Poranek
Sen był lekki… spokojny… zbitek niepowiązanych
obrazów, wśród których najczęściej przewijała się Bairre i Lancello. Nie
pamiętałam nawet tuż po obudzeniu, o
czym dokładnie śniłam, na pewno nie były to jednak koszmary… obudziłam się szczęśliwa…
otworzyłam powoli oczy i uśmiechnęłam się szerzej, widząc przyglądającego mi
się Lancello.
– Dzień dobry – odezwał się z czułym uśmiechem.
– Dzień dobry – odparłam, ale nadal byłam zaspana,
więc ostatnie słowo przeciągnęłam w szerokim ziewnięciu.
– Hej, co znaczy mi amado? – spytał Lancello niedbałym
tonem.
– Hmmm… co? – odparłam rozkojarzona, zastanawiając
się, skąd mu to nagle przyszło do głowy… może znowu coś mówiłam przez sen… w
końcu śnił mi się Lancello, którego idealnie mogłam opisać tym słowem – mój
ukochany – wyjaśniłam mu – dlaczego pytasz?
– A nic, tak po prostu – uśmiechnął się i pogładził
mnie po włosach, odgarniając część na bok, żeby lepiej widzieć moją twarz –
przypomniałem sobie zasłyszane słowa.
– Mmm – zamruczałam cicho, nadal nie do końca
rozbudzona i znów ziewnęłam, przyglądając się jak Lancello się przeciąga i po
chwili również krótko ziewa – która godzina?
– Będzie ze dwie godziny po świcie.
– Dawno tyle nie spałam… nie bez mikstury – zdziwiłam
się.
– I bardzo dobrze, że jej nie potrzebowałaś, choć
pewnie leki przeciwbólowe też zrobiły swoje.
– A wiesz, że chyba śniło mi się nawet coś miłego?
Pamiętam, że była tam Bairre… – wspomniałam i uśmiechnęłam się lekko, pomijając
to, że o nim też śniłam.
– To miło słyszeć.
– Już za nią tęsknię…
– Wierzę, widziałem, jak ci na niej zależy –
uśmiechnął się ciepło.
– To moja córka… oddałabym za nią bez wahania życie.
Nie planowałam tej ciąży, ale nigdy, przenigdy nie żałowałam, że Bairre
pojawiła się na tym świecie… to mój największy skarb – powiedziałam, chcąc mu
wyjaśnić tę sytuację… żeby zrozumiał, co mną kierowało, że oddałam córkę do
świątyni i kłamałam ich przez ten cały czas.
– To dobrze, że tak o niej myślisz – odparł pewnym
głosem.
– Chciałabym, żeby mogła być przy mnie… ale tam jest
bezpieczna. Nie mogę jej narazić, nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś jej się
stało…
– Zobaczysz, niedługo będziesz mogła być przy niej, a
jak nam się uda załatwić twojego brata, to już będzie o wiele bezpieczniej.
– Jeszcze musiałabym pozbyć się kultu krwi –
westchnęłam – oni nie odpuszczą, póki mnie nie dopadną… a teraz mają już dwa
cele na sterowcu.
– Jeśli byś została wśród elfów, to bardzo mało
prawdopodobne, by tu przybyli.
– Wiesz, że nawet o tym myślałam? Tutaj podoba mi się
o wiele bardziej, wolałabym, żeby Bairre dorastała wśród elfów – westchnęłam i
spojrzałam na niego z uśmiechem – cieszę się, że mnie wepchnąłeś do tego
portalu.
– Nie ma za co – odparł lekko, wzruszając ramionami –
widziałem, że tak naprawdę chciałaś iść, to tylko pomogłem ci podjąć decyzję.
– Dziękuję – powiedziałam i zaczęłam bardzo powoli się
podnosić, żeby oprzeć się na łokciach, jednak nawet tak delikatne ruchy
wywoływały ból, na który aż się skrzywiłam… no tak, mikstura i maści przestały
już działać…
– Lepiej uważaj na plecy – poradził zmartwiony
Lancello i jakby chciał mi pomóc się podnieść, ale gestem kazałam mu pozwolić
mi zrobić to samodzielnie.
– Czuję – odparłam tylko i, zaciskając zęby,
podniosłam się i usiadłam bokiem do niego – jest dużo lepiej niż wczoraj –
uśmiechnęłam się lekko do niego; faktycznie, było dużo lepiej, co nie znaczy,
że było dobrze…
Pościel
zsunęła się z moich pleców, gdy siadałam i opadła, odsłaniając przy tym też
sporą część moich nóg. Nie dało się nie zauważyć, że wzrok Lancello zbłądził na
ten kawałek mojej nagiej skóry. Uśmiechnęłam się do niego lekko, wyciągając
rękę i sunąc opuszkiem palca po jego ramieniu, ku dołowi. Chwyciłam jego dłoń i
uniosłam ją, porównując wielkość z moją, tak drobną i delikatną przy jego.
Pogładziłam lekko wierzch jego dłoni i przyłożyłam ją do swojego policzka,
jakby wtulając w nią twarz i uśmiechnęłam się zachęcająco do Lancello.
Zrozumiał mój gest i zaczął delikatnie gładzić mój policzek, przysuwając się
bliżej mnie i cały czas intensywnie wpatrując się w moje oczy. Przesunęłam jego
dłoń niżej, na szyję, on pogładził ją lekko i sam przeniósł ją na mój kark,
również go masując. Puściłam jego rękę i przeniosłam swoją dłoń na jego klatkę
piersiową, jego blizny, robiąc to, o czym marzyłam już wcześniej. Delikatnie,
opuszkiem palca, zaczęłam badać fakturę jego szram, zastanawiając się
intensywnie nad czymś.
– Będę miała podobne? – spytałam, nadal tylko
delikatnie muskając jego skórę.
– Wątpliwe, twoje zagoją się o wiele lepiej –
powiedział z wyraźnym napięciem w głosie, które poczułam też w jego mięśniach,
gdy przyłożyłam do jego ciała całą dłoń.
– Przepraszam – wyszeptałam, nie chcąc robić czegoś
wbrew niemu, i już chciałam odsunąć dłoń, kiedy przykrył ją swoją.
– Nie, to nie przez ciebie – odparł, przysuwając się
jeszcze bliżej, tak że już niemal czułam jego oddech na swojej twarzy.
Uśmiechnęłam
się lekko i spojrzałam mu głęboko w oczy, zbliżając się do niego i łącząc nasze
wargi w czułym pocałunku. Sunęłam jedną dłonią po jego piersi, powoli poznając
fakturę jego pokaleczonej skóry, drugą wplotłam w jego przydługie, rozczochrane
włosy. Lancello również wsunął palce w moje włosy i odchylił delikatnie moją
głowę, pogłębiając z zaangażowaniem pocałunek. Uniosłam się jednak, zbliżając
się do niego tak, że nasze ciała zetknęły się na całej długości i, nawet przez
bandaże, czułam bijące od niego gorąco. W tym jednym pocałunku było tyle
emocji…
– Lancello… – wyszeptałam, odsuwając się od niego na
milimetry, tak, że jego przyspieszony oddech muskał moje wargi – co ty ze mną
robisz?
– Przepraszam… ja… – zaczął, patrząc w moje oczy,
jednak nie pozwoliłam mu dokończyć, znów łącząc nasze usta w pocałunku.
Pchnęłam
go lekko, by się położył, po czym powoli ułożyłam się na jego piersi, całując
go coraz namiętniej i sunąc dłońmi od jego bioder, przez pierś i z powrotem,
czując pod palcami napinające się pod moim dotykiem silne mięśnie. Jego ręce
również błądziły po moim ciele, po biodrach, talii, udach… w końcu zatrzymał
chwycił moje udo i podciągnął je, przyciągając mnie tym samym bliżej siebie i
przesunął dłoń na wyeksponowany w ten sposób pośladek, gładząc go lekko. Drugą
dłoń wplótł w moje włosy…
Czułam
rosnące z każdą chwilą podniecenie, chciałam więcej i więcej… pragnęłam poczuć
go jak najbliżej, jak najmocniej… chciałam, by nasze ciała złączyły się w
jedno… wiedziałam jednak, że przez moje rany było to niemożliwe… już ten
pocałunek momentami wywoływał ból, udawało mi się go jednak zignorować, stłumić
przyjemnymi doznaniami płynącymi z kontaktu z Lancello… widziałam, czułam, że
zapał Lancello też rośnie, musiałam więc zwolnić…
Odsunęłam
się na moment, opierając swoje czoło o jego i oddychając szybko. Patrzyliśmy
sobie głęboko w oczy, nic nie mówiąc… przez tę chwilę liczyły się tylko nasze
oddechy, bliskość… i to, co wyczytaliśmy w swoich spojrzeniach… po chwili
zaczęłam znów go całować, tym razem jednak delikatnie, lekko, ledwie muskając
jego usta. Uniosłam się wyżej i zaczęłam mu się przyglądać, odgarnęłam włosy z
jego czoła i delikatnie pogładziłam jego policzek, na co Lancello uśmiechnął
się delikatnie, a ja poczułam, jak usta same wyginają mi się w szerokim
uśmiechu… byłam tak szczęśliwa w tamtej chwili…
– Jesteś piękna – powiedział Lancello ze szczerym
zachwytem.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, choć
myślałam, że już to było niemożliwe.
– Uwielbiam twój uśmiech – wyznał, wpatrując się we
mnie.
– Dzięki tobie coraz częściej mam powody, by się
uśmiechać – odparłam i pocałowałam go lekko w usta, po czym osunęłam się niżej,
układając głowę na jego piersi.
– Bardzo mnie to cieszy – powiedział i zaczął głaskać
moje włosy.
Leżeliśmy
tak wtuleni jeszcze parę dobrych minut. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio
mogłam się przytulić do kogoś, przy kim czułabym się tak… bezpiecznie. I nie
chodziło o bezpieczeństwo fizyczne, takich zagrożeń się nie obawiałam, nie tak
jak innych… Lancello dawał mi komfort psychiczny, zapewniał wewnętrzny spokój…
nie wiem, jak to robił, ale mu się to udawało…
– Dobrze mi – szepnęłam cicho, kręcąc opuszkiem palca
kółka na jego piersi.
– Mi też – odparł cicho i musnął dłonią mój policzek.
Trwaliśmy
kolejną dłuższą chwilę w takiej pozycji, aż w końcu Lancello uznał, że czas
zająć się moimi ranami. Pomógł mi zdjąć swoją koszulę i opatrunek, po czym
opatrzył rany na nowo, znów smarując je jakąś ostro pachnącą ziołami maścią,
która na szczęście bardzo łagodziła ból, na tyle, że w niektórych miejscach
czułam wręcz drętwienie skóry. Starałam się powstrzymywać, kiedy mnie
opatrywał, przed jęknięciami z bólu, parę razy jednak mi się nie udało, i
Lancello od razu zaczynał mnie przepraszać. Kiedy skończył, podziękowałam mu
cmoknięciem w policzek i uśmiechnęłam się lekko, licząc, że nie zobaczy moich
wilgotnych oczu.
– Było już dużo lepiej, prawie nie bolało – skłamałam,
nie chcąc go zamartwiać.
– Będzie dobrze, nie martw się – zapewnił i przybliżył
się, żeby pocałować mnie w czoło.
– Będzie… zaczynam w to wierzyć… w końcu nie jestem
sama… prawda? – powiedziałam niby pewnie, choć w ostatnim słowie zabrzmiało
zwątpienie.
– Oczywiście, że nie jesteś sama – uśmiechnął się i
chwycił moją dłoń.
Odpowiedziałam
mu lekkim uśmiechem i przeniosłam wzrok na jego pierś. Znów lekko przesunęłam
palcem po bliźnie, tym razem mięśnie Lancello spięły się jedynie na moment,
potem jakby się rozluźnił, przyzwyczajając się do mojego dotyku. Przypomniałam
sobie zdarzenia z lochu, Ravesa i jego nowego towarzysza…
– Ten w lochu… ten elf co był z Ravesem… twój brat… to
on ci to zrobił? – spytałam cicho z obawą, czy aby nie posunęłam się za daleko
i spojrzałam mu w oczy.
– Tak – odparł, poważniejąc, a jego twarz przybrała
dość ostry wyraz – mój brat.
– Przykro mi – szepnęłam i położyłam dłoń na jego
mostku, czując szybkie bicie jego serca pod ręką – twoje koszmary… to on..
– Spokojnie – powiedział równie cicho, choć w jego
głosie nie słyszałam spokoju – tak już niestety jest.
– Nie zasłużyłeś na to – stwierdziłam ze smutkiem… był
dobry… nie zasłużył na coś tak okrutnego…
– Ty też nie zasłużyłaś na to, co cię spotkało –
odparł i znów pocałował mnie w czoło, po czym przyciągnął do swojej piersi i
przytulił lekko.
– Ale są też tego dobre strony – westchnęłam i lekko
się uśmiechnęłam.
– Też tak sądzę.
– Gdyby nie wydarzenia w Felmarii… pewnie byłabym
zmuszona w końcu wyjść za któregoś z przedstawianych mi kandydatów, często dużo
ode mnie starszych, za to z dobrą pozycją i opasłą kiesą... a teraz jestem
wolna... i wiesz co? Niepotrzebne mi już te tytuły, majątek, bale... to jest
tak bardzo nieistotne... to tu kryje się prawda – oświadczyłam, poruszając
ręką, nadal ułożoną przy jego sercu – nie w nazwisku – uśmiechnęłam się i
odsunęłam odrobinę, chcąc mu spojrzeć w oczy.
– Masz rację. Całkowitą rację – powiedział i miałam
wrażenie, że jego serce jeszcze przyspieszyło w tamtym momencie.
Uśmiechnęłam
się do niego znów i przysunęłam, łącząc nasze usta w czułym, długim pocałunku,
który z czasem stawał się coraz bardziej namiętny. Oderwaliśmy się w końcu od
siebie, z szybszym oddechem i zaczęliśmy się zbierać na śniadanie. Musiałam,
chciałam też w końcu spędzić trochę czasu z matką, wyjaśnić jej wszystko. Lancello
podał mi świeżą koszulę, na tyle dużą, że sięgała mi do połowy ud, po czym
poszedł ze mną do mojego pokoju, gdzie przebrałam się w suknię, która
zamaskowała cały opatrunek – nie zamierzałam przerażać matki od razu moimi
obrażeniami, lepiej, żeby nie wiedziała…
i tak to, co musiałam jej powiedzieć, będzie dla niej dość szokujące.
Poprosiłam
Lancello, by zasznurował mi suknię i, gdy to robił, delikatnie, by nie urazić
moich ran, wpadłam na pewien pomysł. Zsunęłam z palca jeden z pierścieni,
którymi rzucił we mnie Raves; dobrze wiedziałam, co to za pierścienie. Jeden z
nich, ten, który nadal tkwił na moim palcu, to Pierścień Cienia Księżyców,
pozwalający użytkować moc ciemności i zimna. Drugi z kolei, który chwyciłam w
dłoń, to Pierścień Blasku Słońc, dający przeciwne moce do poprzedniego –
światło i ciepło. Światło i ciemność, ciepło i zimno, słońce i noc… z jakiegoś
powodu, nie wiadomo dlaczego, poczułam chęć ofiarowania jednego z nich
Lancello. I nie chodziło tylko o to, że wcześniej wspominał, iż jeden z nich
chciałby mieć… pomyślałam, że byłoby to dość symboliczne, w końcu byłam istotą
mroku… on z kolei był moim światłem w tej ciemności, w której do niedawna byłam
pogrążona.
– Dziękuję – odwróciłam się, gdy skończył i
pocałowałam go lekko w usta, chwytając jego dłoń i wsuwając doń Pierścień
Blasku Słońc – chyba może cię to zainteresować – powiedziałam cicho z
uśmiechem.
– To… dajesz mi go? – zdziwił się, spoglądając na
pierścień i przybliżając go do twarzy.
– Tak – wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się –
pamiętam, że wspominałeś, że chciałbyś go mieć.
– Wspominałem, że by mi się przydał… – odparł nadal
wyraźnie zdziwiony.
– No to teraz go masz – uśmiechnęłam się i wyciągnęłam
przed siebie dłoń z drugim pierścieniem – ja mam ten – dodałam, a Lancello odpowiedział
mi uśmiechem i wsunął na palec pierścień – Raves rzucił nimi we mnie… niby jako
zapłatę… za usługi – wzdrygnęłam się, przypominając sobie tamtą chwilę…
Lancello
od razu, bez słów przytulił mnie do siebie i pogładził po włosach, szepcząc
uspokajające słowa. Wtuliłam się w niego, chłonąc jego spokój i po chwili już
odsunęłam się z lekkim uśmiechem, chwytając jego dłoń.
– Chodźmy do kantyny – powiedziałam, a Lancello skinął
głową i razem ruszyliśmy.
Matczyne ramiona
Już
na korytarzu poczuliśmy niezwykle kuszący zapach potraw, spojrzeliśmy więc po
sobie zdziwieni i ruszyliśmy szybszym krokiem. Jak tylko przeszliśmy przez
drzwi, moja mama zmierzyła nas uważnym spojrzeniem i nakazała nam usiąść, po
czym zaczęła nakładać nam na talerze potrawkę. Uśmiechnęłam się do niej, bardzo
mile zaskoczona tym, jak się rozgościła na sterowcu i że tak szybko znalazła
sobie miejsce – wiedziałam, że uwielbia gotować, nie sądziłam jednak, że tak
szybko przejmie władzę w naszej kuchni (później dowiedziałam się, że zrobiła to
dość obcesowo, grożąc piratom patelnią, kiedy tylko zobaczyła, co przygotowywali na śniadanie).
– Pogoniłam tego waszego niby kucharza – powiedziała,
nakładając mi na talerz niezwykle hojną porcję – kto to widział, podawać do
jedzenia takie śmieci! I taki bałagan w kuchni! – dodała, szczerze oburzona.
– Cóż… pirat robił co mógł – wzruszyłam ramionami
uśmiechając się do niej łagodnie i smakując potrawki – Mamo! To jest pyszne!
– Dziękuję – odpowiedziała zadowolona – porozmawiamy
po śniadaniu?
– Pewnie, możemy usiąść spokojnie w moim pokoju.
– Dobrze, córeczko.
Wszyscy
jedli śniadanie z ogromnym apetytem, Mikur nawet z jeszcze większym niż zwykle
– normalnie nakładał sobie podwójną porcję, tego poranka poprosił aż o
potrójną, choć porcje nakładane przez mamę były naprawdę ogromne. Ledwo
zmieściłam to, co mi nałożyła, a już biegła z dokładką, twierdząc, że marnie
wyglądam i że muszę zacząć się zdrowo odżywiać. Nie dało się ukryć, że sporo
schudłam od czasu rozstania z Bairre… nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek
wcześniej była tak szczupła. W końcu udało mi się przekonać mamę, że naprawdę
więcej nie dam rady zjeść i poszłyśmy do mojego pokoju. Przez całą drogę mama
oglądała się przez ramię, więc w końcu nie wytrzymałam i spytałam, dlaczego to
robi.
– Patrzę, czy któryś z tych bandytów za nami nie idzie
– odpowiedziała, a ja ledwo powstrzymałam śmiech.
– Mamo… to moi towarzysze, a paru z nich to
przyjaciele – uśmiechnęłam się.
– Ale jeden jest wielkim kamieniem, a trzech ma szramy
na pyskach, kolejny to chyba zmutowany pies, a inny zaciąga padliną.
– Ten kamień jest pocieszny, naprawdę, mamo, to takie
duże dziecko, tego śnieżnego elfa nie znam, ale białowłosy smok to dobry
towarzysz, za to Lancello to świetny przyjaciel… jedynie co do Manro możesz
mieć trochę racji, jemu też nie ufam, jest dla mnie złem koniecznym na tym
sterowcu.
– Nie jestem do żadnego z nich przekonana –
powiedziała sceptycznie, wyraźnie niechętnie do nich nastawiona.
– Musisz ich poznać – uśmiechnęłam się do niej lekko i
otworzyłam drzwi do mojej kajuty, zapraszając ją ręką – zapraszam.
Mama
weszła i zaczęła się rozglądać wokół, za wiele jednak nie mogła zobaczyć. Okna
zasłonięte były przed promieniami słońca grubymi kotarami, w całym pokoju
panował więc przyjemny półmrok, co mogło działać na moją korzyść, bo utrudniało
dojrzenie ogromu bałaganu, jaki panował w całym pokoju.
– Dlaczego tu tak ciemno? I jaki bałagan! –
powiedziała, zerkając na stół i łóżko, zasłane moimi ubraniami i książkami.
– Nigdy nie potrafiłam utrzymać porządku – wzruszyłam
ramionami i podeszłam do łóżka, gdzie na samym wierzchu leżała koszula
Lancello, chcąc ją szybko zwinąć razem z innymi rzeczami i wrzucić do skrzyni…
niestety, byłam zbyt wolna.
– To chyba na ciebie troszkę za duże - powiedziała mama
i spojrzała na mnie podejrzliwie.
– Musiało się zapodziać w praniu, zapytam, czyje to – skłamałam
szybko, na co mama tylko zmrużyła oczy, szybko więc zmieniłam temat – chodź,
usiądźmy – zaprosiłam ją do stołu, zdejmując z krzeseł i blatu moje rzeczy i
wrzucając je do skrzyni, po czym wyjęłam koszulę z rąk matki i też ją tam
wrzuciłam, zatrzaskując ciężkie, drewniane wieko.
– Hej! Czemu to chowasz? – oburzyła się mama.
– Żeby nie zawadzało, potem oddam właścicielowi,
sądząc po kolorze i zdobieniach to koszula Lancello albo Valarada.
– Może daj mi i ja ją oddam, popytam czyja jest i dam
im wykład o pilnowaniu swoich rzeczy.
– Daj spokój mamo, każdemu się zdarza – westchnęłam –
tyle czasu się nie widziałyśmy, porozmawiajmy.
– Ciemno tu, ledwie cię widzę.
– Zapalę świece – powiedziałam, zdejmując z szafki
duży świecznik i zaczęłam go zapalać
– Wolę dzienne światło – dyskutowała, na co tylko
westchnęłam zmęczona.
– Ale ja nie – postawiłam świecznik na stole, ale mama i tak stanowczym krokiem poszła w stronę okna, podbiegłam więc do niej i
chwyciłam ją za ramię – nie rób tego – zabroniłam jej wręcz ostro.
– A to dlaczego? – zdziwiła się, patrząc na mnie
uważnie.
– Nie lubię światła… usiądź, proszę, to wszystko ci
wyjaśnię – poprosiłam, a mama usiadła na krześle z surową miną i rękoma
założonymi na piersiach, westchnęłam więc lekko, nie mając pojęcia, jak ubrać w
słowa to wszystko, co się zdarzyło, żeby za bardzo jej nie zaszokować – nie wiem
od czego zacząć… nie wiem, ile o mnie wiesz…
– Niestety niewiele, ale sądzę, że kilka rzeczy przede
mną ukrywasz.
– Tak – westchnęłam i spojrzałam w jej brązowe oczy –
musisz wiedzieć, że wiele się zmieniło i obecnie bardzo się różnię od małej
Carmen, którą ci odebrano, bardzo się różnię nawet od Francesci sprzed
pamiętnej wyprawy do Felmarii – zaczęłam, a mama tylko skinęła głową, patrząc
na mnie z wyczekiwaniem, co dalej powiem, kontynuowałam więc bez zwłoki. – W Felmarii
zostałam zdradzona, Bugdush uknuł spisek, żeby odebrać mi majątek, co wyszło mu perfekcyjnie, a jego orkowie wywiązali się wręcz idealnie z zadania, jakie im
zlecił… wykonali je wręcz z entuzjazmem… Bugdush nie przewidział tylko jednego –
westchnęłam i wzięłam głębszy oddech, zanim zaczęłam mówić dalej – nie pomyślał,
że jeśli pozostawi moje martwe ciało w lesie, to może się nim zainteresować
pewna błąkająca się tam istota… zostałam ukąszona przez wampira… i przemieniona w niego…
– Carmen… – odezwała się mama drżącym tonem, patrząc
na mnie nie z odrazą czy strachem, czego się spodziewałam, a ze… współczuciem –
tak mi przykro, córeczko…
– Dlatego okna są zasłonięte – wytłumaczyłam powoli, a
mama przez chwilę milczała, przetrawiając najwyraźniej tę informację.
– Muszę zatem uważać, by nie dodawać czosnku do potraw
– powiedziała w końcu; w innych okolicznościach pewnie bym się roześmiała, słysząc ten przesąd, w tej sytuacji jednak jedynie lekko się uśmiechnęłam
– Czosnek mi nie szkodzi – odparłam, czując
ogromną ulgę, że mnie nie odrzuciła, mimo tego, czym się stałam – ale unikam
srebrnej zastawy.
– No dobrze…
– Potem włóczyłam się trochę po lesie, spotkałam
Niosącego Śmierć, płatnego zabójcę… pragnęłam zemsty na Bugdushu, więc zaczęłam
się u niego szkolić… przynajmniej do czasu, aż nie zobaczył listu gończego i
nie musiałam uciekać – tłumaczyłam dalej spokojnym głosem, uważnie obserwując
reakcję mamy na kolejne informacje – tak wylądowałam na kontynencie smoków,
gdzie dołączyłam do drużyny… tam też poznałam Brandera.
– Który to? – spytała mama, mrużąc nieco oczy.
– Nie ma go tutaj, ostatni raz widziałam go jeszcze na
kontynencie centralnym – wyjaśniłam – jest krwawym elfem, strasznym skurwielem
i moim dawnym kochankiem.
– Córeczko! – oburzyła się – kochanek? Jakiś skurwiel?
– No… innego określenia na niego nie znam – wzruszyłam
ramionami – no bo… jakbyś nazwała mężczyznę, który porzuca bez słowa
kobietę, noszącą jego dziecko?
– Byłaś w
ciąży? – spytała podniesionym głosem, wyraźnie bardziej zszokowana tym faktem
niż wiadomością, że jej córka jest wampirem.
– Tak –
uśmiechnęłam się delikatnie – i urodziłam zdrową, śliczną córeczkę.
– Gdzie ona
jest?
– W bezpiecznym
miejscu.
– Gdzie? – nie ustępowała.
– W świątyni Raistra w jednym z elfickich miast –
wyjaśniłam cicho – nie potrafiłabym jej ochronić… musiałam mieć pewność, że nic
jej nie zagrozi, nie darowałabym sobie, gdyby… – urwałam, czując ścisk w gardle
na myśl, że mogłoby się coś stać mojej kochanej córeczce.
– Chcę ją zobaczyć – powiedziała stanowczo.
– Teraz to niemożliwe… ale jeśli będziemy blisko, to
obiecuję, że ją odwiedzimy, a teraz może i ją stamtąd zabiorę… nie jestem już
sama, podróżuję sterowcem, nie konno… chciałabym mieć ją przy sobie…
– No mam nadzieję.
– Nie zdajesz sobie sprawy, w jak wielkim zagrożeniu
byłaby przy mnie – starałam się ją przekonać, że musiałam oddać Bairre, żeby
mnie nie osądzała zbyt pochopnie… choć jeszcze nie tak dawno sama nie mogłam
sobie tego darować…
– Nie trzeba było się mieszać, tylko spokojnie wyjść
za mąż.
– Nie sądziłam, że to będzie możliwe… jestem wampirem,
a Brandere… po prostu nigdy bym nie pomyślała, że my będziemy mogli mieć
dziecko… ale stało się i nigdy, przenigdy nie żałowałam pojawienia się Bairre,
jest moim największym skarbem i jeśli tylko uznam, że będzie to dla niej
bezpieczne, to zabiorę ją ze świątyni… wczoraj byłam u niej, jeden z portali
mnie do niej przeniósł… niczego jej nie brakuje, jest taka śliczna, radosna – uśmiechnęłam się do matki,
której wzrok po moich słowach zaczął łagodnieć; czułam w sercu ogromną tęsknotę
za córką, którą tak bardzo, bardzo kochałam – są ludzie, którzy mogliby ją
wykorzystać, by tylko mnie dorwać, nie mogę jej narazić… to moje dziecko, moja
malutka córeczka i nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo wyrzucam sobie,
że nie jestem z nią – mówiłam, już nie hamując łez, pozwoliłam im płynąć po
mojej twarzy, płacz też łamał moje słowa, ale nie potrafiłam powstrzymać
emocji, były zbyt silne. – Mamo, ja chciałam się zabić, bo nie potrafiłam tego
znieść...
– Spokojnie, córeczko – powiedziała łagodnie mama i
podeszła do mnie, tuląc mnie do siebie – spokojnie…
– Nie miałam nikogo… byłam zupełnie sama, na obcym
kontynencie – płakałam, wtulając się w nią.
– Już dobrze dziecko, mama jest z tobą – zapewniła mnie
i pochyliła się, całując czubek mojej głowy.
Objęłam
ją rękoma i przytuliłam głowę do jej brzucha, płacząc rzewnie i krzywiąc się co
jakiś czas przez ból, jaki wywoływały moje poranione plecy przy każdym szlochu.
W tamtej chwili ze zdwojoną siła uderzyły wszelkie krzywdy, jakie doznałam w
życiu, wszystko, przez co musiałam przejść, co musiałam wycierpieć… i przez
cały ten czas byłam zupełnie sama, nie miałam absolutnie nikogo, kto by mnie
pokochał tak bezwarunkową miłością, jaką darzyła mnie moja matka, miłością,
którą sama też zdążyłam już poznać i zrozumieć. Chociaż byłam już dorosłą
kobietą i sama byłam matką, kiedy tak płakałam, wtulona w moją mamę, czułam się
bezbronna i bezsilna jak małe dziecko…
– Tyle lat myślałam, że nie żyjesz – wyłkałam, już
zupełnie tracąc nad sobą kontrolę.
– Zawsze chciałam być przy tobie – wyszeptała mama,
drżącym głosem, wyraźnie bliska płaczu – myślałam, że dobrze żyjesz i nie
chcesz mnie widzieć.
– Powiedzieli, że umarłaś, jak tylko zajechałam do
posiadłości ojca… byłaś taka słaba, jak mnie od ciebie zabrali…
– Byłam bardzo chora – głaskała delikatnie moje włosy –
ale medycy ojca mnie wyleczyli.
– Jak on mógł tak zrobić… tyle rzeczy… tyle spraw
mogłoby się potoczyć inaczej…
– To pewnie przez tę sukę, z którą romansował – stwierdziła
ostro – przecież był dobrym człowiekiem.
– Dla mnie był dobry, tylko Bugdush od samego początku
mnie nienawidził… a ojciec nie potrafił sobie z nim poradzić, nie panował nad
nim – powiedziałam cicho, nadal drżącym głosem, choć już udało mi się trochę
uspokoić – i boję się, że to z czasem Bugdush zaczął panować nad ojcem… przed
Felmarią już miał na niego ogromny wpływ…
– Ciężko mi uwierzyć, by ten człowiek tak się zmienił –
mówiła wyraźnie niedowierzając.
– Nie rozumiem tego wszystkiego – stwierdziłam i
odsunęłam się trochę od niej, żeby móc spojrzeć w jej oczy – dlaczego jego
strażnicy pilnowali ciebie i jedynie kazali mi odejść, zamiast mnie aresztować? Przecież
Bugdush pozbawił mnie tytułu w liście gończym i chce w nim mojej głowy… a oni
kazali mi tylko odejść…
– Może to była decyzja twojego ojca.
– Możliwe… ale tak się cieszę, że żyjesz… –
powiedziałam, a mama odparła mi łagodnym uśmiechem i ponownie mnie przytuliła –
kocham cię, mamo…
– Ja ciebie też córeczko – wyszeptała i znów
pocałowała mnie w czubek głowy – ja ciebie też…
Trwałyśmy
przez dłuższy czas w tym uścisku, matka z córką… obie myślałyśmy, że już nigdy
nie będzie dane nam się spotkać, los jednak przygotował dla nas inny plan.
Cieszyłam się, że jest znów przy mnie i obiecałam sobie, że zapewnię jej lepszy
byt. Czułam okropne wyrzuty sumienia, że ja żyłam sobie w bogactwie i dostatku,
podczas gdy moja matka ledwo wiązała koniec z końcem, musząc podejmować
przeróżne prace, żeby tylko przetrwać. Ja tymczasem stroiłam się w suknie i
klejnoty warte ogromne sumy, tańczyłam na balach i flirtowałam z bogatymi
kawalerami, by zdobyć od nich jeszcze więcej drogocennych prezentów… kiedy
sobie to przypominałam, aż nie mogłam się nadziwić, jak płytką osobą wtedy
byłam…
Cieszyłam
się, że odnalazłam matkę, choć wiedziałam doskonale, że nie będzie jej łatwo
przyzwyczaić się do nowego życia. Musiała się do wielu nowych rzeczy przyzwyczaić,
poznać świat taki, jakim jest naprawdę, a nie z legend czy przesądów. Tak
naprawdę my też musiałyśmy się poznać na nowo, nauczyć się ze sobą żyć,
rozmawiać… czekała nas długa i trudna droga, ale nie bałam się tego –
najważniejsze było to, że żyła i w końcu byłyśmy razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz