wtorek, 15 marca 2016

Niezagojone rany

Oszpecona

            Czytałam jakąś lekką lekturę, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Wiedziałam, kto przyszedł, czekałam na niego. Wstałam, krzywiąc się lekko, gdy naciągnęłam rany na plecach i poszłam otworzyć drzwi.
– Nie przeszkadzam? – uśmiechnął się Lancello, gdy tylko mnie zobaczył i poprawił torbę przewieszoną przez ramię.
– Nie, proszę, wejdź – odparłam i zaprosiłam go do pokoju – czekałam na ciebie.
            Lancello wszedł do pokoju i zaczął rozkładać na stoliku przy łóżku przeróżne maści, bandaże, gazy, olejki… a to wszystko, żeby opatrzyć moje rany. Westchnęłam, obserwując to i usiadłam na łóżku, nie chcąc zwlekać.
– Bierzmy się do pracy – uśmiechnęłam się do niego niemrawo i zaczęłam rozwiązywać szlafrok.
            Odłożyłam jedwabny materiał na łóżko i usiadłam tyłem do Lancello, mając na sobie jedynie delikatną bieliznę i bandaże zakrywające cały mój korpus. Elf usiadł za mną i odgarnął delikatnie moje włosy, które od razu chwyciłam nad głową, a on zaczął delikatnie zdejmować bandaże z mojego ciała.
– Wiesz, że moja mama nie cierpi elfów? – zaczęłam po chwili, chcąc odsunąć myśli od nadal tkliwych ran na plechach.
– No dało się zauważyć, że na nas wszystkich dziwnie patrzy – przyznał, odłożył zużyte bandaże na bok i odkorkował butelkę, uwalniając tym samym ostrą, ziołową woń.
– Żyła sobie spokojnie, słuchając legend i podań, tkwiąc w małomiasteczkowym zakłamaniu – powiedziałam, przypominając sobie rozmowę z mamą, podczas której biadoliła, jak to znajdzie mi męża, rudego i o spiczastych uszach, żeby Bairre wyglądała jak jego córka… i jej oburzenie, gdy poinformowałam ją, że nie zamierzam za nikogo wychodzić. – Sporo będzie się musiała nauczyć – westchnęłam i głośno zasyczałam, gdy moje plecy przeszył ostry ból.
– Przepraszam – powiedział szybko Lancello i zaczął delikatniej obmywać rany.
– Pieprzone smoki… a wiesz, że Ravis się po tym wszystkim do mnie słowem nie odezwał?
– Nic nie powiedział? – zdziwił się i znów namoczył delikatną gazę, którą zawsze przemywał moje rany.
– Nic a nic, nawet mam wrażenie, że mnie unikał.
– Niestety nie wiem, co mu chodzi po głowie.
            Westchnęłam cicho, również nie wiedząc. Od ataku Ravesa minęło już kilka dni, a Ravis poza zwykłymi uprzejmościami wymienianymi w kantynie czy na korytarzu nie odezwał się do mnie ani słowem. A przecież to jego brat tak srodze mnie okaleczył... nawet nie widziałam jeszcze swoich ran, ale nie musiałam ich widzieć, by czuć, jakie spustoszenie jego szpony zrobiły na moich plecach, bolały mnie od lędźwi niemal do szyi. Na szczęście Lancello dbał o mnie każdego dnia i zmieniał mi opatrunki, rano i wieczorem, zawsze w takich godzinach, by mama nie mogła zauważyć, że jestem ranna. Coraz więcej jej o sobie opowiadałam, ale byłam pewna, że widok moich pleców ją przerazi, chciałam więc jej tego oszczędzić…nagle poczułam jednak chęć zobaczenia moich ran.
– Bardzo źle to wygląda? Chciałabym zobaczyć.
– Jest lepiej, niż można by podejrzewać – zaczął ostrożnie – ale nie wiem, czy chcesz oglądać je tak wcześnie…
– Chcę – powiedziałam pewnie i wstałam, spinając po drodze włosy klamrą, wysoko, by nie opadały mi na plecy.
            Nie zawracałam sobie głowy zakrywaniem piersi, przez ostatnie dni Lancello widział mnie nie raz nagą od pasa w górę, nie było to już dla mnie krępujące. Podeszłam do wysokiego lustra i stanęłam tak, by zobaczyć plecy… wciągnęłam głęboko powietrze i jęknęłam żałośnie. Przez moje plecy biegły na ukos cztery poszarpane linie. Najdłuższa sięgała od mojego karku niemal do pośladków, najkrótsza, choć i tak długa co najmniej na stopę, znaczyła moją prawą łopatkę. Ten widok był tak paskudny, że szybko odwróciłam głowę, a w moich oczach zebrały się gorące łzy.
– Bogowie… wyglądam paskudnie – załkałam i znów odwróciłam się na chwilę do lustra, co jeszcze bardziej pogorszyło mój stan – jestem oszpecona…
            Drżałam, patrząc w lustro. Odbicie rozmazywało mi się od gromadzących się w oczach łez, spływających gorącą strużką po moich policzkach. Wyglądałam tak paskudnie… moje plecy, niegdyś moja chluba, przypominały teraz siekane mięso… nie mogłam się pozbierać, czułam jak nogi zaczynają mi drżeć. Nawet nie usłyszałam, kiedy Lancello do mnie podszedł. Stanął obok mnie i chwycił mnie za ramiona, odwracając mnie przodem do siebie, jedną dłonią chwycił mój podbródek, żebym na niego spojrzała.
– Wcale nie jesteś oszpecona, jesteś piękna i byle rany tego nie zmienią – powiedział pewnym głosem; puścił mnie na moment i jednym ruchem zdjął z siebie koszulę, ukazując nagą pierś… światło na jego blizny padało pod takim kątem, że tworzyły cień, przez co wyglądały wręcz groteskowo. – Spójrz na moje blizny, rany były o wiele gorsze od twoich, a wygoiły się do tego stopnia.
            Byłam zaskoczona jego reakcją i tylko wpatrywałam się w jego blizny. Były szerokie i nierówne, najbardziej przerażająca była jedna, biegnąca w poprzek piersi, a wiedziałam, że na plecach ma dwie kolejne, skrzyżowane i jeszcze gorsze. Nigdy… już nigdy nie będę mogła pokazać swoich pleców… blizny u mężczyzny nie były tak szpetne, jak u kobiety… w jednej chwili znalazłam się w ramionach Lancello, wtuliłam się w jego szeroką pierś i zaczęłam głośno płakać… objął mnie delikatnie, nie dotykając ran i szeptał ciche, uspokajające słowa.
            Nie wiem, ile czasu minęło, w końcu jednak udało mi się uspokoić… łzy nadal płynęły z moich oczu, ale moim ciałem przestał już wstrząsać szloch. Poczułam usta Lancello, muskające wierzch mojej głowy i jego cichy szept:
– Będzie dobrze… jestem przy tobie…
            Uniosłam głowę i przymknęłam powieki, spod których nadal płynęły łzy, łącząc nasze usta w delikatnym, rozedrganym pocałunku. Lancello położył dłoń na moim karku i odchylił delikatnie moją głowę, całując mnie równie delikatnie, wręcz czule. Trwaliśmy tak chwilę, aż moje ciało zaczęły przenikać dreszcze… od emocji… od chłodu…
– Zimno ci? – spytał z troską Lancello, patrząc mi w oczy.
– Trochę – szepnęłam i wróciłam do całowania go, nim cokolwiek zdążyłby odpowiedzieć.
            Całowaliśmy się coraz śmielej, coraz odważniej, zatracając się w tym, jakby nasze pocałunki mogły zmyć wszystko złe, co się wydarzyło. Wspięłam się na palce i wplotłam dłonie w jego włosy, przyciągając go do siebie, chciałam być przy nim, z nim, czuć go… tak jakby jego obecność była dla mnie ratunkiem. Odsunęłam się na moment, oddychając szybko z ustami tak blisko jego, że nasze oddechy łączyły się w jeden. Patrzyłam w jego ciemnobrązowe oczy i dotknęłam dłonią jego policzek.
– Mi amado… – wyszeptałam cicho.
– Mea queri – odparł równie cicho i krótko mnie pocałował – cała drżysz – zauważył.
– To… to nic…
– Marzniesz, trzeba cię zabandażować i musisz się rozgrzać – powiedział, patrząc mi w oczy.
– Dobrze – westchnęłam i ruszyłam z powrotem na łóżko, nie patrząc już w lustro.
            Lancello szedł za mną i coś mamrotał pod nosem, nie dosłyszałam jednak żadnego słowa.
– Co mówiłeś? – odwróciłam się do niego, gdy już usiadłam.
– Co? – spytał zaskoczony.
– No… coś mamrotałeś pod nosem.
– Hm… chyba zastanawiałem się nad czymś i głośno myślałem, wypadło mi teraz z głowy – odparł i zaczął szykować maści.
            Przyglądałam mu się przez moment, czując teraz coraz bardziej, jak bardzo zmarzłam przez ten moment. Pokoje na sterowcu nie należały do najcieplejszych, a przez rany ciągle miałam wyższą temperaturę ciała niż powinnam, drżałam więc już na całym ciele. Kichnęłam dwukrotnie, krzywiąc się i sycząc przy tym z bólu przez nagły zryw. Lancello nasmarował moje plecy jak najszybciej maściami i bez zbędnej zwłoki zabrał się za bandażowanie. Robił to szybko, przez co kilka razy musnął moją talię i piersi, wywołując dodatkowe drżenie w moim ciele, to jednak nie było nieprzyjemne, o czym świadczyły moje twardniejące piersi.
– Przepraszam – szepnął Lancello, gdy się zorientował.
– Nie ma za co…
            Chwilę później skończył opatrywanie mnie i okrył moje ramiona szlafrokiem. Wsunęłam ręce w rękawy i podniosłam się, po czym usiadłam okrakiem na jego kolanach i wtuliłam się w niego, kładąc ręce na jego plecach. Na początku wydawał się zaskoczony, po chwili objął mnie jednak w talii i wtulił twarz w moje włosy.
– Zostaniesz? – wyszeptałam cicho, wręcz nieśmiało.
– Zostanę – przytaknął i pocałował moje czoło – oczywiście, że zostanę.
            Kiedy już leżeliśmy w jednym łóżku, spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, a on od razu odwzajemnił uśmiech, w ten swój jedyny, wyjątkowy sposób… to był uśmiech przeznaczony dla mnie, do nikogo innego tak się nie uśmiechał…
– Dziękuję ci… za wszystko… – szepnęłam, a on wyciągnął rękę i pogładził mnie po policzku.
– Ja również ci dziękuję – odparł, i splótł palce z moimi.
            Zasnęliśmy w milczeniu, patrząc sobie w oczy, ze splecionymi dłońmi… tak bliscy sobie, jak nigdy wcześniej…
               

Kamienne serce Mikura

            Kolejny tydzień był ciężki. Radość z odnalezienia matki nadal towarzyszyła mi każdego dnia, coraz ciężej było mi się z nią jednak porozumieć. Miała bardzo hermetyczne poglądy, świat powinien wyglądać tak, jak ona się tego nauczyła, ciężko jej było znieść to, że w niektórych aspektach wyglądał zupełnie inaczej. Bała się też przedstawicieli innych ras, patrzyła na nich bardzo stereotypowo, przez co nie potrafiła przekonać się do żadnego z moich towarzyszy. Dowiedziałam się też, że miała spore spięcie z Mikurem, gdy odprowadzał ją na sterowiec… nie dociekałam, o co poszło, postanowiłam jednak wyjaśnić obecną sytuację mojej matki Mikurowi. Poszłam do jego pokoju i przeszłam przez zasłonę, którą miał zamiast drzwi, które wcześniej ciągle psuł, podłogi i ściany również miał w wielu miejscach wyłożone jakimiś materiałami, zapewne żeby nie zniszczyć spawów. Siedział sobie na środku pokoju i czyścił topór Behemotha, kiedy weszłam z lekkim uśmiechem.
– Mogę? – spytałam, a kiedy skinął głową, przysiadłam na skrzyni blisko niego – Chciałam porozmawiać o mojej mamie… wiem, że trochę się pokłóciliście, nie wiem o co, ale...
– Chciała wleźć do Alphonse’a – burknął – musiałem przez nią przed nim uciekać i uparła się, że chce iść do twojego pokoju.
– Na pewno nie miała nic złego na myśli – westchnęłam – dla niej wiele rzeczy jest nowych, to teraz ciężkie chwile, mnóstwo z tego, co do tej pory wiedziała, okazuje się być teraz nieprawdziwe, w dodatku znalazła się w otoczeniu naprawdę… specyficznej zbieraniny… ciężko jej jest.
– A ja myślę, że miała coś bardzo złego na myśli – odparł mój kamienny przyjaciel, patrząc na mnie kryształowymi oczami – przynajmniej tyle wywnioskowałem z jej wrzasków… i tego, że niemal w ogóle nie dostaję jedzenia.
– Proszę cię, nie bądź na nią zły – poprosiłam go, patrząc mu w oczy – to dla mnie ważne, żebyś się z nią dogadał… oboje was kocham, nie chcę, żebyście się kłócili… Mikur… ja przez niemal całe swoje życie myślałam, że moja matka nie żyje, a ona teraz…
– Szkoda, że jednak jest inaczej – burknął z nutką złości Mikur – że jednak żyje – dodał, a ja poczułam zbierające się w moich oczach łzy.
– Jak… jak możesz… to moja matka…
            Nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć, nie chciałam dłużej z nim rozmawiać, patrzeć na niego… zerwałam się z miejsca i wybiegłam z jego pokoju, gnając korytarzami prosto do siebie. Zakluczyłam za sobą drzwi i rozpłakałam się na dobre. Nie mogłam uwierzyć, że usłyszałam te słowa od Mikura… od mojego przyjaciela… najdroższego przyjaciela, od początku podróży z tą zgrają…
            Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek przyjdzie mi poznać kamienną stronę Mikura, że będę musiała przez niego płakać… przez cały dzień chodziłam ponura, nawet przygotowany przez mamę deser nie poprawił mi humoru... nie mogłam jej opowiedzieć, co się stało, a nie chciałam chodzić po sterowcu w obawie, że napotkam Mikura… czekałam więc na wieczorną wizytę Lancello.

Strach

            – Nie wiem, co w niego wstąpiło – powiedział Lancello, gdy opowiedziałam mu wszystko już po zmianie opatrunków – jeśli chcesz, porozmawiam z nim.
– Nie – pokręciłam głową – musi sam to zrozumieć… nic mu nie mów – poprosiłam, siedząc na jego kolanach i tuląc się do niego.
– Dobrze, mea queri – odparł spokojnie i pocałował mnie.
            Od razu oddałam pocałunek, przysuwając się do niego bliżej. Z początku nasze wargi ledwie się muskały, czułam jego oddech, pieszczący moją skórę i usta. Minęła ledwie chwila, a z delikatnego pocałunek przerodził się w namiętny i głęboki, oboje zaczęliśmy się coraz bardziej zatracać w naszej bliskości. Przysunęłam się do Lancello, by móc go poczuć jak najbliżej i wsunęłam ręce pod jego koszulę, a on chwycił moje biodra swoimi dużymi dłońmi i przysunął mnie do siebie. Jego pocałunki stały się gorączkowe, całował moje usta, policzki, po linii szczęki i po szyi, sunął nimi aż do obojczyków, a ja poddawałam się jego działaniom, drżąc i wzdychając cicho. Przesunął dłonie na moje pośladki i zaczął poruszać moimi biodrami na swoich kolanach, szybko więc mogłam poczuć jego podniecenie. Zdjęłam z niego koszulę i wplotłam palce w jego włosy, przyciągając jego twarz ku sobie i wpijając się łapczywie w jego usta.
            Jego bliskość też na mnie oddziaływała, jego dotyk i pocałunki elektryzowały moją skórę, wywołując fale przyjemnych dreszczy. Przesunęłam dłonie na jego pierś i pchnęłam go, kładąc się na nim i zaczęłam wodzić po jego ciele, znów ucząc się struktury jego blizn i mięśni. Sama już ruszałam biodrami, czując rosnące podniecenie, wzdychałam na przemian z nim, całowałam go jakby to miał być nasz ostatni pocałunek, zatracałam się w nim…
– Mmm…. Vivienne – wymruczał cicho i zamknął oczy, a kiedy je otworzył, płonęły pożądaniem, które i mnie rozpalało.
            Przesunął rękoma wzdłuż moich ramion aż do dłoni i splótł nasze palce razem. Spojrzałam mu w oczy i przygryzłam wargę, uświadamiając sobie, jak daleko zabrnęliśmy, że zabrniemy dalej, jeśli tego nie przerwę… przestałam się poruszać i zatrzymałam twarz milimetry od jego twarzy, tak że nasze oddechy łączyły się w niewielkiej przestrzeni. Lancello uniósł głowę, chcąc mnie pocałować, ale odsunęłam się, uniemożliwiając mu to.
– Vivienne – szepnął ochrypłym od pożądania głosem, patrząc mi w oczy – pragnę cię – dodał, rozłączając nasze dłonie i przenosząc ręce na moje uda, które zaczął delikatnie gładzić palcami.
– Wiem… ale nie teraz… nie dziś – szepnęłam cicho i pogłaskałam go po włosach.
            Lancello przytaknął powoli, wpatrując się we mnie z niesłabnącym pożądaniem. Pragnął mnie, widziałam to… pragnął mnie mimo wszystkich moich wad, mimo tego kim byłam, jak wyglądałam, mimo szpecących mnie blizn, które oglądał każdego dnia…
            Westchnęłam i zeszłam z niego. Rozpuściłam włosy i wsunęłam się pod pościel z drugiej strony łóżka, po chwili Lancello zdjął spodnie i ułożył się w bokserkach obok mnie. Od tygodnia spędzaliśmy razem noce, nigdy jednak nie zabrnęliśmy aż tak daleko, nigdy jeszcze tak bardzo nie zatraciliśmy się w pocałunkach,  w pieszczotach…
            Lancello pocałował mnie jeszcze na dobranoc i szybko zasnął, ja jednak nie mogłam zmrużyć oczu. Obserwowałam śpiącego obok mnie mężczyznę, czując narastający we mnie strach.
            Kochałam go, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Nie wiedziałam, czy on żywi do mnie równie silne uczucie, byłam jednak pewna, że nie jestem mu obojętna. A mimo to radość z przebywania z nim zaczął przyćmiewać strach, który chwycił moje serce żelazną pięścią. Nie wolno ci… zdawał się mówić w moich myślach jeśli go kochasz, zostawisz go… sprowadzisz na niego tylko śmierć, tylko zniszczenie… nie dasz mu nic dobrego… przypomnij sobie Williama…
            Strach ma wielkie oczy. Zobaczyłam w myślach toczącą się po bruku głowę, rzuconą przez Bugdusha pod moje kolana, kiedy jednak się zatrzymała, ujrzałam ciemnobrązowe, puste oczy Lancello, jego rozchylone do krzyku usta, które zaczęły szeptać… to twoja wina… Mścibór cię przejrzał… narodziłaś się by nieść śmierć… nie potrafiłaś być dobrą matką, nic w życiu ci się nie udało… jeśli go kochasz, porzucisz go…
            Moje ciało przebiegł dreszcz. Nie, to nie mogła być prawda… a jednak… cóż mogłam mu ofiarować? Nawet nie byłam w stanie do końca mu się oddać. Kiedy posunęliśmy się tak daleko w pieszczotach… z jednej strony pragnęłam go, z drugiej bałam się, co będzie, gdy zajdziemy dalej… bałam się, że pewnego dnia zniknie, tak jak zniknął Brandere. Zniknięcia Lancello jednak bym nie zniosła… stał mi się zbyt bliski, teraz sobie to uświadomiłam… pozwoliłam sobie pokochać go, choć obiecałam sobie kiedyś, że już nigdy tego nie zrobię. Każdy, kogo ja kochałam, kto był mi bliski, od razu znajdował się w ogromnym niebezpieczeństwie…
            Spojrzałam na Lancello z łzami w oczach i pocałowałam go lekko w czoło. Nie obudził się, jedynie cicho westchnął przez sen. Był piękny, nawet mimo blizn… nie potrafiłam uważać ich za szpecące, były nieodłączną częścią niego, bez nich nie byłby sobą…
            Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie i to, jak mnie wtedy potraktował. Jego rezerwę i ostrożność… był łowcą, a ja wampirem, powinien na mnie polować, nie leżeć ze mną w łóżku. To musiało się skończyć, dla jego dobra… musiałam zakończyć ten piękny sen, obudzić się, nim zmieni się w najgorszy z koszmarów.
            Wiedziałam już, co muszę zrobić, choć podjęłam tę decyzję z bólem serca. Otarłam łzy z policzków…przyniesiesz mu tylko śmierć i cierpienie… mówił głosik w mojej głowie. To dla jego dobra
– To dla twojego dobra – wyszeptałam ledwie słyszalnie i pogładziłam jego policzek, następnie wstałam z łóżka, żeby go nie obudzić i poszłam do ładowni, gdzie nikogo w nocy nie powinno być. Tam mogłam płakać do woli… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz