mam wrażenie, że mnie
unikał.
– Niestety nie wiem, co mu chodzi po głowie.
Westchnęłam
cicho, również nie wiedząc. Od ataku Ravesa minęło już kilka dni, a Ravis poza
zwykłymi uprzejmościami wymienianymi w kantynie czy na korytarzu nie odezwał
się do mnie ani słowem. A przecież to jego brat tak srodze mnie okaleczył...
nawet nie widziałam jeszcze swoich ran, ale nie musiałam ich widzieć, by czuć,
jakie spustoszenie jego szpony zrobiły na moich plecach, bolały mnie od lędźwi
niemal do szyi. Na szczęście Lancello dbał o mnie każdego dnia i zmieniał mi
opatrunki, rano i wieczorem, zawsze w takich godzinach, by mama nie mogła
zauważyć, że jestem ranna. Coraz więcej jej o sobie opowiadałam, ale byłam
pewna, że widok moich pleców ją przerazi, chciałam więc jej tego
oszczędzić…nagle poczułam jednak chęć zobaczenia moich ran.
– Bardzo źle to wygląda? Chciałabym zobaczyć.
– Jest lepiej, niż można by podejrzewać –
zaczął ostrożnie – ale nie wiem, czy chcesz oglądać je tak wcześnie…
– Chcę – powiedziałam pewnie i wstałam, spinając
po drodze włosy klamrą, wysoko, by nie opadały mi na plecy.
Nie
zawracałam sobie głowy zakrywaniem piersi, przez ostatnie dni Lancello widział
mnie nie raz nagą od pasa w górę, nie było to już dla mnie krępujące. Podeszłam
do wysokiego lustra i stanęłam tak, by zobaczyć plecy… wciągnęłam głęboko
powietrze i jęknęłam żałośnie. Przez moje plecy biegły na ukos cztery
poszarpane linie. Najdłuższa sięgała od mojego karku niemal do pośladków,
najkrótsza, choć i tak długa co najmniej na stopę, znaczyła moją prawą łopatkę.
Ten widok był tak paskudny, że szybko odwróciłam głowę, a w moich oczach
zebrały się gorące łzy.
– Bogowie… wyglądam paskudnie – załkałam i
znów odwróciłam się na chwilę do lustra, co jeszcze bardziej pogorszyło mój
stan – jestem oszpecona…
Drżałam,
patrząc w lustro. Odbicie rozmazywało mi się od gromadzących się w oczach łez,
spływających gorącą strużką po moich policzkach. Wyglądałam tak paskudnie… moje
plecy, niegdyś moja chluba, przypominały teraz siekane mięso… nie mogłam się
pozbierać, czułam jak nogi zaczynają mi drżeć. Nawet nie usłyszałam, kiedy Lancello
do mnie podszedł. Stanął obok mnie i chwycił mnie za ramiona, odwracając mnie
przodem do siebie, jedną dłonią chwycił mój podbródek, żebym na niego
spojrzała.
– Wcale nie jesteś oszpecona, jesteś piękna i
byle rany tego nie zmienią – powiedział pewnym głosem; puścił mnie na moment i
jednym ruchem zdjął z siebie koszulę, ukazując nagą pierś… światło na jego
blizny padało pod takim kątem, że tworzyły cień, przez co wyglądały wręcz
groteskowo. – Spójrz na moje blizny, rany były o wiele gorsze od twoich, a
wygoiły się do tego stopnia.
Byłam
zaskoczona jego reakcją i tylko wpatrywałam się w jego blizny. Były szerokie i
nierówne, najbardziej przerażająca była jedna, biegnąca w poprzek piersi, a
wiedziałam, że na plecach ma dwie kolejne, skrzyżowane i jeszcze gorsze. Nigdy…
już nigdy nie będę mogła pokazać swoich pleców… blizny u mężczyzny nie były tak
szpetne, jak u kobiety… w jednej chwili znalazłam się w ramionach Lancello,
wtuliłam się w jego szeroką pierś i zaczęłam głośno płakać… objął mnie delikatnie,
nie dotykając ran i szeptał ciche, uspokajające słowa.
Nie
wiem, ile czasu minęło, w końcu jednak udało mi się uspokoić… łzy nadal płynęły
z moich oczu, ale moim ciałem przestał już wstrząsać szloch. Poczułam usta
Lancello, muskające wierzch mojej głowy i jego cichy szept:
– Będzie dobrze… jestem przy tobie…
Uniosłam
głowę i przymknęłam powieki, spod których nadal płynęły łzy, łącząc nasze usta
w delikatnym, rozedrganym pocałunku. Lancello położył dłoń na moim karku i
odchylił delikatnie moją głowę, całując mnie równie delikatnie, wręcz czule.
Trwaliśmy tak chwilę, aż moje ciało zaczęły przenikać dreszcze… od emocji… od
chłodu…
– Zimno ci? – spytał z troską Lancello,
patrząc mi w oczy.
– Trochę – szepnęłam i wróciłam do całowania
go, nim cokolwiek zdążyłby odpowiedzieć.
Całowaliśmy
się coraz śmielej, coraz odważniej, zatracając się w tym, jakby nasze pocałunki
mogły zmyć wszystko złe, co się wydarzyło. Wspięłam się na palce i wplotłam dłonie
w jego włosy, przyciągając go do siebie, chciałam być przy nim, z nim, czuć go…
tak jakby jego obecność była dla mnie ratunkiem. Odsunęłam się na moment,
oddychając szybko z ustami tak blisko jego, że nasze oddechy łączyły się w
jeden. Patrzyłam w jego ciemnobrązowe oczy i dotknęłam dłonią jego policzek.
– Mi amado… – wyszeptałam cicho.
– Mea queri – odparł równie cicho i krótko
mnie pocałował – cała drżysz – zauważył.
– To… to nic…
– Marzniesz, trzeba cię zabandażować i musisz
się rozgrzać – powiedział, patrząc mi w oczy.
– Dobrze – westchnęłam i ruszyłam z powrotem
na łóżko, nie patrząc już w lustro.
Lancello
szedł za mną i coś mamrotał pod nosem, nie dosłyszałam jednak żadnego słowa.
– Co mówiłeś? – odwróciłam się do niego, gdy
już usiadłam.
– Co? – spytał zaskoczony.
– No… coś mamrotałeś pod nosem.
– Hm… chyba zastanawiałem się nad czymś i
głośno myślałem, wypadło mi teraz z głowy – odparł i zaczął szykować maści.
Przyglądałam
mu się przez moment, czując teraz coraz bardziej, jak bardzo zmarzłam przez ten
moment. Pokoje na sterowcu nie należały do najcieplejszych, a przez rany ciągle
miałam wyższą temperaturę ciała niż powinnam, drżałam więc już na całym ciele.
Kichnęłam dwukrotnie, krzywiąc się i sycząc przy tym z bólu przez nagły zryw.
Lancello nasmarował moje plecy jak najszybciej maściami i bez zbędnej zwłoki
zabrał się za bandażowanie. Robił to szybko, przez co kilka razy musnął moją
talię i piersi, wywołując dodatkowe drżenie w moim ciele, to jednak nie było
nieprzyjemne, o czym świadczyły moje twardniejące piersi.
– Przepraszam – szepnął Lancello, gdy się
zorientował.
– Nie ma za co…
Chwilę
później skończył opatrywanie mnie i okrył moje ramiona szlafrokiem. Wsunęłam
ręce w rękawy i podniosłam się, po czym usiadłam okrakiem na jego kolanach i wtuliłam
się w niego, kładąc ręce na jego plecach. Na początku wydawał się zaskoczony,
po chwili objął mnie jednak w talii i wtulił twarz w moje włosy.
– Zostaniesz? – wyszeptałam cicho, wręcz
nieśmiało.
– Zostanę – przytaknął i pocałował moje czoło
– oczywiście, że zostanę.
Kiedy
już leżeliśmy w jednym łóżku, spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, a on od
razu odwzajemnił uśmiech, w ten swój jedyny, wyjątkowy sposób… to był uśmiech
przeznaczony dla mnie, do nikogo innego tak się nie uśmiechał…
– Dziękuję ci… za wszystko… – szepnęłam, a on
wyciągnął rękę i pogładził mnie po policzku.
– Ja również ci dziękuję – odparł, i splótł
palce z moimi.
Zasnęliśmy
w milczeniu, patrząc sobie w oczy, ze splecionymi dłońmi… tak bliscy sobie, jak
nigdy wcześniej…
Kamienne serce Mikura
Kolejny tydzień był ciężki. Radość z
odnalezienia matki nadal towarzyszyła mi każdego dnia, coraz ciężej było mi się
z nią jednak porozumieć. Miała bardzo hermetyczne poglądy, świat powinien
wyglądać tak, jak ona się tego nauczyła, ciężko jej było znieść to, że w
niektórych aspektach wyglądał zupełnie inaczej. Bała się też przedstawicieli
innych ras, patrzyła na nich bardzo stereotypowo, przez co nie potrafiła
przekonać się do żadnego z moich towarzyszy. Dowiedziałam się też, że miała
spore spięcie z Mikurem, gdy odprowadzał ją na sterowiec… nie dociekałam, o co
poszło, postanowiłam jednak wyjaśnić obecną sytuację mojej matki Mikurowi.
Poszłam do jego pokoju i przeszłam przez zasłonę, którą miał zamiast drzwi,
które wcześniej ciągle psuł, podłogi i ściany również miał w wielu miejscach
wyłożone jakimiś materiałami, zapewne żeby nie zniszczyć spawów. Siedział sobie
na środku pokoju i czyścił topór Behemotha, kiedy weszłam z lekkim uśmiechem.
– Mogę? – spytałam, a kiedy skinął głową, przysiadłam
na skrzyni blisko niego – Chciałam porozmawiać o mojej mamie… wiem, że trochę
się pokłóciliście, nie wiem o co, ale...
– Chciała wleźć do Alphonse’a – burknął –
musiałem przez nią przed nim uciekać i uparła się, że chce iść do twojego
pokoju.
– Na pewno nie miała nic złego na myśli –
westchnęłam – dla niej wiele rzeczy jest nowych, to teraz ciężkie chwile,
mnóstwo z tego, co do tej pory wiedziała, okazuje się być teraz nieprawdziwe, w
dodatku znalazła się w otoczeniu naprawdę… specyficznej zbieraniny… ciężko jej
jest.
– A ja myślę, że miała coś bardzo złego na
myśli – odparł mój kamienny przyjaciel, patrząc na mnie kryształowymi oczami –
przynajmniej tyle wywnioskowałem z jej wrzasków… i tego, że niemal w ogóle nie
dostaję jedzenia.
– Proszę cię, nie bądź na nią zły –
poprosiłam go, patrząc mu w oczy – to dla mnie ważne, żebyś się z nią dogadał…
oboje was kocham, nie chcę, żebyście się kłócili… Mikur… ja przez niemal całe swoje życie myślałam, że moja matka nie żyje, a ona teraz…
– Szkoda, że jednak jest inaczej – burknął z
nutką złości Mikur – że jednak żyje – dodał, a ja poczułam zbierające się w
moich oczach łzy.
– Jak… jak możesz… to moja matka…
Nie
byłam w stanie nic więcej powiedzieć, nie chciałam dłużej z nim rozmawiać,
patrzeć na niego… zerwałam się z miejsca i wybiegłam z jego pokoju, gnając
korytarzami prosto do siebie. Zakluczyłam za sobą drzwi i rozpłakałam się na
dobre. Nie mogłam uwierzyć, że usłyszałam te słowa od Mikura… od mojego
przyjaciela… najdroższego przyjaciela, od początku podróży z tą zgrają…
Nie
spodziewałam się, że kiedykolwiek przyjdzie mi poznać kamienną stronę Mikura,
że będę musiała przez niego płakać… przez cały dzień chodziłam ponura, nawet
przygotowany przez mamę deser nie poprawił mi humoru... nie mogłam jej opowiedzieć,
co się stało, a nie chciałam chodzić po sterowcu w obawie, że napotkam Mikura…
czekałam więc na wieczorną wizytę Lancello.
Strach
– Nie wiem, co w niego wstąpiło – powiedział Lancello, gdy opowiedziałam
mu wszystko już po zmianie opatrunków – jeśli chcesz, porozmawiam z nim.
– Nie – pokręciłam głową – musi sam to
zrozumieć… nic mu nie mów – poprosiłam, siedząc na jego kolanach i tuląc się do
niego.
– Dobrze, mea queri – odparł spokojnie i
pocałował mnie.
Od
razu oddałam pocałunek, przysuwając się do niego bliżej. Z początku nasze wargi
ledwie się muskały, czułam jego oddech, pieszczący moją skórę i usta. Minęła
ledwie chwila, a z delikatnego pocałunek przerodził się w namiętny i głęboki,
oboje zaczęliśmy się coraz bardziej zatracać w naszej bliskości. Przysunęłam
się do Lancello, by móc go poczuć jak najbliżej i wsunęłam ręce pod jego
koszulę, a on chwycił moje biodra swoimi dużymi dłońmi i przysunął mnie do
siebie. Jego pocałunki stały się gorączkowe, całował moje usta, policzki, po
linii szczęki i po szyi, sunął nimi aż do obojczyków, a ja poddawałam się jego
działaniom, drżąc i wzdychając cicho. Przesunął dłonie na moje pośladki i zaczął
poruszać moimi biodrami na swoich kolanach, szybko więc mogłam poczuć jego
podniecenie. Zdjęłam z niego koszulę i wplotłam palce w jego włosy,
przyciągając jego twarz ku sobie i wpijając się łapczywie w jego usta.
Jego
bliskość też na mnie oddziaływała, jego dotyk i pocałunki elektryzowały moją
skórę, wywołując fale przyjemnych dreszczy. Przesunęłam dłonie na jego pierś i
pchnęłam go, kładąc się na nim i zaczęłam wodzić po jego ciele, znów ucząc się
struktury jego blizn i mięśni. Sama już ruszałam biodrami, czując rosnące
podniecenie, wzdychałam na przemian z nim, całowałam go jakby to miał być nasz
ostatni pocałunek, zatracałam się w nim…
– Mmm…. Vivienne – wymruczał cicho i zamknął
oczy, a kiedy je otworzył, płonęły pożądaniem, które i mnie rozpalało.
Przesunął
rękoma wzdłuż moich ramion aż do dłoni i splótł nasze palce razem. Spojrzałam
mu w oczy i przygryzłam wargę, uświadamiając sobie, jak daleko zabrnęliśmy, że
zabrniemy dalej, jeśli tego nie przerwę… przestałam się poruszać i zatrzymałam
twarz milimetry od jego twarzy, tak że nasze oddechy łączyły się w niewielkiej
przestrzeni. Lancello uniósł głowę, chcąc mnie pocałować, ale odsunęłam się,
uniemożliwiając mu to.
– Vivienne – szepnął ochrypłym od pożądania
głosem, patrząc mi w oczy – pragnę cię – dodał, rozłączając nasze dłonie i
przenosząc ręce na moje uda, które zaczął delikatnie gładzić palcami.
– Wiem… ale nie teraz… nie dziś – szepnęłam
cicho i pogłaskałam go po włosach.
Lancello
przytaknął powoli, wpatrując się we mnie z niesłabnącym pożądaniem. Pragnął
mnie, widziałam to… pragnął mnie mimo wszystkich moich wad, mimo tego kim
byłam, jak wyglądałam, mimo szpecących mnie blizn, które oglądał każdego dnia…
Westchnęłam
i zeszłam z niego. Rozpuściłam włosy i wsunęłam się pod pościel z drugiej
strony łóżka, po chwili Lancello zdjął spodnie i ułożył się w bokserkach obok
mnie. Od tygodnia spędzaliśmy razem noce, nigdy jednak nie zabrnęliśmy aż tak
daleko, nigdy jeszcze tak bardzo nie zatraciliśmy się w pocałunkach, w pieszczotach…
Lancello
pocałował mnie jeszcze na dobranoc i szybko zasnął, ja jednak nie mogłam
zmrużyć oczu. Obserwowałam śpiącego obok mnie mężczyznę, czując narastający we
mnie strach.
Kochałam
go, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Nie wiedziałam, czy on żywi do
mnie równie silne uczucie, byłam jednak pewna, że nie jestem mu obojętna. A
mimo to radość z przebywania z nim zaczął przyćmiewać strach, który chwycił
moje serce żelazną pięścią. Nie wolno ci…
zdawał się mówić w moich myślach jeśli
go kochasz, zostawisz go… sprowadzisz na niego tylko śmierć, tylko zniszczenie…
nie dasz mu nic dobrego… przypomnij sobie Williama…
Strach
ma wielkie oczy. Zobaczyłam w myślach toczącą się po bruku głowę, rzuconą przez
Bugdusha pod moje kolana, kiedy jednak się zatrzymała, ujrzałam ciemnobrązowe,
puste oczy Lancello, jego rozchylone do krzyku usta, które zaczęły szeptać… to twoja wina… Mścibór cię przejrzał…
narodziłaś się by nieść śmierć… nie potrafiłaś być dobrą matką, nic w życiu ci
się nie udało… jeśli go kochasz, porzucisz go…
Moje ciało przebiegł dreszcz. Nie, to nie mogła być
prawda… a jednak… cóż mogłam mu ofiarować? Nawet nie byłam w stanie do końca mu
się oddać. Kiedy posunęliśmy się tak daleko w pieszczotach… z jednej strony
pragnęłam go, z drugiej bałam się, co będzie, gdy zajdziemy dalej… bałam się,
że pewnego dnia zniknie, tak jak zniknął Brandere. Zniknięcia Lancello jednak
bym nie zniosła… stał mi się zbyt bliski, teraz sobie to uświadomiłam…
pozwoliłam sobie pokochać go, choć obiecałam sobie kiedyś, że już nigdy tego
nie zrobię. Każdy, kogo ja kochałam, kto był mi bliski, od razu znajdował się w
ogromnym niebezpieczeństwie…
Spojrzałam
na Lancello z łzami w oczach i pocałowałam go lekko w czoło. Nie obudził się,
jedynie cicho westchnął przez sen. Był piękny, nawet mimo blizn… nie potrafiłam
uważać ich za szpecące, były nieodłączną częścią niego, bez nich nie byłby
sobą…
Przypomniałam
sobie nasze pierwsze spotkanie i to, jak mnie wtedy potraktował. Jego rezerwę i
ostrożność… był łowcą, a ja wampirem, powinien na mnie polować, nie leżeć ze
mną w łóżku. To musiało się skończyć, dla jego dobra… musiałam zakończyć ten
piękny sen, obudzić się, nim zmieni się w najgorszy z koszmarów.
Wiedziałam
już, co muszę zrobić, choć podjęłam tę decyzję z bólem serca. Otarłam łzy z
policzków…przyniesiesz mu tylko śmierć i
cierpienie… mówił głosik w mojej głowie. To dla jego dobra…
– To dla twojego dobra – wyszeptałam ledwie
słyszalnie i pogładziłam jego policzek, następnie wstałam z łóżka, żeby go nie
obudzić i poszłam do ładowni, gdzie nikogo w nocy nie powinno być. Tam mogłam
płakać do woli…